36 Niespodzianka

Nie minęło osiem godzin gdy z lasu wynurzył się Borgil w towarzystwie Hator i Iliego, wietrzniaka, którego kilka miesięcy temu spotkaliśmy w kaerze w górach Skolskich. Tak ork jak i moja kotka wyglądali już całkiem dobrze, choć kiedy wtuliłam się w jej futro, czułam, że nie jest jeszcze do końca wyleczona. Ili, zapytany przez Buma skąd się tutaj wziął, oznajmił, że w mieście słyszał plotki o drużynie, która robi jakiś bałagan w dżungli, a że na ulicy wypatrzył Borgila, przyleciał żeby zobaczyć co takiego, znowu, wyprawiamy. Przestałam ich słuchać tuż po tym, jak Bum oznajmił, że każde zwierzę w dżungli to konstrukt Horrora.

– Czego tak siedzicie? – zagadnął mnie Borgil.

– Magowie medytują, nie możemy się dostać do korytarza bo blokuje go uwięziony żywiołak ziemi. Chcą go uwolnić ale ich moc jest zbyt słaba.

– Rozwalić?

– Prędzej żywiołak rozwali nas. Poczekajmy.

– Nuda. – ork walnął się pod drzewem i wyciągnął jakby zamierzał spać.

Czas mijał powoli. Salazar pluskał się w rzece, korzystając z okazji, że ma wody pod dostatkiem, wietrzniaki dyskutowały o włamywaniu się przez drzwi, które nie były drzwiami a żywiołakiem, zaś Borgil pochrapywał cicho pod drzewem. Korzystałam z tych chwil spokoju bawiąc się ze zwierzakami. Przez to ostatnie ciągłe poczucie zagrożenia zaniedbałam je trochę.

Po nieskończenie długim czasie magowie wstali, rzucili czary i… nic się nie stało. Westchnęłam zirytowana.

– Wejdźmy przez sufit. – rzuciłam. – Inaczej orkowie się tam pozabijają zanim wam się uda to rozproszyć.

Mistrzowie Żywiołów popatrzyli na siebie zrezygnowani i wreszcie Miriel oznajmiła, że faktycznie nie ma co tracić czasu na próby rozproszenia tak silnej magii, skoro gdzieś niedaleko szykuje się walka z Horrorem.

Ruszyliśmy niezwłocznie z powrotem w kierunku obozu orków. Niestety był to kawał drogi, więc musieliśmy się zatrzymać na noc. Jak się można domyślać, nie była ona spokojna. Obudził mnie Salazar informując, że słyszy tupot wielu końskich kopyt. Poprosiłam Buma, żeby poleciał to sprawdzić zanim postawimy na nogi cały obóz, jednak wietrzniak, jak to wietrzniak, uznał, że jak on nie śpi to reszta też nie musi. Tym sposobem oba wietrzniaki poleciały sprawdzić niepokojące dźwięki a pozostała część drużyny zaczęła zbierać obóz. Raczej było jasne, że już sobie nie pośpimy tej nocy.

Nasi zwiadowcy wypatrzyli oddział orków, było ich około trzydziestu i wyraźnie starali się nie robić hałasu. Nie zaobserwowali na nich żadnego godła, żadnych barw czy choćby symbolu Ligos, na który liczyliśmy, za to nosili znak żałoby, zapewne po zabitym wodzu. Okazali się też być dobrze wyposażeni, na wzór Kawalerzystów, gdyż ich uprząż była w doskonałym stanie, za to broń w dużo gorszym.

Oddział podjechał do obozu orkowego, złożył hołd Sidli i został wpuszczony do środka. Coraz mniej rozumiałam z tej całej sytuacji… Pilnowaliśmy obozu jeszcze przez jakiś czas, oczywiście trzymając się na dystans. Po mniej więcej godzinie wewnątrz zapanował ruch, wszyscy mieszkańcy wyglądali jakby szykowali się do zejścia do kaeru. Zabezpieczali właśnie konie, kiedy z lasu rzuciły się na obóz konstrukty. Początkowo nie wyglądało to dobrze, ale Bum zapewnił, że oddział sobie świetnie radzi, natomiast konstrukty nie do końca. Atak zmienił w postępowaniu orków tylko to, że postanowili zejść w głąb kaeru razem z końmi.

Podjęliśmy decyzję wejścia do wnętrza, mniej więcej w momencie, w którym wejdą tam orkowie. Obliczyliśmy mniej więcej czas, zabezpieczyliśmy wierzchowce nakazując im powrót do Ligos jeśli nie wrócimy przez dwa dni i używając mocy Jaspree przesunęłam drzewo, które już wcześniej dało nam dostęp do kaeru. Bum, jakąś dziwną miksturą, wypalił w kamiennym suficie sporą dziurę, dzięki czemu przedostaliśmy się do korytarza. Ziemia i kamień, które spadły na ubitą podłogę kaeru nagle wchłonęły się w nią, jakby nasz znajomy żywiołak je posprzątał. Zamarliśmy zdezorientowani. Co jak co, ale wściekłego żywiołaka w ciasnych korytarzach nikt nie chce spotkać.

Miriel stała przez chwilę zamyślona, najwyraźniej próbując rozmawiać z duchem, gdyż po chwili oznajmiła, że możemy bezpiecznie iść. Przesunęłam więc drzewa, zakrywając dziurę nad naszymi głowami, i powoli ruszyliśmy korytarzem.

Przez jakiś czas panowała cisza i spokój. Kamienne, surowe ściany, podłoga z ziemi, wystające gdzieniegdzie korzenie. Zaplecze kaeru, zapewne zapomniane nawet przez jego mieszkańców. W pewnej chwili Hator się zaniepokoiła. Zaczęła węszyć. Zapożyczyłam jej zmysł i zaciągnęłam się zapachem.

– Drapieżnik. – ostrzegłam.

Bum ruszył do przodu nieco uważniej. Kawałek dalej dostrzegliśmy pierwszy kopiec. Przypominał kopiec kreta, ale dużo większy. Jakby zrobiony przez zmiennego quwrila.

– Uważaj Bum. Jeśli to quwril to zaatakuje błyskawicznie i z zaskoczenia.

Nie zdążyłam skończyć zdania, gdy spod ziemi wyskoczyło ogromne cielsko i kłapnęło paszczą, zaopatrzoną w ostre zębiska, tuż pod wietrzniakiem, który jedynie dzięki magii swoich talentów zdołał uniknąć pochwycenia. Zwierzę błyskawicznie zniknęło pod ziemią.

– Raven, co to było? – spytała Miriel.

– Quwril. Konstrukt. Ewidentnie konstrukt.

– To ja tupnę, on wyskoczy a wy go zabijecie. – zakomenderował Bum.

– Nie dacie rady. Jest za szybki. – skomentowałam, ale Bum już wykonał plan.

Uderzył w ziemię, konstrukt wyskoczył, drużyna rzuciła się z bronią i prawie się zderzyli ze sobą, bo zwierz błyskawicznie zniknął.

– Stój! – rozkazałam, wyciągając dłoń w kierunku stwora. Poczułam, że posłuchał. – Nie ruszajcie się. – zwróciłam się do drużyny. – Trzymam go. Każę mu wyjść, wtedy bijcie.

– Czekajcie! Czekajcie! – poparł mnie Bum. – Niech go Raven wyprowadzi.

Skupiłam swoją całą magię. Nakazałam stworowi wyjść. Czuł zagrożenie, więc opierał się z całych sił. Musiałam się mocno skoncentrować, ale w końcu się udało. Konstrukt wysunął ogromne cielsko na powierzchnię i chwilę później już nie żył. Obejrzałam go dokładnie. Okazało się, że ma zęby jadowe, z których łatwo da się ściągnąć truciznę i bardzo twardą skórę, która świetnie się będzie nadawać na pancerz. Z pomocą Durgola szybko oskórowałam stworzenie i zebrałam jad. Truchło zostawiliśmy.

Ledwie kilka kroków udało nam się przejść spokojnie gdy zorientowaliśmy się, że ściany się do nas przybliżają.

– Miriel? – Salazar rozejrzał się niespokojnie.

– Ilość esencji gwałtownie wzrosła. Jakby żywiołak manipulował tutaj ścianami. Uciekajcie.

Nie czekając ruszyliśmy biegiem wzdłuż korytarza. Tylko Borgil z Salazarem zostali nieco w tyle pilnując żeby Miriel nic się nie stało. Dobiegliśmy do ściany. Ślepy korytarz? Odwróciłam się. Miriel stała z rozpostartymi rękami. Ściany wokół niej zaczęły się rozsuwać, drżeć, pękać. Szybko obejrzałam ścianę zamykającą nam przejście. Okazała się drzwiami, ale nie umiałam ich otworzyć. Nagle na ścianie zobaczyłam kształtujący się napis „Pomóżcie”.

– Czego potrzebujesz? – zapytałam w przestrzeń. – Co się dzieje?

– Orichalk. Słabnę. – odpisał duch.

– Macie jakiś orichalk? – zwróciłam się do drużyny.

Zdezorientowane spojrzenia moich towarzyszy nie wróżyły dobrze.

– Jakikolwiek. Pomyślcie. – ponaglałam. – Jakiś przedmiot?

– Skrzyneczka na dokumenty tego elfa z Jerris! – wykrzyknął Bum.

– Przy koniu została. – odparł Borgil. – Przecież nie taszczę ze sobą takich rzeczy.

– Węgiel, grudka żelaza, trochę miedzi… – wyliczał Durgol grzebiąc w torbie.

– Ty! – nagle Borgila olśniło. – A ja mam takie coś, toto chyba jest magiczne, może ma orichalk. – wyciągnął z sakwy zdobny diadem.

Chwyciłam go energicznie i przyjrzałam mu się. W błękitnej poświacie naszych kryształów świetlnych błysnął pomarańcz najcenniejszego z metali.

– Jeśli ci pomożemy otworzysz te drzwi? – rzuciłam w powietrze.

– Tak. Pomóż.

Przytknęłam diadem do ściany. Wchłonął się błyskawicznie. Ściany zamarły, z sufitu przestało się sypać, drzwi przed nami skruszyły się w pył.

– Obecność zniknęła. – powiedziała niepewnie Miriel. – Chyba się uwolnił.

– I całe szczęście! – ucieszył się Bum. – Mamy poważniejsze sprawy na głowie niż niańczenie jakiegoś ducha. Ruszajmy!

Przeszliśmy do właściwego kaeru. Solidne, kamienne ściany, kryształy świetlne i ślady bytności wyraźnie uświadomiły nam, że korytarze są używane. Zaczęliśmy natrafiać na szkielety orkowe, dokładnie objedzone i dość młode, czas ich leżenia tutaj Bum określił najwyżej w miesiącach, a także na nietypowe ślady na posadzce. Z lewej strony, z głębi zakręcającego korytarza usłyszeliśmy dziwne plaskanie.

Bum wychylił się ostrożnie. Dostrzegł trzy humanoidalne istoty, ze szponami zamiast palców i płetwami zamiast stóp, o głowach przypominających kłębowisko węży, w dodatku całe ociekające wodą. Żeby było zabawniej (nikt nie zrozumie poczucia humoru wietrzniaków) Bum wyciągnął swój magiczny szkicownik, odrysował dokładnie ową istotę, zmienił się w nią i w takiej postaci nam się  pokazał. On ma, jednak, więcej szczęścia niż rozumu czasami, gdybyśmy byli bardziej porywczy mógłby nie zdążyć powiedzieć, że to on…

Swoją drogą dochodzę do wniosku, że ten cały Konstruktor jest jednym z najbardziej fascynujących Horrorów, o jakich słyszałam. Zdolności przerabiania wzorców stworzeń, które posiada, stanowią ciekawe zagadnienie do badań. Zaczęłam przypuszczać, że może on posiadać jakieś zdolności ksenomanckie, wszak mistrzowie tej dyscypliny także potrafią modyfikować wzorce. Co doprowadza do niepokojących wniosków, że sama ksenomancja może mieć coś wspólnego z mocą Horrorów. Muszę koniecznie porozmawiać o tym z moim mistrzem.

Tymczasem, zamyślona nad istotą mojej, nowej skądinąd, dyscypliny, straciłam fascynującą dyskusję na temat odciągnięcia uwagi stworów, upolowania stworów czy też jakiegokolwiek innego sposobu na ominięcie stworów, ponieważ za ich plecami znajdowała się niedbale sklecona barykada, która zdecydowanie broniła dostępu do celu naszej wędrówki. Wreszcie Buma olśniło, że posiada w swoich zasobach jakąś miksturę usypiającą, którą błyskawicznie zastosował i tym samym pozbył się problemu, usypiając stwory. Przechodząc koło barykady zabrałam jeszcze jedną orkową czaszkę i trochę kości. Będzie na zapas.

Nie mijając już żadnego patrolu dotarliśmy do centrum kaeru. Korytarz wyprowadził nas do ogromnej, okrągłej i wysokiej sali, rodzaju hallu z czterema odnogami, w postaci czterech, niemal identycznych, korytarzy. Niemal, bo tylko jeden z nich, po naszej prawej stronie, był całkowicie ciemny. W sali znajdowało się całe stado konstruktów. Staliśmy ukryci w cieniu korytarza przyglądając się stworom. Dwie jehuthry, trzy toksyczne dajry, cztery porośnięte łuską, przerośnięte dziki i sześć zmodyfikowanych małp. Niezła gromadka.

Szeptem próbowaliśmy wymyślić jakiś sposób odciągnięcia tej bandy w inne miejsce. Oczywistym było, że naszym celem powinien być ciemny korytarz. Jeśli gdzieś ma być Horror to właśnie tam. Rozwiązanie problemu przyszło samo. Daleko po lewej stronie rozległy się odgłosy walki. Zapewne nasi znajomi orkowie tłukli kolejne konstrukty. Grupa przed nami także zorientowała się w tym, co słyszy, i błyskawicznie ruszyła w stronę walki. Korzystając z okazji przekradliśmy się do zaciemnionego korytarza i zagłębiliśmy się w niego ostrożnie.

Powoli przesuwaliśmy się coraz głębiej, gdy ciszę przedarły trzaski błyskawic uderzających w ściany. To Bum aktywował jakąś dziwną pułapkę. Obejrzałam ją w przestrzeni astralnej. Wyglądała jak moc Horrora ale uszkodzona. Zanim zdążyłam zaprotestować Miriel postanowiła ją rozproszyć. Niestety skutek był odwrotny do zamierzonego i kolejna seria wyładowań trafiła Borgila, który zasłonił Miriel, skupiając się na metalowych częściach jego tarczy ale także raniąc samego orka.

– To reaguje na metal. – odezwał się Durgol. – Konstrukty nie noszą broni.

– Możesz to jakoś zablokować? – spytałam.

– Spróbuję.

Krasnolud podszedł do miejsca, które według niego było źródłem pułapki i używając swoich zdolności zablokował je. Z pewną rezerwą Bum wleciał w obszar jej działania, a kiedy nic się nie stało podążyliśmy za nim.

Minęliśmy szereg pomieszczeń mieszkalnych, pustych, z rozwalającymi się sprzętami i wszechobecnym kurzem. Zaglądałam niespiesznie do środka. Takie wnętrza zawsze napawają mnie pewnym smutkiem. Jaka tragedia musiała się wydarzyć w tych ścianach?

Z zamyślenia wyrwała mnie niecodzienna sytuacja. Natrafiliśmy na ścianę, a raczej jej gruzy, które okazały się być ogromną barykadą zrobioną z czego popadnie, w tym także ze zwłok. I w tej barykadzie właśnie Borgil, Bum i Salazar zawzięcie grzebali, rozrzucając na boki stare śmieci i robiąc taki hałas, że jeśli Horror się jeszcze nie zorientował, że tam jesteśmy to właśnie walą do jego drzwi z całych sił oznajmiając naszą obecność.

– Co wy, u licha ciężkiego, robicie? – zapytałam zdumiona.

– Durgol wyczuł w tej stercie magiczną broń. – odpowiedziała mi oparta o ścianę Miriel, chyba równie zniesmaczona tą sytuacją co ja.

– I to jest powód, żeby anonsować się Horrorowi? Poszaleliście? – zwróciłam się do kopiących. – Nie możecie tego później przekopać?

– Nie… – wysapał Bum zrzucając ze sterty jakiś pogięty hełm, który wylądował mi pod stopami. – To jest magiczne. To się może na Horrora przydać.

Wreszcie, z cichym okrzykiem triumfu, Borgil wyciągnął spod rozpadających się zwłok solidny koncerz. Kompletnie nie znam się na broni białej, ale cała czwórka panów uważnie przestudiowała zdobycz stwierdzając, że idealnie nadaje się dla Kawalerzysty. Co więcej, Durgol zbadał broń i oznajmił, że pochodzi z Kara Fahd i została wykonana najprawdopodobniej przez Zbrojmistrza rodziny królewskiej.

– Już? – ponagliłam. – Możemy iść do Horrora zanim wszystkich orków na górze pozabija i zje nas na deser?

– Bum! Bum! Bum! Bum! – zakrzyknął wietrzniak i ruszył za barykadę.

Zaczynam rozumieć mojego obsydiańskiego mistrza, który podziwia mnie za pozostanie w dobrym zdrowiu psychicznym po tak długim czasie przebywania w towarzystwie niektórych członków tej kochanej drużyny.

– No co? – usłyszałam jeszcze głos wietrzniaka zza barykady. – Przecież i tak wie, że tu jesteśmy. – jakby czytał mi w myślach.

Wzruszyłam tylko ramionami podążając za resztą. Za stosem dostrzegliśmy schody w dół. Powoli zeszliśmy piętro niżej, do solidnych, dużych drzwi. To, przed czym staliśmy, przypominało nieco bastion, choć drzwi częściowo się rozpadły i znaczyły je ślady walki. Za drzwiami dostrzegliśmy kwadratowe pomieszczenie a w każdym jego rogu po jednym krojenie, a raczej konstrukcie zrobionym z krojena.

– No pięknie. – szepnął Bum. – Cztery razy Hator tylko z dodatkową siłą i Pasje wiedzą czym jeszcze. Bardzo toto groźne? – spytał z nutką nadziei w głosie.

Zbliżyłam się do otworu w drzwiach i przyjrzałam stworzeniom, odsyłając uprzednio Hator, której wściekłość przeszkadzała mi się skupić. Co prawda Horror próbował je zmodyfikować, ale nie do końca mu się to udało, wyczułam ból, strach, skołowanie.

– Słuchajcie. – szepnęłam odsuwając się od drzwi. – Zrobimy tak. Utkam dwie ciemności, rzucę po jednej na te dwa najdalej, trzeciego przejmę, czwartego atakujcie. Spróbujemy je zdjąć po jednym.

Drużyna potaknęła. Uszykowała się do ataku. Znalazłam dwa kamyki, utkałam dwie ciemności i upewniając się, że wszyscy są gotowi, cisnęłam kamyki pod łapy krojenów, trzeciego natychmiast przejmując zdolnością zawładnięcia nad zwierzęciem.

Nagle kaer się zmienił. Stoję pośrodku tłumu ludzi i elfów. Władczyni Zwierząt próbuje opanować swoje krojeny. Atakują orkowie. Widzę padające ciosy. Czuję krew. Za nimi pojawia się on. Horror. Zaczyna przekształcać. Przejmuje krojeny, ale nie udaje mu się przejąć ich jaźni, chcą umrzeć, cierpią.

Wyrzucona z wizji poczułam niemal fizyczny ból. Przez załzawione oczy zobaczyłam jak trzymany siłą mojej woli krojen rusza powoli w moją stronę. Dobiegł mnie głos Buma, oddalony, zamglony, jakby dochodził z innej płaszczyzny.

– Czekajcie! Coś jest nie tak. Może ona je przejmie i przeciągnie na naszą stronę. Nie atakujcie na razie.

Krojen podszedł do mnie. Położył się na ziemi. Odsłonił brzuch.

– Czy ktoś ma sztylet? – słowa ledwo wydostały mi się z gardła. Wyciągnęłam dłoń w przestrzeń.

Poczułam rękojeść sztyletu. Cichy szum skrzydełek powiedział mi, że to Bum. Klęknęłam przy krojenie.

– Twoje cierpienie dobiegło końca. – szepczę i wbijam broń prosto w serce zwierzęcia.

Kolejne dwa podchodzą po kolei, kładą się w ten sam sposób. W ten sam sposób je uśmiercam. Czwarty, uwolniony spod ciemności, rozpędza się i uderza głową w ścianę.

Zostałam na klęczkach dłuższą chwilę, patrząc na krew na sztylecie. Borgil włożył mi do ręki bukłak odbierając zakrwawiony sztylet. Pociągnęłam spory łyk zachłystując się piekielnie mocnym bimbrem. Poczułam Noir siadającego na ramieniu i usłyszałam kojący głos Jaspree „Jestem z tobą córko.”

– Co się stało? – spytała Miriel z troską, kucając koło mnie.

– Kiedy przejęłam krojena miałam wizję. Widziałam bitwę w tym kaerze. Orkowie atakowali mieszkających tutaj ludzi i elfy. Władczyni zwierząt, do której najpewniej należały te koty, poległa w walce. Ludzie chyba wygrywali. Przynajmniej do momentu, kiedy pojawił się Horror. Wtedy zaczęła się masakra.

– Horror pomagał orkom? – spytał zdziwiony Salazar.

– Chyba tak. Nie jestem pewna. To działo się tak szybko…

Gdzieś w głębi korytarza, po lewej stronie, rozległy się dźwięki.

– Konstrukty idą. – ostrzegł Bum. – Schowajmy się.

Tylko jeden korytarz się do tego nadawał, po prawej stronie od wejścia. Co prawda był krótki i kończył się zawałem, ale miał całe drzwi, dzięki czemu byliśmy całkowicie ukryci przed wzrokiem konstruktów. Przeszły koło nas, nie zaniepokojone, udając się na górę. Niektóre z nich wyglądały na niedokończone, jakby Horror produkował je na bieżąco i w pośpiechu.

– Idziemy. – zakomenderowała Miriel, kiedy ich kroki ucichły. – Dość już czasu zmarnowaliśmy.

Ruszyliśmy w głąb kaeru. Natrafiliśmy na jakieś opuszczone magazyny, w których pełno było pustych kokonów po konstruktach. Jedne drzwi były zamknięte, więc zostawiliśmy je w spokoju gdyż naszą uwagę przykuła dziwna błona przegradzająca przejście dalej. Bum doleciał do niej, obejrzał ją uważnie, wyciągnął sztylet i zaczął ją przekrawać. W pewnej chwili odskoczył jak oparzony. Spytałam co się stało, ale szybko powiedział, że nic i wrócił do cięcia.

Ból, który we mnie uderzył chwilę później, był nie do opisania. Czułam, jak coś mrocznego wyrywa ze mnie energię karmiczną. Osunęłam się na ziemię. Poczułam jak ciepła krew spływa mi z nosa do ust. Widząc co się dzieje Miriel utkała kulę ognia i cisnęła nią w błonę. Niestety czar nie zadziałał tak, jak powinien, wyzwalając tylko niewielki płomień, który ledwie nadpalił brzegi. Zirytowana zaczęła tkać kolejną. Uderzenie płomieni nastąpiło tuż przed szarżą Borgila, który w międzyczasie przywołał ognistego rumaka.

Bum, Salazar i Borgil wpadli do środka przebijając błonę. Naszym oczom ukazało się duże pomieszczenie, wypełnione dziwnym śluzem, śmierdzące. Pośrodku tej mazi stała istota humanoidalna, ponad dwumetrowej wysokości, bez twarzy, z mieczem zamiast prawej ręki i tarczą zamiast lewej.

Zobaczyłam jak miecz Horrora trafia w Buma a błyskawiczny cios Salazara nie przynosi żadnego efektu. Nawet Durgol próbował wbić włócznię w dziwaczne cielsko, ale mu się nie udało go zranić. W końcu Bum zapikował i jego włócznia żywiołów przebiła się przez pancerz Horrora, powodując, że jego uwaga natychmiast skupiła się na wietrzniaku.

Przyjrzałam się kokonom w przestrzeni astralnej, szczęściem okazały się puste, więc próbowałam przeorać bestię pazurami. Niestety stwór był zbyt szybki. Zignorował mnie zupełnie, atakując w zamian Buma. Wietrzniak zripostował cios, lekko naruszając zewnętrzną powłokę Horrora. Podobną skuteczność miał atak Borgila, który minął mnie szarżując i odbił się od skóry stwora. Kolejny cios Salzara przebił się przez parowanie Horrora, dzięki czemu na jego sinej skórze pojawiło się kolejne zadrapanie. Wykorzystał to wietrzniak, by znów zaatakować, ale jego cios okazał się za słaby i dopiero kryształowe pociski, wypuszczone przez Miriel, wyrwały kawał ciała Horrora, dając nam nadzieję na wygranie tej walki.

– KRA! – usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się. Jeśli kiedykolwiek jeszcze wpadnę na pomysł zostawienia za sobą w kaerze nie sprawdzonego pomieszczenia sama osobiście się ukarzę. Za naszymi plecami pojawiły się dwie jehuthry. Hator zareagowała błyskawicznie, rzucając się w ich kierunku, kompletnie ignorując moje polecenie powrotu. Chcąc nie chcąc, zostawiłam towarzyszy i ruszyłam na pomoc kotce. Kątem oka dostrzegłam, że Borgil także odwraca wierzchowca w stronę zbliżających się konstruktów.

Bum, po raz kolejny, przypuścił atak na Horrora, Konstruktor uniknął go sprawnie, odbijając niemal całkowicie także cios Salazara. Durgol odrzucił włócznię i wyciągnął miecz z Iopos licząc, że metoda z przykładaniem jelca i porażeniem błyskawicami, zadziała i w tym wypadku.

Pędzę do jehuthry, widzę jak Hator wbija w nią swoje pazury, wyszarpując kawał ciała.

W tym czasie Bum odlatuje, więc Horror skupia się na Salazarze, jednym ciosem posyłając go na ziemię, wkurzony wietrzniak pikuje, po raz kolejny wbijając się głęboko w cielsko bestii.

Uderzam w jehuthrę tuż obok Hator. Kotka jest lepsza bo moje pazury tylko ślizgają się po chitynowym pancerzu. Pędem mija mnie Borgil, całą siłę swojego ciosu kierując w drugiego konstrukta. Jehuthry są jednak zwinne, więc i ta uniknęła ciosu, odskakując w bok przed rozpędzonym Kawalerzystą. Dodatkowo odwinęła się jednym z odnóży, raniąc orka.

Trzask kryształowych pocisków i cichy syk Horrora powiedziały mi, że Miriel znów odniosła małe zwycięstwo swoim czarem ale krzyk bólu wietrzniaka sprawił, że się instynktownie obejrzałam. Horror najwyraźniej próbował zmienić Buma, bo jego stopy zaczęły się nienaturalnie wykręcać.

Skupiłam się na jehutrze, skoro nie mogłam jej zranić, mogłam ją przestraszyć, co mi się w końcu udało. Przerażony konstrukt rzucił się do ucieczki a Hator za nim, gryząc i drapiąc. Borgilowi kolejny atak też poszedł bardzo dobrze, zauważyłam, że dobija swojego przeciwnika i odwraca się w kierunku Horrora. Upewniwszy się, że Hator poradzi sobie ze swoją jehuthrą, także skupiłam uwagę na walce za moimi plecami.

Odwróciłam się akurat by zobaczyć jak Horror zamierza się na Buma, Salazar próbował zablokować cios idący w wietrzniaka a Miriel wypuściła kolejne kryształowe pociski, wyrywając kolejne fragment pancerza stwora. Niestety Salazarowi nie udało się zasłonić Buma przed ciosem i zobaczyłam jak wietrzniak uderza w podłogę. Horror poprawił, znów omijając kontrę t’skranga, i Bum znieruchomiał.

Bestia odwróciła się w kierunku Miriel. Wyprowadziła cios. Salazar znów rzucił się pod ostrze, tym razem skutecznie osłaniając elfkę i raniąc bestię. W tą kotłowaninę wbił się Durgol, któremu, po kilku próbach, udało się wreszcie trafić Horrora jelcem. Wyładowania, który wstrząsnęły cielskiem dobiły stwora, sprawiając, że rozlał się po podłodze.

Nie dane nam było delektować się zwycięstwem. Nad naszymi głowami brzmiały już odgłosy walki. Najwyraźniej orkowie spychali konstrukty w głąb kaeru. Rozejrzeliśmy się szybko. Za pokrywającą wszystko mazią odkryliśmy dwa przejścia w głąb. Przywiązałam nieprzytomnego Buma do Szafir, zniszczyliśmy kokony, tak na wszelki wypadek, i prześlizgnęliśmy się za śluzem dalej w kaer.

Ku naszemu zdumieniu trafiliśmy na ciężkie, metalowe drzwi, zabarykadowane od środka. Za nimi dostrzegłam, w przestrzeni astralnej, ośmiu orków, w tym dwóch adeptów. Byli uzbrojeni w łuki i proce i wyraźnie pełnili rolę strażników. Zaniepokoiło mnie to, że w ich wzorcach dostrzegłam moc Horrora, a przecież, skoro stwór nie żył, wszelkie znamiona powinny były zniknąć. Dodatkowo przestrzeń w środku była spaczona.

Po krótkiej naradzie i ocuceniu Buma wzięłam szkicownik, przemalowałam się na orkową szamankę i wraz z Borgilem ruszyłam do barykady.

– Halo! – krzyknęłam. – Wy tam, po drugiej stronie, otwierać.

– A wy to kto? – odezwało się po chwili.

– Przysyła nas Sidla, zabiliśmy Horrora.

– Jak to zabiliście? Przecież Horror jest tutaj.

– Tutaj, czyli gdzie? – zapytałam, mocno już podirytowana.

– No… Pod nami.

– Aha. A ten tam na górze to był dla ozdoby czy zmylenia przeciwnika?

– Ten co to zmieniał zwierzaki?

– Ten właśnie. Nie żyje. Wpuścicie nas wreszcie czy mamy powiedzieć Sidli, że nie wykonujecie jego rozkazów?

Po chwili ciszy dowódca oznajmił, że wpuści nas do środka. Czekaliśmy dobre kilkanaście minut zanim usunęli barykadę i wreszcie znaleźliśmy się po drugiej stronie. Ork, który ze mną rozmawiał, przedstawił się jako Zagar, zastępca wodza, Kawalerzysta szóstego kręgu. Zapytany co tu robią oznajmił, że cofali się pod naporem konstruktów, zabarykadowali się i czekają na Tildę, szamana, który ponoć wie, co zrobić z Horrorem, którego pilnują. Zażądałam więc zaprowadzenia do Horrora, tłumacząc, że nie ma czasu do stracenia, bo walki coraz zacieklejsze i w każdej chwili Horror może się uwolnić. Poprowadzono nas więc do sporego pomieszczenia, gdzie pośrodku dostrzegliśmy magiczną barierę w kształcie kopuły, sięgającą około półtora metra nad ziemię i pokrywającą taką samą kopułę z kamienia, całą pokrytą znakami podobnymi do tych na włazach. Spod spodu czuć było dziwną moc.

– Co robimy? – szepnął do mnie Borgil. – Tylko patrzeć jak ten cały szaman się tu zjawi i może być burda.

Zerknęłam na orków, przyglądających nam się z pewnego dystansu.

– Daj mi pomyśleć.

Poczułam się skołowana. Jedno wiedziałam na pewno, trzeba się pozbyć orków i spróbować ustalić co się znajduje pod kopułą. Jakim cudem pod spodem może być drugi Horror? A jeśli nie Horror to co? Jak i dlaczego wpływa na orków. I czemu ściągnął ich tutaj, żeby go zabili?

– O co tu chodzi? – mruknęłam do siebie.

Zerknęłam na Zagara.

– Zostawcie nas na chwilę samych. Ta magia wyrywa się spod zabezpieczeń, muszę ją zapieczętować zanim zjawi się Tilda, inaczej nikt z nas tego nie dożyje. Pilnujcie wejścia i natychmiast sprowadźcie tu Sidlę jak tylko się pojawi. Postaram się utrzymać bestię w zamknięciu do tego czasu.

Nie czekając na spełnienie mojego rozkazu odwróciłam się do kopuły i zaczęłam tkać wątek do ciemności. Jeśli orkowie nie wyjdą to przynajmniej nie będą widzieli co robię. Czas się przekonać, co kryje pod sobą kopuła, a czasu mamy coraz mniej.

Reklamy

35 U wrót kaeru

Drużyna zagłębiła się w dyskusji, której strzępki co jakiś czas do mnie docierały, a ja próbowałam intensywnie myśleć. Tajemnicze włazy w korycie rzeki, zaginiony kaer, charyzmatyczny ork, który zjednoczył plemiona, konstrukty w całej dżungli i Horror, rzekomo, zamknięty w kaerze musiały się jakoś łączyć. Nie wierzyłam w uwięzienie Horrora. Niektóre konstrukty były dość świeże, podobnie jak ich kokony. Żeby je tworzyć musiał wychodzić na powierzchnię. Z drugiej strony, skoro wychodził to czemu sam nie zmiótł obozu z powierzchni ziemi. Jeśli Sidla nie jest naznaczony to kim jest? A jeśli jest naznaczony to co tu robi skoro Horror ma w posiadaniu kaer? Chyba, że nie ma żadnego kaeru… Musiałam się upewnić przynajmniej w tej kwestii.

– (…) Ja też potrafię coś zlepić. – usłyszałam Miriel.

– To zlep te informacje i powiedz nam co tu jest grane. – odparował Bum.

– Jak duży może być kaer? – weszłam im w słowo.

Zamilkli patrząc na mnie z lekką dezorientacją.

– Myślicie, że jak daleko od obozu może sięgać, jeśli w ogóle tam jest? Korytarze w dżungli Serwos, wykorzystywane na kaery, ciągną się kilometrami. Jeśli tutaj jest podobnie, jeśli kaer jest połączony z dziwnymi włazami w rzece, to możemy sprawdzić, czy on faktycznie tam jest. Przynajmniej jedno słowo Sidli potwierdzimy.

– Jak? – spytała Miriel.

– Chodźcie. Musimy się wrócić kawałek.

Skierowaliśmy się znów do obozu. Starałam się znaleźć miejsce na tyle blisko, żeby była szansa, że pod nami jest kaer i jednocześnie na tyle daleko, żeby moje działania nie ściągnęły na nas uwagi jego mieszkańców. Znalazłam ogromne drzewo. Mogłam śmiało założyć, że jego korzenie sięgają daleko w głąb ziemi. Wyciszyłam się, zmówiłam krótką modlitwę do Matki i poprosiłam „odsuń się”. Moc Jaspree przepłynęła. Majestatyczny posąg przyrody z mozołem wyciągnął z ziemi potężne korzenie i przesunął się kilka metrów w bok.

Uśmiechnęłam się widząc zdumione miny towarzyszy.

– Mamy tylko kilka minut zanim będę je musiała odstawić na miejsce, więc chodźmy zbadać lej. Jeśli kaer tam jest może uda nam się go dostrzec w przestrzeni astralnej.

– To ja was będę asekurować. – rzucił Thar’zitt widząc jak Bum przywiązuje linę do jednego z pni i obwiązuje się w pasie.

Skinęłam tylko głową. Także się obwiązałam i ruszyłam ostrożnie w głąb dziury. Szybko otoczył nas zapach wilgotnej ziemi i przyjazny półmrok. Zsunęłam się na sam dół, czując obok siebie obecność Buma i wejrzałam w przestrzeń astralną. Nie było to przyjemne doświadczenie bo przestrzeń była tutaj spaczona. Pasma czerni zasłaniały widok, przepływały wokoło zniekształcając obraz. Mimo to dostrzegłam to, co spodziewałam się tutaj znaleźć, kaer. Sufit budowli był pełen dziur i całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zabezpieczeń magicznych. Wewnątrz dostrzegłam zniszczone wnętrze, którego historię napisano walką. Osmalone ściany, głębokie bruzdy w kamieniu, zaschnięte plamy krwi, walające się wszędzie kości i ślady uszkodzeń murów sprawiły, że widok spacerujących po kaerze konstruktów zdawał się być zupełnie naturalny.

Po dokładnym obejrzeniu wnętrza wróciliśmy z Bumem na górę. Przesunęłam drzewo na miejsce dziękując Jaspree za dar jej mocy. Opowiedzieliśmy Thar’zittowi i Miriel o zwiadzie, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba zbadać rzekę. Wszak, według Sidli, do następnego ataku mamy trochę czasu.

Drugiego dnia spokojnej, niczym nie zakłócanej podróży, nasz zwiad powietrzny w postaci wietrzniaka odkrył niezwykłe miejsce magiczne. Za barierą utkaną z magii dostrzegł wzorzec wielkiego cierpienia. To, co się działo w tym miejscu, sprawiło, że zyskało ono prawdziwy wzorzec. Gdy wyszliśmy spomiędzy drzew dostrzegliśmy spory obszar zniszczeń, popalonej ziemi, zwęglonych drzew. W centrum tego wszystkiego leżał trup, rozerwany od środka, zaś po ziemi, z dużą prędkością, sunęła zdobiona bransoleta, szarżując prosto na Buma, wyciągającego w jej kierunku jedną ze swoich magicznych kuleczek.

– Rzuć w nią tą kulką! – krzyknęłam, oceniając prędkość bransolety na zbyt dużą, żeby zdążył ją bezpiecznie zamknąć gdy się zbliży na wyciągnięcie dłoni.

Bum posłuchał natychmiast. Krzycząc hasło cisnął kulkę w nadlatującą biżuterię. Trafił idealnie. Kulka wessała przedmiot i zamknęła się. Wietrzniak wziął ją ostrożnie w rękę. Zobaczyłam jak kulka szarpie się wściekle, jakby przedmiot próbował się wydostać. Bum wyjął jeszcze dwie pozostałe i powrzucał jedna w drugą. Ruch w końcu zamarł.

– To chyba nasz wieśniak. – Miriel wskazała na zwłoki.

– Co ludzie robią z ciałami po śmierci? – spytał mnie Thar’zitt.

– Grzebią.

– No, to trzeba go pogrzebać. – rzucił Bum i wyciągnąwszy saperkę wziął się do roboty.

Popatrzyłam chwilę na narzędzie w rękach wietrzniaka, które dla mnie mogłoby być zaledwie łyżką.

– Pomóżmy mu. – zaproponowałam. – Inaczej noc nas tu zastanie.

Wspólnymi siłami pogrzebaliśmy zwłoki. Zrobiłam też tabliczkę upamiętniającą nieszczęsnego rybaka.  Po zakończonej pracy ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie minęła godzina, kiedy Bum nagle wyciągnął kulkę z bransoletą.

– Raven, weź no ją obejrzyj w astralu bo coś się ciepła robi.

Wejrzałam w przedmiot.

– To coś topi twoje kulki. Wewnętrzna jest już całkowicie zniszczona i właśnie wzięło się za drugą.

– Jasny pieron! – zaklął t’skrang. – Trzeba się tego pozbyć. Tylko jak?

– Tylko jedno mi przychodzi do głowy. Zakopać. – podeszłam do najbliższego drzewa i poprosiłam je o przesunięcie się. – Wrzucaj. – wskazałam głową na dół.

Bum podleciał, podał hasło do zewnętrznej kulki wyciągając ją nad dół. Środek, mocno już rozgrzany, wypadł, staczając się po zboczach leja głęboko w ziemię. Przesunęłam drzewo na miejsce.

– Myślicie, że to wystarczy? – zapytał wietrzniak patrząc z niepokojem na drzewo.

– Musi. – mruknęłam. – Nic innego nie wymyślimy. Chodźmy stąd.

Zaznaczyliśmy drzewo kryjące przeklęty skarb, wkrótce zostawiając je za plecami. Do rzeki dotarliśmy późnym popołudniem. Miriel dokładnie obejrzała włazy upewniając się, że nic się nie zmieniło od ich ostatniej wizyty po czym pozwoliła Thar’zittowi zanurzyć się pod wodę, żeby je sobie dokładnie obejrzał. Bumowi zaś, w tym krótkim czasie, udało się obrazić Noir, rzucając o Jaspree  „Pozdrów go ode mnie” Uspokoiłam kruka ale odmówił przyjęcia od Buma pojednawczej śliwki, odwracając się do niego ogonem. Wzburzonego Noir jeszcze nie miałam okazji widzieć i muszę przyznać, że widok ten był wielce intrygujący. Jego emocje dało się zauważyć nawet nie będąc Władcą Zwierząt.

– Uwaga! – krzyk Buma wyrwał mnie z zamyślenia. – Mamy towarzystwo.

Obydwie z Miriel odwróciłyśmy się jak na komendę. Z lasu biegły na nas olbrzymie małpy. Zmodyfikowane małpy. Schyliłam się błyskawicznie, chwyciłam z ziemi kamyk i zaczęłam tkać wątek. Miriel też wzięła się za tkanie a Bum ruszył do ataku z powietrza. Zobaczyłam jak Thar’zitt wynurza się na powierzchnię i przygotowuje do odparcia ewentualnego ataku kosturem.

– Rzucaj Miriel. – krzyknęłam, widząc, że skończyła tkanie.

Złożyła dłonie, wyciągnęła je w kierunku dwóch najbliższych małp i wykonała gest jakby chciała oderwać jedną dłoń od drugiej. Małpy skleiły się ze sobą, przewróciły i przekoziołkowały razem jeszcze kilka metrów. Otoczyłam nas aksamitną ciemnością tuż przed tym jak dwie kolejne, najeżone kłami, paszcze rzuciły się w kierunku naszych twarzy. Zdezorientowane zwierzęta opadły na ziemię i zaczęły węszyć.

– Tkaj. – szepnęłam do Miriel. – Jak skończysz zrób krok do tyłu i dwa w lewo, wyjdziesz z ciemności.

Widziałam jak potaknęła. Odsunęłam się nieco, wyciągnęłam dłoń i ściągając energię z przestrzeni astralnej dotknęłam zwierzęcia. Raniący dotyk sprawił, że małpa kwiknęła cicho i natychmiast odwinęła się, żeby mi oddać. Szczęściem na oślep nie wyszło jej to najlepiej.

Tymczasem Bum eliminował kolejnych przeciwników osłaniając także Thar’zitta. Kolejne ciosy i czary sprawiły, że ocalałe dwa konstrukty rzuciły się do ucieczki zostawiając za sobą ciała towarzyszy. Cisnęłam za nimi kamień niosący na sobie kulę mroku, co wyhamowało zwierzęta pozwalając Bumowi dokończyć rzeź.

Rozejrzeliśmy się po polu bitwy.

– Patrzcie jaki zwiad upolowałem. – Bum z dumą pokazał nam leżącego na ziemi jastrzębia z wystającą z piersi strzałką.

Obejrzałam zwierzę dokładnie. Był to konstrukt ale kiedyś miał więź z Dawcą Imion.

– Mogę go śledzić w powietrzu. – zaoferował Bum. – Zobaczymy skąd przyleciał, może nas gdzieś doprowadzi.

– Thar’zitt, skończyłeś już? – zwróciła się Miriel do t’skranga, który nadal siedział w rzece, jakby nie zamierzał jej opuszczać.

– Taaaak… – odparł z wahaniem. – W zasadzie tak.

– Czego się dowiedziałeś?

– Te kamienie we włazie to zakazana magia. Łączy w sobie magię horrorów i orichalk. Miała maskować kaery przed wzrokiem Horrorów. – t’skrang wylazł z rzeki i zaczął się wycierać.

– Cudnie. – skomentowała Miriel. – Prowadź Bum, zobaczmy gdzie nas doprowadzi to ptaszysko.

Ptaszysko doprowadziło nas do miejsca, do którego i tak mieliśmy pójść, a mianowicie do jedynego otwartego włazu, źródła wszelkich zawirowań magicznych w okolicy. Znaleźliśmy tam świeży kokon, którego zawartością był najprawdopodobniej nasz jastrząb oraz dziwne ślady, przypominające orka o idealnie symetrycznym ciele a później zmieniające się w coś bliżej niezidentyfikowanego. Ślady prowadziły do rzeki. Zupełnie jakby Horror z niej wyszedł, wypuścił jastrzębia, i do niej wrócił.

– Można popytać rośliny czy ich duchy coś widziały. – zaproponowałam.

– Baronie. – zwrócił się Thar’zitt do swojej paprotki. – Spróbuj spytać swoich kuzynów czy widzieli tą postać i jak wyglądała.

– Mówią, że podobna do obsydianina bo nie miała twarzy. – odezwał się po chwili Baron.

– No. To mamy swojego Horrora. – rozejrzałam się kontrolnie.

– Wyczuwam dużo esencji żywiołu ziemi. – Thar’zitt przymknął oczy. – Jakby był w pobliżu żywiołak.

– Spróbuj zagadać. Może odpowie. – zaproponowała Miriel.

Po dłuższej chwili dostrzegliśmy jak koryto rzeki drży nieznacznie i osypują się z niego drobne kamyki.

– Thar’zitt? – zapytała Miriel.

– Nic się nie bójcie. – t’skrang niemal się roześmiał. – Tu jest żywiołak ziemi. Zamknięty. Coś go tu trzyma i nawet nie pozwala mu się komunikować ze mną. Stąd ta drobna lawina. Obiecałem, że go uwolnimy. Ale to muszę popłynąć do tej wnęki żeby być bliżej.

– Przedostańmy się na drugą stronę. Mam pomysł jak odsunąć te przeklęte przedmioty nie narażając żadnego z nas na niebezpieczeństwo. – poprosiłam.

Ruszyliśmy więc w górę rzeki. Kilkadziesiąt metrów dalej Miriel rzuciła gołoledź zamrażając nam mostek, po którym mogliśmy się przedostać na drugi brzeg. Przewiązałyśmy się liną, trzymaną przez Buma, i ostrożnie weszłyśmy na lód. Oczywiście zachowanie równowagi na śliskiej powierzchni nie jest moją mocną stroną, więc błyskawicznie wylądowałam na tyłku. Wietrzniak nie omieszkał tego wykorzystać.

– Nie wstawaj bo zrobisz sobie krzywdę. – krzyknął i ruszył przed siebie ciągnąc nas obie za sobą.

Miriel ma smykałkę do bycia łyżwiarką i nawet ta nieoczekiwana jazda sprawiła jej sporą przyjemność, natomiast przed „jazdą” po lodzie na tyłku raczej was ostrzegam. Nie jest to coś, co chciało by się robić codziennie.

Znalazłwszy się wreszcie bezpiecznie po drugiej stronie rzeki wróciliśmy do miejsca, gdzie otworzył się właz. Wyjęłam zapas kości, które tak ochoczo dostarczył mi ostatnio Bum i zaczęłam układać krąg. Moi towarzysze patrzyli z zaciekawieniem jak krąg zaczyna się jarzyć białym światłem i jak kupka kości pośrodku unosi się, wiruje w powietrzu, i wreszcie układa w humanoidalny kształt.

– Chodź ze mną. – poprosiłam istotę. Chybocząc się lekko ruszyła za mną na brzeg rzeki. – Weź właz i odciągnij najdalej jak tylko jesteś w stanie. To samo zrób z pozostałymi dwoma przedmiotami.

Patrzyliśmy zafascynowani jak szkielet zanurza się pod wodę i zaczyna przenosić po dnie wskazane przedmioty.

– Kiedy się tego nauczyłaś? – spytał Bum nie odrywając wzroku od szkieletu.

– To wiedza z trzeciego kręgu Ksenomanty.

– Ładnie to to nie wygląda ale skoro jest pożyteczne to ujdzie. – skomentowała Miriel.

Kiedy duch skończył swoje zadanie wskazałam ręką właz.

– Proszę, Thar’zittcie, możesz badać.

T’skrangowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Chlupnął do wody i skupił się na otworze. Nie zabawił pod wodą długo.

– Ta ściana, która zamyka niszę to nie żadna ściana, to żywiołak, w dodatku zamknięty czarem. Trzeba to rozproszyć. – wyrzucił z siebie jednym tchem.

– Ale to chcemy tak teraz? Tak już? – dopytywał Bum. – Tak żeby nam Horror tutaj wylazł?

– Chcieliśmy do Horrora. – wtrąciłam. – To możemy przecież tylnym wejściem.

– Rozpraszaj. – poprosiła Miriel.

Thar’zitt wyciszył się, na jego pysku widać było powagę i skupienie. W końcu magia przepłynęła zaś powagę zastąpiło rozczarowanie.

– Nie udało się. – jęknął zasmucony.

– Naucz mnie tego czaru. – poprosiła Miriel. – Jakoś musimy się tam dostać.

Rozsiedliśmy się na brzegu. Bum obserwował czujnie otoczenie, ja delektowałam się bliskością cichej przyrody zaś Miriel i Thar’zitt w skupieniu studiowali zwój z formułą czaru rozpraszającego magię. Minęło może pół godziny, może więcej, zanim Miriel podniosła się i, podobnie jak wcześniej t’skrang, posłała w kierunku żywiołaka strumień magii. Brak efektu powiedział nam równie szybko jak jej mina, że i jej się nie powiodło.

– Co teraz? – spytałam

Magowie popatrzyli po sobie niezadowoleni.

– Została nam już chyba tylko medytacja. – odezwał się niechętnie Thar’zitt. – Później możemy spróbować ponownie.

– Osiem godzin medytacji. – mruknęłam wpatrując się w wodę. – Cóż, jeśli nie ma innego wyjścia to medytujcie. Najwyżej sam do nas przyjdzie.

– A wtedy spuścimy mu manto! – entuzjastycznie zakrzyknął Bum.

– Albo on nam. – szepnęłam sama do siebie szukając wygodniejszej pozycji do siedzenia na czas tych ośmiu godzin medytacji naszych magów.

34 Kolejne pytania i żadnych odpowiedzi

Byliśmy już  gotowi do drogi kiedy zorientowałam się, że Bum wraz z Szafir lecą w kierunku drzew. Natychmiast przywołałam Szafir do siebie. Ważka zawahała się ale stanowczość powtórzonej komendy sprawiła, że wróciła grzecznie nad Śnieżkę, skupiona już tylko na mnie.

– Ale ja tylko chciałem zerknąć… – zaczął się tłumaczyć Bum.

– Nie. – skierowałam Śnieżkę ku Ligos. – Borgil i Hator potrzebują medyka. – ponagliłam wierzchowce.

Bum jeszcze coś mruczał pod nosem ale już nie oponował przeciwko powrotowi.

Do miasta dotarliśmy o zmierzchu. Ku naszemu zdumieniu, tuż przed fortecą, wpadliśmy na Thar’zitta, który, jak się okazało, przybył do miasta w jakichś interesach, przy okazji licząc, że trafi na nas gdzieś na szlaku. Szybko pożegnałam t’skranga i skierowałam się do stajni odprowadzana ożywioną rozmową między Thar’zittem i Durgolem. Już na miejscu ułożyłam Borgila i Hator na posłaniach i kazałam stajennemu posłać po medyka. Muszę przyznać, że sprowadził go błyskawicznie. Starszy mężczyzna dobrze znał się na swojej profesji, profesjonalnie opatrzył tak Borgila jak i Hator i zostawiwszy mi instrukcje dotyczące opieki nad nieszczęsną dwójką, pożegnał się znikając w ciemnościach nocy.

Nie zdążyłam się jeszcze ułożyć do snu gdy do stajni wpadł Bum, był wyraźnie wzburzony ale zamaskował to pytając o stan zdrowia naszych towarzyszy i szybko kładąc się spać. Nie miałam głowy do wnikania w powody zdenerwowania wietrzniaka, wtuliłam się w futerko Hator i szybko zasnęłam ukołysana jej kocim mruczeniem, dziękując Jaspree za to, że nadal mogę czuć jej ciepło i delektować się więzią, która nas łączy.

Rankiem czekała mnie niespodzianka. Bum postanowił poprawić sobie humor egzekwując obietnicę, którą mu kiedyś złożyłam, i udał się na nocne latanie na Szafir. Czym nie omieszkał mi się pochwalić jak tylko otworzyłam oczy.

– Fajnie było? – spytałam nieco roztargniona doglądając chorych.

– Fantastycznie! Jak ona lata! A jak szybko! Mogę to kiedyś powtórzyć?

– Może… Co się wczoraj stało? Wydawałeś się zdenerwowany.

– A bo Thar’zitt chciał olać Smoczycę. Wyobrażasz to sobie? Ja mu mówię, że Smoczyca chora, a on mi na to, że może on sobie w ogóle pójdzie. Jak tak można?

– Hm… Może miał jakiś inny powód żeby tak powiedzieć?

– Coś tam marudził, że go Durgol o szpiegostwo podejrzewa, bo się zjawia i znika niespodziewanie. No ale to nie powód, żeby porzucać Smoczycę prawda?

– Ale w końcu został, tak?

– No… Został. – przyznał niechętnie wietrzniak.

– W takim razie myślę, że można mu wybaczyć.

Skupiłam się na chwilę i poprosiłam Thar’zitta, Miriel i Durgola, w mowie powietrza, żeby wzięli śniadanie i przyszli z nim do stajni, trzeba było ustalić co robimy dalej z tym całym bałaganem.

– Raven wiesz co? – zagaił Bum kiedy go poinformowałam, że śniadanie nam przyniosą. – A mógłby mój znajomy też polatać na Szafir?

– Szafir nie służy do wożenia wszystkich wietrzniaków w okolicy Bum.

– Nie wszystkich. Tylko jeszcze jednego. Wiesz, on od dziecka o tym marzył. Mówił mi to.

– Czemu mnie tego nie powie?

– Bo on się ciebie trochę boi.

– Boi? – popatrzyłam na Buma zdziwiona. – Co to za wietrzniak?

– Xarion.

Moje zdumienie jeszcze wzrosło.

– Sugerujesz, że Xarion się mnie boi???

– Pozwól mu polatać. Będzie nam winien oooooooogromną przysługę.

Dostrzegłam naszą drużynę kierującą się w stronę stajni.

– Dobrze, pozwolę, jak mnie o to sam poprosi. Umie chyba mówić?

– Dzięki! – Bum wystrzelił w powietrze natychmiast ruszając na poszukiwanie Xariona.

– Bum! Ty gdzie? – usłyszałam krzyk Thar’zitta. – Rysunki tych znaków z włazów mi miałeś pokazać!

– Są pod skrzynią. – odkrzyknął wietrzniak i zniknął nam z oczu.

Rozłożyliśmy śniadanie i posilając się próbowałam opowiedzieć Thar’zittowi, w miarę sensownie, wszystko czego doświadczyliśmy w dżungli. Dowiedziałam się przy okazji, że w nocy relację zdawał mu Durgol, więc sporo wysiłku musiałam włożyć w wyprostowanie wszelkich teorii spiskowych przedstawionych przez krasnoluda. Thar’zitt obejrzał też szkice, które zrobił Bum, przedstawiające  znaki magiczne zapisane w przestrzeni przy tajemniczych włazach. Kończyłam właśnie relację kiedy nadleciał Bum z Xarionem. Oszczędzę sobie opisywania tego żenującego zachowania jakie zaprezentował Thar’zitt z Xarionem, którzy szybko znaleźli wspólny język. Czasami odnoszę wrażenie, że przebywam w towarzystwie bardzo rozkapryszonych dzieci, które, w dodatku, ciągle się wściekle kłócą….

Zostawiwszy Borgila i Hator w cytadeli ruszyliśmy ponownie w dżunglę. Postanowiliśmy udać się nad rzekę żeby Thar’zitt mógł obejrzeć sobie zawirowania magii żywiołów na żywo, liczyliśmy, że może on na coś wpadnie po analizie tych dziwnych miejsc.

Pierwszej nocy ostatnią wartę zaniepokoiły dobiegające z dżungli odgłosy. Thar’zitt usłyszał padające drzewo, więc poleciał na zwiad jako sokół. Przyleciał dość szybko informując, że orkowy obóz warowny broni się przed falą konstruktów. Miriel postawiła nas na nogi. Szybko się zebraliśmy i ruszyliśmy w kierunku obozu. Bum poleciał sprintem. Po powrocie oznajmił, że orkowie sobie dobrze radzą w walce, używają taktyki i ukształtowania terenu. Jeden z nich walczy na wierzchowcu, porusza się błyskawicznie, posyłając co jakiś czas płonące strzały. Podjęliśmy natychmiast decyzję żeby wspomóc obóz w walce, tym samym zaskarbiając sobie sympatię dowódcy, co pozwoli nam zbliżyć się do niego i zbadać jego wzorzec.

Niestety kiedy podjechaliśmy bliżej okazało się, że obóz już sobie poradził. Konstrukty zniknęły zaś orkowie wzięli się za palenie trupów. Wykorzystaliśmy sytuację i jawnie ruszyliśmy do obozu. Dowódca był czujny, nie wyszliśmy jeszcze spomiędzy drzew a już zabrzmiało donośne „Stój! Kto idzie?” wykrzyczane w orkowym. Odpowiedziałam w tym samym języku. Wódz przedstawił się jako Sidla, Łucznik szóstego kręgu, wódz połączonych plemion. Po krótkiej rozmowie oznajmił nam, że pod obozem jest kaer, do którego wejścia pilnują. Konstrukty próbują się dostać do środka a orkowie starają się do tego nie dopuścić. Co więcej, szykują się do wejścia do kaeru żeby podjąć walkę z zamkniętym tam horrorem. Może nawet zaufałabym Sidli w czystość jego intencji, ale kiedy próbowałam wejrzeć w jego wzorzec zaczęłam odnosić wrażenie, że nie mogę się skupić, jakby coś rozpraszało moje myśli. Spróbowałam ponownie wykorzystując zdolność Noir do widzenia aury ale efekt był identyczny. Zaniepokoiło mnie to mocno. Zwłaszcza, że zaproponowaliśmy orkowi pomoc w walce z horrorem i zejście do kaeru wraz z nim a wolałabym w takiej sytuacji nie mieć wroga za plecami. Ucięłam więc rozmowę oznajmiając orkowi, że i tak musimy udać się najpierw nad rzekę, bo są tam miejsca, które nas niepokoją a mogą mieć powiązanie z horrorem. Sidla nie miał nic przeciwko. Według niego kolejny atak nie nastąpi tak od razu i możemy mieć kilka dni spokoju. Pożegnaliśmy się szybko oddalając się od obozu na tyle, żeby nie być słyszanymi. Dopiero kiedy upewniłam się, że nikt nas nie śledzi ani nie podsłuchuje zatrzymałam drużynę i opowiedziałam im o swoim wrażeniu podczas badania wzorca. Trochę nas to zdezorientowało. Spotkanie z Sidlą dorzuciło kilka pytań do naszej puli niewiadomych a nie dało ani jednej odpowiedzi. Znów trzeba było podjąć decyzję co dalej…

Festiwal Fantastyki Cytadela

Cytadela-logo

Jak już wiecie zaangażowałam się w tym roku w tworzenie nowej imprezy fantastyczno-konwentowej jaką jest Festiwal Cytadela. Odbył się on w dniach 26 – 28 maja 2017 po raz pierwszy w zabytkowej Twierdzy Modlin (Nowy Dwór pod Warszawą). Cytadela jest siostrą Twierdzy, o której już Wam pisałam, tyle że wyszła jakaś taka większa 😉

Sam obiekt to już magia sama w sobie.  Ogromny teren ograniczony starymi koszarami, w których postapo wygląda na każdym kroku. Niesamowity klimat zniszczonych wnętrz.

Cytadela02

Zachęcam Was bardzo do zainteresowania się tym wydarzeniem ponieważ znajdziecie tam masę atrakcji. Na Cytadeli odbył się zlot Fabrycznej Zony, były bloki literackie, komiksy, wystawcy, sesje RPG i LARPy. Jeśli zainteresuje Was program zapraszam na stronę festiwalu <tutaj> oraz na profil na fb <tutaj> 

W programie były także koncerty, pokaz laserów, pokaz mody oraz tancerze z ogniem. Co prawda nie miałam nawet szans zapoznać się z całością programu ponieważ opiekowałam się blokiem literackim i naszymi wspaniałymi gośćmi, ale z opowieści zasłyszanych przy integracyjnym ognisku wiem, że uczestnicy byli zadowoleni z ogromnego wyboru atrakcji.

Cytadela04

Czemu Wam o tym piszę? Cytadela jest robiona, podobnie jak Twierdza, przez ludzi z pasją, zakochanych w RPGach, w fantastyce. To jedyny taki konwent w centrum Polski, na dużym, niezwykłym terenie, z pełną integracją przy wieczornych ogniskach. Chcemy, żeby się rozrastał, żeby przyciągał miłośników fantastyki z całej Polski.

Zajrzyjcie za rok. Warto 🙂

Cytadela03

33 Dotyk śmierci

Jedząc wczesną kolację ustaliliśmy, że najpierw poszukamy orków, których Borgil uratował w dżungli i wysłał do Ligos, później odwiedzimy miejsce, gdzie spadł statek i poszukamy zaginionego rybaka. Bum nie potrafił usiedzieć na miejscu. Nie wiem co się stało temu wietrzniakowi, ale wiercił się niespokojnie i co chwilę pytał, czy jest coś do roboty. W końcu poprosiłam go o zdobycie trzech kilogramów kości, pomyślałam, że mogą mi się przydać podczas wyprawy, więc zachwycony Bum śmignął przez okno i tyle go widzieliśmy.

Nie chcieliśmy zwlekać z poszukiwaniami, więc z Borgilem i Salazarem od razu wybrałam się na miasto. Zaczęliśmy od bramy, gdzie Furia podjęła trop za pomocą pochwy na miecz, który Borgil dostał od starszego z orków. Sunia dobrze się sprawiła i zaprowadziła nas prosto na nabrzeże, gdzie w zapyziałym wyszynku odnaleźliśmy poszukiwaną dwójkę, pijaną na umów. Młodszy spał na stole, pomiędzy kuflami, zaś starszy na podłodze przy ławie. Nie zaryzykowałam wejścia do środka, wydobywający się stamtąd odór dopadł mnie jeszcze kawałek przed wejściem. Borgil z Salazarem nie mieli oporów, obaj wręcz wyglądali jakby zamierzali się tam zadomowić na dłużej i, w dodatku, czegoś napić!

Miałam ich już przywołać do porządku, kiedy pojawił się obok mnie Bum.

– Miriel powiedziała, że poszliście szukać orków to was znalazłem. – oznajmił zadowolony.

– Fantastycznie. Wyciągnij ich stamtąd, dobrze? Bo jeszcze Borgil z Salazarem gotowi są przyłączyć się do tych pijaków.

– Jasne! – wietrzniak śmignął do środka.

Wiedziałam, że wysłanie Buma było dobrym pomysłem, w kilka chwil cała piątka znalazła się na zewnątrz. Młodszy szedł sam natomiast starszego Borgil niósł przewieszonego przez ramię. Usłyszałam jeszcze jak półprzytomny ork dopytuje się po co ich zabieramy zaś Bum tłumaczy mu jak bardzo Miriel go lubi i to pewnie dlatego chce z nim porozmawiać. Na te słowa ork jakby nieco przetrzeźwiał a ja pomyślałam, że nie chcę znaleźć się w pobliżu Miriel jak się tego dowie…

Gdy dotarliśmy do cytadeli zrobiło się już ciemno. Starszego orka Borgil odholował od razu do stajni a młodszego zaprowadziliśmy do naszej przywódczyni. Jeszcze dobrze nie wydukał „dobry wieczór” a już nas przeprosił i popędził gdzieś korytarzem bełkocząc, że zaraz wraca. No i faktycznie wrócił. Mokry, przyodziany w za dużą tunikę, którą najpewniej zwinął komuś ze sznurka i z bukietem kwiatów w dłoni, wyglądającym jakby pozrywał je losowo w ogrodzie. Z szerokim uśmiechem wręczył bukiet Miriel, już nieco przytomniejszym głosem oznajmiając:

– Pani chciała mnie widzieć? To dla Pani, bo Bum powiedział, że Pani mnie lubi i coś…

Próbowałam się wycofać z sypialni widząc błyskawice w oczach elfki, ale ta natychmiast zamknęła drzwi zlepiając je z futryną i zażądała wyjaśnień.

– No chciałaś z nimi pogadać. – wydukałam próbując nie parsknąć śmiechem. – To pytaj.

W zasadzie nie wiem czego Miriel chciała od orków, bo moją uwagę zaprzątnął Bum szepcąc mi, że to mu się świetnie udało i coraz lepiej mu idzie swatanie Miriel.

– Mógłbyś się chociaż trzymać jej rasy. – szepnęłam.

– Bo co, bo jak ork to od razu zły?

– Nie zły, ale z tą samą rasą jest łatwiej.

– Czyli nie lubisz Bogusia?

– A co ma piernik do wiatraka? – zapytałam zdziwiona.

– Nie chciałabyś go za męża bo jest orkiem?

– Rasa tu nie ma nic do rzeczy.

– Ha! Czyli lubisz Bogusia?

– Lubię, ale co to ma….

– Wiedziałem! – wykrzyknął Bum zwracając na nas uwagę reszty.

Miriel odesłała orka do stajni żeby się przespał i wytrzeźwiał zaś Buma opieprzyła za to, że gada głupoty, choć wietrzniak dzielnie się bronił, argumentując, że przecież chciała z nimi rozmawiać a jakby mu nie powiedział, że go lubi, to byśmy go w życiu nie wyciągnęli z tej speluny. W końcu Miriel odpuściła i udało nam się pójść spać.

Przy śniadaniu Miriel przypomniało się, że kiedy wracali wczoraj z Durgolem z miasta trafili na dziwną postać. Zakapturzona, z całkowicie zakrytym ciałem, włącznie z rękami ukrytymi w rękawicach, prowadziła przez miasto, w kierunku twierdzy, grupkę Dawców Imion. Wyglądali jak wieśniacy, ale byli dobrze ubrani i Miriel odniosła wrażenie, że kilku z nich pochodzi z portu, w którym wysiedliśmy kilka dni temu. Zaintrygowani podążyli za grupą i dotarli do cytadeli, gdzie postać kazała wieśniakom poczekać a sama zniknęła w środku. Po chwili ukazała się znowu i nasi towarzysze ze zdumieniem dostrzegli, że jest to krwawy elf. Minęli go później na korytarzu i elf z miejsca ich zaczepił i zaczął wypytywać kim są i co tutaj robią, ale Miriel go zbyła odsyłając do Margara. Zaintrygowana ową postacią Miriel, natychmiast po śniadaniu, poszła do orka spytać kim jest tajemniczy elf. Okazało się, że Rivil, bo tak ma na imię, jest szpiegiem pracującym dla Margara. Przyprowadzeni wieśniacy skarżyli się na przeszukujących okoliczne lasy orków i pojawiające się konstrukty.

Uspokojeni nieco w kwestii krwawego elfa wyruszyliśmy znów w dżunglę, tym razem kierując się na Czarnoksięski Zakręt, gdzie miał zniknąć rybak. Nawet bez mapy trafilibyśmy do tego miejsca bez problemu. Zwierzęta zaczęły się niepokoić a Szafir intensywnie świecić. Miriel ostrzegła, że zawirowania magii są tutaj wyjątkowo silne i mogą być groźne nawet dla Dawców Imion, o czym świadczył całkowity brak zwierząt i śladów życia, prócz jednego śladu Dawcy Imion, który, jak przypuszczaliśmy, pozostawił poszukiwany przez nas rybak. Szybko przekonaliśmy się dlaczego magia tutaj tak szaleje. Doszliśmy bowiem do źródła okolicznych zawirowań magii. W zboczu rzeki dostrzegliśmy trzy włazy a jeden z nich był otwarty. Zamykająca go klapa leżała popękana na dnie rzeki zaś otwór ział pustką. W mule Bum dostrzegł dwa przedmioty wątkowe, naszyjnik i młoteczek geologiczny. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że obydwa przedmioty są naznaczone klątwą. Po konsultacji tego, co zaobserwował, z Durgolem mieliśmy powody przypuszczać, że właz rozpadł się ze starości, zaś zabezpieczenia magiczne są nadal aktywne. To właśnie z grudek dziwnego metalu, zatopionych we włazie, biła magia, która tak wypaczyła żywioły wokoło, że mogła doprowadzić nawet do spadania statków powietrznych.

Nasze rozważania przerwał Salazar, który zwrócił moją uwagę na nienaturalnie się poruszającą kunę. Zwierzę najwyraźniej nas obserwowało i było bardzo szybkie, zbyt szybkie jak na zwierzę. Obejrzałam ją spojrzeniem astralnym, bez trudu dostrzegając zmodyfikowany przez horrora wzorzec. Wydałam komendę „stój!”. Zwierzę zamarło.

– Zabijcie ją. – rzuciłam. – To konstrukt.

Borgilowi, Salazarowi i Bumowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dwa ciosy powaliły stworzenie błyskawicznie. Jednak chwilę później dostrzegłam następną. Tą również zatrzymałam i wydałam Hator rozkaz „zabij!” Kotka rzuciła się do zdobyczy ale uprzedził ją Noir, który ze ślepą furią zaatakował konstrukt. Szczęściem Bum był czujny, bo Noir niewiele był w stanie zdziałać dziobem ale wyrwał kunę z letargu i dał jej szansę na ucieczkę. Wietrzniak dogonił stworzenie i uśmiercił.

– Wyglądały jakby nas obserwowały. – odezwałam się. – Może powinniśmy stąd iść?

– Biegła w stronę tego dziwnego obozu w lesie. – poinformował Bum. – Pewnie chciała zdać raport.

– Słuchajcie, ja mogę wydobyć te przedmioty z wody nie narażając nikogo z nas na klątwę, ale muszę się znaleźć na drugim brzegu, żeby były w zasięgu. – zaproponowałam. – Więc może chodźmy obejrzeć wrak statku a potem przeprawimy się i wyciągniemy to z wody. Nie ma co tu sterczeć bez sensu.

– Tak zróbmy. – poparła mnie Miriel.

Skierowaliśmy się do miejsca katastrofy. Tak jak przypuszczałam niewiele nam to pomogło. Wrak został doszczętnie splądrowany. Wszystko, co wieśniacy byli w stanie zabrać, zostało zabrane. Nawet deski będące jeszcze w dobrym stanie zniknęły. Po tym, co zostało, nie byliśmy w stanie stwierdzić, czemu statek się rozbił.

– Nic tu po nas. – mruknął niezadowolony Borgil. – Zrobię zwiad.

– Po co? – spytałam. – Nic tu nie znajdziemy.

– Poszukam śladów. Może znajdę tego rybaka. Mogę? – zwrócił się do Miriel.

– Zrób. Tylko niezbyt daleko i bez szaleństw.

Popatrzyłam na dżunglę. Nadal uważałam, że poruszanie się samotnie po terenie pełnym konstruktów jest głupotą, ale nie odezwałam się. Ile razy można tłumaczyć, że to niebezpieczne?

– Mogę wziąć Noir? – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.

– Możesz. Weźmiesz też Hator. – cała drużyna natychmiast spojrzała w moją stronę.

– Co? – wyrwało się wszystkim jednocześnie.

Spojrzałam w oczy Borgilowi.

– Hator pójdzie z Tobą. Ma cię chronić, ale żadnych walk. Zrozumiano? Zwiad i powrót. Pomoże ci jeśli będziesz się musiał bronić ale masz nie prowokować bójki.

Ork skinął głową.

– Borgil.

– Tak?

– Ja nie żartuję… Masz okazję udowodnić mi, że nie ufam ci bezpodstawnie…

– Jasne! – potwierdził natychmiast Borgil i wskoczył na wierzchowca. – Furia zostań z Raven. – rozkazał psu i ruszył powoli w kierunku drzew.

– Chroń go Hator. – szepnęłam jeszcze do kotki. Wraz z Noir ruszyła za Borgilem.

Reszta drużyny rozsiadła się na trawie a ja chodziłam wokoło, co jakiś czas, niespokojnie, spoglądając na drzewa.

***

Ork powoli zanurzył się w las. Bez trudu odnalazł miejsce przy rzece, gdzie widzieli wcześniej pojedyncze ślady Dawcy Imion, i znalazłwszy je zaczął badać brzeg rzeki w poszukiwaniu podobnych prowadzących w głąb lasu. Wpatrując się w ziemię stracił poczucie czasu i odległości. Zaniepokoiła go dopiero reakcja zwierząt, które nagle zaczęły się dziwnie zachowywać. Mentalnie zwrócił się do towarzyszy badając co czują. Krojen wysłał mu informacje o nienaturalnym niebezpieczeństwie, które się nie rusza, Noir przekazał, że w jego odczuciu to człowiek ale inny, zaś wierzchowiec wyczuł ogień, więc instynktownie zaczął się cofać.

Kawalerzysta zeskoczył z siodła, kazał zwierzętom zostać a sam ruszył we wskazanym przez nie kierunku, przekradając się cicho. Minął kilka drzew kierując się coraz głośniejszym szumem. Po kilku minutach dotarł do niewielkiej polany, na której dostrzegł miejsce na ognisko, jakiś worek z rzeczami zrzucony pod drzewem i deski wokół ogniska służące za siedziska. Na jednej z nich siedziała płonąca postać. Ludzki mężczyzna siedział nieruchomo cały w płomieniach, jego twarz była wykrzywiona bólem ale nie spalał się. Nagle ogień zgasł. Mężczyzna wyglądał na przerażonego, na jego skórze nie było oparzeń. Cały drżał. Borgil przyjrzał się strojowi. Prosty wieśniak, może rybak. Na nadgarstku połyskiwała srebrem zdobiona bransoleta. Ork wycofał się powoli i wrócił do zwierząt.

– Noir, leć po Buma. Tylko nic nie mów Raven, dobra?

– Dobra. – zakrakał Noir i ruszył w drogę powrotną.

– Choć Hator. Trzeba pomóc temu biedakowi.

Wraz z krojenem i wierzchowcem ruszył znów do miejsca, gdzie zobaczył płonącego człowieka. Mężczyzna siedział tak, jak go ork zostawił przed kilkoma minutami. Dyszał ciężko wpatrzony w wygaszone ognisko.

– Ja zaatakuję od tyłu a ty z drugiej strony. – wskazał krojenowi kierunek. – Tylko poczekaj na mój atak.

Kotka bezszelestnie skierowała się na wskazaną pozycję. Borgil odczekał chwilę, dosiadł wierzchowca i ruszył szarżą prosto na plecy wieśniaka. Cios wydawał się mocny a jednak postać nie padła nieprzytomna, tak jak ork zakładał, a tylko zachwiała się, zerwała na równe nogi i odwróciła w kierunku napastnika. W ułamku sekundy człowiek zamienił się w szalejącą trąbę powietrzną i cisnął Borgilem daleko przez polanę. Ork uderzył w drzewo, trzasnęły łamane kości, osunął się na ziemię. Oszołomiony bólem zobaczył jak Hator rzuca się na dziwny twór. Jej skowyt, kiedy trąba potraktowała ją tak samo jak orka, sprawił, że Borgil, mimo licznych ran i połamanych kości zaczął się zbierać z ziemi. Przywołał wierzchowca, ledwie się na niego wspinając, i widząc, że trąba pędzi w kierunku kotki, która próbowała wstać, krzyknął i popędził konia w tamtą stronę. Trąba zawahała się i zniknęła, znów odsłaniając skrytego pod nią człowieka. Borgil spodziewał się kolejnej przemiany. Przez chwilę pomyślał, że to jest jego szansa, że może zaatakować ponownie i może tym razem się uda. Zanim człowiek się zmieni. Ale zdał sobie sprawę, że ledwo się trzyma w siodle, i że jeśli mu się nie powiedzie zginie a wraz z nim zginie też Hator. Popędził wierzchowca w kierunku kotki. Próbował ją dosięgnąć, ale prawie sam spadł, cudem tylko utrzymując się w siodle. Jęknął z bólu. Mężczyzna zaczął się zmieniać w stwora ulepionego z ziemi, potężną istotę, która rozmiarami dorównywała manifestacjom żywiołu ziemi.

– Kurwa! – zaklął ork. – Choćbym miał paść wyciągnę stąd tego kota! Inaczej nie mam po co wracać do drużyny…

Jeszcze raz spiął konia, zacisnął zęby z bólu i skoczył w kierunku chwiejącej się na nogach Hator. Pasje najwyraźniej mu sprzyjały. Resztką sił chwycił kocicę za skórę na karku i wciągnął, niemal bezwładną, na siodło. Pognał konia, oby dalej od zagrożenia. Dopiero kiedy zorientował się, że wyjechał na otwartą przestrzeń zatrzymał konia, zsunął się z siodła i delikatnie ułożył Hator na ziemi.

– Boguś! – usłyszał nad sobą i zobaczył lądującego obok Buma. – Na Pasje! Kto was tak urządził? Stary, ty żyjesz w ogóle?

– Tam. – Borgil wskazał między drzewa. – Jakiś potwór, konstrukt, nie wiem. Wieśniak. Ale palił się. Chciałem mu pomóc.

– Wieśniak was tak załatwił? Chłopie! Ty weź się połóż bo wyglądasz jakbyś umarł ze dwa razy!

– Umrę jak mnie Raven dorwie. – mruknął ork i przysunął się do swojego konia wyciągając nóż.

– Wybacz stary. – zwrócił się do wierzchowca.

Naciął skórę dłoni i pęcinę konia. Magia przepłynęła przez złączone rany. Koń kwiknął zaskoczony bólem a Borgil poczuł jak wraca mu życie. Podziękował wierzchowcowi, następnie ukląkł przy Hator i powtórzył zabieg, tym razem ściągając obrażenia kotki na siebie. Hator warknęła cicho. Borgil kątem oka dostrzegł w oddali pędzące konie. Z westchnieniem ulgi osunął się na ziemię.

***

Nie wiem ile czasu minęło odkąd zniknął Borgil. Kwadrans, może pół godziny. Ból, strach i całkowite poddanie się losowi uderzyły we mnie nagle z siłą tajfunu. Poczułam jak moje ciało przeszywa zimny dreszcz, paraliżując mnie całą. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Hator umiera. Rzuciłam się w kierunku Śnieżki. Drużyna poderwała się jak oparzona.

– Hator! – krzyknęłam tylko. – Ona umiera!

Śnieżka sama wyczuła moje przerażenie bo wystartowała od razu do cwału. Resztkami przytomności zarejestrowałam moment, kiedy Salazar wskoczył za mnie na siodło. Pędziłam oby szybciej kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. To, że Śnieżka nie połamała sobie nóg w tym szalonym pędzie, zawdzięczamy chyba tylko opatrzności Jaspree. Gdzieś po drodze dopadł do mnie Noir. Był wystraszony. Nawet nie próbował za nami lecieć tylko od razu skulił się na łęku siodła, wciskając się w mój brzuch.

Dostrzegłam ich z daleka. Piołun spokojnie skubał sobie trawę zaś Borgil pochylał się nad czarnym kształtem leżącym tuż obok. Byłam jeszcze daleko, ale kiedy ork opadł na ziemię a przejmujące mnie uczucie porażki osłabło domyśliłam się co właśnie zrobił.

Gwałtownie wyhamowałam tuż obok nich. Zsunęłam się z siodła i opadłam tuż obok Hator natychmiast starając się ustalić jak duże są jej obrażenia. Kotka nie miała ran zewnętrznych, prócz niewielkiego nacięcia na łapie, które zrobił Borgil żeby ją uleczyć, ale wewnątrz… Po raz pierwszy od lat czułam jak po policzkach płyną mi łzy. Opatrzyłam ją najlepiej jak umiałam. Dopiero kiedy leżała usztywniona, przytulona do mnie, a jej oddech stał się spokojniejszy byłam w stanie skupić się na tym, co działo się obok mnie.

– Lecę tam! Nie będzie mi jakiś potwór bił Bogusia! – usłyszałam oburzony głos Buma i zobaczyłam jak wietrzniak śmiga w kierunku drzew.

– Bum wracaj! – krzyknęła Miriel. – Bum! Raven. – odwróciła się do mnie. – Powiedz mu, żeby wracał. To nie konstrukt ani horror, to jakiś wieśniak, pewnie z klątwą. Może ciebie posłucha.

– Bum. – odezwałam się spokojnie w mowie powietrza. – Zostaw go. To zwykły wieśniak. Trzeba mu pomóc a nie go zabijać. Musimy się dowiedzieć jak zdjąć klątwę ale najpierw trzeba zabrać Borgila i Hator do Ligos, ich stan jest poważny.

– (… ) widziałem jak cały się palił. – kontynuował Borgil. – A potem zgasło i wyglądał jakby cierpiał. Nie był poparzony tylko przerażony. No to zaatakowałem.

– Co zrobiłeś?! – wycedziłam czując jak wzbiera we mnie gniew.

– Chciałem mu pomóc. – bronił się ork. – Myślałem, że go unieprzytomnię i później się wspólnie zastanowimy co z nim zrobić. A on się nagle zmienił w trąbę powietrzną i rzucał nami jak zabawkami. Zanim się zmienił wyglądał jak rybak ale na ręce miał dużą, srebrną bransoletę.

– Tam nie ma żadnej trąby powietrznej. – oznajmił Bum lądując koło nas.

– Bo zmienił się w wielką, ziemną masę.

– Ziemnej masy też nie ma. Ani polany. Jest jezioro.

– Jeśli to nasz zaginiony rybak – zastanowiłam się – to pewnie znalazł te przedmioty w rzece. Wziął sobie jeden, założył i go dziabnęło klątwą. – Wracamy do Ligos! – podniosłam się przekładając ostrożnie Hator na siodło. – Rybak musi poczekać.

Orichalcum, konwent miłośników Earthdawna

banner-napis

Trochę tu było cicho ostatnio, za co Was przepraszam, ale zaangażowałam się w tworzenie Festiwalu Fantastyki Cytadela, co pochłonęło mnie całkowicie (opowiem Wam o nim wkrótce).

Przede mną kolejne wyzwanie, jakim jest stworzenie własnego konwentu, który w całości będzie poświęcony mojemu ukochanemu systemowi RPG jakim jest Earthdawn. Oczywiście nie robię tego samodzielnie a z pomocą dwóch pasjonatów tego systemu i w imieniu całej naszej trójki chciałabym Was bardzo serdecznie zaprosić do udziału w konwencie.

Co Wam oferujemy?

Orichalcum odbędzie się w Głuchowie (woj. Łódzkie, powiat Rawski) i będzie konwentem plenerowym. Mamy do dyspozycji, położoną na uboczu, w malowniczej okolicy, leśniczówkę ze sporym terenem na namioty i altaną z miejscem na ognisko. Tam odbywała się Toporiada czy też Siekieriada, o której już Wam kiedyś pisałam <tutaj> Klimat tego miejsca jest niesamowity, a kiedy zapada zmrok, teren oświetlają tylko świece a z rozstawionych namiotów sesjowych wydobywają się dźwięki prowadzonych sesji od razu czujemy, że dzieje się coś wyjątkowego.

Dla kogo?

Wiele osób mówi „nie znam tego systemu, ten konwent nie jest dla mnie” – to nie prawda! Przypomnijcie sobie swoje pierwsze kroki w RPG. Przecież kiedy zaczynaliście też nie znaliście systemów. Ba! Nie wiedzieliście nawet czym jest RPG! A jednak zrobiliście pierwszy krok i dalej już poszło. Teraz wielu z Was mistrzuje, poznajecie nowe systemy, idziecie na przód. Dlatego zachęcam Was – zróbcie ten krok w stronę ED. Nie spodoba Wam się? Nic straconego. Wrócicie do swoich ulubionych systemów, ale wrócicie zadowoleni z fantastycznie spędzonego czasu, bo gwarantuję Wam, że spędzicie go miło. A kto wie, może Earthdawn stanie się Waszym ulubionym systemem…

Wstęp

Konwent kładzie nacisk na sesje dla każdego, więc żeby do nas przyjechać trzeba się zapisać. Formularz jest banalny a wypełnienie go zajmie Wam kilka chwil. Klikamy:

http://topory.org/pl,wstep-na-orichalcum,302

Na stronie możecie też zapoznać się ze szczegółami konwentu:

http://topory.org/pl,o-konwencie,310

Ale też zapraszam Was do polubienia wydarzenia na fb, żeby być na bieżąco:

https://www.facebook.com/events/140963089759809/

Zapraszamy

Orichalcum tworzą fantastyczni ludzie z Toporów i dołożymy wszelkich starań żeby każdy się świetnie bawił. Dołączcie do nas. Zapisy trwają tylko do 10 czerwca.

Czekamy właśnie na Ciebie! 🙂

32 Ligos

LigosProwadzeni przez Mogabę skierowaliśmy się ku Ligos, gdzie miałam nadzieję wreszcie odpocząć. Oczywiście Borgil nie byłby sobą, gdyby jechał spokojnie, więc zaproponował wyścig. Jeden z orków przyjął pomysł z entuzjazmem, ale postawił warunek, że obaj panowie dosiądą nie swoich wierzchowców, więc Borgil rzucił mi lejce Piołuna (i nawet pozwolił na nim jechać…), kazał Furii zostać ze mną a sam ruszył przez dżunglę galopem, ścigając się z orkiem. Jednak zaprzyjaźnianie się z niektórymi Dawcami Imion idzie nam całkiem nieźle.

Dobiegało południe gdy naszym oczom ukazało się miasto i przyznam szczerze, że byłam bardzo zaskoczona. Po lewej stronie błyszczała błękitem wstęga rzeki Ligos, przy której rozrósł się spory port. Wokoło rozciągały się pola uprawne i podgrodzie z prawdziwego zdarzenia a nad tym wszystkim górowało miasto otoczone fosą i murami, zza których wystawała spora cytadela. Wokoło panował duży ruch. Widać było kupców, górników, wieśniaków. Otwartą szeroko bramę blokowała olbrzymia postać, z daleka wyglądająca jak gliniany golem. Kiedy się zbliżyliśmy domyśliłam się, że to nie golem a zmanifestowany duch żywiołu ziemi. Potężny, trzy metrowy, szeroki w barach twór, trzymający w ogromnych łapskach okazałą lagę i zwieńczony równie osobliwym stworzeniem. Na głowie ducha stał bowiem blond wietrzniak, o wydatnym brzuszku, ubrany w kolorowe szaty, i coś pokrzykiwał. Ze zdumieniem usłyszeliśmy, wzmocnione magią słowa, z których wynikało, że osoby z żółtą częścią garderoby płacą myto w wysokości jednego miedziaka, bez żółtego koloru w wysokości dziesięciu srebrników zaś te, które nie lubią wietrzniaków w wysokości stu srebrników przy czym o nielubienie wietrzniaków z miejsca oskarżył jakiegoś trolla, a gdy ten zaczął się tłumaczyć, że nieprawda, że on lubi, wietrzniak oznajmił, że to był żart.

– Myślisz, że warto poczekać aż wymieni czarny kolor? – spytałam Borgila, który po wygranym wyścigu dołączył do nas przed bramą.

– Cwaniacy wchodzą za podwójną stawkę. – odkrzyknął w naszym kierunku wietrzniak, który jakimś cudem usłyszał moje pytanie.

– To twój znajomy, Borgil. – odezwałam się głośniej. – Ty weź go spytaj, czy ta podwójna stawka to od miedziaka czy od srebrników.

– Boguś! – wrzasnął wietrzniak niemal w tym samym momencie z wyraźną radością. – Kopę lat!

– A krasnoludy bez brody to za ile wpuszczasz? – spytał Borgil wskazując na Durgola.

– Niepełnosprawnych wpuszczamy za darmo. To twoja kompania? – dopytał patrząc na nas.

Borgil potwierdził i przedstawił nas pobieżnie. Wietrzniak przedstawił się jako Xarion, Mistrz Żywiołów 9 i Czarodziej 4 Kręgu. Już wcześniej Borgil opowiedział nam co nie co o osobach, które tutaj spotkamy, ponieważ kiedyś z nimi podróżował przez pewien okres czasu a Margar, obecny władca miasta, był nawet jego mistrzem. Dlatego wiedzieliśmy, że Xarion brał udział w zestrzeleniu therańskiej baty, że wykładał nawet w szkole Domu V’strimon, że jest doskonałym, acz nieobliczalnym, praktykiem i średnim teoretykiem.

– To jest Puszek. – przedstawił nam w końcu żywiołaka.

– Czemu Puszek? – spytałam.

– No…. Bo jest duży.

– Ale Puszek powinien być bardziej… puchaty. Jak niedźwiedź.

– Może być jaki sobie zażyczę.

– Może być misiem?

Wietrzniak machnął jakimś przedmiotem i na naszych oczach niekształtny stwór zaczął porastać „sierścią”, zyskał długi pysk i wielkie uszy. Kupcy za nami cofnęli się przerażeni.

– Od razu lepiej. – uśmiechnęłam się.

– Ty to nie wyglądasz ale masz poczucie humoru. – pokiwał głową z uznaniem.

– Panie Xarionie. – wtrącił się Durgol. – A pan to by nie mógł naszej Miriel podszkolić?

– Jak zda egzamin z poczucia humoru to może… – wietrzniak przyjrzał się Miriel przez chwilę.

– A może ktoś zdać za nią? – dopytał Durgol po chwili milczenia.

– Dobra. – ukrócił te dywagacje Borgil. – Kolejka się robi za nami. Idziemy do Magrara

– Racja. – poparł go Xarion. – Mogaba was zaprowadzi.

Zostaliśmy wpuszczeni za bramę i pod przewodnictwem Mogaby udaliśmy się do cytadeli górującej nad miastem. Wielka kamienna twierdza nie została jeszcze całkowicie ukończona, widać było porozkładanie materiały budowlane, gdzieniegdzie brakowało zdobień. Była bardzo solidna, budowana na modłę krasnoludzką z najlepszych materiałów, dodatkowo wzmocniona esencją ziemi. Widać było, że gospodarz nie żałował środków na budowę. Co prawda w samej twierdzy było dość klaustrofobicznie, bo taka jest specyfika budowli krasnoludzkich, ale sprawiała wrażenie bardzo eleganckiej. Borgil spytał Buma, który jako jedyny widział warownię w dżungli, czy budowle są podobne, ale wietrzniak odparł, że tamta wygląda jakby budowano ją na podstawie wiedzy sprzed stu lat a ta jest zdecydowanie nowoczesna.

Mogaba oddał nas pod opiekę służącego a sam się oddalił. Zostaliśmy poprowadzeni do sporej komnaty, oświetlonej blaskiem pochodni i ognia na wielkim kominku, przed którym wygrzewał się potężny i mocno podstarzały ork. Miał wydatny brzuszek, podobnie jak Xarion, ale pod skórą nadal wyraźnie rysowały się silne mięśnie.

Margar Krwawy Kieł, Kawalerzysta 8 i Ksenomanta 2 kręgu, okazał się być gościnnym gospodarzem i charyzmatyczną, konkretną i przyjazną osobą. Z miejsca przywitał nas jak swoich i zaprosił na biesiadę. Dostaliśmy też dużo miejsca w przestronnej stajni.

Ucztę podano w sali rycerskiej, której znaczną część zajmował ogromny stół z dwudziestoma czterema krzesłami. Ściany zdobiły rogi różnych zwierząt. Biesiada nie była wyszukana, dużo tłustych mięs i pieczywa, dużo piwa. Margar opowiedział nam o kopalni żywiołu ziemi, którą założyli w mieście dzięki Kalibanowi, ich przyjacielowi, Zbrojmistrzowi, który odkrył w tym miejscu jej złoża. Zapytany o bibliotekę opowiedział także o wielkiej bitwie, która odbyła się podczas odbijania miasta przez ekipę Margara z rąk opętanego przez Horrora burmistrza, i podczas której pożar zniszczył część wiedzy. Oczywiście zakochany w księgach Kaliban ciągle jakieś zwozi i sprowadza, ale ta najbardziej nas interesująca najprawdopodobniej przepadła.

Margar zapytał nas czego, właściwie, szukamy w dżungli, więc Durgol opowiedział mu o konstruktach, znikających statkach, warowni. Bum, oczywiście, dorzucił swoje trzy grosze o tajnej misji, szczęściem nie wnikał w szczegóły. Po chwili namysłu Margar stwierdził, że mu się ta sytuacja zdecydowanie nie podoba, że żadnych warowni sobie nie życzy a i znikające statki to problem dla miasta bo mniejsze zyski, więc ile chcemy za rozwiązanie tych problemów? Odparliśmy, że zajmiemy się tym a nagrodę wybierzemy później, jak już się uda rozwikłać zagadki otaczające Ligos. Ork nawet mistrzów nam zapewnił, gdybyśmy chcieli.

Miriel wykorzystała fakt, że Xarion dołączył do nas wieczorem i zagaiła rozmowę o zawirowaniach magii, które wyczuła na początku naszej podróży przez dżunglę. Wietrzniak nic o nich nie wiedział, ale wyraził natychmiastową gotowość udania się na miejsce i zbadania go. Oczywiście ta „racjonalna” część drużyny z miejsca go poparła i tak Xarion, Miriel, Durgol i Bum polecieli w nocy badać zawirowania magiczne na rzece płynącej przez dżunglę pełną konstruktów… Ja, Borgil i Salazar postanowiliśmy zostać, najeść się, napić i wreszcie wyspać. Wszak zawirowania są tam od dawna i nie znikną nagle, a dwie ostatnie noce spędziliśmy niemal bez snu i odpoczynek był nam zdecydowanie bardzo potrzebny. Grubo po północy opuściłam panów, zabrałam zwierzaki włącznie z Furią i udałam się do stajni odpocząć. Wreszcie ciche, suche, ciepłe i bezpieczne miejsce na nocleg. Z uśmiechem umościłam się na sianie, przytuliłam do Hator i błyskawicznie zapadłam w sen.

Z cudownych majaków sennych wyrwało mnie tupanie i rżenie koni. Przez chwilę usiłowałam zrozumieć co się dzieje i gdzie jestem, aż usłyszałam przeciągłe wycie w dwugłosie dochodzące od wejścia do stajni. Niechętnie wstałam i ruszyłam w tamtą stronę. Tuż za progiem zobaczyłam siedzącą Furię obok Borgila, wyjących razem do księżyca.

– Na wszystkie Pasje! Borgil! – zbeształam orka. – Co ty, u licha, wyprawiasz?!

– Wyjemy sobie. – wybełkotał ork i powtórzył przeciągłe wycie a Furia mu zawtórowała.

– Cisza! – wrzasnęłam wzorem Miriel. Oboje umilkli i spojrzeli na mnie z wyrzutem. Pewna myśl przemknęła mi przez głowę. – Konie płoszycie tymi wrzaskami. – kucnęłam koło Borgila i przyjrzałam się Furii uważniej. – Borgil, skup się, skąd ty wziąłeś tego psa? Tak dokładnie.

– No… Wrzasnąłem i nie uciekł. To wziąłem.

– Ale skąd?

– No… – ork zmarszczył brwi uruchamiając proces myślenia. – Z tej areny w Jerris. Oni tam mieli dużo psów. Wrzasnąłem. Wszystkie uciekły a ta została.

– Ona ma domieszkę krwi wilka.

– Seriooooo? – Borgil jakby nagle wytrzeźwiał. Popatrzył na psa z uznaniem. – Ale ekstra! A dużo?

– Nie wiem. Trzeba to zbadać. Przydałyby się wilki… – zamyśliłam się. Będę musiała popytać czy w okolicy są jakieś wilki, chciałabym się przekonać jak zareagują na Furię a ona na nich.

– Dobrze – dodałam po chwili wstając. – Jedno i drugie spać! I żadnego wycia. Raz dwa.

Niechętnie, ale posłuchali. Do świtu już nic nie mąciło spokojnego snu.

Miriel, Durgol i Bum wrócili koło południa, ledwo trzymając się na nogach ze zmęczenia. Kategorycznie odmówili jakiejkolwiek relacji i padli spać. Poszłam więc na miasto, obejrzeć je dokładniej i zasięgnąć języka a Borgil z Salazarem udali się do portu leczyć kaca i też zbierać informacje.

Miasto okazało się gwarne i przyjazne. Od mieszkańców dowiedziałam się, że Lagos powstało ze zlepienia kilkunastu okolicznych wiosek i cała ludność chwali sobie rządy Margara i jego ekipy. Nie dość, że zlikwidowali oni opętanego burmistrza i uwolnili mieszkańców od Horrora i jego ożywieńców to jeszcze przyczynili się do rozkwitu miasta i zlikwidowali w nim, prawie całkowicie, przestępczość. Oczywiście pojawiły się też negatywne opinie. Margar nie panuje nad swoimi przyjaciółmi i jak nie ma Kalibana Mogaba i Xarion potrafią nieźle zaszaleć. Orkowie, towarzysze Mogaby, słuchają tylko jego i jak zniknie im z oczu też potrafią wzniecać burdy. Otrzymawszy informację, że najstarsze zabudowania w mieście to właśnie port udałam się na poszukiwanie Borgila i Salazara.

Znalazłam ich w tawernie portowej. Dowiedzieli się, że łącznie zaginęły trzy statki ale wrak jednego z nich został odnaleziony. Niestety na miejscu nie ma nikogo, kto by się znał na statkach powietrznych na tyle, żeby stwierdzić co mu się stało, więc ciała pogrzebali, towar który się uratował zabrali a wrak zostawili. Salazar podsłuchał też rozmowę o jakimś wieśniaku o przezwisku Szrama, który wypłynął na połów na Czarnoksięski Zakręt i słuch po nim zaginął. T’skrangowi udało się dowiedzieć, że tajemniczy zakręt cieszy się złą sławą, chociaż ryb jest tam obfitość. Wskazali mu też miejsce na mapie, gdzie się znajduje. Po porównaniu tego z mapą Borgila okazało się, że Czarnoksięski Zakręt jest w pobliżu wraku statku.

Nie licząc na wiele więcej zebraliśmy się do twierdzy Margara na obiad, gdzie, wreszcie, spotkaliśmy naszych towarzyszy. Przy jedzeniu opowiedzieli nam o swoim znalezisku. W miejscu zawirowań odkryli w skalnym brzegu rzeki, podziurawionym przez jaskinie, metalowy właz. W dziwnym metalu zatopiono jakieś kryształki a do kompletu, w przestrzeni astralnej, umieszczono skomplikowany wzór, który ma być kluczem do otwarcia włazu. Niestety sprytna skrytka działa tak, że jeśli ktoś wciśnie złą kombinację cała jej zawartość zostanie zniszczona, możliwe nawet, że wraz z nieszczęśliwcem, który będzie próbował to zrobić. Nie bardzo wiedząc jak ugryźć sprawę dziwnego włazu Miriel zdecydowała, że trzeba odwiedzić bibliotekę tworzoną przez Kalibana i tam też się udała wraz z Durgolem i Bumem, każąc reszcie zbierać informacje.

Niestety dalsze kręcenie się po mieście nie przyniosło nic nowego, więc w końcu, zniechęceni, dołączyliśmy do reszty w bibliotece. Muszę przyznać, że Kaliban faktycznie zadbał o to, żeby uporządkować zwoje i księgi. Jeszcze zanim krasnolud się pojawił Miriel i Durgolowi udało się znaleźć kilka ciekawych informacji. Wioski, które znajdowały się na tych terenach przed Pogromem były bardzo biedne, mieszkańcy nie byli w stanie ich zabezpieczyć w żaden sposób, nie potrafili zbudować kaeru a therańczycy nie zjawili się z propozycją sprzedania im zabezpieczeń. Część mieszkańców uciekła w panice w kierunku jeziora Ban. Pewnego dnia przybył do jednej z wiosek elficki mag, karzący na siebie mówić Karwel. Powiedział, że pomaga takim Dawcom Imion. Zapewnił, że mieszkańcy nie będą potrzebowali takich nakładów finansowych jakich żądają theranie za rytuały ochrony, że nie trzeba łopat ani cieśli a on pomoże im zabezpieczyć się tak, że „nikt ich nie znajdzie.” Autora notatki nieco zaniepokoiło stwierdzenie, że „nikt” a nie że „Horrory” ale zignorował alarmowy dzwonek w swojej głowie pisząc, że „nie ważne są jego intencje, jest naszą jedyną szansą.”

Pod wieczór pojawił się właściciel biblioteki. Kaliban Białobrody, Zbrojmistrz 8 i Mędrzec 4 Kręgu od razu zyskał moją sympatię. W jego spojrzeniu była serdeczność a i maniery miał bardziej dworskie niż orkowe. Chętnie odpowiedział na nasze pytania, choć nie powiedział nam nic nowego. Potwierdził, że część zapisków została spalona a resztę zna na pamięć i nie znajdziemy w nich już wiedzy, której szukamy. Bum pokazał mu rysunek zabezpieczeń z włazu. Kaliban przyjrzał mu się uważnie. Dzięki jego rozległej wiedzy dowiedzieliśmy się, że takie zabezpieczenia robią elficcy magowie, zwykle bardzo zdesperowani, którzy wolą, żeby to, co ukrywają zostało zniszczone niż dostało się w niepowołane ręce. Tylko twórca zna kod otwierający taką skrytkę i nie ma mowy, żeby ktoś wpadł na rozwiązanie tak po prostu.

Wieczór nadszedł kiedy skończyliśmy rozmowę z krasnoludem, więc postanowiliśmy udać się na kolację, uporządkować naszą wiedzę i ustalić czym i w jakiej kolejności musimy się zająć.

31 Tłumy w dżungli

jungleKorzystając z chwili spokoju w podróży postanowiłam porobić notatki na temat spotkanych wcześniej konstruktów. Jadąc na Śnieżce skupiłam się tylko na tym, dlatego podskoczyłam nerwowo gdy Noir zakrakał mi tuż nad głową informując o krwi i orkach. Przyspieszyliśmy nieco, dość szybko dorównując do robiącego zwiad Borgila. Ork wyszedł na drogę z okolicznych krzaków i oznajmił, że jakieś trzy godziny temu spora grupa Dawców Imion przetrząsała okolicę jakby czegoś szukali. Borgil znalazł też krople krwi oddalające się w głąb dżungli, pokrywające się ze śladem jednego Dawcy Imion, ciągnącego za sobą drugiego. Oczywiście wszyscy uparli się, że trzeba podążyć za tym śladem, ale żeby to zrobić musieliśmy się rozdzielić, nie sposób było iść przez zarośla z końmi. Nie podobał mi się ten pomysł. Zbyt nonszalancko zachowują się w miejscu pełnym konstruktów. Jednak Miriel podjęła decyzję, że trzeba znaleźć uciekającą dwójkę. Borgil, Bum, Furia i Szafir ruszyli więc w dżunglę a reszta została pilnować wierzchowców.

Po niedługim czasie Bum poinformował nas w mowie powietrza, że Furia odkryła zamaskowane siedlisko dwóch orków. A raczej orka i trupa. Choć kilka minut później okazało się, że trup nie jest jednak trupem i panowie postanowili przyprowadzić do nas uciekinierów. Pojawili się kilkanaście minut później. Jeden ork, starszy, szedł o własnych siłach, choć wyglądał na bardzo wycieńczonego, natomiast drugiego, nieprzytomnego, niósł Borgil. Miriel natychmiast zajęła się leczeniem rannych, podczas gdy Borgil referował nam przebieg rozmowy z Bornem, Zwiadowcą czwartego Kręgu. Panowie należeli do nomadów Czarne Strzały, mieszkających na drodze do Ligos. Od razu na wstępie ostrzegli Borgila przed swoimi pobratymcami, którzy dziwnie się zachowują. Born opowiedział, że kilka miesięcy temu do ich plemienia przybył młody ork, Adept Łucznik, niskokręgowy, wyzwał ich wodza na pojedynek i rozbił go w pył. Następnie poprowadził Czarne strzały na sąsiednie obozowisko, Twardorękich, i z ich wodzem zrobił dokładnie to samo. Żeby tego było mało oba plemiona poprowadził do kaeru twierdząc, że jest tam wielka moc. Nasi ranni sprzeciwili się wodzowi i dlatego musieli uciekać przed swoimi braćmi. Spytany o kaer, Born oznajmił, że jest w stanie nam wskazać jego położenie.

– Będę wodzem plemienia! – oznajmił Borgil po zakończonej opowieści.

– Kiedyś na pewno. – rzucił Bum.

– Będę teraz. Wyzwę tego wodza na pojedynek.

– To nie jest dobry pomysł Borgil. – zaprotestowałam.

– Bo…? Uważasz, że go nie pokonam?

– Uważam, że może być naznaczony przez Horrora. Jeśli tak jest to go nie pokonasz. Zginiesz i nic nie osiągniemy.

– No to trzeba to sprawdzić.

– Jak? Nie zbliżymy się do niego na tyle, żeby go obejrzeć. – zamyśliłam się.

– Ty! Born! – zwrócił się Borgil do naszego nowego towarzysza. – A jak oni traktują tam u was posłańców? Może by się podać za wysłanych z Ligos to go sobie wtedy obejrzymy…

– Stare przymierze między Czarnymi Strzałami a Ligos zawierał poprzedni wódz. Nie wiem jak by zareagowali. A nawet jak się tam dostaniecie i się okaże, że wódz jest naznaczony, to reszta plemienia was nie posłucha. Prędzej was zabiją niż uwierzą. Jedynie orkowy Szaman może mieć posłuch w plemieniu.

– Szaman to nie problem. – wtrącił się Bum. – Raven się przebierze, może się przecież narysować i zna magię.

– Dobry pomysł. – poparłam wietrzniaka.

– Więcej nic dla nich nie zrobię. – Miriel odeszła od leżącego orka i podeszła do nas. – Musi odpocząć. Powoli dojdą do siebie. – zwróciła się do Borna. – Daleko jest jeszcze do waszej wioski?

– Ze dwie godziny.

– To ruszmy się stąd. Może uda nam się ją obejrzeć chociaż z zewnątrz.

Ponagleni przez Miriel podjęliśmy przerwany marsz. Borgil, tradycyjnie, zajął miejsce z przodu, wraz z Bumem nad głową, Noir i Furią. Reszta drużyny poruszała się dużo wolniej za nimi. Faktycznie nie minęły dwie godziny, kiedy pojawił się Noir.

– Wioska! Pusta! – zakrakał.

– Borgil znalazł wioskę? – dopytałam.

– Tak.

– Był w niej?

– Nie.

– To skąd wiesz, że jest pusta?

Chwila przedłużającej się ciszy sprawiła, że przyjrzałam się Noir dokładniej.

– Bo jestem kruk zwiadowca. – zakrakał wreszcie i poleciał w kierunku Borgila.

Popędziliśmy konie. Borgila znaleźliśmy kilkaset metrów dalej, stojącego na rozwidleniu dróg. Po lewej stronie dostrzegliśmy ścieżkę prowadzącą gdzieś w dżunglę, zapewne do wspomnianej wioski. Borgil zrobił zwiad i potwierdził wcześniejsze słowa Noir, że wioska jest pusta.

– Co nie oznacza, że nie mają patroli. – podsumowała Miriel. – Nie możemy tak tutaj stać.

– Znajdźmy jakieś w miarę bezpieczne miejsce, żebyśmy my widzieli ich a oni nas nie. – zaproponował Salazar.

– O stary! To pod wodą! – zgasił go Borgil.

Elfce udało się jednak okiełznać drużynę i wreszcie osiedliśmy w pewnym oddaleniu od ścieżki, rozkładając na noc obóz z dala od miejsc patrolowych, które wskazał nam Born. Gdy już usiedliśmy spokojnie a warty zostały rozdysponowane zwróciłam się z prośbą do Borgila.

– Borgil, mów do mnie po orkowemu.

– Co mam mówić?

– Cokolwiek. Po prostu gadaj.

Borgil wzruszył ramionami i zaczął mówić. Skupiłam się na nowym, nieznanym, języku. Powoli zaczęłam rozróżniać słowa, zdania. W końcu odezwałam się płynnym orczym.

– Dziękuję. Już wystarczy.

Borgil patrzył na mnie przez chwilę zdumiony.

– To ci przejdzie, czy już tak zostanie?

– Zostanie. Nauczyłam się właśnie orkowego i już będę rozumiała twój język.

– Ale ty jesteś mądra…

– Tylko się nie zakochaj.

-Wszystko cudnie się układa. – usłyszałam nad głową zadowolony głos Buma.

– Co się układa? – spytałam zaciekawiona.

– Nic. Nic.

Szeroki uśmiech wietrzniaka wyraźnie jednak świadczył, że jego mózg pracuje na przyspieszonych obrotach i nieco się obawiałam co on znowu knuje.

Pierwsza warta, Miriel i Salazara, została zaniepokojona patrolem orkowym. Orkowie przyszli w pobliże, posiedzieli chwilę i ruszyli w drogę powrotną. Miriel poprosiła Noir, żeby ich śledził a kiedy kruk wrócił odebrała od niego raport i zakazała mówić Raven o nocnym zwiadzie. Kiedy nadszedł czas drugiej warty obudzili Buma i Durgola, przekazali informację o zwiadzie i poszli spać. Ale kiedy orkowie pojawili się po raz kolejny Bum budzi Borgila, pokazuje mu patrol i proponuje żeby go śledził. Patrol się jednak orientuje, że coś jest nie tak, więc Bum każe Durgolowi budzić wszystkich a sam leci pomóc Borgilowi odciągnąć uwagę patrolu od obozu.

Zostałam obudzona dość gwałtownie w środku nocy. Durgol powiedział o patrolu orkowym, który prawie odkrył nasz obóz. Szczęściem działania Borgila i Buma sprawiły, że orkowie uciekli nie sprawdzając, co ich zaniepokoiło. Na wszelki wypadek gdyby mieli wrócić postanowiliśmy zmienić miejsce obozowania. Za zgodą Miriel Bum został obserwować wioskę, na wypadek, gdyby orkowie wrócili.

Rankiem przyleciał zawiedziony Bum i oznajmił, że nic się nie działo. Kolejna burzliwa dyskusja do niczego nas nie doprowadziła. W tej podróży przez dżunglę mamy same niewiadome i masę pytań. Postanowiliśmy dozbroić naszych uciekinierów i wysłać ich do Ligos zaś sami chcieliśmy zbadać okolice wioski i spróbować dostać się do kaeru, a przynajmniej w jego pobliże. Przy okazji okazało się, że Born jest w posiadaniu niezwykłej trollowej szabli, pochodzącej z Gór Grzmotu. Stal, z której ją wykonano została wzmocniona żywiołem ziemi, nie rdzewieje i nie trzeba jej ostrzyć. Dodatkowo szabla jest niezwykle ciężka i trwała, dzięki czemu można jej używać jako łamacza broni. Durgol zaproponował, żeby Born oddał ją Borgilowi w ramach podziękowania za uratowanie życia, co ork przyjął z dużym entuzjazmem, bo sam nie miał pomysłu jak mógłby się odwdzięczyć. W ramach wymiany panowie dostali zaś łuki i sztylety, żeby mogli się bronić jakby ich coś napadło w drodze. Wreszcie rozstaliśmy się. Orkowie zniknęli między drzewami a my ruszyliśmy w kierunku domniemanego umiejscowienia kaeru.

Jadąc powoli na Śnieżce dostrzegłam niezwykłą rzecz. Bum podleciał do jedzącej resztki śniadania Hator i ją pogłaskał! W dodatku mój mały zabójca kompletnie na to nie zareagował. Co się dzieje z tym kotem? Zaniepokoiłam się. Noir za śliwki da się przekupić każdemu a zabójczy krojen pozwala się głaskać przy jedzeniu i nawet nie warknie. Władca Zwierząt traci kontrolę nad swoimi podopiecznymi. Równie to frustrujące jak i niebezpieczne. To jakby wietrzniak stracił zdolność lotu… Nie mogłam na to pozwolić. Zbyt wiele kosztuje mnie nawiązywanie więzi ze zwierzętami, żeby tak zwyczajnie ją zaprzepaścić. Przywołałam Noir i Szafir na ramię a Hator do Śnieżki. Kiedy Bum podleciał i wyciągnął w stronę kotki kawałek mięsa rzuciłam tylko krótkie „Nie!”. Hator zawahała się i to wahanie kotki upewniło mnie w decyzji, że muszę lepiej panować nad swoimi zwierzętami. Wyczuła chyba moje zdecydowanie, bo odwróciła łeb i ruszyła grzecznie truchtem przy Śnieżce. Pochwaliłam ją i podrzuciłam kawałek mięsiwa. Czas przywrócić równowagę między zwierzętami a ich opiekunem. Dobrze, że chociaż z Łuską nikt się nie próbuje zaprzyjaźnić, to zdecydowanie mogłoby się skończyć śmiercią.

Bum parsknął niezadowolony i poleciał do przodu jakby go coś goniło. Nie rozumiałam dlaczego się tak ofukał ale skupiona na zwierzakach szybko wyrzuciłam ten incydent z myśli. Jak się później okazało niesłusznie.

Mniej więcej w połowie dnia Bum podleciał do Miriel i oznajmił, że dostrzegł z góry dziwną warownię stworzoną przez orków. Obóz wygląda na doskonale obwarowany, jakby krasnoludzki inżynier powiedział orkom co mają budować i w jaki sposób. Mieszkańcy są bardzo czujni i dobrze uzbrojeni. Dodatkowo po okolicy chodzą uzbrojone patrole. Długo dyskutowaliśmy co w tej sytuacji powinniśmy zrobić.

– Słuchajcie. – wtrąciłam się w pewnej chwili do rozmowy bo coś mi przyszło do głowy kiedy słuchałam ich dywagacji nad porwaniem patrolu i przeniknięciem do środka warowni. – Gdybym wiedziała jakimi ścieżkami chodzą patrole mogłabym wykorzystać Hator żeby ich podsłuchać.

– Czy to nie jest dla niej niebezpieczne? – spytała Miriel.

– To jest dżungla, naturalne środowisko krojenów. Każdy mieszkaniec dżungli je kojarzy i wie, że chodzą stadami, dlatego nikt ich nie atakuje.

– No dobrze. To tak zróbmy, może uda się coś usłyszeć. – zgodziła się Miriel.

– Bum. – zwróciłam się do wietrzniaka. – Powiedz gdzie dokładnie przechodzi najbliższy patrol.

– Ktoś coś mówił? – zignorował mnie wietrzniak.

Westchnęłam poirytowana.

– Miriel, czy możesz spytać Buma, gdzie jest patrol? – zwróciłam się do elfki.

Dopiero kiedy ona zadała pytanie wietrzniak łaskawie udzielił odpowiedzi. Naprawdę nie mam cierpliwości do Dawców Imion.

Zwiad przyniósł kolejne pytania. Dwa zdania mnie zaciekawiły. Wypowiedziane z troską „Ciekawe, czy oni jeszcze żyją” oraz „Czy słyszałeś, kiedy padnie rozkaz szturmu?” Po tych rewelacjach uznaliśmy, że jednak trzeba iść najpierw do Ligos i zebrać więcej informacji na temat okolicy. Nawet jeśli niczego się nie dowiemy nie będziemy żałować, że nie próbowaliśmy.

Zostawiliśmy za sobą warownię i ruszyliśmy już prostą drogą do miasta. Bum postanowił znowu wyprowadzić z równowagi tak mnie, jak i Hator, idąc krok w krok za kocicą i nawet machając tym swoim smoczym ogonem w sposób naśladujący ruchy ogona krojena.

– Bum, igrasz z krojenem. – ostrzegłam. – To się źle skończy…

Wietrzniak zignorował mnie totalnie a Hator zaczęła się nerwowo oglądać za siebie, nie rozumiejąc co się dzieje. Widząc, że nie trafię do Buma w żaden sensowny sposób kazałam kotce wskoczyć na łęk siodła.

– Możecie się uspokoić?! – krzyknęła w naszą stronę Miriel.

– Ale ja nic nie… – zaczęłam.

– Nie obchodzi mnie kto jest winny! Macie się natychmiast uspokoić.

– Aha… – mruknęłam tylko darowując sobie dalsze próby wytłumaczenia szefowej zaistniałej sytuacji.

Wycofałam się nieco na tył drużyny i zagłębiłam we własnych myślach. Szkoda mi było energii na kompletnie niezrozumiałą przeze mnie sytuację. Swoją drogą elfy mają ciekawe podejście do konfliktów i ich rozwiązywania. Krzyczą po równo na wszystkich niezależnie od tego, kto zawinił. Ciekawe, czy to się sprawdza u elfów. W mojej rodzinnej wsi zawsze Starszy dociekał do źródła danego konfliktu, próbował zrozumieć obie strony i załagodzić spór. Może dlatego ludzie i t’skrangi tak dobrze się dogadują a elfy siedzą zamknięte w swojej Puszczy. Przeciętnemu Dawcy Imion ciężko zrozumieć ich pokrętną filozofię.

Niestety licząc na spokojną noc, chociaż jedną w tym miejscu, znów się przeliczyliśmy. Najpierw wzbudził naszą czujność głuchy pogłos, jakby przewróciło się potężne drzewo, nieco później daleki tętent kazał się domyślać przebieżki dajrów przez dżunglę ale następujący po nim odgłos wybuchu, przypominający działo ogniste albo wybuch żywiołu zdecydowanie poderwał nas na nogi i zaniepokoił.

Bum poleciał na zwiad. Wrócił błyskawicznie, łapiąc nas już na wierzchowcach w drodze na miejsce hałasu i oznajmił, że ktoś morduje dajry. Grupa niskich orków rzuca włóczniami w konstrukty a jakaś malutka postać miota kulami ognia. Borgil rzucił, że chyba wie kto to i trzeba im pomóc. Ponoć miało to nam zapewnić przychylność władcy Ligos, niejakiego Margara, który okazał się być znajomym Borgila. Ork, niewiele myśląc, złapał Miriel, przerzucił ją do siebie na siodło i pognał w stronę, widocznego już, ognia. Chwyciłam wodze Grandy, na której został spanikowany tym faktem Durgol, i pognałam konia za Kawalerzystą, prosto w korytarz wydeptany przez dajry, teraz płonący niemal na całej długości.

Widziałam jak Miriel rzuca kryształowe pociski w nadbiegającego dajra, ale nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Bum cisnął włócznią, trafiając konstrukt w nogę, co spowodowało jego upadek. Niestety znalazł się na kolizyjnym z Borgilem i przez chwilę miałam wrażenie, że pędząca masa zmiecie Borgila i Miriel, ale Kawalerzysta zręcznie wymanewrował wierzchowca, w ostatniej chwili uskakując w bok i cudem utrzymując przed sobą elfkę. Nie zrażony dajr podniósł się, odwrócił i zaszarżował na orka. Zatrzymałam Śnieżkę, wyciągnęłam rękę i krzyknęłam „Stój!” Zwierzę zamarło. Wryło się nogami w ziemię. Ten moment wykorzystał Salazar, jednym, precyzyjnym cięciem pozbawiając dajra kilku par szypułkowych oczu.

Gdzieś za plecami usłyszałam tętent kopyt. Ktoś krzyknął „Ja chcieć świnia!” Dobiegło mnie chrumkanie i przerażone kwiczenie. Spomiędzy drzew wynurzyła się najdziwniejsza postać jaką do tej pory miałam okazję widzieć. Czarnoskóry człowiek, wzrostu niewiele ponad metr, o skórze pokrytej tatuażami, poobwieszany paciorkami i śmierdzący tak intensywnie, że od razu miałam ochotę kichnąć. Za sobą ciągnął na sznurku trzy świnie. Przerażone świnie.

Przed oczami śmignęła mi włócznia. Bum trafił prosto w kręgosłup dajra. Zwierzę zawyło i zwaliło się na ziemię uwalniając trujący gaz, który błyskawicznie zaczął się zajmować ogniem. Ogromne cielsko płonęło paląc się smrodliwym dymem.

Odetchnęliśmy z ulgą.

Dziwaczny człowieczek okazał się być znany Borgilowi. Przedstawił się jako Mogaba, Szaman ósmego kręgu i wykazał całkiem niezłymi manierami, całując Miriel po rękach. Chciał nawet poczęstować Hator świnką wyjaśniając, że ma taki fajny przedmiot, który jak powie „Ja chcieć świnia!” to daje mu świnia i to sztuk trzy. W międzyczasie udało mu się wyjaśnić nam, że Margar go wysłał bić dajry i koniecznie musimy się do szanownego władcy Ligos udać a on chętnie zaprowadzi. Miałam tylko nadzieję, że będziemy szli z wiatrem, inaczej podążanie za naszym nowym przewodnikiem będzie bardzo ciężkie…

Bumowi udało się jeszcze namówić, podstępem, Mogabę żeby sprowadził deszcz, który zaczął gasić dżunglę i byliśmy gotowi wreszcie dotrzeć do sławnego Ligos. Może chociaż tam będzie nieco spokojniej niż w tej strasznie zatłoczonej dżungli.

Gaston i zapomniany Zamek, czyli moja, bardzo subiektywna, recenzja Pięknej i Bestii

PiBPremiera nowej Pięknej i Bestii już dawno za mną ale wciąż nie mogłam się zebrać do napisania recenzji. Oczywiście pobiegłam do kina, bo taki film trzeba zdecydowanie obejrzeć po raz pierwszy na dużym ekranie. Ale żeby napisać recenzję musiałam obejrzeć go drugi raz. I trzeci. I chyba, wreszcie, jestem pewna swojej opinii o tej produkcji 😉

Animowana wersja Disneya trafiła w moje łapki na kasecie VHS, kiedy byłam jeszcze dzieciakiem, prosto z Kanady, w oryginale. Znam ją w tej wersji na pamięć, oglądam wciąż od nowa i niezmiennie uwielbiam. Kilka lat temu zakupiłam wreszcie DVD, które zawierało jeszcze dodatkową piosenkę „Human again” <klik> łączącą poznawanie się naszej pary z końcową kolacją oraz wyjaśniającą jakim cudem stary, zakurzony zamek, nagle błyszczy czystością. Nie trudno się więc domyślić, że kiedy pojawiły się pierwsze plotki, że Disney chce zrobić film pełnometrażowy czułam ogromną ekscytację. Przynajmniej do momentu kiedy zobaczyłam odtwórczynię głównej roli… Przyznam, że to właśnie przez Emmę musiałam obejrzeć ten film kilka razy zanim zdecydowałam się wyrazić o nim swoją opinię.

Zacznę od tego, że sam film jest rewelacyjny. To wspaniałe widowisko, które obowiązkowo musi zobaczyć każdy fan tej historii i na pewno wyjdzie zadowolony. Ja film pokochałam i zdecydowanie trafi do mojej biblioteczki na DVD jak tylko się ukaże. Kto się nie boi spojlerów niech czyta dalej.

Pierwszy, duży plus, daję filmowej produkcji za poprawienie scenariusza. Już pierwsza scena jest przerobiona tak, żeby wyjaśnić jak doszło do rzucenia klątwy, czemu w środku lata zamkowe ogrody okrywa śnieg i dlaczego zamek zniknął z pamięci okolicznych mieszkańców, którzy przed tym wydarzeniem byli stałymi jego bywalcami. Ładnie też, w końcowych scenach, ukazano powracające wspomnienia, przez co cała historia była spójna.

Kolejny plus to muzyka <klik>. Jako maniaczka oryginału dokładnie wychwytywałam momenty z animowanej wersji i zauważałam te nowe, które idealnie pasują do starej ścieżki dźwiękowej. Autorem muzyki jest wspaniały Alan Menken, więc efekt końcowy jest oczywisty 😉

Stroje! Jak cudownie pokazano strojami klimat Francji! W animacji nie odczuwałam tego, że cała historia jest osadzona we Francji a tutaj już pierwsza scena z cudowną charakteryzacją na francuskie stroje barokowe i człowiek od razu wie, gdzie jest. Miodzio.

stroje

Największym plusem, i jednocześnie minusem, tego filmu jest Gaston (w tej roli rewelacyjny Luke Evans). Już się pewnie domyślacie skąd wziął się tytuł tego wpisu. Gaston zgarnął cały show dla siebie. Ta postać jest tak charyzmatyczna i tak dobrze zagrana, że po kilku godzinach od obejrzenia filmu przed oczami miałam tylko tą postać. Chylę czoła przed Evansem i tak, jak w animacji nie znosiłam gościa, tak w filmie jestem nim zachwycona. Tak, jest zły, próżny i bezwzględny, ale też ma urok, potrafi czarować a momentami nawet wydaje się bardzo niepewny siebie. Można w tym gościu dostrzec smutek, maskowany przez jego arogancję.

Role drugoplanowe też są wspaniałe. LeFou, Cogsworth, Lumiere… Świetnie zagrane / zanimowane. Każda postać budzi uczucia a to wielkie osiągnięcie tego filmu.

Bestia. Fantastycznie zrobiona postać o świetnej mimice. Jego charakter jest nieco inny niż w animacji. Od początku wydaje się tutaj bardziej zgorzkniały, złośliwy. I świetnie to do niego pasuje. Podobała mi się ta postać bardzo.

No dobrze, nasłodziłam się strasznie, więc czas na minusy.

Największym minusem filmu jest, tak jak przypuszczałam, Emma Watson. Ta rola jest tak płaska, pozbawiona emocji i tak bardzo nijaka jakby złapano pierwszą lepszą kobietę z tłumu ludzi na ulicy i powiedziano jej „Graj!” Nie ma mimiki twarzy, nie ma wzruszeń, nie ma złości, nie ma smutku, nie ma niczego. Jest, po prostu, klepanie roli. Nie wiem jakimi kryteriami kierował się reżyser, czy był jakiś casting czy, zwyczajnie, miał swoją wizję odtwórczyni głównej roli ale Emma to był bardzo zły wybór. Jeśli animowane przedmioty „grają” lepiej niż główna aktorka to coś jest mocno nie tak.

Z tego braku gry Emmy wynika także odczucie spłycenia relacji między nią i jej ojcem, które było świetnie widoczne w animacji a tutaj jakoś się rozmyło.

Podsumowując. Polecam film bo jest to fantastyczne widowisko. Można tą nieszczęsną Bellę przecierpieć – cała reszta obsady nadrabia za nią i sprawia, że po wyjściu z kina chce się wrócić i obejrzeć film jeszcze raz.

róża

30 Na ratunek Smoczycy – ku Ligos

Minęło południe gdy drużyna była w stanie zebrać się i w miarę jasno myśleć. Przed imprezą udało się Miriel i Durgolowi dowiedzieć, że dawne Lagos to obecne Ligos nad rzeką Lagos. Osada szybko się rozwija a dominującą rasą w niej są orkowie, którzy niegdyś stoczyli tam walkę z Horrorem i jego konstruktami. Dodatkowo udało im się ustalić, że eliksir, którego szukamy, wzmacnia siły witalne, ale także ma duże skutki uboczne. Ponoć mag, który go stworzył użył do niego dziwnych składników spoza Barsawii. Ze swojej wycieczki wrócił bardzo odmieniony i błyskawicznie narobił sobie wrogów. Ukrył artefakty i słuch o nim zaginął.

Zdecydowaliśmy, że trzeba jeszcze popytać o samo miasteczko, więc Borgil i Salazar poszli dowiedzieć się czegoś o Ligos.

Plotek udało im się zdobyć całkiem dużo. Usłyszeli o dwóch katastrofach statków powietrznych, które zbliżały się do miasteczka, o znikających osadach orkowych nomadów, o znalezionym w pobliskich górach orichalku a nawet o atakujących podróżnych orkach, małpach, jehuthrach i innych niebezpiecznych istotach. Nie odnaleziono jednak żadnego kaeru w okolicy, co było nieco niepokojące zważywszy na fakt, że jeśli gdzieś mieliśmy znaleźć jakieś artefakty to właśnie w kaerze.

Salazar znalazł statek, którym mogliśmy się zabrać, więc niezwłocznie wyruszyliśmy do Ligos. Podróż w okolice miasteczka trwała trzy dni. Zajęłam się szkoleniem zwierzaków, zwłaszcza małej Furii, najwyższy czas, żeby zaczęła opanowywać podstawowe komendy.

Podróż mijała spokojnie i leniwie. Panowie nieco pomagali przy obsłudze statku zaś ja i Miriel odpoczywałyśmy. Zbyt wiele się ostatnio działo, żeby na siłę szukać sobie zajęcia. Miałam przeczucie, że wkrótce znów będziemy mieli pełne ręce roboty.

Trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiej wioski rybackiej. Dalej trzeba było iść piechotą przez dżunglę lub przesiąść się do malutkich łodzi, do których zdecydowanie byśmy się nie zmieścili. Borgil postanowił nieco podrążyć temat katastrof statków i znikających wiosek, i zanim się obejrzeliśmy załatwił nam robotę. Okazało się bowiem, że kupcy z Ligos, których statki nie dotarły do miasta, poszukiwali najemników żeby je odnaleźli. Niestety grupa, która przyszła skuszona łatwym zarobkiem chciała zbyt wygórowaną cenę za swoje usługi, więc Borgil ochoczo oznajmił, że zrobimy to za połowę tej ceny… Dobrze, że chociaż nie za darmo. Ustalił także, że dwie osady nomadów, które zniknęły bez śladu, to Czarne Strzały obozujące między lasem a Ligos, jakiś dzień drogi od miasteczka oraz Twardoręcy, których siedziby znajdowały się pomiędzy wzgórzami a lasem, trzy dni drogi od miasta.

Bogatsi o wiedzę i zlecenie na pracę wybraliśmy drogę traktem przez dżunglę. Nie minęła godzina gdy opuściliśmy savannę zagłębiając się pod baldachim drzew barwnej dżungli. Znów poczułam się jak w domu a i zwierzęta wyraźnie się ożywiły. Nawet Furia biegała radośnie pomiędzy mną a Borgilem, węsząc, nasłuchując i przysiadając co chwilę, zaaferowana nowymi zapachami i odgłosami. Borgil wysforował się naprzód wraz z Noir a Salazar latał na lianach w okolicy szlaku.

Po kilku kwadransach podleciał do mnie Noir i oznajmił:

– Raven chodź. Borgil znalazł fuj!

– Co znalazł? – spytałam wskakując na Śnieżkę żeby było szybciej.

– Fuj!

– Bardzo dokładny opis znaleziska. – mruknęłam.

Ruszyłam za Noir. Kilkadziesiąt metrów dalej kruk skręcił między drzewa. Zeskoczyłam z klaczy i weszłam za nim. Borgil stał pod drzewem przyglądając się czemuś na pniu a Furia niuchała wokoło powarkując od czasu do czasu.

– Co to jest fuj? – spytałam przyglądając się okolicy.

– A o! Jakaś maź tam. – wskazał palcem koronę drzewa. – Furia wyczuła. – dodał z dumą.

Nie trudno było tego nie wyczuć, bo dziwny zapach żywicy zmieszanej z odchodami i swądem rozkładającego się ciała wisiał w powietrzu drażniąc nozdrza. Przyjrzałam się wskazanemu przez Borgila miejscu. Bez trudu dostrzegłam dziwną substancję oblepiającą gruby konar. Od razu nasuwało mi się skojarzenie z kokonem. Pobieżna analiza uświadomiła mi, że to faktycznie miało coś wspólnego z kokonem, w środku dojrzewał konstrukt horrora. Na moje oko jakieś pięć, może sześć dni temu stworzenie się wykluło. Postanowiliśmy zostawić znalezisko w spokoju i iść dalej, zwiększając ostrożność. Zwłaszcza, że Miriel obejrzała przestrzeń astralną i nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Wszystkie żywioły kłębiły się w jednym miejscu, jakby ktoś próbował nimi coś zakryć. Źródłem tej magii wydawała się rzeka.

Ruszyliśmy dalej starając się zachowywać cicho. Po mniej więcej godzinie drogi Furia znów coś wyczuła. Gdy dołączyliśmy do Borgila i Buma zastaliśmy ich gapiących się na potężny kokon. Wewnątrz dostrzegliśmy pęcherze powietrza i coś się poruszyło.

– Nie dotykajcie tego przypadkiem. – ostrzegłam widząc zaciekawienie w oczach wietrzniaka.

Nie zbliżając się do kokonu spróbowałam wejrzeć głębiej. To, co odkryłam nie spodobało mi się. Wewnątrz znajdował się dajr. Ale nie zwykłe, łagodne zwierzę tylko dziwnie zmodyfikowana istota. Wielkie zęby, powyginane dziwacznie rogi, wypustki plujące trującym gazem.

– Kreator. – szepnęłam zafascynowana budową istoty.

– Co tam mruczysz pod nosem? – odezwał się Borgil, najwyraźniej zniecierpliwiony bezczynnością.

– Kreator. – powtórzyłam głośniej. – To taki Horror, który przekształca istoty w konstrukty. Zmienia materię ożywioną. Ciekawy okaz. Ma dużo interesujących umiejętności. No i żywi się magią, na przykład taką emitowaną przez artefakty.

– Czyli jednak ta fiolka może gdzieś tutaj być. – wtrąciła Miriel. – Albo przyciągnęła go ta dziwna kopuła z żywiołów.

– Zakładam, że wkrótce się dowiemy. – rozejrzałam się czujnie. – Na moje oko powinniśmy sobie stąd pójść bo to coś może się wykluć lada chwila.

– Zabijmy to! – zaprotestował Borgil. – Lepiej nie zostawiać za plecami.

– A jak chcesz to zabić? – dopytałam zaciekawiona.

– Ogniem? – zaproponował Bum.

– Mamy jedną szansę. – uświadomiłam im. – To jest gotowe do wyjścia. Jeśli atak się nie uda uwolni się a wtedy wszyscy zginiemy w chmurze trującego gazu. Jeszcze, nie daj Pasje, niech się ten gaz zapali to już w ogóle będzie masakra.

– Ja bym spróbował. – wtrącił Salazar. – Może się uda. Sama mówisz, że to konstrukt, nie można pozwolić żeby coś takiego latało po dżungli.

– Owszem, nie można. – zgodziłam się. – Dlatego trzeba znaleźć jego twórcę i go zabić. Wtedy nie będzie latało.

Zapadła krępująca cisza. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że drużyna patrzy na mnie jak na szaleńca.

– Słyszycie to? – przerwała ciszę Miriel.

Przez chwilę nasłuchiwaliśmy. W oddali niósł się, cichy jeszcze, tętent czegoś dużego. Zbliżał się.

– Wycofujemy się. – zaordynowałam i ruszyłam na szlak. – To pewnie jego kumple.

Szybko wyszliśmy na szlak i ruszyliśmy w odwrotną stronę niż narastający hałas. W pewnej chwili coś przyszło mi do głowy.

– Schowajcie się w dżungli. W gęstwinie. Zaraz do Was dołączę. – rzuciłam.

– Nie ma mowy! – zaoponowała Miriel.

– Nic mi nie będzie. Chcę coś sprawdzić. Nie zobaczą mnie.

– Pójdę z nią. – dodał Salazar.

– Ja spadam. – wtrącił się Durgol. – Jak chce się zabijać niech robi to sama.

– Idźcie. – ponagliłam, i ruszyłam z powrotem w kierunku zbliżających się zwierząt czując za plecami Salazara.

Upewniłam się, że drużyna zniknęła w dżungli, zidentyfikowałam miejsce, w którym znaleźliśmy kokon, znalazłam kamyk i utkałam zaklęcie. Otoczyła mnie aksamitna kula ciemności. Zamachnęłam się i posłałam ją, wraz z kamieniem na który ją rzuciłam, daleko przed siebie na drogę.

– Chowamy się. – popchnęłam Salazara w krzaki, skąd obserwowaliśmy otoczenie.

Po kilku minutach na trakcie pojawiło się stado dajrów podobnych do tego z kokonu. Zwierzęta wyraźnie miały przewodnika stada, więc zachowały chociaż tą cechę. Przewodnik zatrzymał się gwałtownie na widok kuli ciemności. Fukając i węsząc zbliżył się do niej. Obwąchał podejrzliwie po czym rozejrzał się po okolicy. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. Potrząsnął łbem, prychnął i otoczyła go chmura gazu. Na nasze szczęście wiatr wiał w inną stronę. Gdyby nas dosięgnęła mogłoby być nieciekawie.

Po zatruciu okolicy przewodnik porzucił dalsze zainteresowanie kulą i ruszył między drzewa. Nie minęło wiele czasu gdy stado znów wyszło na trakt, powiększone o kolejnego osobnika, po czym wróciło tam, skąd przyszło.

– Ech… – westchnęłam. – Czyli ciemnością się nie ukryjemy a każdą podejrzaną rzecz będą traktować gazem niezależnie czy się rusza czy nie. Wracajmy do reszty.

Ustaliliśmy, że przenocujemy w dżungli. Bum odkrył z góry miejsca stratowane przez dajry, ich ścieżki patrolowe. Ukryliśmy się więc niedaleko takiej ścieżki, wystawiliśmy warty i część położyła się spać.

Wartowałam z Salazarem. Postanowiłam obejść obóz żeby się upewnić, że nie weszliśmy na teren jakiegoś zwierzęcia. Powiedziałam Salazarowi, żeby miał się na baczności bo idę na zwiad i ruszyłam w dżunglę.

Nie odeszłam daleko gdy je dostrzegłam. Znajome ślady w miękkim poszyciu. Krojeny. Kątem oka zarejestrowałam ruch. Czarny kształt przesuwał się pomiędzy krzakami. Bez trudu rozpoznałam Hator, która bez wahania podążała za tropem. Ruszyłam za kotką w pewnym oddaleniu. Nie wiem jak daleko odeszłyśmy zanim je wyczułam a później zobaczyłam. Kilka pięknych krojenów dość nieufnie przyjęło moją towarzyszkę. Widziałam jak dominujący samiec zbliża się do niej z pochylonym łbem. Chyba jednak czar Hator zadziałał bo spotkanie przyjęło obrót, którego się spodziewałam od samego początku…

Wróciłyśmy do obozu razem. Dużo, dużo później. Uśmiechałam się z zadowoleniem. Kto wie, może niedługo będę mamą kilku małych krojenków.

– Gdzieś ty była?! – wyrwał mnie z zamyślenia głos Salazara.

– Mówiłam ci, robiłam zwiad.

– Tyle czasu?! Sama w dżungli pełnej konstruktów?!

– Nie sama. Z Hator. – pogładziłam futerko mojej, wyraźnie zadowolonej, kotki.

– Ale… A zresztą… – Salazar machnął ręką zrezygnowany. – Wszystko w porządku? – spytał jeszcze.

– W jak najlepszym.

Rankiem obudził nas Bum, dość gwałtownie. Przez stratowany pas dżungli szły dajry. Poczekaliśmy aż przejdą, niemalże wstrzymując oddech i zaczęliśmy zbierać obóz. Czas naglił. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do miasteczka.