30 Na ratunek Smoczycy – ku Ligos

Minęło południe gdy drużyna była w stanie zebrać się i w miarę jasno myśleć. Przed imprezą udało się Miriel i Durgolowi dowiedzieć, że dawne Lagos to obecne Ligos nad rzeką Lagos. Osada szybko się rozwija a dominującą rasą w niej są orkowie, którzy niegdyś stoczyli tam walkę z Horrorem i jego konstruktami. Dodatkowo udało im się ustalić, że eliksir, którego szukamy, wzmacnia siły witalne, ale także ma duże skutki uboczne. Ponoć mag, który go stworzył użył do niego dziwnych składników spoza Barsawii. Ze swojej wycieczki wrócił bardzo odmieniony i błyskawicznie narobił sobie wrogów. Ukrył artefakty i słuch o nim zaginął.

Zdecydowaliśmy, że trzeba jeszcze popytać o samo miasteczko, więc Borgil i Salazar poszli dowiedzieć się czegoś o Ligos.

Plotek udało im się zdobyć całkiem dużo. Usłyszeli o dwóch katastrofach statków powietrznych, które zbliżały się do miasteczka, o znikających osadach orkowych nomadów, o znalezionym w pobliskich górach orichalku a nawet o atakujących podróżnych orkach, małpach, jehuthrach i innych niebezpiecznych istotach. Nie odnaleziono jednak żadnego kaeru w okolicy, co było nieco niepokojące zważywszy na fakt, że jeśli gdzieś mieliśmy znaleźć jakieś artefakty to właśnie w kaerze.

Salazar znalazł statek, którym mogliśmy się zabrać, więc niezwłocznie wyruszyliśmy do Ligos. Podróż w okolice miasteczka trwała trzy dni. Zajęłam się szkoleniem zwierzaków, zwłaszcza małej Furii, najwyższy czas, żeby zaczęła opanowywać podstawowe komendy.

Podróż mijała spokojnie i leniwie. Panowie nieco pomagali przy obsłudze statku zaś ja i Miriel odpoczywałyśmy. Zbyt wiele się ostatnio działo, żeby na siłę szukać sobie zajęcia. Miałam przeczucie, że wkrótce znów będziemy mieli pełne ręce roboty.

Trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiej wioski rybackiej. Dalej trzeba było iść piechotą przez dżunglę lub przesiąść się do malutkich łodzi, do których zdecydowanie byśmy się nie zmieścili. Borgil postanowił nieco podrążyć temat katastrof statków i znikających wiosek, i zanim się obejrzeliśmy załatwił nam robotę. Okazało się bowiem, że kupcy z Ligos, których statki nie dotarły do miasta, poszukiwali najemników żeby je odnaleźli. Niestety grupa, która przyszła skuszona łatwym zarobkiem chciała zbyt wygórowaną cenę za swoje usługi, więc Borgil ochoczo oznajmił, że zrobimy to za połowę tej ceny… Dobrze, że chociaż nie za darmo. Ustalił także, że dwie osady nomadów, które zniknęły bez śladu, to Czarne Strzały obozujące między lasem a Ligos, jakiś dzień drogi od miasteczka oraz Twardoręcy, których siedziby znajdowały się pomiędzy wzgórzami a lasem, trzy dni drogi od miasta.

Bogatsi o wiedzę i zlecenie na pracę wybraliśmy drogę traktem przez dżunglę. Nie minęła godzina gdy opuściliśmy savannę zagłębiając się pod baldachim drzew barwnej dżungli. Znów poczułam się jak w domu a i zwierzęta wyraźnie się ożywiły. Nawet Furia biegała radośnie pomiędzy mną a Borgilem, węsząc, nasłuchując i przysiadając co chwilę, zaaferowana nowymi zapachami i odgłosami. Borgil wysforował się naprzód wraz z Noir a Salazar latał na lianach w okolicy szlaku.

Po kilku kwadransach podleciał do mnie Noir i oznajmił:

– Raven chodź. Borgil znalazł fuj!

– Co znalazł? – spytałam wskakując na Śnieżkę żeby było szybciej.

– Fuj!

– Bardzo dokładny opis znaleziska. – mruknęłam.

Ruszyłam za Noir. Kilkadziesiąt metrów dalej kruk skręcił między drzewa. Zeskoczyłam z klaczy i weszłam za nim. Borgil stał pod drzewem przyglądając się czemuś na pniu a Furia niuchała wokoło powarkując od czasu do czasu.

– Co to jest fuj? – spytałam przyglądając się okolicy.

– A o! Jakaś maź tam. – wskazał palcem koronę drzewa. – Furia wyczuła. – dodał z dumą.

Nie trudno było tego nie wyczuć, bo dziwny zapach żywicy zmieszanej z odchodami i swądem rozkładającego się ciała wisiał w powietrzu drażniąc nozdrza. Przyjrzałam się wskazanemu przez Borgila miejscu. Bez trudu dostrzegłam dziwną substancję oblepiającą gruby konar. Od razu nasuwało mi się skojarzenie z kokonem. Pobieżna analiza uświadomiła mi, że to faktycznie miało coś wspólnego z kokonem, w środku dojrzewał konstrukt horrora. Na moje oko jakieś pięć, może sześć dni temu stworzenie się wykluło. Postanowiliśmy zostawić znalezisko w spokoju i iść dalej, zwiększając ostrożność. Zwłaszcza, że Miriel obejrzała przestrzeń astralną i nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Wszystkie żywioły kłębiły się w jednym miejscu, jakby ktoś próbował nimi coś zakryć. Źródłem tej magii wydawała się rzeka.

Ruszyliśmy dalej starając się zachowywać cicho. Po mniej więcej godzinie drogi Furia znów coś wyczuła. Gdy dołączyliśmy do Borgila i Buma zastaliśmy ich gapiących się na potężny kokon. Wewnątrz dostrzegliśmy pęcherze powietrza i coś się poruszyło.

– Nie dotykajcie tego przypadkiem. – ostrzegłam widząc zaciekawienie w oczach wietrzniaka.

Nie zbliżając się do kokonu spróbowałam wejrzeć głębiej. To, co odkryłam nie spodobało mi się. Wewnątrz znajdował się dajr. Ale nie zwykłe, łagodne zwierzę tylko dziwnie zmodyfikowana istota. Wielkie zęby, powyginane dziwacznie rogi, wypustki plujące trującym gazem.

– Kreator. – szepnęłam zafascynowana budową istoty.

– Co tam mruczysz pod nosem? – odezwał się Borgil, najwyraźniej zniecierpliwiony bezczynnością.

– Kreator. – powtórzyłam głośniej. – To taki Horror, który przekształca istoty w konstrukty. Zmienia materię ożywioną. Ciekawy okaz. Ma dużo interesujących umiejętności. No i żywi się magią, na przykład taką emitowaną przez artefakty.

– Czyli jednak ta fiolka może gdzieś tutaj być. – wtrąciła Miriel. – Albo przyciągnęła go ta dziwna kopuła z żywiołów.

– Zakładam, że wkrótce się dowiemy. – rozejrzałam się czujnie. – Na moje oko powinniśmy sobie stąd pójść bo to coś może się wykluć lada chwila.

– Zabijmy to! – zaprotestował Borgil. – Lepiej nie zostawiać za plecami.

– A jak chcesz to zabić? – dopytałam zaciekawiona.

– Ogniem? – zaproponował Bum.

– Mamy jedną szansę. – uświadomiłam im. – To jest gotowe do wyjścia. Jeśli atak się nie uda uwolni się a wtedy wszyscy zginiemy w chmurze trującego gazu. Jeszcze, nie daj Pasje, niech się ten gaz zapali to już w ogóle będzie masakra.

– Ja bym spróbował. – wtrącił Salazar. – Może się uda. Sama mówisz, że to konstrukt, nie można pozwolić żeby coś takiego latało po dżungli.

– Owszem, nie można. – zgodziłam się. – Dlatego trzeba znaleźć jego twórcę i go zabić. Wtedy nie będzie latało.

Zapadła krępująca cisza. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że drużyna patrzy na mnie jak na szaleńca.

– Słyszycie to? – przerwała ciszę Miriel.

Przez chwilę nasłuchiwaliśmy. W oddali niósł się, cichy jeszcze, tętent czegoś dużego. Zbliżał się.

– Wycofujemy się. – zaordynowałam i ruszyłam na szlak. – To pewnie jego kumple.

Szybko wyszliśmy na szlak i ruszyliśmy w odwrotną stronę niż narastający hałas. W pewnej chwili coś przyszło mi do głowy.

– Schowajcie się w dżungli. W gęstwinie. Zaraz do Was dołączę. – rzuciłam.

– Nie ma mowy! – zaoponowała Miriel.

– Nic mi nie będzie. Chcę coś sprawdzić. Nie zobaczą mnie.

– Pójdę z nią. – dodał Salazar.

– Ja spadam. – wtrącił się Durgol. – Jak chce się zabijać niech robi to sama.

– Idźcie. – ponagliłam, i ruszyłam z powrotem w kierunku zbliżających się zwierząt czując za plecami Salazara.

Upewniłam się, że drużyna zniknęła w dżungli, zidentyfikowałam miejsce, w którym znaleźliśmy kokon, znalazłam kamyk i utkałam zaklęcie. Otoczyła mnie aksamitna kula ciemności. Zamachnęłam się i posłałam ją, wraz z kamieniem na który ją rzuciłam, daleko przed siebie na drogę.

– Chowamy się. – popchnęłam Salazara w krzaki, skąd obserwowaliśmy otoczenie.

Po kilku minutach na trakcie pojawiło się stado dajrów podobnych do tego z kokonu. Zwierzęta wyraźnie miały przewodnika stada, więc zachowały chociaż tą cechę. Przewodnik zatrzymał się gwałtownie na widok kuli ciemności. Fukając i węsząc zbliżył się do niej. Obwąchał podejrzliwie po czym rozejrzał się po okolicy. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. Potrząsnął łbem, prychnął i otoczyła go chmura gazu. Na nasze szczęście wiatr wiał w inną stronę. Gdyby nas dosięgnęła mogłoby być nieciekawie.

Po zatruciu okolicy przewodnik porzucił dalsze zainteresowanie kulą i ruszył między drzewa. Nie minęło wiele czasu gdy stado znów wyszło na trakt, powiększone o kolejnego osobnika, po czym wróciło tam, skąd przyszło.

– Ech… – westchnęłam. – Czyli ciemnością się nie ukryjemy a każdą podejrzaną rzecz będą traktować gazem niezależnie czy się rusza czy nie. Wracajmy do reszty.

Ustaliliśmy, że przenocujemy w dżungli. Bum odkrył z góry miejsca stratowane przez dajry, ich ścieżki patrolowe. Ukryliśmy się więc niedaleko takiej ścieżki, wystawiliśmy warty i część położyła się spać.

Wartowałam z Salazarem. Postanowiłam obejść obóz żeby się upewnić, że nie weszliśmy na teren jakiegoś zwierzęcia. Powiedziałam Salazarowi, żeby miał się na baczności bo idę na zwiad i ruszyłam w dżunglę.

Nie odeszłam daleko gdy je dostrzegłam. Znajome ślady w miękkim poszyciu. Krojeny. Kątem oka zarejestrowałam ruch. Czarny kształt przesuwał się pomiędzy krzakami. Bez trudu rozpoznałam Hator, która bez wahania podążała za tropem. Ruszyłam za kotką w pewnym oddaleniu. Nie wiem jak daleko odeszłyśmy zanim je wyczułam a później zobaczyłam. Kilka pięknych krojenów dość nieufnie przyjęło moją towarzyszkę. Widziałam jak dominujący samiec zbliża się do niej z pochylonym łbem. Chyba jednak czar Hator zadziałał bo spotkanie przyjęło obrót, którego się spodziewałam od samego początku…

Wróciłyśmy do obozu razem. Dużo, dużo później. Uśmiechałam się z zadowoleniem. Kto wie, może niedługo będę mamą kilku małych krojenków.

– Gdzieś ty była?! – wyrwał mnie z zamyślenia głos Salazara.

– Mówiłam ci, robiłam zwiad.

– Tyle czasu?! Sama w dżungli pełnej konstruktów?!

– Nie sama. Z Hator. – pogładziłam futerko mojej, wyraźnie zadowolonej, kotki.

– Ale… A zresztą… – Salazar machnął ręką zrezygnowany. – Wszystko w porządku? – spytał jeszcze.

– W jak najlepszym.

Rankiem obudził nas Bum, dość gwałtownie. Przez stratowany pas dżungli szły dajry. Poczekaliśmy aż przejdą, niemalże wstrzymując oddech i zaczęliśmy zbierać obóz. Czas naglił. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do miasteczka.

29 Dom Trzcin

Na statku Borgil poclago_di_corbara_1hwalił nam się swoim nowym nabytkiem, małą, puchatą, słodką psią kuleczką, którą nazwał Furia. Ciekawa jestem jaki będzie efekt wychowania tego słodziaka przez orka. Na wszelki wypadek postanowiłam się z psiakiem nieco pobawić i zaprzyjaźnić, w razie problemów wychowawczych będę mogła interweniować, wolałabym żeby psina nie upodobniła się do swojego nowego właściciela z charakteru, dość już raptusów w drużynie.

Minęliśmy już większość dżungli Serwos, gdy Salazar odszukał nas na pokładzie i poinformował, że według niego statek za bardzo skręca w kierunku Domu K’tenshin. Natychmiast nabrałam złych podejrzeń.

– Ciekawe dlaczego odbijamy w kierunku K’tenshin. – odezwałam się głośno odwracając się w stronę Buma, który już, cichaczem, próbował zniknąć nam z oczu. – Bum?

– Taaaaaaak? – wietrzniak wyglądał na zmieszanego.

– Czemu lecimy do K’tenshin?

– A… No bo wiesz… Czasem są te… no… prądy takie różne i trzeba troszkę zboczyć z kursu.

– Prądy prądami a my odbijamy zdecydowanie za bardzo, według Salazara, więc lepiej nam to wyjaśnij.

– Oj… – Bum zaczął się wiercić nerwowo. – No bo Auryk powiedział, że jak on już tę flotę zebrał i jej obiecał wyprawę wojenną to się tak zupełnie bez wojny obejść nie może…

– Czy ty sugerujesz, że oni chcą ostrzelać Dom K’tenshin?!

– Ale obiecał, że nie będzie ofiar w niewinnych Dawcach Imion! – zapewnił błyskawicznie wietrzniak. – A tam przecież wstrętni Theranie mieszkają.

– Nie tylko Theranie, na Pasje! I jak on, niby, chce odróżnić, z góry, dobrego Dawcę Imion od złego?

– Nie wiem, ale chyba umie, nie? Obiecał przecież.

– Trzeba ich powstrzymać. – wtrąciła się Miriel. – Idę do Auryka! – podniosła się gwałtownie i ruszyła na poszukiwania dowódcy.

Bojąc się wyniku tej rozmowy wszyscy poszliśmy za Miriel.

Auryka znaleźliśmy na dziobie. Humor wyraźnie mu dopisywał, troll był uśmiechnięty od ucha do ucha i nawet podśpiewywał coś pod nosem. Już samo to, że uśmiechnął się do Miriel, kiedy się do niego odezwała, świadczyło o tym, że liczy na solidną bitwę. Zapytany wprost, radośnie oznajmił, że tak, zamierzają napaść na Dom K’tenshin, i żadne argumenty że są tam niewinni Dawcy Imion nie trafiały do Powietrznego Łupieżcy. W pierwszej chwili, podobnie jak reszta drużyny, próbowałam przemówić mu do rozsądku. A później wpadłam na inny pomysł.

– Obiecałeś Bumowi, że nie zginą niewinni. – odezwałam się. – Jak chcesz ich odróżnić od therańczyków? No chyba, że… – zawiesiłam głos upewniając się, że uwaga trolla skupi się na moich słowach. – Zaatakujesz obiekt militarny a nie mieszkalny.

Złapałam naganne spojrzenie Miriel, ale nie zamierzałam zrezygnować z pomysłu, który przyszedł mi do głowy.

– Byłaś w K’tenshin? Znasz to miasto? – Auryk przyjrzał mi się uważnie i z zaciekawieniem.

– Nie, ale znam je z opowieści. Jedynym otwartym obiektem wojskowym, gdzie nie powinno być cywilnych Dawców Imion jest k’tenshińska Szkoła Wojny. Szkolą się tam najlepsi Adepci i wojownicy.

– Wiem gdzie to jest! – wtrącił się Bum. – Narysuję wam mapę.

– Hm… – troll zastanowił się chwilę. – Warto to rozważyć.

– Ostrzelanie miasta przyniesie wam więcej szkody niż pożytku. – kontynuowałam. – Natomiast jeśli zaatakujecie samą szkołę możesz liczyć na walkę z najlepszymi żołnierzami Domu K’tenshin. Taka bitwa przyniesie wam honor, w odróżnieniu od mordowania kobiet i dzieci.

– Masz rację! – ucieszył się Auryk. – W takim razie robimy abordaż!

– Wspaniale. – potaknęłam. – A możesz nas tutaj wysadzić?

Spojrzał na mnie zdezorientowany, po czym zwrócił się do Buma.

– No jak to? Bum Złotoskrzydły nie stanie z nami do tak wspaniałej bitwy?

– Wiesz Auryk, ja to bym chciał, ale obiecałem, że dowiozę ich bezpiecznie do V’strimon a beze mnie to oni sobie nie poradzą.

Troll pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Dobrze, to dam wam swój najmniejszy drakkar, z minimalną załogą, który was zawiezie do Domu V’strimon.

– A będę mógł nim dowodzić? – oczy Buma rozbłysły. – Tylko chwilkę.

– Niech będzie. – zgodził się Auryk.

Tak trafiliśmy na mały drakkar, żegnając się z trollami życzeniami wspaniałej bitwy.

Pod dowództwem Buma odbiliśmy na północ, żeby podlecieć do V’strimon z innej strony niż K’tenshin, na wszelki wypadek, gdyby wieści o napadzie dotarły do Domu Trzcin podczas naszej obecności i pozwoliły mieszkańcom połączyć nasz transport z flotą atakującą sąsiedni Dom.

Po, niedługim już, locie i krótkim spacerze lądem, w akompaniamencie utyskiwań Durgola, że miały być wakacje a zamiast lecieć prosto to kluczymy, latamy naokoło i jeszcze na piechotę, naszym oczom ukazało się chyba najpiękniejsze z t’skrandzkich miast. Z przyjemnością podziwiałam rodzinne miasto mojego mentora i nauczyciela Trassisa Złotoustego, którego rozległa wiedza pozwoliła mi poznać Barsawię kiedy byłam jeszcze dzieckiem.

Pływające miasto Domu V’strimon, zwanego też Domem Trzcin, leży na jeziorze Ban, na przecięciu Wiji i Wężowej. To aropagoi od wieków kontroluje handel na Wiji a dzięki swojemu położeniu na styku dwóch potężnych rzek, stanowi ogromne centrum ekonomiczne i kulturalne. Niezależnie czy chcesz się dostać do Throalu, Urupy czy Domu Syrtis, musisz najpierw trafić do Domu V’strimon. Jest to jedno z najstarszych aropagoi Wężowej. Legenda głosi, że miasto powstało z ziarenka, podarowanego przez syreny pewnemu rybakowi. Pamiętam jak Trassis z dumą opowiadał o dzielnej V’rannie, która całymi tygodniami splatała żywe trzciny, aż uplotła z nich ogromny kosz, pływający do góry dnem na jeziorze Ban. To właśnie on stał się podstawą Pływającego Miasta. Pamiętam nawet zabawny wierszyk, który ją do tego zainspirował:

Gdy bezmyślnie rzucisz ziarnko

Zielsko z niego rośnie wartko

Wypleć zielsko tak jak trzcinę

A wnet bieda Twoja minie.

Historia miasta pełna jest ciekawych epizodów. Przypominam sobie opowieść o shivalahali, która zatopiła całą therańską flotę jednym zaklęciem a także historię Kreesty, poławiaczki ryb, która wraz z shivalahalą uratowała wietrzniacki kaer Almarra przed horrorem i sama została shivalahalą, gdyż ówczesna władczyni poległa w tej walce.

Miasto wygląda przepięknie. Zbudowano je na planie pięciokąta, którego wierzchołki stanowi pięć wież, każda poświęcona innemu żywiołowi. Chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka miasto, ponoć, chroni kopuła żywiołu powietrza zaś pod wodą nieprzenikniony system refselnika, rodzaj magicznej zapory, przez którą tylko mieszkańcy Domu potrafią bezpiecznie przepływać.

Pierwsze co nas uderzyło po zejściu na wyspę to niesamowity gwar, tłum i feeria barw i zapachów. Szybko znaleźliśmy wygodną karczmę, gdzie mogliśmy zostawić swoje rzeczy, i ruszyliśmy zwiedzić kawałek miasta. Oczywiście Bum od razu poleciał do swojej dawnej ukochanej, każąc nam na siebie czekać. Panowie, za namową Borgila (!), poszli do łaźni. Domyślam się, że skusiła ich Łaźnia Dziewięciu Pasji, a konkretnie kąpiel poświęcona Floranuusowi, gdzie nie stroni się od serwowania licznych trunków alkoholowych. Nie wyobrażam sobie innego powodu, dla którego Borgil zdecydowałby się dobrowolnie poddać procesowi kąpieli.

Natomiast ja i Miriel udałyśmy się na zakupy, trzeba było przecież pomyśleć o jakimś prezencie dla córeczki Buma.

Ledwo opuściliśmy karczmę gdy usłyszeliśmy odległy wybuch i nad naszymi głowami, na niebie, wykwitł ogromny, barwny napis „Przepraszam.” Oj, musiał się Bum nieźle kajać przed wkurzoną wietrzniaczką.

Okazało się, że miasto ma aż cztery główne rynki i na każdym można kupić inny rodzaj towaru. Dawców Imion jest tutaj bez liku, wszystkich ras i kolorów. Od zapachu i mnogości towarów aż kręci się w głowie. Udało nam się również dostrzec wieżę ognia, z mieszkającym w niej Duchem Żywiołu, który przyrzekł shivalahali że póki będzie przy władzy, póty on będzie bronił miasta, ponieważ ocaliła go przed potężnym Horrorem oraz zerknąć na centralną, szóstą, wieżę Domu, która stanowi niezłą zagadkę dla uczonych każąc im domniemywać, że symbolizuje jakiś szósty żywioł.

Wreszcie, zmęczone ale zadowolone, wróciłyśmy do karczmy, gdzie reszta naszej drużyny jadła właśnie obiad. W połowie posiłku zobaczyliśmy Buma wlatującego do karczmy ze spuszczoną głową i lalką w ręce. Usiadł przy naszym stole, położył lalkę na blacie i westchnął ciężko.

– I co? – zapytała w końcu Miriel.

– Nic. – wietrzniak wzruszył ramionami. – Nie mam córki. – powiedział smutno. – A byłem takim fajnym tatą…

– Jak to nie masz? – wtrącił Durgol.

– No normalnie. Nie mam. Oszukała mnie ze złości. A w ogóle to jestem na siódmym kręgu.

– Wypijmy za to! – zarządził Borgil polewając wietrzniakowi.

W zasadzie nie wiadomo było za co, czy za brak posiadania córki, czy może za awans, ale Bumowi było chyba wszystko jedno za co pije.

Kiedy smutki zostały wystarczająco utopione w alkoholu Bum oznajmił, że ma do nas ogromną prośbę. Ponoć jego przyjaciółka Smoczyca jest coraz słabsza i Bum boi się, że niedługo umrze, ale można jej pomóc. Smoczyca powiedziała mu, że istnieje pewien artefakt, który może przedłużyć jej życie. Stworzył go jakiś potężny mag, który narobił sobie wrogów i ukrył go w kaerze w okolicach Lagos. Oczywiście ta nazwa nic nam nie mówiła a i sama Smoczyca nie była pewna czym owo Lagos jest. Jedyne, co wiedział Bum, to że kaer znajduje się gdzieś na południe od V’strimon.

Co prawda Durgol natychmiast zaczął marudzić o wakacjach i gwałtownie protestować przeciwko ruszaniu się z Domu V’strimon, ale zgodziliśmy się, że trzeba tej Smoczycy pomóc, w końcu to przyjaciółka naszego towarzysza. Szczęściem sama zainteresowana postanowiła się włączyć do rozmowy i uspokoić, że mimo obaw wietrzniaka to ona się jednak jeszcze nie wybiera umierać i nie musimy pędzić na złamanie karków żeby ją ratować. Oznajmiła także, że skoro Bum awansował na tak wysoki Krąg to jemu też należy się odpoczynek i impreza, która uświetni ten moment. Na organizatora owej imprezy zgłosił się, bez wahania, Borgil, któremu Bum przekazał kulę komunikacji ze Smoczycą, żeby mogła mu pomóc. Nieco się obawiałam tego wydarzenia, ale chyba gorzej niż u trolli nie będzie….

Korzystając z faktu, że do wieczora zostało sporo czasu, Bum chciał jeszcze coś pozałatwiać zaś Durgol i Miriel postanowili poszukać w bibliotece jakichś zapisków dotyczących tajemniczego Lagos, poprosiłam Borgila, żeby pojechał ze mną na Białą Drogę do Serwos i zaczął szkolić z woltyżerki. Skoro już mam Śnieżkę to dobrze by było w tym siodle umieć się utrzymać i nie skręcić sobie karku w razie gdyby koń poniósł czy gdyby ktoś mnie zaatakował. Ork przystał na propozycję z ochotą, więc przeprawiliśmy się na drugi brzeg, zanurzyliśmy się pod baldachim liści mojej rodzimej dżungli i zaczęliśmy ćwiczenia. Zwierzęta puściłam wolno, żeby trochę odetchnęły od dusznej karczmy, Hator poszła polować a ja skupiłam się na nauce. Nie wiedziałam, że jest to takie skomplikowane. Borgil kazał mi jeździć tyłem, bokiem, spadać z konia i w ogóle robić dziwne rzeczy. Wszystko na jego wierzchowcu, podczas gdy on uczył Śnieżkę jak powinien się zachowywać wierzchowiec podczas akrobacji swojego jeźdźca, bo okazało się, że konia też trzeba tej woltyżerki nauczyć.

Wróciliśmy do karczmy przed wieczorem i przyznam, że jedyne na co miałam ochotę to paść na łóżko i już z niego nie wstać. Powstrzymałam się jednak. Obawa, że jak padnę to faktycznie się nie podniosę była zbyt silna. Myślę, że jutro się nie ruszę po tych wszystkich wygibasach.

Wreszcie nadszedł czas wieczornego przyjęcia. Ork zaprosił nas wszystkich na baseny, których ogromny fragment wynajął specjalnie dla nas. Sprosił chyba pół miasta, bo zjawił się całkiem spory tłumek t’skrangów i wietrzniaków. Nie było jedynie Miriel, która chyba zasiedziała się w bibliotece, więc Durgol i Bum po nią polecieli.

Przyjrzałam się sali. Ork się postarał. System basenów wieńczyła potężna fontanna, która bynajmniej nie lała wodą a jakimś alkoholem, stoły uginały się od jedzenia a wystroju dopełniał wielki lodowy zamek przyozdobiony rozlicznymi butelkami zawierającymi najprzeróżniejsze trunki alkoholowe.

Durgol, Bum i Miriel zjawili się dość szybko. Chyba coś musiało się stać, bo słyszałam jeszcze przed ich wejściem jak Durgol poważnym głosem oznajmia „Życie to jedna wielka zasadzka” a Miriel miała dość smutną minę po wejściu. Nie było jednak czasu żeby się nad tym zastanowić, ponieważ Borgil, widząc, że już wszyscy są, rozpoczął imprezę zapowiadając pierwszą atrakcję, w postaci kapeli De Dorsz. Zanim zdążyłam zaprotestować ork wyciągnął mnie do tańca mówiąc, że muszę dużo ćwiczyć zręczność, jeśli chcę dobrze jeździć konno. Na salę wleciały naczynia z kolejną porcją potraw, lewitując pomiędzy Dawcami Imion, co natychmiast wykorzystały wietrzniaki, śmigając między nimi tak, żeby nie zostać trafionymi. Wreszcie Borgil oznajmił, że „o suchym pysku nie można pić!”, cokolwiek by to miało oznaczać, i darował mi dalsze harce skupiając się na swojej ulubionej czynności, czyli piciu.

Ukryłam się na chwilę za jednym z filarów, żeby nieco odsapnąć bo już widziałam jak Salazar rozgląda się w poszukiwaniu kogoś do tańca, gdy nagle za plecami usłyszałam:

– Zasadzka!

Podskoczyłam przestraszona odwracając się gwałtownie. Przede mną stał wyszczerzony w uśmiechu Durgol z dwoma pucharkami w dłoniach.

– Na Pasje! Durgol. – jęknęłam.

– Pij! – wyciągnął pucharek w moją stronę.

Wzięłam go z pewną obawą, powąchałam i spróbowałam. Zawartość okazała się być jakąś owocową nalewką, mocną acz przyjemną w smaku.

– Bo w sumie to chciałem z tobą pogadać. – oznajmił krasnolud wypijając swój pucharek do dna.

– Teraz?

– No.

– To słucham.

– Chodzi o Miriel.

– Co się stało? – zaczęłam słuchać uważniej pełna złych przeczuć.

– Widzisz, bo po tej awanturze w Jerris to ona uważa, że nas zawiodła jako przywódczyni, i w ogóle nas zawiodła, i ona chce odejść z drużyny.

Zamyśliłam się. Nie wiem jak zachowałabym się na miejscu Miriel po tym, co ją spotkało. Cały czas podziwiam jej dystans do wydarzeń w Jerris i jej opanowanie, które, jak teraz zaczęłam przypuszczać, jest udawane.

– Porozmawiam z nią. – obiecałam.

– Nie możemy pozwolić jej odejść. – kontynuował Durgol. – Obiecałem jej, że porozmawiam z wami wszystkimi. Trzeba ją przekonać, żeby została.

– Durgolu. – położyłam mu rękę na ramieniu. – Miriel potrzebuje czasu, musi wiele rzeczy przemyśleć. Porozmawiam z nią i jestem pewna, że nas nie zostawi. Zrobię co w mojej mocy żeby tak się nie stało.

Pokiwał głową zadowolony.

– To jeszcze tylko z Borgilem muszę pogadać. – oznajmił i ruszył z powrotem nad basen.

A tam robiło się coraz weselej. Z kieszeni Borgila wyskoczyła kulka magii i zaczęła latać nad stołami ściągając do swojego wnętrza cały napotkany alkohol. Usłyszałam oburzone „Hej! To moja nalewka!” Salazara. Kulka obleciała wszystkie stoły, śmignęła pod sufit i wybuchnęła zasypując salę alkoholowym „śniegiem”. Widok Borgila z głową zadartą do góry i wystawionym językiem żeby łapać trunkowe płatki pozostanie w mojej pamięci na długo.

Radosną kapelę De Dorsz zastąpiła równie hałaśliwa wietrzniacka orkiestra zwąca się, malowniczo, Topielce. Lewitujące talerze stały się czołową rozrywką wietrzniaków, które wołane przez Salazara żeby uważały z tymi talerzami odkrzyknęły tylko „My tu gramy w łap talerza! To będzie nasz narodowy sport przez trzy dni!”. Jakby tego było mało Borgil ogłosił konkurs na największy plusk. Niestety nie sprecyzował że plusk ma być wykonany za pomocą własnego ciała, w związku z tym do wody trafił najpierw dębowy stół tachany przez wietrzniaki a zaraz za nim pokaźnych rozmiarów wrzeszcząca orczyca, najprawdopodobniej zgarnięta wprost z ulicy. Kiedy zaś na basen wleciała kolejna porcja lataków taszcząc niewielki wóz, w ślad za którym biegł zdenerwowany właściciel Borgil oznajmił, że wietrzniaki wygrały. Szczęściem był na tyle przytomny, że na pytanie „które” odkrzyknął „wszystkie” kończąc tym samym porywanie coraz większych i dziwniejszych przedmiotów z ulic V’strimon. To jednak nie był koniec atrakcji. Zdenerwowana czymś przez Durgola Miriel niewiele myśląc chwyciła najbliższą butelkę i rozbiła mu ją na głowie, co Borgil (oczywiście!) podchwycił jako nową rozrywkę i ochoczo powtórzył na sobie, więc wietrzniaki poszły w jego ślady zasypując okolicę tłuczonym szkłem.

– Muszę się napić! – jęknęła na ten widok Miriel.

Podsunęłam jej to, co ocalało z zapędów do tłuczenia, i sama też łyknęłam sporą porcję alkoholu. Nie da się z nimi imprezować na trzeźwo.

Szaleństwo to chyliło się ku końcowi, kiedy usiadł koło mnie Bum z niezbyt zadowoloną miną.

– Raven… – zaczął, jak to on ma w zwyczaju.

– Hm?

– Bo ty wiesz, że ja lubię Szafir, prawda?

– Yhm. – potwierdziłam machinalnie.

– No i ona chyba też mnie lubi, prawda?

– Myślę, że tak. W końcu ją karmisz. – wysiliłam się na bardziej złożone zdanie, choć miałam ochotę już tylko na sen.

– No więc tak sobie myślę… Czy ja mógłbym na niej polatać?

Dopiero teraz nieco oprzytomniałam.

– Nie możesz latać na Szafir! – zaprotestowałam gwałtownie. – Jesteś za duży. Przecież ona cię nie uniesie.

Bum zrobił smutną minę i spuścił głowę.

– Bo mnie zawsze było tak przykro… – zaczął płaczliwym głosem. – Bo wszyscy tak szybko chodzili a ja się męczyłem i zawsze mnie zostawiali z tyłu i mi było tak smutno… – po twarzy wietrzniaka zaczęły płynąć łzy.

– Ej, ej, no daj spokój. – próbowałam go jakoś pocieszyć. – Możesz pojeździć na Hator jak chcesz. – wypaliłam nie zastanawiając się nad sensem tego, co właśnie palnęłam. – A później kupimy ci jakiegoś zoaka i wytresuję ci i będziesz mógł latać i się nie męczyć. – obiecałam.

– Teraz jak mam te skrzydła to już się nie męczę. Naprawdę mogę pojeździć na Hator? – spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.

– Tak, naprawdę. – nie wiem jak ja to wytłumaczę Hator… – Ale jutro, na trzeźwo, dobrze?

– Ale…

– Bum. – przerwał głos ze smoczej kuleczki. – Myślę, że pora spać.

– Tak mamo… – Bum znowu spuścił głowę zasmucony. – A mogę jeszcze jedną prośbę? – ożywił się nagle.

– No dobrze. – odpowiedziała Smoczyca. – Ostatnią.

– Chcę żeby Raven i Miriel miały wąsy! Takie jak Durgol. Na całe życie!

– Bum! – wrzasnęłyśmy obydwie z Miriel jednocześnie.

– Niech wam będzie, do rana!

Tak oto zakończyło się świętowanie awansu Buma. Gdzieś nad ranem padłyśmy z Miriel do naszych łóżek, mocno nietrzeźwe i z durgolowymi wąsami. Coś czuję, że jutro będzie ciężki dzień…

Planszówkowo

Zaczął się sezon konwentowy dla mnie, więc wróciła ulubiona rozrywka, czyli planszówki 😀 Dlatego postanowiłam poświęcić ten wpis kilku planszówkom, które, moim skromnym zdaniem, zasługują na szczególną uwagę.

Tajemnicze Domostwo

tdNa pierwszy ogień idzie zdecydowanie mój faworyt skojarzeniowy. Wspominałam o Domostwie już przy okazji wpisu o Zjavie z 2016 roku, ale krótko. Tym razem przybliżę Wam o co w tej grze chodzi.

Jest to gra kooperacyjna, w której grupie graczy tajemniczy duch pomaga odkryć mordercę grasującego w domostwie, w którym nocują. Zadanie jest niełatwe tak dla detektywów jak i dla samego ducha. Duch, bowiem, musi detektywom wskazać właściwe narzędzie zbrodni, osobę mordercy oraz miejsce, w którym zbrodni dokonano, za pomocą snów, a te są, wierzcie mi, dość abstrakcyjne, żeby zadanie to było czasem ekstremalnie trudne.

td02

Karty z niebieskim rewersem to karty gracza, który jest w danej rozgrywce Duchem. Ma on zestaw dla każdego gracza, składający się z karty przedmiotu, osoby i miejsca popełnienia zbrodni. Przed resztą graczy leży szereg kart ukazujących różne narzędzia zbrodni, różne postaci i różne miejsca (zawsze dużo więcej kart niż graczy).

Zadaniem Ducha jest podsuwanie graczom kart snów, które naprowadzą ich na właściwy trop w zaledwie 7 dni. Spójrzcie na zdjęcie poniżej:

td03

Widzicie te latające świeczki nad czerwonymi schodami? Albo stracha na wróble czy fontannę w ogrodzie? To właśnie są karty snów. I teraz wyobraźcie sobie, że przed Wami leżą do wyboru hantel, sznur i pogrzebacz a Duch daje Wam sen ze strachem na wróble, który ma Wam wskazać którego z tych narzędzi użyto… Właśnie stajecie przed najważniejszym zadaniem – domyśleniem się, jakie skojarzenie ma osoba wcielająca się w Ducha. Może dała stracha bo mamy dwa przedmioty metalowe i tylko jeden nie jest z metalu zaś strach metalu nie zawiera, co wskazywałoby na sznur jako narzędzie zbrodni? A może pogrzebacz leży na filetowym kawałku materiału i dlatego padło na stracha bo tylko on, ze wszystkich snów na ręce Ducha, nawiązywał kolorem do narzędzia zbrodni? Pytań jest mnóstwo. Na szczęście możecie działać wspólnie, więc burza mózgów może rzucić nieco światła na tą makabryczną zbrodnię i pomóc w ujęciu mordercy.

Takenoko

takenokoKolejna gra, która zdobyła moje serce. To, w skrócie, gra o uprawie bambusowego ogrodu dla cesarskiej pandy. Gracze muszą wykonywać zadania związane z uprawą bambusa, karmieniem pandy i układaniem mapki w odpowiedniej konfiguracji. Dodatek do gry wprowadza jeszcze panią pandę i małe pandziątka, które dają dodatkowe punkty i zadania. Zwiększa także poziom trudności gry, wprowadzając do zadań dodatkowe warunki. Dla przykładu – w nie poprawionej podstawce żeby zrobić zadanie z mapą trzeba było, zwyczajnie, położyć kafelki mapy w odpowiedniej konfiguracji, natomiast poprawiona wersja wymaga, żeby każdy ułożony kafelek był nawodniony, co już jest dużo trudniejsze do uzyskania.

Spójrzmy na rozłożoną grę:

takenoko02

Na pierwszym planie widzicie kartę dla gracza, dwa żetony ruchu (te brązowe kółka), nawodnienie (niebieski patyczek) i kawałek zjedzonego przez pandę bambusa. Po lewej stronie leżą karty zadań, czyli nasza rysunkowa instrukcja o co w tym wszystkim chodzi 😉

A o co chodzi? Zaczynamy prosto, od położenia na stole mapy przedstawiającej główny staw i postawieniu na nim ogrodnika i pandy, następnie każdy z graczy bierze po jednym zadaniu każdego typu (mapa, ogrodnik, panda) i rozpoczynamy rozgrywkę. Każdy z graczy ma dwa ruchy, ale nie mogą to być takie same ruchy (chyba że rzut kością da nam taki bonus). Możemy, na przykład, dobrać mapę i dołożyć ją do stawu oraz dobrać sobie zadanie. Możemy też przesuwać pandę (tylko w linii prostej), dobierać patyczki nawodnienia (na nie nawodnionym terenie bambus nie będzie rosnąć) albo ruszyć ogrodnika (tylko w linii prostej), który swoją ciężko pracą przyspiesza wzrost bambusa.

Losowości grze nadaje rzut kością, stosowany od drugiej rundy, która daje ciekawe bonusy – pozwala przesunąć pandę w dowolne miejsce na planszy, powoduje opad deszczu, czyli wzrost bambusa na wskazanym przez nas, nawodnionym, polu, daje nam możliwość wykonania trzech akcji w swojej rundzie, zamiast dwóch czy też możliwość wykonania dwóch takich samych akcji.

Czy można się oprzeć takiej słodkiej parce? ❤

takenoko03

Yggdrasil

ygZagrałam raz i się zakochałam 🙂

Pradawne Drzewo jest zagrożone, zbliża się bowiem Ragnarök, koniec czasów. Gracze wcielają się w nordyckich bogów i próbują zapobiec zniszczeniu Asgardu przez siły zła. Yggdrasil jest grą kooperacyjną. Każdy z dobrych bogów ma swoje specjalne zdolności, podobnie jak każdy ze złych. Loki, na przykład, z każdym ruchem wystawia lodowych gigantów, którzy blokują zdolności graczy albo lokacje pomagające w rozgrywce, są też dodatkowym przeciwnikiem do pokonania.

yg03Z każdą turą gracze losują jedną kartę atakujących (widać je po prawej stronie planszy, tak, ten przystojniak to Loki a nad nim jego usłużni giganci 😉 ). Karta ta porusza jednym ze złych bogów na ścieżce prowadzącej do Asgardu. Zadaniem graczy jest przerzucić cały stos kart nie dopuszczając do zniszczenia Pradawnego Drzewa. Co, wierzcie mi, nie jest proste jeśli się dobrze nie nakombinuje. Gra ma trzy stopnie trudności. Grałam na podstawowym i było ciężko, kolejny dodaje karty, które przesuwają kilku złych bogów na raz a ostatni dodaje karty Ragnarök, czyli prawdziwie ciężkie do pokonania kataklizmy. Ale zabawa jest przednia. Polecam z czystym sumieniem.

yg02

Battlestar Galactica

bgRzadko się zdarza, żeby ktoś nie znał tego tytułu. Jeśli nawet nie oglądał serialu to obiło mu się o uszy. Ja uwielbiam i serial i planszówkę i serdecznie polecam obie.

Dla mniej zorientowanych – ludzkość wymyśliła sobie inteligentne roboty (nie pierwszy raz zresztą 😛 ) te zaś zbuntowały się, zrobiły przewrót i wybiły sporą ilość swoich twórców. Ci którzy ocaleli załadowali się na statki kosmiczne i polecieli w dal szukając dla siebie bezpieczniejszego miejsca. W międzyczasie roboty, zwane przez ludzi Cylonami, wyewoluowały i nauczyły się jak wyglądać jak ludzie. I to dosłownie. Włącznie z krwią i zachodzeniem w ciążę (to dość istotny aspekt historii). W tym punkcie zaczyna się jazda bez trzymanki – Cyloni umieszczają swoich uśpionych agentów w szeregach ludzi i nagle zaczynają ich rozbudzać. Na statkach zaczynają się sabotaże a nawet zamachy a kiedy do ludzi wreszcie dociera, że nawet ich najbliższy może okazać się Cylonem robi się gorąco. Intrygi, oskarżenia, podejrzenia, egzekucje, puszczające nerwy a także Cylońska walka o człowieczeństwo sprawiają, że od serialu nie można się oderwać.

bg02

Gra daje nam namiastkę tego wszystkiego co pokazał serial. Na początku każdy z graczy losuje kartę „rasy”, która jest tajna. Musi, a przynajmniej powinien, działać w zgodzie z tą kartą. Jeśli jest człowiekiem ma łatwiejsze zadanie – robić wszystko żeby flota przetrwała, natomiast jeśli jest Cylonem musi tak grać, żeby nie wzbudzić podejrzeń innych graczy a jednocześnie powoli acz nieuchronnie prowadzić flotę na stracenie. Podczas rozgrywki dużo się bowiem dzieje. Mamy karty ataku Cylonów, ale też przyjaznych planet. Możemy zsyłać innych graczy do aresztu, skąd oczywiście nie mogą działać, jeśli podejrzewamy ich o bycie Cylonem, ale może się to na nas zemścić, jeśli okaże się, że nie mieliśmy racji i nie ma komu odeprzeć ataku Cylonów bo jedyny pilot siedzi niesłusznie w areszcie… Statek może zostać uszkodzony, może nam braknąć wody lub paliwa. Możliwości jest masa.

bg03

bg05

To gra na długie godziny w większym gronie – polecam na 6 graczy. Na pewno nie zawiedzie miłośników serialu.

A jak już Wam się znudzi podstawka to wyszły jeszcze dodatki. Kosmicznie zajefajne 😉

Ghost Stories

gsKolejna kooperacyjna gra, która urzekła mnie grafiką i samą rozgrywką.

„Wielu poległo kładąc kres rządom Wu-Fenga, Władcy Dziewięciu Piekieł. Urna zawierająca jego prochy została pochowana na cmentarzu w niewielkiej wiosce w Środkowym Cesarstwie. Lata mijały, a przeklęte dziedzictwo popadło w zapomnienie pośród żywych. Ukryty w głębiach piekieł Wu-Feng nie zapomniał niczego. Niestrudzone poszukiwania w końcu doprowadziły go do miejsca, gdzie ukryto urnę. Cień jego poprzedniej inkarnacji już rozciąga się nad wieśniakami, nieświadomymi grożącego im niebezpieczeństwa.

Na szczęście Fat-Si (kapłani taoistyczni) trzymają straż, strzegąc granicy pomiędzy światami żywych i umarłych. Uzbrojeni w odwagę, wiarę i moce, spróbują odesłać reinkarnację Wu-Fenga z powrotem do piekła.”

Gramy przeciwko grze usiłując odeprzeć duchy, które nawiedzają miasteczko. W tej grze kooperacja między graczami musi być bardzo silna bo zagrożeń i nawiedzeń jest cała masa. Przez całą rozgrywkę trzeba dokładnie ustalać kto co robi, jakie moce wykorzysta i jaki będzie następny ruch gracza. Do tego gra posiada cztery poziomy trudności, więc każda kolejna rozgrywka może się diametralnie różnić od poprzedniej. Każda lokacja w wiosce ma swoje właściwości, z których gracze mogą korzystać, dlatego jeśli dopuścimy do Nawiedzenia którejś z nich tracimy możliwość korzystania z jej właściwości. To bardzo klimatyczna gra i też dość trudna.

gs02

Oto rozłożona plansza. Kafelki pośrodku (3 x 3) to nasza wioska, którą spróbujemy obronić przed duchami. Cztery karty po bokach to karty graczy. Każdy duch najpierw pojawia się na karcie gracza i z niej uprzykrza graczom życie. Może to być „zwykły” duch, który ma reperkusje w postaci kradzieży mocy gracza, lub każe nam wyciągać z talii kolejnego ducha, ale może to być także duch ciągnący za sobą nawiedzenie (czarna figurka na niebieskiej karcie gracza, na dole zdjęcia). Nawiedzenie to bardzo niebezpieczna forma ducha, przesuwa się do przodu co rundę (a nawet częściej jeśli inny duch ma właściwości przesuwania Nawiedzenia) i kiedy dotrze do krawędzi wioski ta lokacja zostaje natychmiast wyłączona z użytku. Przekręcamy ją na drugą stronę i musimy wyegzorcyzmować żeby ją odzyskać i znów móc skorzystać z jej właściwości.

Tajniacy

tajniacy01A jeśli jest Was większe grono niż 3 osoby możecie pograć w Tajniaków. Prosta, przyjemna gra drużynowa na skojarzenia.

Dzielimy się na dwie drużyny (czerwonych i niebieskich) i z każdej z nich wybieramy szefa. Obaj szefowie siadają po jednej stronie stołu zaś reszta członków drużyn po drugiej (to są, właśnie, tajniacy). Wybieramy, losowo, 25 kart kryptonimów i rozkładamy je na stole w kwadrat 5 x 5. Przed szefami kładziemy karty agentów (czerwone i niebieskie), kartę podwójnego agenta, kartę zabójcy oraz postronnych obserwatorów. Na koniec szefowie losują kartę klucza, którą widzą tylko oni, i która wskazuje im gdzie kryje się morderca i jaki jest rozkład agentów na planszy.

Tak to wygląda od strony szefów:

tajniacy02

A tak wygląda klucz:

tajniacy_klucz

Te cztery czerwone „światełka” wokół karty klucza wskazują drużynę, która zaczyna rozgrywkę. Drużyna rozpoczynająca musi poprawnie wskazać 9 kryptonimów zaś druga drużyna 8.

Skoro plansza już gotowa można zaczynać. Wasz szef wie, pod jakimi kryptonimami znajdują się Wasi agenci i musi ich wskazać JEDNYM słowem a do pomocy ma jeszcze liczbę. Jeśli dwaj agenci kryją się pod kryptonimami śmierć i noc szef może powiedzieć Wampir 2 – wiecie już, że są dwaj agenci ukryci pod pseudonimami kojarzącymi się szefowi z wampirem, Waszym zadaniem jest wskazać które to kryptonimy. Oczywiście możecie dyskutować w drużynie na ten temat zanim podejmiecie ostateczną decyzję, ale szef już nie może Wam pomagać. Dopiero kiedy jeden z Was dotknie karty uznaje się ją za ostateczną odpowiedź.

Jeśli tajniak dotknie karty należącej do jego bądź jej drużyny, szef zasłania to słowo kartą agenta odpowiedniego koloru.Drużyna może zgadywać drugie słowo (ale nie dostaje nowej wskazówki).
Jeśli tajniak dotknie niewinnego obserwatora, szef zasłania go kartą niewinnego obserwatora. Kończy to turę tej drużyny.
Jeśli tajniak dotknie karty należącej do drugiej drużyny, słowo zostaje zasłonięte kartą agenta przeciwnej drużyny. Kończy to turę tej drużyny. (Oraz przybliża przeciwną drużynę do zwycięstwa.)
Jeśli tajniak dotknie zabójcy, słowo zostaje zasłonięte kartą zabójcy. To koniec gry! Drużyna, która skontaktowała się z zabójcą, przegrywa. Natomiast wygrywa ta, która pierwsza odgadnie wszystkich swoich agentów.
A tak wygląda plansza podczas rozgrywki:
tajniacy03

To, na razie, wszystkie gry, do których wracam z ogromną przyjemnością, i w które zawsze chętnie zagram. Was też do tego zachęcam – nie ma to jak wieczór przy dobrej planszówce w zacnym gronie 🙂

Zdjęcia zostały wykonane przez Bastiego, któremu serdecznie dziękuję za pół dnia rozkładania i składania planszówek z własnych zbiorów 😉

28 Złe dobrego początki

Nasza historia w Jerris zaczęła się źle – od zabójstwa nieznajomego elfa, toczyła się coraz gorzej – poprzez porwanie i tortury Miriel, spalenie eleganckiej karczmy wraz z szalejącym po niej konstruktem i zrównanie z ziemią domu radcy miejskiego, wraz z jego nieskromną osobą, a zakończyła się jeszcze większym chaosem – wizytą floty Kryształowych Łupieżców gotowych obrócić to urocze miasto w proch, która to wizyta niemal wpędziła do grobu naszego zleceniodawcę.

Ale po kolei.

Plan wypalił. Chyba po raz pierwszy bez większych problemów. Spędziliśmy dwa dni w miejskim więzieniu po czym wróciliśmy do naszego pracodawcy, gdzie czekała reszta naszej drużyny. Po krótkim odpoczynku zostaliśmy zawołani do Altanaela, który poinformował nas, że Arval jednak został burmistrzem. Obiecał obsydianinowi zrzec się tej funkcji jak tylko zrobi porządek w mieście. O Królowej słuch zaginął. Przypuszczam, że wyniosła się z Jerris i mam nadzieję, że do niego nie wróci. Uspokojeni i zadowoleni, że w mieście znów zapanuje względny spokój, postanowiliśmy zrobić zakupy i następnego dnia wyruszyć do Domu V’strimon żeby odwiedzić córeczkę Buma.

Udałam się do miasta żeby wreszcie kupić wymarzonego wierzchowca dla siebie i Miriel. Znalazłam dwie piękne klacze, dokładnie takie, o jakich z Miriel marzyłyśmy. Moje śnieżnobiałe cudeńko nazwałam Śnieżką i już się cieszyłam na chwile spędzone na jej tresurze. Spokój i dobry nastrój prysnęły jak bańka mydlana kiedy tylko przekroczyłam próg domu Altanaela. Nasz gospodarz wpadł do rezydencji kilka chwil po mnie w stanie takiego wzburzenia, że zaczęłam się obawiać o jego życie. Gdyby miał włosy na głowie zapewne właśnie by je, garściami, wyrywał.

– Na Pasje! Co się stało? – spytałam, rozglądając się nerwowo za Uzdrowicielem.

– Łupieżcy! – wykrzyczał obsydianin. – Kryształowi Łupieżcy! Cała flota! Wojskowa!

– Jaka flota? Gdzie?

– W porcie Jerris! Skąd się tu wzięli? – popatrzył na mnie groźnie. – Arval zrzekł się burmistrzowania i szykuje obronę miasta! Cały ten bałagan na mojej głowie!

– Nie mam pojęcia… – mruknęłam, choć już się domyśliłam kogo winić za obecność trolli. – Panie. – położyłam mu rękę na ramieniu uspokajająco i uśmiechnęłam się. – Nic się nie martw. Załatwimy to.

Na szczęście w korytarzu pojawił się Tharif i widząc co się dzieje natychmiast zabrał obsydianina gdzieś na górę.

– Niech ja tylko dorwę tego wietrzniaka w swoje ręce! – wycedziłam przez zęby odwracając się w kierunku drzwi i wpadając na wchodzącą Miriel.

– Coś się stało?

– Bum sprowadził do miasta Kryształowych Łupieżców. – poinformowałam. – Całą flotę.

– Co zrobił?!

– Chodź. Nie ma czasu.

Pędząc w kierunku portu zrelacjonowałam Miriel co się stało. Wytrzymanie na dłuższą metę z wietrzniakami jest chyba ponad siły elfów. Zresztą, zaczynam dochodzić do wniosku, że ponad siły ludzi również.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się że Bum i Thar’zitt już są na statku dowódcy. Przyznam, że flota wyglądała imponująco. Statki wisiały tuż za murami miasta zaś na murach zgromadziło się chyba całe wojsko i straż jaką Jerris posiadało. W tłumie dojrzałam nawet Alvara. Panowała nerwowa atmosfera, zwłaszcza, że z pokładu jednego z drakkarów dobiegały niepokojące odgłosy wybuchów (jak się później okazało wybuchy zawdzięczaliśmy Thar’zittowi, który chciał pokazać trollom coś co nazywał fajerwerkami… ponoć miało to wybuchać na kolorowo i być fajne) .

Oszczędzę sobie opisywania naszych prób uspokojenia tak wojska jak i trolli. Jakimś cudem udało się Bumowi nakłonić trolle do oddalenia się od miasta na chwilę a mnie i Miriel skłonić Norgo, krasnoluda, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa maga, a który teraz był najstarszy rangą, jako że Arval zrezygnował także z pełnienia funkcji szefa straży, do powstrzymania wojska od wrogich działań skierowanych w kierunku trollowych statków oraz do udania się do Altanaela w celu uzyskania rozkazów.

Obsydianin doszedł już do siebie na tyle, że był w stanie odbyć takie spotkanie, mimo że Tharif zdecydowanie mu to odradzał. Tym razem to troll był wzburzony a w domu pachniało melisą. Kazałam Tharifowi głaskać Hator, w obawie o jego nerwy, i rzeczywiście po chwili uspokoił się nieco i nawet uśmiechnął.

Spotkanie odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Z naszej drużyny Altanael poprosił jedynie Thar’zitta o obecność. Ustalono, że trolle mogą cumować w przystani ale mają nie schodzić na ląd a rankiem odlecieć. Wojsko zostanie wycofane, jedynie pozostaną patrole straży na murach.  Thar’zitt zobowiązał się, że nakarmimy trolle i przypilnujemy, żeby nie narobiły kłopotów. Liczyłam bardzo, że faktycznie jest w stanie tych Łupieżców okiełznać…

Wreszcie mogliśmy odetchnąć. Wraz z Miriel i Durgolem postanowiłam noc spędzić poza statkiem, na którym Thar’zitt, Bum i Salazar urządzili potężną imprezę. Przez pewien czas siedzieliśmy we trójkę na murach, słuchając odgłosów dochodzących ze statku, ale kiedy impreza przeniosła się do niedalekiego zagajnika i dostrzegliśmy w nim żywą pochodnię Miriel stwierdziła, że nie zamierza dłużej na to patrzeć, więc przenieśliśmy się do rezydencji na resztę nocy.

Rankiem mieliśmy się zapakować na statek Auryka, przywódcy przymierza, i odlecieć do V’strimon. Miałam nadzieję, że nie polecimy tam całą flotą, wszak pierwsze wrażenie zostaje na długo…

Skoro świt pożegnaliśmy naszego pracodawcę, życząc sobie nie spotykać się więcej w tak niesprzyjających okolicznościach i zaokrętowaliśmy się na statku. Miriel wcisnęła się w jakiś kąt, starając się trzymać z daleka od trolli a ja stanęłam przy burcie, żeby móc podziwiać widoki. Latanie jest jednym z cudowniejszych uczuć. Chyba tego najbardziej zazdroszczę wietrzniakom.

Statki odcumowały. Jerris zostało za nami. Może nie nowe, ale bez Królowej i jej intryg na pewno lepsze. Ciekawe, czy będzie nam dane jeszcze kiedyś tutaj zawitać.

27 Mistrzowie planowania

Oczywiście nie zdążyliśmy nawet wyjść z domu, bo kiedy się przebrałam okazało się, że drużyna zmieniła zdanie i uznała, że nie ma sensu przeszukiwać ruin, natomiast Bum wpadł na inny pomysł. Zaproponował żeby użyć szkicownika, który dostał od Fildara, zmieniającego wygląd postaci.

– No wiecie, bo można się narysować i zmienić w kogoś innego, na przykład w Królową. – argumentował.

– Ale po co? – spytałam nieco zdezorientowana. Nie bardzo nadążałam za sednem tego pomysłu.

– Żeby zrobić zamęt. Polatać po mieście, robić dziwne rzeczy. Takie tam.

– Nadal nie wiem o co chodzi w tym planie.

– Ja sam nie wiem o co mi chodzi.

Nie doczekałam się wyjaśnień, gdyż rozmowę przerwało pukanie. Jeden z lokajów wniósł niewielką paczkę i podał ją Bumowi. Kiedy wietrzniak zaczął ją otwierać wszyscy, instynktownie, się odsunęliśmy. Na wypadek gdyby coś wybuchło. Na szczęście paczka okazała się prezentem od Fildara. Znajdował się w niej naszyjnik w kształcie tarczy, z niewielką kulką w środku, w której kłębił się błękitno-zielony dym.

– Co to jest? – spytała Miriel.

– Nie wiem. Prezent. – Bum założył wisiorek na szyję.

Pukanie znów wyrwało nas znad dywagacji dotyczących tajemniczego prezentu. Coś tu straszny ruch się zrobił w tym domu. Ten sam lokaj podał Bumowi kolejną przesyłkę. Tym razem był to list. Wietrzniak zabrał się do czytania a my znów wróciliśmy do dyskusji na temat planu. Ustaliliśmy, że przebiorę się za Królową i pójdę do zamtuza Arastosa narobić zamieszania. Liczyliśmy na to, że plotki dotrą do Królowej i postanowi wysłać na mnie swojego Ksenomatę żeby mnie zabić. Wtedy drużyna będzie już gotowa do działania i spróbuje go porwać.

W pewnej chwili dostrzegliśmy jak twarz Buma zmienia się gwałtownie przybierając wyraz pomiędzy przerażeniem a chęcią płaczu. Wietrzniak popatrzył na nas dziwnym spojrzeniem skrzywdzonego dziecka, po czym zmiął wiadomość, wsadził sobie do ust i zaczął przeżuwać.

– Lecę do Królowej! – poderwał się gwałtownie po chwili.

– Nie! – krzyknęła Miriel. – Zwariowałeś?

Wietrzniak usiadł.

– Ale Bum… – Durgol poklepał go lekko po ramieniu. – Co się stało?

– Nic. – odburknął. – Nie dotykaj mnie. – dodał płaczliwie odsuwając się. – Lecę do szefa. – znów się poderwał i zniknął za drzwiami.

Popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani.

Nie minęła chwila kiedy Bum wleciał znów do pokoju taszcząc przed sobą butelki z alkoholem, które ustawił pieczołowicie na stoliku przed nami.

– Ktoś umarł? – spytałam zaciekawiona, gdyż mina Buma w połączeniu z butelkami wyraźnie świadczyła, że stało się coś złego.

– Nie. Tak jakby odwrotnie.

– Ktoś się urodził?

– Mam córkę. Dwuletnią.

– Och. Gratuluję. – uśmiechnęłam się do Buma.

– O kurwa! – jednocześnie zakrzyknął Salazar.

Ponieważ chwilę później pojawił się Borgil skupiliśmy się na piciu zdrowia córeczki Buma i wymyślaniu dla niej stosownego imienia, o ile jeszcze nie ma żadnego, co optymistycznie założył wietrzniak. Nie mogliśmy tego jednak ciągnąć w nieskończoność. Czas się kończył i trzeba było opracować jakiś plan.

Ustaliliśmy, że pójdę do Arastosa, jako Królowa, i oznajmię mu, że Szara Dłoń przejmuje jego zamtuzy, i że ma to błyskawicznie przygotować bo przyjdę to sprawdzić. Bum zaś miał polecieć do Wizgina żeby kupić skuteczną miksturę usypiającą i odtrutkę na jad żmii, na wypadek, gdyby ksenomanta potraktował mnie tym samym czarem, którego użył na magu. Poprosiliśmy też Buma żeby się dowiedział, w którym zamtuzie przebywa Arastos. Wietrzniak wykorzystał okazję i błyskawicznie się zmył.

Kiedy Bum wrócił byliśmy gotowi. Najpierw narysowałam im dokładny portret Królowej, żeby każdy wiedział jak wygląda a następnie poczekałam aż dotrą na wyznaczone wcześniej miejsca w okolicy „Kwiatu Marzeń”, zamtuza w którym najczęściej przebywał elf, po czym zmieniłam się w Królową i ruszyłam.

Muszę przyznać, że wszystko szło jak z płatka. Przynajmniej początkowo… Kwiat Marzeń znajdował się w lepszej dzielnicy, przy szerokiej ulicy, którą spokojnie mogły jechać dwa wozy obok siebie. Piętrowy budynek na dole miał restaurację, na górze zamtuz, z tyłu zrobiono spore patio, na którym siedział Borgil przy kawiarnianym stoliku. Po lewej stronie znajdował się ładny, nieduży park, w którym dostrzegłam Durgola czytającego książkę na ławce. Wiedziałam, że naprzeciwko Kwiatu, w przerwach pomiędzy kamienicami, ukrywali się Miriel, z Hator na rękach oraz Salazar, zaś nad swoją głową dostrzegłam sokoła. Wiedziałam, że Bum też gdzieś tutaj jest.

Wzięłam głęboki oddech i pewnym krokiem weszłam do budynku. Królowa ubierała się bardzo odważnie, więc w wydekoltowanej sukni z odsłoniętymi ramionami czułam się strasznie nieswojo.  Nie wiem czy strażnik mnie poznał. Miał nieco zdziwioną minę kiedy go mijałam. Przeszłam całą salę i udałam się na górę, gdzie dostrzegłam krasnoluda, który wyglądał jakby tam dowodził. Skierowałam kroki prosto do niego. Spojrzał na mnie, widziałam jak jego mina się zmienia.

– Pani… – jęknął i zgiął się w ukłonie. – Co Cię tutaj sprowadza?

– Gdzie ten obibok Arastos? – zapytałam władczym tonem. – Chcę go tutaj natychmiast widzieć.

– Tak. Tak. Już wołam.

Spanikowany mężczyzna rzucił się w korytarz. Rozejrzałam się po lokalu, ale nawet nie dostrzegłam jego szczegółów, tak bardzo byłam skupiona na udawaniu Królowej. W końcu usłyszałam otwierane drzwi i zobaczyłam zdenerwowanego elfa, który usiłował jednocześnie zawiązać troczki od spodni i wyglądać godnie, maskując swoje zdenerwowanie. Nawet mi się nie przyjrzał uważnie. Królowa musiała go potraktować bardzo paskudnie skoro jej widok wywoływał w nim taką panikę.

– Pani, czemu zawdzięczam….

– Twoja skuteczność jest bliska zeru. – weszłam mu w słowo. – Od dzisiaj wszystkie twoje zamtuzy przechodzą na własność Szarej Dłoni.

– Co?! Ale…

– Bez ale! Masz przygotować wszystko do przejęcia interesu. Przyjdę to sprawdzić.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do schodów. Próbował mnie jeszcze zatrzymać pytaniami ale warknęłam tylko żeby nie marnował mojego czasu i wyszłam. Upewniłam się, że nikt mnie nie obserwuje i zniknęłam w jednej z uliczek.

Czekaliśmy.

Minęły może dwie godziny, kiedy nagle, na głównej ulicy, dostrzegliśmy Szarą Dłoń idącą na czele oddziału trolli. Arastos już na nią czekał przed wejściem do Kwiatu Marzeń. Orczyca podeszła do niego i strzeliła go w pysk, po czym weszli do środka. Byłam pewna, że to sprawka Buma ale wyjątkowo popierałam jego pomysł. Uwiarygodnił przejęcie, a przecież obiecałam Szarej Dłoni, że jak skończymy z tym miastem zamtuzy Arastosa będą należały do niej. Obok mnie wyrósł nagle Borgil.

– Raven, a gdybym tak połaził po zamtuzach jako ten elf to by się to nie przydało, żeby zrobić więcej zamieszania?

Zastanowiłam się przez chwilę.

– Mógłbyś. Ktoś w końcu powie Królowej co się tutaj dzieje.

– To weź mi go narysuj.

– Sam musisz. – podałam mu szkicownik.

Ork patrzył na niego przez chwilę z zastanowieniem. W końcu wziął przedmiot i zaczął rysować.

– I jak? – spytał kiedy skończył.

– Wspaniale. Wyglądasz zupełnie jak on. Tylko ten głos…

– Zawsze go można kopnąć w jajka. – podsunął usłużnie Bum, który najwyraźniej przysłuchiwał się naszej rozmowie z góry. – Ale ja tego nie zrobię. – dodał natychmiast.

– Zapijaczony elf, zapijaczony ork, żadna różnica. – mruknął Borgil, schował szkicownik i ruszył na obchód zamtuzów.

– Uwaga! Straż miejska! – usłyszeliśmy wszyscy głos Thar’zitta.

Wyjrzałam w uliczkę. Faktycznie szedł nią spory oddział straży miejskiej, zdążający wprost do zamtuza.

– Trolle. – usłyszałam zbolałe jęknięcie Miriel.

– Lecę po Iskrę! – natychmiast oświadczył Bum.

Straż weszła do budynku. Widziałam jak wpada tam Iskra a chwilę po niej wślizguje się Bum. Gdy tylko wyszedł zapytaliśmy co się dzieje w środku.

– Aresztują Szarą Dłoń, odwołałem trolle.

Grupa wyszła przed zamtuz i ruszyła w kierunku miasta.

– Miriel! – zawołałam w mowie powietrza. – Mogę ją stamtąd wyciągnąć ciemnością. Czy mam to zrobić?

– Tak! – padła błyskawiczna odpowiedź.

Kulą ciemności pokryłam całą grupę, wskoczyłam do niej, wyciągnęłam orczycę i przepchnęłam w jedną z uliczek, żeby zejść z oczu strażnikom gdy czar się skończy. Oddaliliśmy się od zamtuza i wreszcie spotkaliśmy wszyscy razem.

Szara Dłoń powiedziała nam, że wysłała Arastosa do pozostałych zamtuzów, żeby ogłosił ich przejęcie, i że zaproponowała mu współpracę. Kazaliśmy się jej na razie ukryć, gdyż dwóch strażników wróciło do zamtuza i tam zostało a sami polecieliśmy zgarnąć Borgila, żeby się nie spotkał z tym właściwym Arastosem, i zastanowić się co dalej.

– Mam tego dość! – oznajmiła Miriel kiedy tylko zostaliśmy sami. – Porywamy Arvala!

Konsternacja uciszyła nas wszystkich na chwilę.

– Jeszcze niedawno twierdziliście, że mój pomysł z porwaniem kapitana straży jest niedorzeczny. – zaczęłam ostrożnie. – Co się zmieniło?

– Nie ma mowy żebyśmy sprowokowali Królową aż tak, w tak krótkim czasie. – odparła zrezygnowana Miriel. – Zostało nam już tylko porwanie.

– Może zacznijmy od rozmowy? Tak jak proponowałam w drugiej wersji tego planu. Najpierw mu powiemy wszystko, w obecności Głosiciela Mynbruje, a jeśli nam nie uwierzy i będzie chciał nam zrobić krzywdę wtedy dopiero go porwiemy.

Miriel tylko skinęła głową. Najwyraźniej do naszej przywódczyni dotarło wreszcie, że naprawdę nie mamy nic do stracenia porywając kapitana straży. Możemy tylko zyskać.

Udaliśmy się więc bocznymi drogami na poszukiwanie Głosiciela. Stateczny krasnolud wysłuchał nas, stwierdził, że mówimy prawdę i że pójdzie z nami do Arvala. Usłużnie dał nam jeszcze kilka wskazówek na temat charakteru kapitana i jego manier, które to wskazówki miały sprawić, że nie wkurzymy go od razu na wejściu.

Zaanonsowaliśmy się ochronie stojącej na dole, a właściwie zrobił to Bum z właściwym sobie wdziękiem, oznajmiając, że oto przybył Bum Złotoskrzydły i jego świta. Nawet nam kazał stanąć na baczność ale tylko Borgil odruchowo wykonał rozkaz. Po krótkiej naradzie wewnątrz w końcu wyszedł strażnik i oznajmił, że kapitan wie kim jesteśmy i nie wpuści nikogo więcej prócz Buma i dwóch osób towarzyszących. Jasnym było, że powinna iść Miriel, jako najbardziej poszkodowana przez Królową oraz Durgol, który był naszą nadzieją na przekazanie trollowi informacji bez obrażania go przy okazji. Cała trójka, w asyście Głosiciela, weszła do środka, zaś reszta została na zewnątrz. Miriel obiecała relacjonować nam na bieżąco co się tam dzieje, więc słuchałam relacji na żywo powtarzając ją Salazarowi, gdyż Borgil znudził się po kilku minutach i poszedł do karczmy naprzeciwko, pić.

Pomysł okazał się trafiony. Opowieść Buma, którego udało mi się przed wejściem nauczyć żeby nie wchodził w słowo tylko czekał aż rozmówca skończy i wtedy mówił (aż mi się łezka w oku zakręciła kiedy później zganił Salazara mówiąc „nie przerywaj jak ktoś mówi, trzeba poczekać aż skończy…”) popartej konkretnymi i rzeczowymi słowami Durgola oraz barwnym opisem tortur, którym Miriel zakończyła rozmowę sprawiła, że kapitan uwierzył w naszą wersję. Reszta z nas została zaproszona w końcu do środka.

Alvar okazał się rzeczowym trollem, z dość racjonalnym podejściem do sprawy. Podzielił się z nami informacją, że Królowa obiecała mu, że w dniu wyborów, w godzinę udostępni mu swoją armię. I to nie byle jaką armię a wojsko złożone z niskokręgowych Adeptów.

– Czy to w ogóle możliwe żeby z Iopos, w godzinę, przybyła tutaj armia? – zapytał w końcu.

– Możliwe. – odparłam. – Jest Ksenomantką, ma Ksenomantę na usługach. Wystarczy im krąg ksenomancki, który połączy oba miasta i armia pojawi się tutaj w mgnieniu oka.

– A gdyby zniszczyć krąg? – zapytał Durgol. – Da się?

– Tak, pomyślałam o tym, żeby go zlokalizować i zniszczyć. Ale po co?

– Jeśli Królowa się dowie, że straciła moje poparcie. – wyjaśnił Arval. – Gotowa rzucić tą armię na Jerris.

– Nie zrobi tego. – zaprzeczyłam. – Pomyślcie. Miała wszystko pokojowo i po cichu. Jeśli zaatakuje zbrojnie będzie miała przeciwko sobie Imperium Therańskie, któremu już się nie podoba, że Iopos się od nich odsuwa i na pewno nie pozwoli na przejęcie Jerris. Nawet Throal nie pozostanie obojętny na zbrojną agresję. Uhl Denairastas nigdy się na to nie zgodzi.

– Zapewne masz rację. – poparł mnie Arval. – Nadal pozostaje problem zaprowadzenia porządku w tym mieście.

– Dogadaj się z naszym pracodawcą. – zawołał radośnie Bum. – No przecież obaj chcecie tego samego. On zostanie Burmistrzem, ty zostaniesz szefem straży czy jakimś tam ministrem wojny i raz dwa zrobicie tutaj porządeczek.

– I tak chciałbym porozmawiać z waszym pracodawcą.

– Ale to musimy cię chronić. – natychmiast zarządził Bum.

– Umiem o siebie zadbać. – burknął kapitan.

– Ej, ona zabiła maga! Potężnego maga. Jak się skapnie, że nie jesteś po jej stronie to cię prędziutko sprzątnie. No chyba, że umiesz dobrze udawać.

– Nie umiem udawać. – zasępił się Alvar. – Co w myśli to i na twarzy, że tak powiem.

– Nie masz potrzeby. – wtrąciłam się. – Aresztuj nas.

– Co?! – wyrwało się jednocześnie wszystkim zebranym w pokoju.

– Aresztuj nas. Wsadzisz nas do więzienia na te dwa dni. Ogłosisz, że aresztowałeś osoby podejrzane o bałagan w Jerris, Królowa nie nabierze podejrzeń co do Twojej lojalności a ty, Panie, jeszcze zyskasz w oczach radnych. Kiedy wygrasz przekażesz władzę naszemu pracodawcy a my znikniemy.

Ciszę, która zapadła po moich słowach przerwało jęknięcie Buma.

– Ja nie chcę za kratki… Do klatki… Nie dam się aresztować… Ile kosztuje nowe okno? – zapytał już głośniej.

– Bum i Thar’zitt uciekną, zaanonsują Cię naszemu pracodawcy a później pozostaną w cieniu. – dodałam. – To, moim zdaniem, najlepsze wyjście.

– Zgadzam się z Raven. – poparł mnie Durgol.

Miriel i Salazar także skinęli potakująco.

Alvar zawołał strażników, gdy kazał im nas aresztować Bum śmignął przez okno. Daliśmy się skuć. Na zewnątrz zerknęłam na karczmę i dostrzegłam Borgila, który właśnie podrywał się zza stołu i sięgał po broń.

– Borgil stój! – odezwałam się w mowie powietrza. – Sytuacja jest pod kontrolą. Wróć do domu zleceniodawcy, Bum i Thar’zitt wszystko ci wyjaśnią.

Uspokojony ork usiadł spowrotem i jakby nigdy nic wziął się za dopijanie trunku a my daliśmy się grzecznie odprowadzić do miejskiego więzienia. To był chyba nasz najdziwniejszy plan jak do tej pory.

26 Nieoczekiwany gracz

Najłatwiej się wyciszam robiąc rytuał karmiczny. Usiadłam więc w ogrodzie, żeby w ciszy pomedytować, porozkoszować się brakiem zagrożenia i walki, uspokoić nerwy. Rytuał dobiegł końca a ja wciąż siedziałam na ziemi patrząc się w przestrzeń. Nagle tuż przede mną, na trawie, wylądował sokół. Przyjrzał mi się uważnie i skłonił głowę. Odkłoniłam mu się machinalnie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że coś mnie strasznie latające zwierzęta lubią. Sokół wskazał na moje ramię. Zdziwiona zaprosiłam go gestem. Wylądował zgrabnie i dumnie zaprezentował swoje wdzięki. Pogłaskałam go odruchowo. Przyjrzałam się uważnie zastanawiając się, czy go przypadkiem w astralnej nie obejrzeć gdy znienacka odezwał się w mojej głowie głos Thar’zitta.

– I co się gapisz? Sokoła nie widziałaś?

– Thar’zitt? – na całe szczęście odruchowo odpowiedziałam także w mowie powietrza. – Co Ty tu robisz? Nie odmieniaj się na razie, dobrze? Musimy najpierw pogadać. Mogę pióro? – nie czekając na odpowiedź wyłuskałam jedno z luźniejszych piór. – Ciekawi mnie, czy zniknie jak się odmienisz. – zignorowałam dziwaczny skrzek ptaka, który chyba miał oznaczać „ała”.

Podniosłam się i ruszyłam z powrotem do domu, z sokołem na ramieniu. Miriel popatrzyła na mnie zdumiona kiedy weszłam.

– Nowe zwierzątko? – usłyszeliśmy głos Tarifa zanim zdążyłam wyjaśnić towarzyszom kim jest sokół.

– Tak… – odparłam z pewnym wahaniem.

Sokół znów zaskrzeczał dziwacznie, przekręcił łepek pod dziwnym kątem i zamachał skrzydłami niemal tracąc równowagę.

– Na Pasje! Thar’zitt! – niemal jęknęłam w mowie powietrza. – Zachowuj się.

– No co? Jestem sokołem! Tak się zachowują sokoły.

– Czy wszystko z nim w porządku? – dopytał Tarif patrząc na ptaka wyraźnie zaniepokojony. – Wygląda na chorego.

– Nie jest jeszcze oswojony i ma problem z gardłem.

– Na gardło najlepsze są ziarna pieprzu. – usłużnie poinformował mnie troll.

– Świetny pomysł. – pogładziłam sokoła po głowie. – Później go nimi napasę. Coś się stało?

– A właśnie. – Tarif jakby sobie przypomniał po co przyszedł. – Pan Altanael musi się pilnie udać na zebranie Rady. Zwołano je właśnie, w trybie nadzwyczajnym. Oczywiście udamy się z nim. Nie może się ruszać bez ochrony, więc pomyśleliśmy, że najlepiej dla was by było, gdybyście zostali w rezydencji. Rozumiecie, raz, że lepiej żebyście się nie pokazywali na razie na mieście a dwa, że posiadłości przyda się ochrona.

– Jak to nie pokazywać się na mieście? – niemal zakrzyknął Bum. – A misja?

– To zebranie… – troll zawiesił głos.

– Zebranie jest z naszego powodu. – domyśliła się Miriel.

Tarif tylko skinął głową.

Obiecaliśmy się nie ruszać z domu, poza szybkim wypadem po rzeczy Thar’zitta, które zostały w karczmie niedaleko, zaś do odzyskania naszych wykorzystaliśmy  Altina. O ile jakieś uratowały się z pożaru. Do karczmy, w której zatrzymał się t’skrang poszłam sama z Thar’zittem i przez całą drogę miałam wrażenie, że mijani Dawcy Imion patrzą na mnie strasznie wrogo. W zasadzie byłam tego wręcz pewna.

Zabraliśmy się, w końcu, w jednym z przydzielonych pokoi i dopiero wtedy Thar’zitt mógł przybrać znów normalną postać, w szafie, żeby go ktoś nie dostrzegł z zewnątrz, i natychmiast zażyczył sobie solidną porcję jedzenia. Kiedy jadł wyjaśniłam mu całą sytuację, opowiadając wszystko ze szczegółami, zadowolona, że się pojawił w takim momencie, bo to jedyna osoba, której Królowa nie powiąże z nami. Natychmiast gdy zamilkłam Miriel postanowiła wyjaśnić z Bumem sprawę napaści trolli na dom radnego. Początkowo wietrzniak zapierał się, że nic o tym nie wie, żeby w końcu, pod presją wyraźnie wkurzonej elfki wyznać, że faktycznie, być może, wspomniał co nieco, że może dałoby się ostrzelać ową rezydencję.

– Czemu nam nie powiedziałeś od razu? – zapytała jeszcze Miriel.

– Bo się bałem! Bo ty zaraz krzyczysz…

– Bum. Jesteśmy drużyną. Musimy sobie mówić prawdę.

– W poprzedniej drużynie sobie mówiliśmy…

– I co? – dopytała elfka kiedy wietrzniak zamilkł.

– No i wszyscy nie żyją.

Fascynującą wymianę zdań przerwał nam powrót gospodarza. Od razu poszliśmy spytać, jakie są efekty obrad. Obsydianin oznajmił, że spotkanie obfitowało w niespodzianki. Na początku pojawił się nowy członek Rady. Tragicznie zmarłego krasnoluda zastąpił nowy szef gildii jubilerów, także krasnolud, Andaran Thag, który do tej pory pozostawał w cieniu.

Następnie głos zabrał Arval, komendant Straży Miejskiej, który uderzył w dramatyczne tony w swojej przemowie. Zwrócił uwagę na brak porządku w mieście, brak bezpieczeństwa obywateli i podkreślił pogorszenie tego stanu ostatnimi czasy. Odmalował miasto bezprawia, gdzie trolle atakują porządne lokale demolując je, gdzie adepci przywołują konstrukty Horrorów i tracą nad nimi panowanie (telepnęło mną na te słowa tak silnie, że aż Miriel zaczęła mnie uspokajać), gdzie dochodzi do zuchwałych kradzieży i mordowania zacnych obywateli w ich własnych domach.

Po tej kwiecistej przemowie, która wyraźnie trafiła do serc większości radnych, Alvar oświadczył, że zgłasza swoją kandydaturę na burmistrza.  Jego program zawiera rekrutację silnej straży miejskiej, rozbudowę floty Jerris i, co ciekawe, wprowadzenie stanu wyjątkowego na trzy miesiące, żeby to wszystko wprowadzić w życie. Zasugerował wybory za trzy dni i natychmiast zyskał aprobatę przeważającej większości radnych.

Altanael był zaskoczony na równi z resztą. Do tej pory nikt nie podejrzewał Arvala o ambicje polityczne. Jednak mówił dokładnie to, co chcieli usłyszeć przerażeni patrycjusze. Udało mu się perfekcyjnie trafić do ich serc.

– W związku z zaistniałą sytuacją. – zakończył obsydianin. – Nie będę miał wam za złe jeśli zrezygnujecie z dalszego udziału w tej sprawie.

– Nie ma mowy! – aż wstałam. – Mordują, knują, nasyłają na nas konstrukty i zwalają za nie winę na nasze barki! Nie daruję im tego!

– Nie chiałbym mieć waszego życia na sumieniu. Większość rady i tak jest po stronie Alvara, nie mamy już szans.

– Nie no, nie zostawimy cię przecież z problemem samego. – odezwał się Bum.

– Nasze życie i tak już jest zagrożone. – poparłam wietrzniaka. – Mamy trzy dni. Coś wymyślimy.

– Musimy jakoś zburzyć zaufanie Dawców Imion do Alvara. – odezwał się Durgol. – Przecież to nie my jesteśmy odpowiedzialni za te morderstwa tylko ci, z którymi on współpracuje. Możemy zeznawać jak będzie trzeba. Mamy czyste ręce przecież.

– Czy są w Jerris Głosiciele Mynbruje? – zapytałam wchodząc Durgolowi w słowo, bo coś mi przyszło do głowy.

– Są. Oczywiście że są. – potwierdził gospodarz.

– A służą, tak jak w innych miastach, jako sędziowie? Gdyby odbył się proces mogliby pełnić funkcję sędziów?

– Myślę że tak. Czasem pełnią takie funkcje.

– Świetnie! – ucieszył się Durgol. – Wiemy kto zabił. Łapiemy Ksenomantę, stawiamy pod sąd, składamy zeznania, Głosiciele nas przesłuchują, jego przesłuchują i wszystko jasne! Udowodnimy naszą niewinność i tym samym zdyskredytujemy Alvara mówiąc, że my znaleźliśmy mordercę błyskawicznie a on zajmował się w tym czasie oczernianiem niewinnych. Jakby jeszcze Ksenomanta sypnął Królową, z którą pewnie Alvar współpracuje, to w ogóle byłoby miodnie.

– Trzeba to przemyśleć. – wtrąciła Miriel. – Najpierw potrzebujemy informacji.

Poprosiliśmy Altina żeby sprawdził dla nas teren willi Theomy oraz okolice sklepu maga, czy dużo straży się tam kręci, a sami udaliśmy się do pokoju na naradę.

Nie zdążyliśmy się porządnie zastanowić nad nowym obrotem sprawy, gdy do naszych drzwi zapukał Tarif i oznajmił nam, że do Buma przybył gość i życzy sobie rozmawiać z nim na osobności. Thar’zitt pod postacią sokoła wyleciał na ogród obserwować okolicę, Bum poleciał sprawdzić kto to a ja przekradłam się, żeby zerknąć na gościa spojrzeniem astralnym. Szybko tego pożałowałam. Elf, którego zobaczyłam w hollu, był obwieszony przedmiotami magicznymi, z których jeden miał go strzec przed analizą wzorca. Owszem, udało mi się dostrzec jego dyscypliny, a nawet, w przybliżeniu, kręgi, ale magia sowicie mi oddała, posyłając mnie na podłogę.

Okazało się, że to faktycznie dawny znajomy Buma i Thar’zitta, Fildar, ósmokręgowy Leśnik i czwartokręgowy Szpieg. Fildar jest postacią znaną w Barsawii, zabił wiele Horrorów i jest fanatykiem przedmiotów magicznych. Ponoć jest też niesamowicie bogaty i pracuje dla Imperium Therańskiego. Ta ostatnia informacja wyraźnie zszokowała Buma. Fildar przyznał się, że przez wszystkie lata znajomości oszukiwał przyjaciela. Przybył jednak do nas z ważnymi informacjami, gdyż wie w co się wplątaliśmy i może pomóc. Bum odłożył więc na bok, przynajmniej na chwilę, żywioną urazę a ja zaryzykowałam i pozwoliłam Fildarowi uleczyć moje rany, które zadał mi jego dziwaczny przedmiot.

Elf powiedział nam, że wywiad therański się niepokoi, bo Iopos próbuje im się zerwać ze smyczy i zaczyna robić dym. Królowa jest najprawdopodobniej Ksenomantką, możliwe też, że to młodsza z córek samego Uhla Denairastas, pana Iopos. Fildar zna też kryjówkę Królowej, to nie rzucająca się w oczy kamienica na obrzeżach, której adres chętnie nam podał.

Opowiedział nam także co nie co o Arvalu. To weteran wojenny, ochroniarz, Wojownik siódmego kręgu. Ma bardzo duże doświadczenie wojskowe, jest pedantyczny i najchętniej cały świat urządziłby jak jeden wielki obóz. Nie jest głupi ale podatny na manipulację. Jedyna biała plama na jego życiorysie to okres wizyty w Iopos. O tym okresie w życiu Arvala wiadomo tylko tyle, że był tym miastem zachwycony. W zasadzie nie ma się co dziwić. Ponoć w Iopos panuje władza absolutna rodziny rządzącej i nawet kichnąć na portret Uhla nie można bo grozi za to kara śmierci.

– To może, skoro wywiad therański jest tak dobrze poinformowany o wszystkim. – odezwał się milczący dotąd Bum. – Przeszukaliście już ruiny domu Theomy i wiecie co się w nich znajduje. Nie trzeba będzie tam latać.

– Nie. Nie interesowaliśmy się ruinami.

– Taaa… Jaki kraj taki wywiad. – burknął wietrzniak.

– Panowie chyba muszą sobie coś wyjaśnić. – zasugerowała Miriel.

– Tak. – poparł ją Fildar. – Bumowi należą się wyjaśnienia.

– To chodźmy na zewnątrz. – wspaniałomyślnie zgodził się Bum i obydwaj opuścili pokój.

Wrócili po kilkunastu minutach. Bum miał tak zadowoloną minę, że byłam pewna, że coś się święci. Uzgodniliśmy z elfem, że jeśli będziemy potrzebować pomocy albo informacji to się z nim skontaktujemy a tymczasem musimy się naradzić co dalej.

Dyskusja była burzliwa jak już dawno nie. Czas naglił a pomysłów mieliśmy jak na lekarstwo. Bum się uparł, żeby wystawić samego siebie jako żywą przynętę dla Ksenomanty Królowej i pojmać go, kiedy przyjdzie go zabić. Podstawową dziurą tego planu było założenie, że Królowa w ogóle się pofatyguje żeby go próbować zabić. Wszak za trzy dni odbędą się wybory, Alvar je wygra i jako marionetka Królowej będzie rządził jak ona mu każe. Moim zdaniem nie miała absolutnie żadnego interesu, żeby się teraz wychylać.

Zaproponowałam w zamian żeby porwać Alvara. Komendant jest dla niej cenny. Bez niego nie będzie wyborów, więc kobieta zapewne zrobiła by coś, żeby go odzyskać. Choćby nasłała Ksenomantę, co doprowadza nas do celu, czyli próby pojmania go. Ten pomysł nie spodobał się jednak Durgolowi. Argumentował, że jeśli jednak, jakimś cudem, okaże się, że Arval wcale nie współpracuje z Królową i nikogo po niego nie wyślą to grozi nam kara śmierci za porwanie komendanta straży (jakby już nam nie groziła… tyle że z rąk ioposów…).

Wymyślono więc nowy, idealny, plan czyli desant na siedzibę Królowej… Bez komentarza. Do mojej drużyny, po tym pomyśle, przestały trafiać jakiekolwiek argumenty. Oni naprawdę uważają, że mamy szansę wejść do kamienicy i pokonać magów z Iopos. Nawet ja słyszałam wielokrotnie legendy o magii tego miasta, o sile rodziny panującej, widziałam, kilka godzin temu, jak nasłany przez nich JEDEN konstrukt niemalże nas zmiótł. A oni chcą tam wejść i… w zasadzie to nie wiem co chcą dalej. Zabić Królową? Zabić Ksenomantę? Bo raczej żadne z nich nie da się pojmać i postawić przed sąd.

Absurdalność tego planu i niezachwiana pewność drużyny, że jesteśmy w stanie to zrobić sprawiły, że przestałam już słuchać dalszych rozmów. Z zamyślenia wyrwały mnie dopiero zachwyty nad Bumem. Zrozumiałam wtedy dlaczego wietrzniak wrócił z rozmowy taki zadowolony. Elf dał mu na przeprosiny szkicownik, który sprawiał, że to co się w nim narysowało stawało się na jakiś czas realne. Bum narysował siebie zupełnie zmienionego, z normalnymi skrzydłami, bez ogona, z czarnymi strąkami dredów na głowie. I taki właśnie stał teraz przed nami.

Dlatego kiedy Altin przyleciał z raportem, że ruiny nie są pilnowane przez straż, tylko przez kilku ochroniarzy wynajętych przez synów Theomy, zaś sklep maga też jest wolny od straży i działa normalnie, Miriel pozwoliła Bumowi, w towarzystwie sokoła Thar’zitta polecieć na zwiad.

Wrócili po godzinie, może nieco później. Bum obejrzał mieszkanie Alvara. Żyje skromnie, wręcz ascetycznie, ma tylko jednego ochroniarza. Posiada przedmiot magiczny, którego Bum nie był w stanie dokładnie zbadać, ale jest przekonany, że ma on pomagać w opanowywaniu się. Zajrzeli także do maga, gdzie nadal znajduje się bransoleta, którą Miriel miała na sobie oraz w ruiny, w których Bum dostrzegł skrzynkę, zawierającą wcześniej dokumenty Szarego, niestety pustą. Na koniec panowie obejrzeli sobie kamienicę, która jest siedzibą Królowej. Kamienicę obłożono zaklęciem, które zniechęca do podchodzenia do niej. Dostrzegli tam dwóch ochroniarzy i wchodzącego niskokręgowego Adepta.

Zaaferowani swoimi odkryciami, wspólnie z Miriel, uradzili po powrocie, że potrzebujemy zdobyć bransoletę, żeby móc nią unieruchomić Ksenomantę, oraz że musimy udać się do ruin i je przeszukać, bo może wyjęli dokumenty i schowali je w innym miejscu domu, dzięki czemu uda nam się je odnaleźć. Miriel skontaktowała się z Findasem a kiedy się zjawił poprosiła go o odkupienie bransolety i użyczenie nam jej do czasu złapania Ksenomanty. Jak sprawa się zakończy obiecała mu ją oddać, na co elf chętnie przystał, gdyż takiego cuda jeszcze nie posiadał w swojej kolekcji.

Findas odszedł a drużyna zaczęła się szykować do wizyty w ruinach. Na szczęście mogłam wcześniej skorzystać z usług jednego ze służących i zamówić sobie nowe ubrania, więc nie musiałam latać po mieście w strojnej, podartej sukni. Uważałam, że wyprawa do ruin nic nam nie da. Kto normalny wyjmuje dokumenty obciążające samego siebie z magicznie zabezpieczonej skrzyni i wkłada je do własnej szafy? I to dokumenty, za które zabił! Odnoszę wrażenie, że gubimy główny cel naszej bytności w Jerris i ganiamy jak pies za własnym ogonem zupełnie bez sensu.

Czas pokaże.

Drużyna zdecydowała, więc nie pozostało mi nic innego jak zostawić Noir w domu wraz z Szafir, gdyż kruk nadal nie może latać a ważka zbyt rzuca się w oczy i pójść wraz z nimi. Jakkolwiek uważam, że popełniamy błąd to jednak nie puszczę ich samych na pewną śmierć, jeszcze gotowi z tych ruin polecieć prosto do Królowej i przypuścić szturm na jej kamienicę…

25 Spotkanie ze śmiercią

panteraPo odpoczynku Miriel oznajmiła nam, że jej pamięć powoli wraca do poprzedniego stanu. Ostrzegła, że mimo iż ona sama stawiała opór oprawcom to jednak magią udało im się wyciągnąć z jej głowy wszystkie informacje dotyczące nas i naszego planu. Od razu przed oczami stanęła mi skrzynia Szarego.

Błyskawicznie podjęliśmy decyzję, że trzeba chronić maga. Bum poleciał po trolle a reszta ruszyła po skrzynię. Miriel została u naszego zleceniodawcy mówiąc mi, w mowie powietrza, że bezpieczniej będzie dla nas jeśli nie opuści domu. Wracałam więc jedynie z Durgolem, gdyż Salazara gdzieś poniosło, gdy w połowie drogi natknęliśmy się na Borgila. Ork przetrzeźwiał na tyle, że postanowił nas poszukać. Szybko wyjaśniliśmy mu cel naszej wędrówki i zabraliśmy go do maga, po drodze zgarniając Buma z ośmioma Kryształowymi Łupieżcami. Niestety wietrzniak nie miał dla nas dobrych wiadomości. Okazało się, że Jergo dostał jakiś ważny rozkaz i jest zmuszony odlecieć. Zostawił nam jednak tych kilku swoich braci do pomocy.

Uprzejmy uczeń początkowo usiłował nas spławić mówiąc, że pan pracuje i nie można mu przeszkadzać, ale ostre słowa o śmierci i asysta trolli sprawiły, że w końcu poszedł po swojego mistrza. Przeciągły krzyk chwilę później uświadomił nam, że już nie mamy tutaj czego szukać. Wpadliśmy do pomieszczenia. W zagraconej pracowni, na podłodze, leżał człowiek, nie dając znaku życia. Kiedy Durgol ruszył sprawdzić czy żyje usłyszałam ciche syczenie. W ostatniej chwili udało mi się zatrzymać krasnoluda. Tuż obok zwłok leżała żmija. Uniosła tułów i przygotowała się do ataku. Wydałam jej rozkaz znieruchomienia ale mimo, że moc zadziałała, zorientowałam się, że coś jest nie tak. Zbyt wielką trudność mi to sprawiło. Przywołałam więc Hator i zerknęłam w przestrzeń astralną. Od razu zrozumiałam dlaczego było to tak trudne. Żmija nie była zwierzęciem a efektem czaru Ksenomanckiego. Znalazłam spory garnek, przykryłam gada i usiadłam na nim żeby mieć pewność, że nigdzie nie powędruje. W tamtej chwili czułam się strasznie zrezygnowana.

Nie minęło wiele czasu a w pokoju pojawiła się straż złożona z pięciu krasnoludów. Na pierwszy rzut oka było widać, że są to członkowie tej lepszej straży, wynajętej przez bogatszych i bardziej wpływowych mieszkańców. Nie ukrywaliśmy przed nimi powodu naszej wizyty ani wyniku oględzin ciała. Jedynie Bum próbował zwinąć notatki dotyczące naszej skrzyni ale go przyuważyli. Mimo to kapitan pozwolił mu spisać zawartość dokumentu więc upewniwszy się, że żmija na której siedzę rozproszyła się zabrałam się do przepisywania znaków magicznych, którymi posługiwał się mag. Przed wyjściem zerknęłam na portret, który tworzył jeden ze strażników na podstawie zeznań jednego z uczniów. Twierdzili oni, że mistrz miał gościa z artefaktem ksenomanckim, przyjął go w pracowni odsyłając wszystkich. Gość wyszedł po dłuższym czasie ale nikt mistrzowi nie przeszkadzał. Portret nie był zbyt dokładny mimo to bez trudu rozpoznałam na nim Ksenomantę towarzyszącego Królowej.

Wychodziliśmy właśnie gdy dołączyła do nas Miriel, eskortowana przez Salazara. Słysząc o śmierci maga t’skrang ucieszył się:

– Ha! Czyli wpadacie w kłopoty niezależnie od tego, czy z wami jestem czy mnie nie ma. – zakrzyknął uradowany.

– To raczej kłopoty wpadają na nas. – burknęłam niezadowolona z obrotu sprawy.

Nie mając lepszych pomysłów co ze sobą zrobić wróciliśmy do karczmy. Borgil, zorientowawszy się kiedy Miriel zdjęła chustkę, że elfka nie ma włosów postanowił także pozbawić się swoich, żeby jej nie było smutno.

Oczywiście Bum znowu gdzieś poleciał, zostawiając tylko notatkę, że „kombinuje wsparcie”, kompletnie za nic mając nasze prośby o nie rozdzielanie się w tej sytuacji, więc usiedliśmy w piątkę w moim pokoju i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. Chciałam zrealizować plan przekupienia Nolana ale Durgol upierał się, że to bez sensu. Poparła go Miriel pewna, że wrogowie nasi i tak już wiedzą o tym planie, bo czytali jej myśli. Byłam przekonana, że nie do końca, wszak pomysł z namówieniem Nolana na wystawienie swojego pracodawcy żebym mogła przejąć jego interesy narodził się we mnie już po wyjściu Miriel, więc moim zdaniem miał szanse powodzenia. Mniej więcej w połowie rozmowy przypomniałam sobie o naszym świadku i zdjęła mnie groza. Przecież Miriel wiedziała także o nim. A co jeśli Królowa dostanie się do niego i go zlikwiduje?! Był naszą jedyną szansą na zdziałanie czegokolwiek przeciwko niej i jej szajce. Szybko się przebrałam w elegancją suknię z zamiarem udania się do zamtuza w celu ustalenia czy on i Szara Dłoń są bezpieczni.

Dopinałam właśnie naszyjnik kiedy z zamyślenia wyrwał mnie głos Salazara.

– Ej, czy wy też to widzicie?

– No. – potwierdził Borgil.

– Co? – rozejrzałam się zaciekawiona.

Spojrzałam w kierunku, w którym patrzyli panowie, na drzwi wejściowe do pokoju. Spod drzwi wsuwał się ciemny kształt powoli nachodząc na skrzydło drzwiowe.

Patrzyliśmy zaciekawieni, w pierwszym odruchu nawet nie próbując atakować czy uciekać. Dopiero po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że kształt przybiera formę humanoida, w dodatku zaopatrzonego w miecz.

Tego było już Salazarowi za wiele. Chwycił za szablę i rzucił się do ataku. Stwór błyskawicznie sparował cios, niemal idealnie naśladując ruchy t’skranga. To mi coś przypomniało. Sięgnęłam pamięcią do szkoleń i nagle w mojej głowie pojawiła się nazwa. Pożeracz. Istoty te to potężne konstrukty Horrorów, które uczą się mocy, które widzą. Potrafią w kilka chwil opanować talent czy czar i odpłacić używającemu dokładnie tym samym. Nie są zbyt żywotne ale zdecydowanie łatwiej je pokonać magią niż orężem. Słyszałam, że rozległe badania nad tymi istotami prowadziła rodzina Denairastas, w celu wykorzystania ich do walki.

– Miriel stój! – krzyknęłam wybijając elfkę z tkania wątków. – On się uczy naszej magii. Uciekajmy.

Miriel rzuciła się do okna, otworzyła je na oścież. Dałam Hator w pysk wciąż rannego Noir i kazałam skakać, sama starając się ubezpieczać odwrót słabszych członków drużyny. Salazar i Borgil atakowali zaciekle. Upewniłam się, że Miriel wylądowała na dole a Hator wraz z nią i odwróciłam się do reszty akurat żeby dostrzec potężny cios Pożeracza, który pozbawił t’skranga przytomności, a nawet byłabym skłonna powiedzieć, że życia.

Widziałam jak Borgil rozgląda się po pomieszczeniu jakby kogoś szukał a Durgol wyjmuje miecz Szarego. Nagle Hator minęła mnie w pędzie i zaatakowała konstrukt nie czyniąc mu większej krzywdy. Przeraziłam się. Byłam zdezorientowana. Dlaczego mnie nie posłuchała? Co się dzieje z tym kotem ostatnio? Krzyknęłam, żeby się wycofała a widząc lecący w nią cios skoczyłam przed nią, żeby przyjąć jego impet na siebie. Widząc co Pożeracz zrobił z Salazarem byłam pewna, że jeden atak rozerwie moją przyjaciółkę na strzępy. Nie myliłam się co do jego siły. Jednym atakiem konstrukt posłał mnie na podłogę w odległy kąt pokoju. Kątem oka dostrzegłam jak Hator znów wyskakuje przez okno. Krzyknęłam do niej tylko żeby została i skupiłam się na walce.

Borgil dosiadł duchowego wierzchowca. W pierwszym okrążeniu, korzystając z faktu, że Pożeracz zajął się mną, ork chwycił Salazara, podjechał do okna i cisnął przez nie t’skrangiem. W tym czasie Durgol w niecodzienny sposób postanowił użyć broni. Trzymając miecz za ostrze rękojeścią dotknął Pożeracza. Klątwa na broni uruchomiła się otaczając istotę błyskawicami. To był pierwszy cios, który zrobił na Pożeraczu jakiekolwiek wrażenie odrzucając fragmenty czerni na boki. Pojawiła się w nas nadzieja.

Borgil przeszedł do szarży, Durgol uderzał jelcem a ja, nie wstając z podłogi, zaczęłam ranić go czarami. Zobaczyłam jak Borgil pada nieprzytomny po kolejnym ciosie i nadzieja uleciała błyskawicznie.  Nagle zza uchylonych drzwi usłyszeliśmy krzyk Miriel.

– Padnij!

Posłuchaliśmy instynktownie. W Pożeracza pomknęła kula ognia. Wybuch wstrząsnął budynkiem a każdy fragment konstrukta, który podczas walki upadł na podłogę, meble lub ścianę, zaczął się palić. Płomienie rozchodziły się bardzo szybko. Złapaliśmy Borgila i wyciągnęliśmy z pokoju.

– Salazar! – krzyknęłam pędząc do stajni, na którą, miałam nadzieję, rzucił go Borgil.

Moi towarzysze nie podążyli za mną. Bardziej niż t’skrang interesował ich pożar, który gasiła już cała karczma.

Znalazłam Salazara na kopce siana. Deski na dachu nie wytrzymały jego ciężaru i wpadł do środka. Nie oddychał. Wciągnęłam go na grzbiet wierzchowca Borgila, zabrałam zwierzęta i popędziłam do naszego zleceniodawcy licząc, że uzyskam jakąś pomoc dla przyjaciela.

W międzyczasie Bum wraca do karczmy (rychło w czas), Borgil odzyskuje przytomność i zaczyna dopytywać o Salazara i Raven, pojawia się Iskra, mistrzyni Buma. Borgil idzie do stajni, gdzie odkrywa, że zniknął Salazar, wierzchowiec Borgila oraz zwierzęta Raven. Rozkazem empatycznym przywołuje konia, ale rezultat przywołania (krytyczna porażka)jest daleki od zamierzonego. Koń pędzi przez miasto tratując po drodze stragany i roztrącając ludzi. Ogromny łut szczęścia sprawia, że nie zostaje zastrzelony przez wściekłą straż. Borgil dowiaduje się, że Raven jest w posiadłości Altanaela więc tam udaje się drużyna.

Ledwo udało mi się ułożyć Salazara w korytarzu rezydencji i zdać relację Tarifowi gdy koń Borgila rzucił się w szalony bieg w kierunku miasta. Domyśliłam się, że Kawalerzysta musiał go przyzwać, więc nie powstrzymałam zwierzaka, nie był mi już potrzebny. Mój gospodarz oznajmił, że ma jeden eliksir ostatniej szansy ale jego użycie musi poważnie rozważyć. Zważywszy na fakt, że to obsydianin obawiałam się, że to rozważanie potrwa o wiele za długo.

Usiadłam na podłodze w korytarzu. Już nie miałam na nic siły. Zadane rany bolały, śmierć towarzysza powodowała smutek zaś utrata skrzynki zniechęcenie. W mojej głowie zrodziło się pytanie „dlaczego teraz?” Czemu w biały dzień, w ludnej karczmie atakuje nas konstrukt Horrora? Co spowodowało, że Królowa przestraszyła się nas tak bardzo, że postanowiła nas wykończyć za wszelką cenę tu i teraz?

Nie dane mi było zastanowić się dłużej nad odpowiedzią na te pytania, bo w otwartych na oścież drzwiach stanęła moja drużyna w towarzystwie Iskry. Wietrzniaczka rzucała się w oczy z daleka. Wyższa od Buma o długich, niebieskich włosach, z których przy każdym gwałtowniejszym ruchu sypały się błękitne iskierki. Uzbrojona po zęby, zbroję wycięła jeszcze bardziej absurdalnie niż Bum, żeby odsłaniała jak największą ilość tatuażu. A ten był, muszę przyznać, imponujący. Przedstawiał bowiem całą mapę Barsawii, a także jej dalszych okolic, z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami oraz dodatkowymi notatkami z miejsc, które zapewne odwiedziła właścicielka. Towarzyszką Iskry były dwa irbisy o idealnie białym futrze.

Pięćdziesiąt centymetrów żywej energii imprezowej zrobiło by pewnie na mnie wrażenie gdyby nie to, że właśnie w tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że dziwne zachowanie Hator może mieć związek z Borgilem, który przecież wielokrotnie usiłował się dogadać z krojenem a jako Kawalerzysta potrafi nawiązywać więź ze zwierzętami.

Jakimś skrawkiem świadomości zarejestrowałam, że Iskra oddała Salazarowi swój eliksir ostatniej szansy, dzięki czemu chwilę później t’skrang był z nami z powrotem. W zamian za to zażyczyła sobie „imprezy jakiej Jerris jeszcze nie widziało” po wypełnieniu naszego zadania.

– Borgil. – zapytałam nagle bo nie dawało mi to spokoju. – Czy to ty kazałeś Hator wrócić do walki kiedy wyskoczyła z pokoju?

– Nieeee. – zaprotestował ork nawet się nie zastanawiając nad odpowiedzią.

– Jesteś pewny? Tylko ciebie mogłaby posłuchać. To nie było naturalne, że wskoczyła mimo, że kazałam jej zostać.

– Raven to nie jest dobry moment. – próbowała mnie uspokoić Miriel.

– To jest idealny moment. Ona mogła tam zginąć! To coś zabiło Salazara jednym ciosem.

– Ale nie zginęła. – skwitował Borgil.

– Ale mogła! Nie po to trzymam ją z dala od walki, żeby mi ją ktoś na konstrukty posyłał!

– Może ja zabiorę rannych i trochę wam ulżę dobrze? – wtrącił się Tarif. – Później się pokłócicie.

Troll zabrał Borgila i Salazara. Spojrzałam na Jerris zezłoszczona. Miałam już dość tego miasta.

– Hej… – Iskra zawisła przede mną. – Nie chcę się wtrącać ale nie bądź zbyt surowa dla tego orka. Fajny jest. Może ona zwyczajnie lubi sobie powalczyć, to przecież drapieżnik.

– Może i lubi. – mruknęłam. – Ale jej nie wolno. To moja przyjaciółka, nie mogę pozwolić żeby coś jej się stało. Co innego polowanie na jelenia a co innego rzucanie się na konstrukty czy Horrory.

– Nic nie bój. Przecież nic się nie stało. Będzie dobrze. No to żarty żartami – rozejrzała się – ale ja już lecę. Zajmijcie się swoimi obowiązkami a jak skończycie zabalujemy tak, że cało miasto o nas usłyszy.

– O ile do tego czasu będzie jeszcze istniało. – odparła Miriel.

– Właśnie – poparł ją Bum.

Jakby na potwierdzenie ich słów w oddali rozległ się potężny wybuch. Powietrze aż zawibrowało. Łuna ognia i dym pojawiły się w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj stała rezydencja Theomy Tadrausa. Na niebie wisiał statek powietrzny, który raz po raz wypuszczał salwę w kierunku ziemi a chwilę później także w kierunku innych statków, które poderwały się od strony przystani miejskiej.

Spojrzałam na Buma, którego mina mówiła wszystko.

– Jeśli tam zginęły te niewinne zwierzęta… – zawiesiłam głos.

– Zwierzęta jak zwierzęta. – odezwał się za naszymi plecami głos Tarifa. – Mnie bardziej szkoda Dawców Imion ze statków. Przecież oni niczego złego nie zrobili. Wypełniają tylko swoje obowiązki. – popatrzył na nas uważnie. – Jak rozumiem, zupełnym przypadkiem, Kryształowi Łupieżcy właśnie bombardują dom Theomy?

– Na to wygląda. – skwitowałam. – Wiesz coś o tym? – zwróciłam się do Buma.

– Nie mam pojęcia. – zadowolony wietrzniak przyglądał się podniebnemu pościgowi z wyraźną satysfakcją.

– Doprawdy…

Patrzyliśmy jeszcze przez chwilę w tamtą stronę. Wiedzieliśmy, że trzeba będzie tam pójść ale każde z nas zwlekało. Nie było mi żal krasnoluda. Nawet jeśli nie zginął w ataku to właśnie stracił wszystko. Z drugiej strony nieodpowiedzialne zachowanie Buma po raz kolejny sprawiło, że zastanowiłam się nad sensem tej drużyny. Działając sobie za plecami daleko nie zajdziemy.

– Raven, a czy jak ja sobie myślę o Hator „gdzie ty jesteś” to może tak działać jakbym ją wołał? – odezwał się za moimi plecami opatrzony już Borgil.

Westchnęłam. Poczułam się zmęczona a dzień się jeszcze nie skończył…

24 Porządki w półświatku i utracone wspomnienia

krukWybiło południe więc, tak jak obiecałam, wysłałam Noir do Szarej Dłoni. Przy okazji sprawdzenia, czy ma jakieś nowe wiadomości postanowiłam zebrać informacje na temat Arastosa. Pomyślałam, że można się dogadać z Szarą Dłonią, żeby oddała mi swoje zamtuzy, jako ukrytej do tej pory właścicielce a ja, za pomocą Nolana, przejmę interes Arastosa dostając się tym samym w pobliże Królowej. Plan był ryzykowny ale miał szanse powodzenia.

Wysłałam Borgila spać i poszłam porozmawiać z Miriel i Durgolem, gdy nagle poczułam strach Noir. Rzuciłam się do drzwi, prawie tratując w nich Buma, krzycząc tylko, że Noir ma kłopoty. Wietrzniak minął mnie sprintem. Wystraszona, że nie zdążę krukowi na ratunek, wpadłam do stajni i wyprowadziłam wierzchowca Borgila. Wciągając na niego Miriel pomyślałam, że jak ork to zobaczy urwie mi głowę.

Najszybciej jak się dało popędziłam w kierunku miejsca, skąd nawoływał mnie Noir, ścigana pokrzykiwaniami wściekłych przechodniów, których jakimś cudem udało mi się nie stratować. Kiedy dopadłyśmy do jednego z zamtuzów, Rozkoszy dla Bogatych, drzwi były zamknięte a ze środka nie dobiegał żaden odgłos.

– Bum. – zawołałam w mowie powietrza. – Jesteś tam? Co się dzieje?

Zamiast odpowiedzi otworzyły się drzwi.

Weszłyśmy do środka z Hator u boku. Zamtuz wyglądał jakby przeszło przez niego tornado. Porozbijane meble, potłuczone szkło, częściowo rozwalone drzwi do następnego pomieszczenia, wciąż mocno trzymające się w futrynie i skulone pod ścianami prostytutki. Bum, z dumnie wypiętą piersią, patrzył groźnym wzrokiem na klęczącego na podłodze obwiesia, drugiego, za barem, jakaś trollica waliła po głowie czymś, co z daleka przypominało dzban, trzeci zaś stał pod ścianą z rękami uniesionymi do góry zerkając na uszkodzone drzwi.

– Co tu się stało? – spytałam zdezorientowana. – Gdzie Noir?

– Panowie przecenili swoje siły. – uśmiechnął się wietrzniak. – Dziewczęta, zwiążcie ich. Tylko porządnie.

Paniom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Z radością rzuciły się do wiązania czym popadnie i bynajmniej nie były delikatne. Bum w tym czasie obejrzał drzwi.

– Noir jest tam. – wskazał na wejście. – Ale nie otworzymy ich bez wysiłku.

– Kula ognia otworzy wszystko. – uśmiechnęła się Miriel i zaczęła tkać wątek.

– Raven – zwrócił się nagle do mnie Bum. – Czy ty uczyłaś Noir walczyć?

– Nie! – oburzyłam się. – Jeszcze by mu się jakaś krzywda stała. Skąd takie pytanie?

– Bo tam się mała potyczka odbywa i właśnie kogoś zaatakował.

– Miriel! Pospiesz się z tą kulą. – niemal spanikowałam.

Ognisty pocisk pomknął w kierunku drzwi. Wybuch rozerwał drewno i odsłonił nam kolejne pomieszczenie. Przewrócone stoły i krzesła, Szara Dłoń schowana za biurkiem i dwa pojedynki. Krasnolud, którego wcześniej widziałam jako ochroniarza Szarej Dłoni walczył z orkiem zaś elf, wyglądający jak złodziej, pojedynkował się z elfim Fechmistrzem. Noir leżał na ziemi obok pary elfów. Rzuciłam się na Fechmistrza a wraz ze mną Bum. W kilka sekund mężczyzna leżał na podłodze unieruchomiony. Elfi ochroniarz Szarej Dłoni zamierzył się na niego. Próbowałam go powstrzymać, elf musiał poczuć złość Władcy Zwierząt, którego pupila uszkodził, ale napastliwy złodziej najwyraźniej nie rozumiał słowa nie. Ogłuszył moją ofiarę i zaczął go spode mnie wyciągać, żeby go związać. Ustąpiłam. Noir był pierwszy, później sobie porozmawiam z impertynenckim elfem.

Szybko opatrzyłam zwichnięte skrzydło kruka. Wzięłam go na ręce i rozejrzałam się.

– Dziękuję za pomoc. – odezwała się Szara Dłoń wstając zza biurka. – To Twoja drużyna Raven?

– Tak pani. To Miriel, nasza szefowa oraz Bum Złotoskrzydły. Tylko nasza trójka zdołała dotrzeć na czas. Co tu się stało?

– Ta dwójka podszyła się pod klientów. – wyjaśniła Szara Dłoń. – Kiedy przyleciał Noir rzucili się do ataku. To jest Findas. – wskazała na elfa, który wszedł mi w drogę podczas wymierzania sprawiedliwości. – Mój doradca. Musimy stąd zniknąć. Nie wiemy, czy ktoś nas nie obserwuje.

– Zejdźmy do piwnicy. – odezwał się elf. – Sprawdzę okolicę.

Szara Dłoń zagoniła dziewczyny do posprzątania lokalu a nas zaprosiła do ukrytej piwnicy. Idąc tam Bum obejrzał okolicę spojrzeniem astralnym i zauważył jakiegoś obserwatora. Wraz z Findasem poszli go przejąć. Tymczasem nasz więzień się ocknął i wreszcie mogłam sobie z nim porozmawiać bez dyszącego mi nad głową Złodzieja. Okazało się, że nasza sława rozeszła się już po mieście, bo widok Hator zadziałał lepiej niż jakiekolwiek zastraszanie. Elf obiecał nie sprawiać kłopotów, a kiedy Findas wrzucił do piwnicy czujkę, po którą poszedł z Bumem, wręcz stwierdził, że powie nam wszystko co chcemy wiedzieć. Zwłaszcza, że Złodziej ma mordercze skłonności, i dla przykładu złamał przywleczonemu człowiekowi nogę zaś przed Fechmistrzem zaczął rozkładać narzędzia tortur. Gdzie ja trafiłam?! Do Theran? Oczywiście starłam się z Findasem o jego metody, i mimo, że Szara Dłoń uznała mój plan za dobry i oddelegowała nam elfa do pomocy, czuję, że nie dogadam się z tym Złodziejem.

Fechmistrz spełnił obietnicę. Opowiedział nam o Królowej. To ona zleciła zabójstwo Szarej Dłoni zaś Fechmistrz wykonywał bezpośrednio jej rozkazy. Ponoć zabijać miał Arastos ale jego ludzie sobie nie radzą, więc Królowa straciła cierpliwość. Kobieta pochodzi prawdopodobnie z wyższych sfer. Dużo czyta, ma dobre maniery i jest szansa, że jest Adeptką. Wygląda niezwykle młodo, ale ma przy sobie dużo przedmiotów magicznych, więc jej wygląd może być modyfikowany lub być wynikiem iluzji. Stoi za nią ktoś spoza Jerris. Przybyła w towarzystwie kilkunastu osób, samych Adeptów, którzy traktują ją jak boginię. Dowiedzieliśmy się też, że zawsze chodzi z dwójką Adeptów, nie odstępujących jej na krok, elfim Wojownikiem, ósmego kręgu oraz krasnoludzkim Ksenomantą, także ósmego kręgu. Elf powiedział nam także, że właśnie dokonuje się zamach na innego członka półświatka, przyjaznego Szarej Dłoni, krasnoluda o imieniu Rudy, zajmującego się przemytem nielegalnych substancji. Pomocną wskazówką była także informacja, że Arastos nadużywa alkoholu zaś Królowa jest z niego coraz bardziej niezadowolona, bo jego skuteczność jest znikoma. To sprawiło, że w mojej głowie zaczął kiełkować nowy plan.

Przekonałam Szarą Dłoń, że potrzebny nam świadek, żywy, i poprosiłam o ukrycie Fechmistrza. Wspólnie ustaliliśmy, że orczyca umiera zaś jej zamtuzy przejmuję ja jako tajemnicza zwierzchniczka, która postanowiła się ujawnić widząc, co się dzieje z jej interesem. Udałam się do naszej karczmy, żeby się przygotować, zaś Miriel i Bum poszli z Findasem pomóc Rudemu, który, jak się szybko okazało po rewelacjach Fechmistrza, walczył o życie po zamachu. Poprosiłam ich, żeby spróbowali ustalić kto miał dokonać zamachu, bo jeśli zrobiła to szajka Arastosa Rudy powinien przeżyć – to będzie kolejny gwóźdź do trumny nieudolnego elfa w oczach Królowej.

Odstawiłam konia do stajni, nagrodziłam go sutym posiłkiem i ulubioną popitką, po czym poszłam się szykować. Czerwona suknia, o trzech półprzezroczystych falbanach obszytych czarną taśmą, ażurowych rękawach i obszyciach błyszczących maleńkimi kryształkami faktycznie zmieniła mój wygląd nie do poznania. Gdy jeszcze upięłam starannie włosy i przyozdobiłam je materiałowymi kwiatami nie poznałam samej siebie. Dołączyłam do Miriel i Durgola, prosząc jeszcze Buma o załatwienie mi odpowiedniej biżuterii od Altina. Miriel obejrzała mnie z uznaniem, co dodatkowo sprawiło, że poczułam się jeszcze bardziej zakłopotana swoim nietypowym wyglądem. Zwłaszcza, że Findas, zobaczywszy mnie, oznajmił że wyśle posłańca po suknie swojej byłej żony, wtedy dopiero zobaczę jak wygląda suknia księżniczki. Kto tego elfa uczył dobrych manier?!

Czekając na nadejście wieczoru przedstawiłam drużynie mój plan. Zamierzałam powiedzieć Nolanowi, że Arastos idzie na dno a on pójdzie wraz z nim, chyba że wystawi mi swojego szefa i pomoże przejąć jego zamtuzy. Wtedy będzie mógł pracować dla mnie i będzie bezpieczny, również przed Królową. Nie dane mi było dowiedzieć się, co na ten temat myślą pozostali ponieważ nagle Findas wyszedł i wrócił z wiadomością, że ktoś przejął jeden z zamtuzów Szarej Dłoni, „Podwiązkę.” Czas najwyższy pokazać kto teraz rządzi półświatkiem.

Zamówiłam dość wystawny powóz i z Miriel ruszyłyśmy do Podwiązki. Niedaleko od niej spotkałyśmy się z Findasem oraz Bumem, za którego plecami stało ośmiu Kryształowych Łupieżców z Jergo na czele. Trolle w ogóle nie wyglądały jakby wczorajsza pijatyka jakkolwiek odbiła się na ich samopoczuciu.

Po szybkim zwiadzie Buma okazało się, że w zamtuzie jest dziewięciu Dawców Imion z nowej władzy. Pięciu z nich było Adeptami, zaś czterech nie ale zostali solidnie wyposażeni w przedmioty magiczne. Od razu można było się domyślić, że to ludzie Królowej. Pewnym krokiem, z Miriel i Hator u boku, wkroczyłam do zamtuza pytając głośno, co się dzieje w moim lokalu. Tuż za mną, w milczeniu, weszli Łupieżcy i rozstawili się po bokach. Jeden z szajki, najwyraźniej jej szef, powiódł po nas zdziwionym wzrokiem.

– To, że Szara Dłoń nie żyje nie oznacza, że jej zamtuzy zostały bez opieki. – dodałam jeszcze. – Orczyca była jedynie moim pracownikiem. Każdy jej zamtuz należy do mnie.

– W tej sytuacji widzę tylko dwa wyjścia. – szef najwyraźniej odzyskał głos. – Możemy się na siebie rzucić. Wtedy zapewne zginie część was i pewnie my wszyscy, albo możemy sobie pójść i zapomnieć o całym zamieszaniu. – w jego głosie słychać było źle skrywaną wściekłość, bynajmniej nie skierowaną w naszą stronę.

– Nie zamierzamy się bić. – odparł Findas. – Możecie pójść w swoją stronę. Dopijcie spokojnie, nie spieszy się.

– Jestem Lenar. – szef wyraźnie się rozluźnił. – Dzięki ci panie za uprzejmość.

– Findas, miło mi, wykonuję jedynie rozkazy mojej pani.

– Lenarze. – zwróciłam się do nowo poznanego. – Jeżeli chcesz moje drzwi są dla ciebie, i twoich przyjaciół, zawsze otwarte. Potrzebuję do swojego interesu porządnych ochroniarzy. No chyba, że wolisz swojego obecnego pracodawcę…

Lenar prychnął zirytowany.

– Jeśli ona nie potrafi dać mi dobrych informacji na temat tego, co możemy zastać na miejscu, i nie była w stanie wiedzieć, że macie do pomocy Kryształowych Łupieżców, to ja nie chcę mieć do czynienia z takim pracodawcą. Rozważę twoją propozycję pani.

– Dziękuję. – skinęłam lekko głową. Kolejny cierń w stopę tajemniczej Królowej.

Załatwiwszy sprawę Podwiązki wróciliśmy do Gwiezdnego Kryształu. Miriel oznajmiła, że idzie coś załatwić, Bum gdzieś zniknął, Findas również. Postanowiłam nieco odpocząć, zająć się Noir, w którym poczucie dumy, że atakował złych bandytów walczyło z bólem zwichniętego skrzydła i niezadowoleniem z niemożności lotu. Poukładałam sobie w głowie co chcę powiedzieć Nolanowi, chyba nawet się zdrzemnęłam. Z zamyślenia wyrwał mnie Findas, który bezceremonialnie wpakował się do pokoju informując, że człowiek, który miał nas śledzić nie żyje zaś reszta szajki nie może znaleźć Miriel. Ponoć zniknęła w okolicy „Źródlanej” – tam znaleziono ciało chłopaka, który jej pilnował. Zrzucając z siebie elegancką suknię złorzeczyłam pod nosem. Tyle razy mówiłam żeby nie wychodziła sama, żeby się nie rozdzielać. Rankiem ktoś grozi nam śmiercią a kolejnego dnia Miriel łazi sama po mieście jakby nigdy nic. Złość na elfkę mieszała się ze strachem o jej życie, kiedy leciałam na dół, gdzie czekał już Bum i Findas. Zostawiłam wiadomość dla Nolana „Miejscówka spalona. Jeśli nadal jesteś zainteresowany spotkaniem – jutro o tej samej porze w Źródlanej.” Wzięłam tylko Hator i Łuskę i popędziliśmy w okolice karczmy.

Na miejscu znaleźliśmy kawałek sukni Miriel. Kierując się jej zapachem przeszłam zaledwie kilkanaście metrów, w sąsiednią uliczkę, gdzie zapach nagle się urwał. Powóz. Szczęściem Hator udało się złapać zapach wierzchowca. Mieliśmy nadzieję, że tego właściwego. Ruszyliśmy za zapachem. Po drodze dołączył do nas Jergo i dwójka jego towarzyszy, których wezwał Bum.

Trop wyprowadził nas za miasto, prosto pod willę Theomy Tadrausa, krasnoluda z Rady, o którym wiedzieliśmy, że współpracuje z Theranami. Zresztą, nawet gdybym tego nie wiedziała, rzut oka na jego posesję powiedziałby mi wszystko. Ogród patrolowali strażnicy ze zwierzętami ubranymi w identyczne obroże jak te w dżungli Serwos na krojenach. Krew się we mnie zagotowała.

– Ten krasnolud musi zginąć. – warknęłam do Buma i Findasa, przyczajonych tuż obok mnie.

– To członek rady. – zaoponował elf. – Jak tam wejdziemy i zrobimy masakrę będziemy wyjęci spod prawa.

– Masz mnie za idiotkę? – popatrzyłam na niego wrogo. – To, że mówię, że musi zginąć, nie oznacza, że rzucę się na niego jak jakaś kretynka. Zresztą, nie mamy szans. Za dużo straży, ślepo posłuszne zwierzęta. Trzeba by zdjąć im obroże ale tylko Th’arzzit potrafił to zrobić na odległość. Najpierw zwiad. Musimy się dowiedzieć czy Miriel tam jest.

Ciemności nocy zdecydowanie nam pomagały. Przesunęłam się na bok od domu. Poszukałam wzrokiem jakiegoś zwinnego zwierzęcia a kiedy w gałęziach zobaczyłam wiewiórkę przywołałam ją do siebie. Śliczny rudzielec był dość ufny żeby pozwolić na zapożyczenie swoich zmysłów. Przejęłam jej wzrok i wysłałam ją na drzewa w pobliże okien posiadłości. Po niedługim czasie dostrzegłam go. Starszawy, gruby krasnolud, w bogatych szatach, powoli przemieszczał się korytarzem w towarzystwie wysokiej kobiety. Za nimi podążał krasnolud w Ksenomanckich szatach oraz uzbrojony elf. To musiała być Królowa. Rozmawiali przez chwilę, po czym kobieta odeszła w głąb domu ze swoją świtą zaś gospodarz rozsiadł się wygodnie ze szklaneczką jakiegoś trunku.

Zostawiłam wiewiórkę i wróciłam do towarzyszy. Bum szukał jakiegoś włazu, czy ukrytego wejścia, zakładając, że skoro krasnolud ma obsesję na punkcie bezpieczeństwa, co było widać po ochronie posiadłości, i co potwierdził Findas, powinien mieć drugie wyjście. Niestety teren był duży, okolica zarośnięta więc przypominało to poszukiwania igły w stogu siana. Podjęłam decyzję. Przywołałam Łuskę, przejęłam jej wzrok i puściłam żmiję na posesję. To było jej pierwsze poważne zadanie. Miałam nadzieję, że będzie udane. Spacer Łuski był długi i wyczerpujący psychicznie dla mnie. Ogród i dom roiły się od dawców imion. Musiałam strasznie uważać, żeby nikt nie odkrył mojej przyjaciółki. Nie wiem ile czasu minęło zanim udało mi się dotrzeć do piwnic ale dla mnie trwało to wieczność. Dopiero tam wyczułam zapach Miriel. Kierując się nim Łuska wsunęła się do jednej z cel, zaopatrzonych w narzędzia tortur. Na podłodze zobaczyłam włosy Miriel, krew, jakieś inne wydzieliny. Ten widok mnie zmroził. O mały włos straciłabym kontrolę nad Łuską po tym widoku. Udało mi się jednak opanować i bezpiecznie wróciłam żmijką.

Pozwoliłam Łusce wrócić do rękawa i zapatrzyłam się w noc. Musiałam ochłonąć. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Bum coś mówi. Wietrzniak pytał o zwiad. Opowiedziałam im.

– Lecę do Altina. – oświadczył Bum. – I po Łupieżców.

– Ściągnę Szarą Dłoń i każdego Adepta, którego uda mi się znaleźć. – dodał Findas. – Jesteś pewna tego, co widziałaś?

– Tak. To był zapach Miriel. Jej włosy. Nie pomylę tego z niczym innym. Na Pasje… Jak bardzo ona musiała cierpieć…

– Działamy. Trzeba tam wejść w majestacie prawa.

Bum już zniknął. Findas przywołał chłopaka, który ciągle za nami chodził jako czujka i kazał lecieć po orczycę i wsparcie. Usiadłam w ciemności wpatrując się w dom. Moja nienawiść do therańczyków znów się obudziła i uderzyła we mnie pełną siłą. Dawcy Imion tego pokroju nie zasługują na życie.

– … znaleźli tą elfkę, przy wschodniej bramie, nie wygląda najlepiej. – wyrwało mnie z zadumy.

– Co on powiedział?! – poderwałam się z ziemi i przyjrzałam młodemu chłopakowi stojącemu przed Findasem.

– Twierdzi, że chłopaki znaleźli Miriel przy wschodniej bramie. Jest w bardzo ciężkim stanie.

– Bum! – niemal krzyknęłam.

– Co z nim?

– Poleciał do Altanaela, zapewne też ściągnie resztę Kryształowych. Trzeba go powstrzymać.

– Zajmę się tym. Leć do Miriel. Może potrzebować pomocy.

Zawahałam się.

– Mogę się kontaktować ze statkiem. – wtrącił się Jergo. – Idź.

– Prowadź. – rzuciłam do chłopaka i pobiegłam w noc.

Żadne słowa nie opiszą uczuć, które mną miotały kiedy zobaczyłam swoją towarzyszkę. Głowa ogolona, podarta suknia, krew w kącikach ust i śmiertelna bladość. Obejrzałam ją ostrożnie. Nie miała widocznych obrażeń, więc spojrzałam astralnie i przeraziłam się. Jej wzorzec był poważnie uszkodzony, talenty wyglądały na zablokowane zaś ogólny stan organizmu wskazywał no to, że nie zostało jej wiele życia. Nawet nie chciałam myśleć co mogło się stać gdybym przybyła za późno. Ostrożnie wlałam jej eliksir leczenia i poprosiłam o pomoc w transporcie. Durgol obejrzał bransoletę, którą Miriel miała na nadgarstku. Therańska robota. Częściowo zablokował jej magię ale na całkowite zdjęcie musieliśmy poczekać do rana.

Miriel nie przebudziła się tej nocy. Rankiem, prowadzeni przez Buma, zabraliśmy ją do maga, u którego znajdowała się nasza skrzynia zdobyta u Szarego. Czarodziej aż gwizdnął z podziwu kiedy zobaczył przedmiot. Powiedział nam, że to eksperyment. Przedmiot owiany legendą, którego istnienie do tej pory było nie potwierdzone. Ponoć tworzą je Denairastasi ale jak do tej pory nikt nie przeżył żeby móc opowiedzieć o tych eksperymentach. Mag oznajmił, że spróbuje zdjąć bransoletę, w zamian chce ją zatrzymać. Zgodziliśmy się.

Nie mogłam stać tam dłużej. Poprosiłam Findasa żeby mnie przebrał i ruszyłam do naszego pracodawcy. Elf poszedł ze mną prowadząc mnie ulicami, na których były największe szanse pozostać niezauważonym.

Drzwi otworzył mi wyraźnie zdenerwowany Altin. Zresztą Altanael także nie wyglądał na zachwyconego. Fałszywy alarm Buma obu panów wyprowadził z równowagi. Natychmiast przeprosiłam. Opisałam im wszystko, czego się dowiedzieliśmy, czego doświadczyliśmy, co widziałam w domu radnego. Opisałam stan Miriel. Słuchali z rosnącym zdumieniem. W końcu Altanael odparł, że rozumie teraz nasze zachowanie, że bardzo mu przykro. Tarif pocieszył mnie nieco, oferując pomoc w naprawie wzorca Miriel. Niestety zapewne jej mózg został przeskanowany i nie będzie niczego pamiętała. Dałam mu do obejrzenia także pierścień Szarego. Okazało się, że jest to także dzieło rodziny panującej w Iopos i stanowi znak rozpoznawczy. To mogło nam się przydać.

Kiedy wróciłam do karczmy Miriel wciąż spała. Czuwał przy niej Durgol, więc dołączyłam do niego. Dopiero po godzinie nasza przywódczyni powoli się przebudziła. Powiodła po nas nieprzytomnym jeszcze wzrokiem.

– Co z wioską? – spytała nagle. – Z Horrorem? Gdzie jesteśmy?

Ze łzami w oczach, starając się brzmieć uspokajająco, opowiedziałam jej o powrocie do szkoły, szkoleniu i nowym zadaniu w Jerris. Napomknęłam o tym, co jej się przytrafiło, i że mamy znajomego, który trochę jej pomoże.

– Kupimy ci ładny, kościany grzebień na pocieszenie. – wtrącił Findas z głupim uśmiechem. – I jakąś ładną peruczkę…

Pasje mi świadkiem, że zużyłam ostatnie zasoby silnej woli i opanowania, żeby nie przeorać mu pazurami tej jego elfiej buźki! Powstrzymałam się jednak i wyrzuciłam go za drzwi, ze wsparciem Miriel, której początkowa dezorientacja została zastąpiona przez złość na skutek słów elfa.

Pozbywszy się pozbawionego elfiej szlachetności i dobrego wychowania Złodzieja pomogliśmy Miriel się ubrać. Bum dał jej flakonik z jakąś cieczą.

– To od mojej przyjaciółki. – powiedział wyraźnie zatroskany. – Szybciej ci odrosną. Choć i bez nich ci ładnie.

Jak to jest możliwe, że w tak maleńkiej istocie mieści się tyle współczucia i empatii a nawet jej kropla nie znalazła sobie miejsca w impertynenckim elfie?

Zawieźliśmy Miriel do Tarifa. Pomógł jej na tyle, na ile umiał, pocieszając, że powoli pamięć będzie wracała. Postanowiliśmy więc opowiedzieć jej ostatnie wydarzenia ze wszystkimi szczegółami, żeby było jej łatwiej. Może nasze słowa pomogą jej w odzyskaniu wspomnień.

Dawno, dawno temu…

dawno-dawno-temu

„Dawno, dawno temu, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem… Tak, Ty Mistrzu Gry. Czemu tak na mnie patrzysz z niedowierzaniem? Wszak byłeś, prawda? Kwestia dyskusyjna czy było to dawno czy jeszcze dawniej ale być, niewątpliwie, musiałeś.

Wracając do tematu. Dawno, dawno temu, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem miałeś dostęp do wspaniałej krainy zwanej Nierzeczywistością. Krainy, gdzie niemożliwe stawało się możliwe, gdzie zwykły patyk przeradzał się w miecz a potrzebujące ratunku księżniczki tylko czekały na swojego rycerza… No nie śmiej się, bardzo cię proszę. Sprawa jest poważna. Nierzeczywistość istnieje i nie składa się tylko z sielankowych obrazków przedstawiających cukierkowe zamki i piękne jednorożce. W zasadzie jest daleka od tego. Zło zawładnęło krainami Nierzeczywistości. Szaruga rozpanoszyła się tam, gdzie smutek i nuda wdzierają się do życia, Łzawiciel zbiera łzy niewinnych a Pazernica tylko czyha żeby powiększyć swoje wpływy i zagarnąć wszystko co piękne i drogocenne. Dlatego musisz poprowadzić tą grupkę Cudaków w niebezpieczną podróż, od powodzenia której zależą losy Rzeczywistości. Rozsiądź się więc wygodnie a ja Ci opowiem jak odpowiedzialne zadanie na Tobie ciąży.”

Tak zaczyna się scenariusz, który napisałam do 7-go numeru Magii i Miecz. Jest pisany do systemu, do którego mam niesamowity sentyment, a o którym pisałam <tutaj>

Jakby ktoś nie doczytał w stopce to „rysunki” nie są mojego autorstwa 😉

Poprowadzicie? Jeśli tak podzielcie się opiniami 🙂

 

Garlen

garlen-cieniowana

rys. Ajsaf

Podczas Pogromu wszystkie kaery i cytadele błagały Garlen o opiekę, do tej pory jest ona jedną z najbardziej czczonych Pasji w całej Barsawii. Dawcy Imion nazywają ją troskliwą matką a ona traktuje wszystkich jak swoje dzieci. Poprzez swoich Głosicieli pomaga rannym i chorym, daje ukojenie umierającym. W świecie pełnym przemocy opiekuje się tymi, którzy przedkładają spokój domowego zacisza ponad życie pełne przygód, w szczególności dziećmi i rodzinami.

Ideały

Ognisko domowe, leczenie.

Typowy wygląd

Zazwyczaj objawia się w postaci zmysłowej kobiety z rozpostartymi zapraszająco ramionami, czasem wybiera postać łagodnego mężczyzny.

Typowe elementy

Dom, dzieci, kaer, zamknięte pomieszczenia, woda.

Moce

Garlen leczy rannych, pociesza zalęknionych i w mgnieniu oka potrafi przenieść się do dowolnego domu.

Głosiciele

Wielu obywateli i nawet niektórzy Głosiciele innych Pasji błędnie wierzą, że Głosiciele Garlen chronią się w domowym zaciszu i poświęcają leczeniu ponieważ boją się konfliktów. Jednak każdy, kto kiedykolwiek widział jak umiera ukochana osoba, podczas gdy robił absolutnie wszystko żeby temu zapobiec, wie, że taki akt opieki wymaga dużo więcej odwagi i siły niż ten potrzebny do pokonania wroga.

Większość Głosicieli Garlen to kobiety. Niektórzy wierzą, że Pasja sama zachęca kobiety do podążania jej ścieżką ponieważ ukazuje się jako jedna z nich. Inni przypuszczają, że dzieje się tak dlatego, że kobiety, które noszą nowe życie, potrafią lepiej zrozumieć i bardziej docenić wartość życia, co sprawia że wykazują większe współczucie dla wszystkich żyjących istot.

Nawet najsurowsi Głosiciele Garlen nie tracą swojej wyrozumiałości i hojności. Jeżeli ktoś mylnie uzna ich zdolność do współczucia za słabość może się przekonać, że są zdolni do zdecydowanych działań w obronie tych, którzy znajdują się pod ich opieką. Do tej pory znana jest opowieść o piątce Głosicieli Garlen, którzy odwiedzili kiedyś wioskę niedaleko Powietrznej Przystani. Podczas ich pobytu wioska została napadnięta przez łowców niewolników. Najeźdźcy zostali wycięci w pień a ich krew suto zrosiła szaty Głosicieli.

Przykładowe akty wiary

Uleczyć kogoś z fizycznych ran (mały), otoczyć opieką kogoś cierpiącego na poważną chorobę (średni), ochronić dom/mieszkanie przed atakiem (duży), znaleźć lek na śmiertelną chorobę (epicki).

Pomysły na przygody

Pocieszycielka – Garlen to nie tylko Pasja ogniska domowego ale także pocieszycielka przestraszonych czy przerażonych. Do drużyny zgłasza się głosiciel/głosicielka Garlen. Prosi ich o eskortę. Celem jest pewien kaer w głębi dżungli czy gdzieś wśród stepów. Zapytana odpowie “Oni potrzebują pocieszenia”. Droga nie będzie łatwa a teren w miarę oddalania się od cywilizacji jest coraz dzikszy. Brak wiosek, ruiny, dzikie zwierzęta, konstrukty horrorów. W końcu docierają do kaeru który jest zamknięty. Garlen przysłała głosicielkę/głosiciela na samobójczą misję. Pocieszyć dusze tych, którzy zamknięci w kaerze, zostali zabici przez horrora. Czy drużynie uda się dostać do kaeru? Czy ocalą głosicielkę?

Podróż do domu – Grupa natrafia podczas podróży na wycieńczonych podróżnych. Byli w niewoli a teraz wracają do domu. Jak zachowają się gracze gdy dowiedzą się że to Therańczycy którzy zostali uprowadzeni w odwecie za atak łowców niewolników. Pomogą czy nie?

Klejnot cenniejszy niż złoto – Jakiś bogacz, potężna i wpływowa osoba szuka pomocy dla swojego dziecka. Gdzieś żyje podobno głosiciel Garlen który jest w stanie pomóc. Drużyna zostaje wynajęta by sprowadzić go do domu owego bogacza. Jednak głosiciel odmawia: “Przyjdę i uzdrowię dziecko jeśli wasz zleceniodawca wykona to co teraz powiem…” a żądania głosiciela są dziwne. Przekazanie większości majątku, ufundowanie kilku dziwnych przedsięwzięć a nawet przysięga krwi. Czemu głosiciel Garlen stawia takie żądania. Kim są Ci, którym bogacz miałby pomóc i dlaczego zleceniodawca wpadnie w szał gdy usłyszy żądania? Czy graczom uda się rozwikłać zagadkę? Czy uratują dziecko?

Mój dom to moja twierdza – Gracze trafiają do wioski gdzie w jednym z domów mieszka głosiciel/ka Garlen. Osoba ta zachowuje się bardzo dziwnie. Ma obsesję na punkcie zamykania i ryglowania drzwi. Jeśli gracze trafią do niej z prośbą o pomoc zauważą jak dokładnie zamyka i otwiera drzwi. Zapytana odpowie że Garlen każe jej bronić domu bo zło czai się na zewnątrz. Czy mówi prawdę? Z początku wyglądająca jak szalona może okazać się jednak jedyną osobą która wyczuwa niebezpieczeństwo które wisi nad wioską. Horror? Wyznawcy jednej z szalonych Pasji a może ktoś inny? Jak gracze przekonają głosicielkę/głosiciela do pomocy jeśli wcześniej być może żartowali sobie z jej obsesji?

Uzdrowicielka– Po Barsawii krąży głosicielka Garlen. Tajemnicza osoba, która podróżuje i leczy dawców imion. Zawsze pojawia się tam gdzie wydarzyło się jakieś  nieszczęście. Gracze będą mieli okazję usłyszeć o niej wiele plotek, od tego że to sama Pasja krąży po świecie, do oskarżeń że musi być jakoś powiązana z tymi wszystkimi nieszczęściami bo gdy wybuchnie pożar, czy po bitwie pojawia się jako pierwsza na miejscu. Kim jest tajemnicza głosicielka? Czemu wśród Dawców Imion zdania na jej temat są tak bardzo różne?

Wszystkie dzieci nasze są – Pomysł na miejsce. W jednym z miast prowadzony jest sierociniec dla dzieci, którym zajmują się głosiciele/głosicielki Garlen. Pomysłów na wykorzystanie takiego miejsca może być kilka:

  1. Sierociniec jest zagrożony, prowadzące go głosicielki proszą o pomoc drużynę. Do obrony, zabezpieczenia albo do ochrony podczas przenoszenia się w inne miejsce. Jak będą reagować gracze gdy wokół nich będzie pętać się kilkanaścioro lub więcej dzieci które ciągle będą przeszkadzać, pytać, płakać.
  2. Sierociniec prowadzony przez głosicielki jest równocześnie sponsorowany. Nikt nie wie ale to właściwie szkoła dla uzdolnionych dzieci. Nauczycielami są znani adepci wielu dyscyplin. W mieście ludzie szepczą, ale nie za głośno, bo Ci co zadają za dużo pytań znikają. Kto sponsoruje sierociniec? Dlaczego dzieci są tam szkolone? Po co? I czemu całość ogarnia taka tajemnica?

Dziecięcy świat – W okolicy podobno grasują Therańscy łowcy niewolników, napadają na wioski i porywają tylko dzieci. Ludność szuka ich kryjówki i najmie adeptów do znalezienia i odzyskania dzieci. Gdy graczom uda się znaleźć obóz okaże się że jest w nim kilkadziesiąt dzieci i tylko jedna głosicielka. To ona zabiera dzieci. Dlaczego? Czemu Garlen pozwala na takie działania? Głosicielka mówi o niebezpieczeństwie i klątwie przed którym musi uratować dzieci. Czy mówi prawdę? Czy oszalała? Jasne jest że dzieci nie chcą wracać do rodzin.