33 Dotyk śmierci

Jedząc wczesną kolację ustaliliśmy, że najpierw poszukamy orków, których Borgil uratował w dżungli i wysłał do Ligos, później odwiedzimy miejsce, gdzie spadł statek i poszukamy zaginionego rybaka. Bum nie potrafił usiedzieć na miejscu. Nie wiem co się stało temu wietrzniakowi, ale wiercił się niespokojnie i co chwilę pytał, czy jest coś do roboty. W końcu poprosiłam go o zdobycie trzech kilogramów kości, pomyślałam, że mogą mi się przydać podczas wyprawy, więc zachwycony Bum śmignął przez okno i tyle go widzieliśmy.

Nie chcieliśmy zwlekać z poszukiwaniami, więc z Borgilem i Salazarem od razu wybrałam się na miasto. Zaczęliśmy od bramy, gdzie Furia podjęła trop za pomocą pochwy na miecz, który Borgil dostał od starszego z orków. Sunia dobrze się sprawiła i zaprowadziła nas prosto na nabrzeże, gdzie w zapyziałym wyszynku odnaleźliśmy poszukiwaną dwójkę, pijaną na umów. Młodszy spał na stole, pomiędzy kuflami, zaś starszy na podłodze przy ławie. Nie zaryzykowałam wejścia do środka, wydobywający się stamtąd odór dopadł mnie jeszcze kawałek przed wejściem. Borgil z Salazarem nie mieli oporów, obaj wręcz wyglądali jakby zamierzali się tam zadomowić na dłużej i, w dodatku, czegoś napić!

Miałam ich już przywołać do porządku, kiedy pojawił się obok mnie Bum.

– Miriel powiedziała, że poszliście szukać orków to was znalazłem. – oznajmił zadowolony.

– Fantastycznie. Wyciągnij ich stamtąd, dobrze? Bo jeszcze Borgil z Salazarem gotowi są przyłączyć się do tych pijaków.

– Jasne! – wietrzniak śmignął do środka.

Wiedziałam, że wysłanie Buma było dobrym pomysłem, w kilka chwil cała piątka znalazła się na zewnątrz. Młodszy szedł sam natomiast starszego Borgil niósł przewieszonego przez ramię. Usłyszałam jeszcze jak półprzytomny ork dopytuje się po co ich zabieramy zaś Bum tłumaczy mu jak bardzo Miriel go lubi i to pewnie dlatego chce z nim porozmawiać. Na te słowa ork jakby nieco przetrzeźwiał a ja pomyślałam, że nie chcę znaleźć się w pobliżu Miriel jak się tego dowie…

Gdy dotarliśmy do cytadeli zrobiło się już ciemno. Starszego orka Borgil odholował od razu do stajni a młodszego zaprowadziliśmy do naszej przywódczyni. Jeszcze dobrze nie wydukał „dobry wieczór” a już nas przeprosił i popędził gdzieś korytarzem bełkocząc, że zaraz wraca. No i faktycznie wrócił. Mokry, przyodziany w za dużą tunikę, którą najpewniej zwinął komuś ze sznurka i z bukietem kwiatów w dłoni, wyglądającym jakby pozrywał je losowo w ogrodzie. Z szerokim uśmiechem wręczył bukiet Miriel, już nieco przytomniejszym głosem oznajmiając:

– Pani chciała mnie widzieć? To dla Pani, bo Bum powiedział, że Pani mnie lubi i coś…

Próbowałam się wycofać z sypialni widząc błyskawice w oczach elfki, ale ta natychmiast zamknęła drzwi zlepiając je z futryną i zażądała wyjaśnień.

– No chciałaś z nimi pogadać. – wydukałam próbując nie parsknąć śmiechem. – To pytaj.

W zasadzie nie wiem czego Miriel chciała od orków, bo moją uwagę zaprzątnął Bum szepcąc mi, że to mu się świetnie udało i coraz lepiej mu idzie swatanie Miriel.

– Mógłbyś się chociaż trzymać jej rasy. – szepnęłam.

– Bo co, bo jak ork to od razu zły?

– Nie zły, ale z tą samą rasą jest łatwiej.

– Czyli nie lubisz Bogusia?

– A co ma piernik do wiatraka? – zapytałam zdziwiona.

– Nie chciałabyś go za męża bo jest orkiem?

– Rasa tu nie ma nic do rzeczy.

– Ha! Czyli lubisz Bogusia?

– Lubię, ale co to ma….

– Wiedziałem! – wykrzyknął Bum zwracając na nas uwagę reszty.

Miriel odesłała orka do stajni żeby się przespał i wytrzeźwiał zaś Buma opieprzyła za to, że gada głupoty, choć wietrzniak dzielnie się bronił, argumentując, że przecież chciała z nimi rozmawiać a jakby mu nie powiedział, że go lubi, to byśmy go w życiu nie wyciągnęli z tej speluny. W końcu Miriel odpuściła i udało nam się pójść spać.

Przy śniadaniu Miriel przypomniało się, że kiedy wracali wczoraj z Durgolem z miasta trafili na dziwną postać. Zakapturzona, z całkowicie zakrytym ciałem, włącznie z rękami ukrytymi w rękawicach, prowadziła przez miasto, w kierunku twierdzy, grupkę Dawców Imion. Wyglądali jak wieśniacy, ale byli dobrze ubrani i Miriel odniosła wrażenie, że kilku z nich pochodzi z portu, w którym wysiedliśmy kilka dni temu. Zaintrygowani podążyli za grupą i dotarli do cytadeli, gdzie postać kazała wieśniakom poczekać a sama zniknęła w środku. Po chwili ukazała się znowu i nasi towarzysze ze zdumieniem dostrzegli, że jest to krwawy elf. Minęli go później na korytarzu i elf z miejsca ich zaczepił i zaczął wypytywać kim są i co tutaj robią, ale Miriel go zbyła odsyłając do Margara. Zaintrygowana ową postacią Miriel, natychmiast po śniadaniu, poszła do orka spytać kim jest tajemniczy elf. Okazało się, że Rivil, bo tak ma na imię, jest szpiegiem pracującym dla Margara. Przyprowadzeni wieśniacy skarżyli się na przeszukujących okoliczne lasy orków i pojawiające się konstrukty.

Uspokojeni nieco w kwestii krwawego elfa wyruszyliśmy znów w dżunglę, tym razem kierując się na Czarnoksięski Zakręt, gdzie miał zniknąć rybak. Nawet bez mapy trafilibyśmy do tego miejsca bez problemu. Zwierzęta zaczęły się niepokoić a Szafir intensywnie świecić. Miriel ostrzegła, że zawirowania magii są tutaj wyjątkowo silne i mogą być groźne nawet dla Dawców Imion, o czym świadczył całkowity brak zwierząt i śladów życia, prócz jednego śladu Dawcy Imion, który, jak przypuszczaliśmy, pozostawił poszukiwany przez nas rybak. Szybko przekonaliśmy się dlaczego magia tutaj tak szaleje. Doszliśmy bowiem do źródła okolicznych zawirowań magii. W zboczu rzeki dostrzegliśmy trzy włazy a jeden z nich był otwarty. Zamykająca go klapa leżała popękana na dnie rzeki zaś otwór ział pustką. W mule Bum dostrzegł dwa przedmioty wątkowe, naszyjnik i młoteczek geologiczny. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że obydwa przedmioty są naznaczone klątwą. Po konsultacji tego, co zaobserwował, z Durgolem mieliśmy powody przypuszczać, że właz rozpadł się ze starości, zaś zabezpieczenia magiczne są nadal aktywne. To właśnie z grudek dziwnego metalu, zatopionych we włazie, biła magia, która tak wypaczyła żywioły wokoło, że mogła doprowadzić nawet do spadania statków powietrznych.

Nasze rozważania przerwał Salazar, który zwrócił moją uwagę na nienaturalnie się poruszającą kunę. Zwierzę najwyraźniej nas obserwowało i było bardzo szybkie, zbyt szybkie jak na zwierzę. Obejrzałam ją spojrzeniem astralnym, bez trudu dostrzegając zmodyfikowany przez horrora wzorzec. Wydałam komendę „stój!”. Zwierzę zamarło.

– Zabijcie ją. – rzuciłam. – To konstrukt.

Borgilowi, Salazarowi i Bumowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dwa ciosy powaliły stworzenie błyskawicznie. Jednak chwilę później dostrzegłam następną. Tą również zatrzymałam i wydałam Hator rozkaz „zabij!” Kotka rzuciła się do zdobyczy ale uprzedził ją Noir, który ze ślepą furią zaatakował konstrukt. Szczęściem Bum był czujny, bo Noir niewiele był w stanie zdziałać dziobem ale wyrwał kunę z letargu i dał jej szansę na ucieczkę. Wietrzniak dogonił stworzenie i uśmiercił.

– Wyglądały jakby nas obserwowały. – odezwałam się. – Może powinniśmy stąd iść?

– Biegła w stronę tego dziwnego obozu w lesie. – poinformował Bum. – Pewnie chciała zdać raport.

– Słuchajcie, ja mogę wydobyć te przedmioty z wody nie narażając nikogo z nas na klątwę, ale muszę się znaleźć na drugim brzegu, żeby były w zasięgu. – zaproponowałam. – Więc może chodźmy obejrzeć wrak statku a potem przeprawimy się i wyciągniemy to z wody. Nie ma co tu sterczeć bez sensu.

– Tak zróbmy. – poparła mnie Miriel.

Skierowaliśmy się do miejsca katastrofy. Tak jak przypuszczałam niewiele nam to pomogło. Wrak został doszczętnie splądrowany. Wszystko, co wieśniacy byli w stanie zabrać, zostało zabrane. Nawet deski będące jeszcze w dobrym stanie zniknęły. Po tym, co zostało, nie byliśmy w stanie stwierdzić, czemu statek się rozbił.

– Nic tu po nas. – mruknął niezadowolony Borgil. – Zrobię zwiad.

– Po co? – spytałam. – Nic tu nie znajdziemy.

– Poszukam śladów. Może znajdę tego rybaka. Mogę? – zwrócił się do Miriel.

– Zrób. Tylko niezbyt daleko i bez szaleństw.

Popatrzyłam na dżunglę. Nadal uważałam, że poruszanie się samotnie po terenie pełnym konstruktów jest głupotą, ale nie odezwałam się. Ile razy można tłumaczyć, że to niebezpieczne?

– Mogę wziąć Noir? – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.

– Możesz. Weźmiesz też Hator. – cała drużyna natychmiast spojrzała w moją stronę.

– Co? – wyrwało się wszystkim jednocześnie.

Spojrzałam w oczy Borgilowi.

– Hator pójdzie z Tobą. Ma cię chronić, ale żadnych walk. Zrozumiano? Zwiad i powrót. Pomoże ci jeśli będziesz się musiał bronić ale masz nie prowokować bójki.

Ork skinął głową.

– Borgil.

– Tak?

– Ja nie żartuję… Masz okazję udowodnić mi, że nie ufam ci bezpodstawnie…

– Jasne! – potwierdził natychmiast Borgil i wskoczył na wierzchowca. – Furia zostań z Raven. – rozkazał psu i ruszył powoli w kierunku drzew.

– Chroń go Hator. – szepnęłam jeszcze do kotki. Wraz z Noir ruszyła za Borgilem.

Reszta drużyny rozsiadła się na trawie a ja chodziłam wokoło, co jakiś czas, niespokojnie, spoglądając na drzewa.

***

Ork powoli zanurzył się w las. Bez trudu odnalazł miejsce przy rzece, gdzie widzieli wcześniej pojedyncze ślady Dawcy Imion, i znalazłwszy je zaczął badać brzeg rzeki w poszukiwaniu podobnych prowadzących w głąb lasu. Wpatrując się w ziemię stracił poczucie czasu i odległości. Zaniepokoiła go dopiero reakcja zwierząt, które nagle zaczęły się dziwnie zachowywać. Mentalnie zwrócił się do towarzyszy badając co czują. Krojen wysłał mu informacje o nienaturalnym niebezpieczeństwie, które się nie rusza, Noir przekazał, że w jego odczuciu to człowiek ale inny, zaś wierzchowiec wyczuł ogień, więc instynktownie zaczął się cofać.

Kawalerzysta zeskoczył z siodła, kazał zwierzętom zostać a sam ruszył we wskazanym przez nie kierunku, przekradając się cicho. Minął kilka drzew kierując się coraz głośniejszym szumem. Po kilku minutach dotarł do niewielkiej polany, na której dostrzegł miejsce na ognisko, jakiś worek z rzeczami zrzucony pod drzewem i deski wokół ogniska służące za siedziska. Na jednej z nich siedziała płonąca postać. Ludzki mężczyzna siedział nieruchomo cały w płomieniach, jego twarz była wykrzywiona bólem ale nie spalał się. Nagle ogień zgasł. Mężczyzna wyglądał na przerażonego, na jego skórze nie było oparzeń. Cały drżał. Borgil przyjrzał się strojowi. Prosty wieśniak, może rybak. Na nadgarstku połyskiwała srebrem zdobiona bransoleta. Ork wycofał się powoli i wrócił do zwierząt.

– Noir, leć po Buma. Tylko nic nie mów Raven, dobra?

– Dobra. – zakrakał Noir i ruszył w drogę powrotną.

– Choć Hator. Trzeba pomóc temu biedakowi.

Wraz z krojenem i wierzchowcem ruszył znów do miejsca, gdzie zobaczył płonącego człowieka. Mężczyzna siedział tak, jak go ork zostawił przed kilkoma minutami. Dyszał ciężko wpatrzony w wygaszone ognisko.

– Ja zaatakuję od tyłu a ty z drugiej strony. – wskazał krojenowi kierunek. – Tylko poczekaj na mój atak.

Kotka bezszelestnie skierowała się na wskazaną pozycję. Borgil odczekał chwilę, dosiadł wierzchowca i ruszył szarżą prosto na plecy wieśniaka. Cios wydawał się mocny a jednak postać nie padła nieprzytomna, tak jak ork zakładał, a tylko zachwiała się, zerwała na równe nogi i odwróciła w kierunku napastnika. W ułamku sekundy człowiek zamienił się w szalejącą trąbę powietrzną i cisnął Borgilem daleko przez polanę. Ork uderzył w drzewo, trzasnęły łamane kości, osunął się na ziemię. Oszołomiony bólem zobaczył jak Hator rzuca się na dziwny twór. Jej skowyt, kiedy trąba potraktowała ją tak samo jak orka, sprawił, że Borgil, mimo licznych ran i połamanych kości zaczął się zbierać z ziemi. Przywołał wierzchowca, ledwie się na niego wspinając, i widząc, że trąba pędzi w kierunku kotki, która próbowała wstać, krzyknął i popędził konia w tamtą stronę. Trąba zawahała się i zniknęła, znów odsłaniając skrytego pod nią człowieka. Borgil spodziewał się kolejnej przemiany. Przez chwilę pomyślał, że to jest jego szansa, że może zaatakować ponownie i może tym razem się uda. Zanim człowiek się zmieni. Ale zdał sobie sprawę, że ledwo się trzyma w siodle, i że jeśli mu się nie powiedzie zginie a wraz z nim zginie też Hator. Popędził wierzchowca w kierunku kotki. Próbował ją dosięgnąć, ale prawie sam spadł, cudem tylko utrzymując się w siodle. Jęknął z bólu. Mężczyzna zaczął się zmieniać w stwora ulepionego z ziemi, potężną istotę, która rozmiarami dorównywała manifestacjom żywiołu ziemi.

– Kurwa! – zaklął ork. – Choćbym miał paść wyciągnę stąd tego kota! Inaczej nie mam po co wracać do drużyny…

Jeszcze raz spiął konia, zacisnął zęby z bólu i skoczył w kierunku chwiejącej się na nogach Hator. Pasje najwyraźniej mu sprzyjały. Resztką sił chwycił kocicę za skórę na karku i wciągnął, niemal bezwładną, na siodło. Pognał konia, oby dalej od zagrożenia. Dopiero kiedy zorientował się, że wyjechał na otwartą przestrzeń zatrzymał konia, zsunął się z siodła i delikatnie ułożył Hator na ziemi.

– Boguś! – usłyszał nad sobą i zobaczył lądującego obok Buma. – Na Pasje! Kto was tak urządził? Stary, ty żyjesz w ogóle?

– Tam. – Borgil wskazał między drzewa. – Jakiś potwór, konstrukt, nie wiem. Wieśniak. Ale palił się. Chciałem mu pomóc.

– Wieśniak was tak załatwił? Chłopie! Ty weź się połóż bo wyglądasz jakbyś umarł ze dwa razy!

– Umrę jak mnie Raven dorwie. – mruknął ork i przysunął się do swojego konia wyciągając nóż.

– Wybacz stary. – zwrócił się do wierzchowca.

Naciął skórę dłoni i pęcinę konia. Magia przepłynęła przez złączone rany. Koń kwiknął zaskoczony bólem a Borgil poczuł jak wraca mu życie. Podziękował wierzchowcowi, następnie ukląkł przy Hator i powtórzył zabieg, tym razem ściągając obrażenia kotki na siebie. Hator warknęła cicho. Borgil kątem oka dostrzegł w oddali pędzące konie. Z westchnieniem ulgi osunął się na ziemię.

***

Nie wiem ile czasu minęło odkąd zniknął Borgil. Kwadrans, może pół godziny. Ból, strach i całkowite poddanie się losowi uderzyły we mnie nagle z siłą tajfunu. Poczułam jak moje ciało przeszywa zimny dreszcz, paraliżując mnie całą. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Hator umiera. Rzuciłam się w kierunku Śnieżki. Drużyna poderwała się jak oparzona.

– Hator! – krzyknęłam tylko. – Ona umiera!

Śnieżka sama wyczuła moje przerażenie bo wystartowała od razu do cwału. Resztkami przytomności zarejestrowałam moment, kiedy Salazar wskoczył za mnie na siodło. Pędziłam oby szybciej kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. To, że Śnieżka nie połamała sobie nóg w tym szalonym pędzie, zawdzięczamy chyba tylko opatrzności Jaspree. Gdzieś po drodze dopadł do mnie Noir. Był wystraszony. Nawet nie próbował za nami lecieć tylko od razu skulił się na łęku siodła, wciskając się w mój brzuch.

Dostrzegłam ich z daleka. Piołun spokojnie skubał sobie trawę zaś Borgil pochylał się nad czarnym kształtem leżącym tuż obok. Byłam jeszcze daleko, ale kiedy ork opadł na ziemię a przejmujące mnie uczucie porażki osłabło domyśliłam się co właśnie zrobił.

Gwałtownie wyhamowałam tuż obok nich. Zsunęłam się z siodła i opadłam tuż obok Hator natychmiast starając się ustalić jak duże są jej obrażenia. Kotka nie miała ran zewnętrznych, prócz niewielkiego nacięcia na łapie, które zrobił Borgil żeby ją uleczyć, ale wewnątrz… Po raz pierwszy od lat czułam jak po policzkach płyną mi łzy. Opatrzyłam ją najlepiej jak umiałam. Dopiero kiedy leżała usztywniona, przytulona do mnie, a jej oddech stał się spokojniejszy byłam w stanie skupić się na tym, co działo się obok mnie.

– Lecę tam! Nie będzie mi jakiś potwór bił Bogusia! – usłyszałam oburzony głos Buma i zobaczyłam jak wietrzniak śmiga w kierunku drzew.

– Bum wracaj! – krzyknęła Miriel. – Bum! Raven. – odwróciła się do mnie. – Powiedz mu, żeby wracał. To nie konstrukt ani horror, to jakiś wieśniak, pewnie z klątwą. Może ciebie posłucha.

– Bum. – odezwałam się spokojnie w mowie powietrza. – Zostaw go. To zwykły wieśniak. Trzeba mu pomóc a nie go zabijać. Musimy się dowiedzieć jak zdjąć klątwę ale najpierw trzeba zabrać Borgila i Hator do Ligos, ich stan jest poważny.

– (… ) widziałem jak cały się palił. – kontynuował Borgil. – A potem zgasło i wyglądał jakby cierpiał. Nie był poparzony tylko przerażony. No to zaatakowałem.

– Co zrobiłeś?! – wycedziłam czując jak wzbiera we mnie gniew.

– Chciałem mu pomóc. – bronił się ork. – Myślałem, że go unieprzytomnię i później się wspólnie zastanowimy co z nim zrobić. A on się nagle zmienił w trąbę powietrzną i rzucał nami jak zabawkami. Zanim się zmienił wyglądał jak rybak ale na ręce miał dużą, srebrną bransoletę.

– Tam nie ma żadnej trąby powietrznej. – oznajmił Bum lądując koło nas.

– Bo zmienił się w wielką, ziemną masę.

– Ziemnej masy też nie ma. Ani polany. Jest jezioro.

– Jeśli to nasz zaginiony rybak – zastanowiłam się – to pewnie znalazł te przedmioty w rzece. Wziął sobie jeden, założył i go dziabnęło klątwą. – Wracamy do Ligos! – podniosłam się przekładając ostrożnie Hator na siodło. – Rybak musi poczekać.

Reklamy

Orichalcum, konwent miłośników Earthdawna

banner-napis

Trochę tu było cicho ostatnio, za co Was przepraszam, ale zaangażowałam się w tworzenie Festiwalu Fantastyki Cytadela, co pochłonęło mnie całkowicie (opowiem Wam o nim wkrótce).

Przede mną kolejne wyzwanie, jakim jest stworzenie własnego konwentu, który w całości będzie poświęcony mojemu ukochanemu systemowi RPG jakim jest Earthdawn. Oczywiście nie robię tego samodzielnie a z pomocą dwóch pasjonatów tego systemu i w imieniu całej naszej trójki chciałabym Was bardzo serdecznie zaprosić do udziału w konwencie.

Co Wam oferujemy?

Orichalcum odbędzie się w Głuchowie (woj. Łódzkie, powiat Rawski) i będzie konwentem plenerowym. Mamy do dyspozycji, położoną na uboczu, w malowniczej okolicy, leśniczówkę ze sporym terenem na namioty i altaną z miejscem na ognisko. Tam odbywała się Toporiada czy też Siekieriada, o której już Wam kiedyś pisałam <tutaj> Klimat tego miejsca jest niesamowity, a kiedy zapada zmrok, teren oświetlają tylko świece a z rozstawionych namiotów sesjowych wydobywają się dźwięki prowadzonych sesji od razu czujemy, że dzieje się coś wyjątkowego.

Dla kogo?

Wiele osób mówi „nie znam tego systemu, ten konwent nie jest dla mnie” – to nie prawda! Przypomnijcie sobie swoje pierwsze kroki w RPG. Przecież kiedy zaczynaliście też nie znaliście systemów. Ba! Nie wiedzieliście nawet czym jest RPG! A jednak zrobiliście pierwszy krok i dalej już poszło. Teraz wielu z Was mistrzuje, poznajecie nowe systemy, idziecie na przód. Dlatego zachęcam Was – zróbcie ten krok w stronę ED. Nie spodoba Wam się? Nic straconego. Wrócicie do swoich ulubionych systemów, ale wrócicie zadowoleni z fantastycznie spędzonego czasu, bo gwarantuję Wam, że spędzicie go miło. A kto wie, może Earthdawn stanie się Waszym ulubionym systemem…

Wstęp

Konwent kładzie nacisk na sesje dla każdego, więc żeby do nas przyjechać trzeba się zapisać. Formularz jest banalny a wypełnienie go zajmie Wam kilka chwil. Klikamy:

http://topory.org/pl,wstep-na-orichalcum,302

Na stronie możecie też zapoznać się ze szczegółami konwentu:

http://topory.org/pl,o-konwencie,310

Ale też zapraszam Was do polubienia wydarzenia na fb, żeby być na bieżąco:

https://www.facebook.com/events/140963089759809/

Zapraszamy

Orichalcum tworzą fantastyczni ludzie z Toporów i dołożymy wszelkich starań żeby każdy się świetnie bawił. Dołączcie do nas. Zapisy trwają tylko do 10 czerwca.

Czekamy właśnie na Ciebie! 🙂

32 Ligos

LigosProwadzeni przez Mogabę skierowaliśmy się ku Ligos, gdzie miałam nadzieję wreszcie odpocząć. Oczywiście Borgil nie byłby sobą, gdyby jechał spokojnie, więc zaproponował wyścig. Jeden z orków przyjął pomysł z entuzjazmem, ale postawił warunek, że obaj panowie dosiądą nie swoich wierzchowców, więc Borgil rzucił mi lejce Piołuna (i nawet pozwolił na nim jechać…), kazał Furii zostać ze mną a sam ruszył przez dżunglę galopem, ścigając się z orkiem. Jednak zaprzyjaźnianie się z niektórymi Dawcami Imion idzie nam całkiem nieźle.

Dobiegało południe gdy naszym oczom ukazało się miasto i przyznam szczerze, że byłam bardzo zaskoczona. Po lewej stronie błyszczała błękitem wstęga rzeki Ligos, przy której rozrósł się spory port. Wokoło rozciągały się pola uprawne i podgrodzie z prawdziwego zdarzenia a nad tym wszystkim górowało miasto otoczone fosą i murami, zza których wystawała spora cytadela. Wokoło panował duży ruch. Widać było kupców, górników, wieśniaków. Otwartą szeroko bramę blokowała olbrzymia postać, z daleka wyglądająca jak gliniany golem. Kiedy się zbliżyliśmy domyśliłam się, że to nie golem a zmanifestowany duch żywiołu ziemi. Potężny, trzy metrowy, szeroki w barach twór, trzymający w ogromnych łapskach okazałą lagę i zwieńczony równie osobliwym stworzeniem. Na głowie ducha stał bowiem blond wietrzniak, o wydatnym brzuszku, ubrany w kolorowe szaty, i coś pokrzykiwał. Ze zdumieniem usłyszeliśmy, wzmocnione magią słowa, z których wynikało, że osoby z żółtą częścią garderoby płacą myto w wysokości jednego miedziaka, bez żółtego koloru w wysokości dziesięciu srebrników zaś te, które nie lubią wietrzniaków w wysokości stu srebrników przy czym o nielubienie wietrzniaków z miejsca oskarżył jakiegoś trolla, a gdy ten zaczął się tłumaczyć, że nieprawda, że on lubi, wietrzniak oznajmił, że to był żart.

– Myślisz, że warto poczekać aż wymieni czarny kolor? – spytałam Borgila, który po wygranym wyścigu dołączył do nas przed bramą.

– Cwaniacy wchodzą za podwójną stawkę. – odkrzyknął w naszym kierunku wietrzniak, który jakimś cudem usłyszał moje pytanie.

– To twój znajomy, Borgil. – odezwałam się głośniej. – Ty weź go spytaj, czy ta podwójna stawka to od miedziaka czy od srebrników.

– Boguś! – wrzasnął wietrzniak niemal w tym samym momencie z wyraźną radością. – Kopę lat!

– A krasnoludy bez brody to za ile wpuszczasz? – spytał Borgil wskazując na Durgola.

– Niepełnosprawnych wpuszczamy za darmo. To twoja kompania? – dopytał patrząc na nas.

Borgil potwierdził i przedstawił nas pobieżnie. Wietrzniak przedstawił się jako Xarion, Mistrz Żywiołów 9 i Czarodziej 4 Kręgu. Już wcześniej Borgil opowiedział nam co nie co o osobach, które tutaj spotkamy, ponieważ kiedyś z nimi podróżował przez pewien okres czasu a Margar, obecny władca miasta, był nawet jego mistrzem. Dlatego wiedzieliśmy, że Xarion brał udział w zestrzeleniu therańskiej baty, że wykładał nawet w szkole Domu V’strimon, że jest doskonałym, acz nieobliczalnym, praktykiem i średnim teoretykiem.

– To jest Puszek. – przedstawił nam w końcu żywiołaka.

– Czemu Puszek? – spytałam.

– No…. Bo jest duży.

– Ale Puszek powinien być bardziej… puchaty. Jak niedźwiedź.

– Może być jaki sobie zażyczę.

– Może być misiem?

Wietrzniak machnął jakimś przedmiotem i na naszych oczach niekształtny stwór zaczął porastać „sierścią”, zyskał długi pysk i wielkie uszy. Kupcy za nami cofnęli się przerażeni.

– Od razu lepiej. – uśmiechnęłam się.

– Ty to nie wyglądasz ale masz poczucie humoru. – pokiwał głową z uznaniem.

– Panie Xarionie. – wtrącił się Durgol. – A pan to by nie mógł naszej Miriel podszkolić?

– Jak zda egzamin z poczucia humoru to może… – wietrzniak przyjrzał się Miriel przez chwilę.

– A może ktoś zdać za nią? – dopytał Durgol po chwili milczenia.

– Dobra. – ukrócił te dywagacje Borgil. – Kolejka się robi za nami. Idziemy do Magrara

– Racja. – poparł go Xarion. – Mogaba was zaprowadzi.

Zostaliśmy wpuszczeni za bramę i pod przewodnictwem Mogaby udaliśmy się do cytadeli górującej nad miastem. Wielka kamienna twierdza nie została jeszcze całkowicie ukończona, widać było porozkładanie materiały budowlane, gdzieniegdzie brakowało zdobień. Była bardzo solidna, budowana na modłę krasnoludzką z najlepszych materiałów, dodatkowo wzmocniona esencją ziemi. Widać było, że gospodarz nie żałował środków na budowę. Co prawda w samej twierdzy było dość klaustrofobicznie, bo taka jest specyfika budowli krasnoludzkich, ale sprawiała wrażenie bardzo eleganckiej. Borgil spytał Buma, który jako jedyny widział warownię w dżungli, czy budowle są podobne, ale wietrzniak odparł, że tamta wygląda jakby budowano ją na podstawie wiedzy sprzed stu lat a ta jest zdecydowanie nowoczesna.

Mogaba oddał nas pod opiekę służącego a sam się oddalił. Zostaliśmy poprowadzeni do sporej komnaty, oświetlonej blaskiem pochodni i ognia na wielkim kominku, przed którym wygrzewał się potężny i mocno podstarzały ork. Miał wydatny brzuszek, podobnie jak Xarion, ale pod skórą nadal wyraźnie rysowały się silne mięśnie.

Margar Krwawy Kieł, Kawalerzysta 8 i Ksenomanta 2 kręgu, okazał się być gościnnym gospodarzem i charyzmatyczną, konkretną i przyjazną osobą. Z miejsca przywitał nas jak swoich i zaprosił na biesiadę. Dostaliśmy też dużo miejsca w przestronnej stajni.

Ucztę podano w sali rycerskiej, której znaczną część zajmował ogromny stół z dwudziestoma czterema krzesłami. Ściany zdobiły rogi różnych zwierząt. Biesiada nie była wyszukana, dużo tłustych mięs i pieczywa, dużo piwa. Margar opowiedział nam o kopalni żywiołu ziemi, którą założyli w mieście dzięki Kalibanowi, ich przyjacielowi, Zbrojmistrzowi, który odkrył w tym miejscu jej złoża. Zapytany o bibliotekę opowiedział także o wielkiej bitwie, która odbyła się podczas odbijania miasta przez ekipę Margara z rąk opętanego przez Horrora burmistrza, i podczas której pożar zniszczył część wiedzy. Oczywiście zakochany w księgach Kaliban ciągle jakieś zwozi i sprowadza, ale ta najbardziej nas interesująca najprawdopodobniej przepadła.

Margar zapytał nas czego, właściwie, szukamy w dżungli, więc Durgol opowiedział mu o konstruktach, znikających statkach, warowni. Bum, oczywiście, dorzucił swoje trzy grosze o tajnej misji, szczęściem nie wnikał w szczegóły. Po chwili namysłu Margar stwierdził, że mu się ta sytuacja zdecydowanie nie podoba, że żadnych warowni sobie nie życzy a i znikające statki to problem dla miasta bo mniejsze zyski, więc ile chcemy za rozwiązanie tych problemów? Odparliśmy, że zajmiemy się tym a nagrodę wybierzemy później, jak już się uda rozwikłać zagadki otaczające Ligos. Ork nawet mistrzów nam zapewnił, gdybyśmy chcieli.

Miriel wykorzystała fakt, że Xarion dołączył do nas wieczorem i zagaiła rozmowę o zawirowaniach magii, które wyczuła na początku naszej podróży przez dżunglę. Wietrzniak nic o nich nie wiedział, ale wyraził natychmiastową gotowość udania się na miejsce i zbadania go. Oczywiście ta „racjonalna” część drużyny z miejsca go poparła i tak Xarion, Miriel, Durgol i Bum polecieli w nocy badać zawirowania magiczne na rzece płynącej przez dżunglę pełną konstruktów… Ja, Borgil i Salazar postanowiliśmy zostać, najeść się, napić i wreszcie wyspać. Wszak zawirowania są tam od dawna i nie znikną nagle, a dwie ostatnie noce spędziliśmy niemal bez snu i odpoczynek był nam zdecydowanie bardzo potrzebny. Grubo po północy opuściłam panów, zabrałam zwierzaki włącznie z Furią i udałam się do stajni odpocząć. Wreszcie ciche, suche, ciepłe i bezpieczne miejsce na nocleg. Z uśmiechem umościłam się na sianie, przytuliłam do Hator i błyskawicznie zapadłam w sen.

Z cudownych majaków sennych wyrwało mnie tupanie i rżenie koni. Przez chwilę usiłowałam zrozumieć co się dzieje i gdzie jestem, aż usłyszałam przeciągłe wycie w dwugłosie dochodzące od wejścia do stajni. Niechętnie wstałam i ruszyłam w tamtą stronę. Tuż za progiem zobaczyłam siedzącą Furię obok Borgila, wyjących razem do księżyca.

– Na wszystkie Pasje! Borgil! – zbeształam orka. – Co ty, u licha, wyprawiasz?!

– Wyjemy sobie. – wybełkotał ork i powtórzył przeciągłe wycie a Furia mu zawtórowała.

– Cisza! – wrzasnęłam wzorem Miriel. Oboje umilkli i spojrzeli na mnie z wyrzutem. Pewna myśl przemknęła mi przez głowę. – Konie płoszycie tymi wrzaskami. – kucnęłam koło Borgila i przyjrzałam się Furii uważniej. – Borgil, skup się, skąd ty wziąłeś tego psa? Tak dokładnie.

– No… Wrzasnąłem i nie uciekł. To wziąłem.

– Ale skąd?

– No… – ork zmarszczył brwi uruchamiając proces myślenia. – Z tej areny w Jerris. Oni tam mieli dużo psów. Wrzasnąłem. Wszystkie uciekły a ta została.

– Ona ma domieszkę krwi wilka.

– Seriooooo? – Borgil jakby nagle wytrzeźwiał. Popatrzył na psa z uznaniem. – Ale ekstra! A dużo?

– Nie wiem. Trzeba to zbadać. Przydałyby się wilki… – zamyśliłam się. Będę musiała popytać czy w okolicy są jakieś wilki, chciałabym się przekonać jak zareagują na Furię a ona na nich.

– Dobrze – dodałam po chwili wstając. – Jedno i drugie spać! I żadnego wycia. Raz dwa.

Niechętnie, ale posłuchali. Do świtu już nic nie mąciło spokojnego snu.

Miriel, Durgol i Bum wrócili koło południa, ledwo trzymając się na nogach ze zmęczenia. Kategorycznie odmówili jakiejkolwiek relacji i padli spać. Poszłam więc na miasto, obejrzeć je dokładniej i zasięgnąć języka a Borgil z Salazarem udali się do portu leczyć kaca i też zbierać informacje.

Miasto okazało się gwarne i przyjazne. Od mieszkańców dowiedziałam się, że Lagos powstało ze zlepienia kilkunastu okolicznych wiosek i cała ludność chwali sobie rządy Margara i jego ekipy. Nie dość, że zlikwidowali oni opętanego burmistrza i uwolnili mieszkańców od Horrora i jego ożywieńców to jeszcze przyczynili się do rozkwitu miasta i zlikwidowali w nim, prawie całkowicie, przestępczość. Oczywiście pojawiły się też negatywne opinie. Margar nie panuje nad swoimi przyjaciółmi i jak nie ma Kalibana Mogaba i Xarion potrafią nieźle zaszaleć. Orkowie, towarzysze Mogaby, słuchają tylko jego i jak zniknie im z oczu też potrafią wzniecać burdy. Otrzymawszy informację, że najstarsze zabudowania w mieście to właśnie port udałam się na poszukiwanie Borgila i Salazara.

Znalazłam ich w tawernie portowej. Dowiedzieli się, że łącznie zaginęły trzy statki ale wrak jednego z nich został odnaleziony. Niestety na miejscu nie ma nikogo, kto by się znał na statkach powietrznych na tyle, żeby stwierdzić co mu się stało, więc ciała pogrzebali, towar który się uratował zabrali a wrak zostawili. Salazar podsłuchał też rozmowę o jakimś wieśniaku o przezwisku Szrama, który wypłynął na połów na Czarnoksięski Zakręt i słuch po nim zaginął. T’skrangowi udało się dowiedzieć, że tajemniczy zakręt cieszy się złą sławą, chociaż ryb jest tam obfitość. Wskazali mu też miejsce na mapie, gdzie się znajduje. Po porównaniu tego z mapą Borgila okazało się, że Czarnoksięski Zakręt jest w pobliżu wraku statku.

Nie licząc na wiele więcej zebraliśmy się do twierdzy Margara na obiad, gdzie, wreszcie, spotkaliśmy naszych towarzyszy. Przy jedzeniu opowiedzieli nam o swoim znalezisku. W miejscu zawirowań odkryli w skalnym brzegu rzeki, podziurawionym przez jaskinie, metalowy właz. W dziwnym metalu zatopiono jakieś kryształki a do kompletu, w przestrzeni astralnej, umieszczono skomplikowany wzór, który ma być kluczem do otwarcia włazu. Niestety sprytna skrytka działa tak, że jeśli ktoś wciśnie złą kombinację cała jej zawartość zostanie zniszczona, możliwe nawet, że wraz z nieszczęśliwcem, który będzie próbował to zrobić. Nie bardzo wiedząc jak ugryźć sprawę dziwnego włazu Miriel zdecydowała, że trzeba odwiedzić bibliotekę tworzoną przez Kalibana i tam też się udała wraz z Durgolem i Bumem, każąc reszcie zbierać informacje.

Niestety dalsze kręcenie się po mieście nie przyniosło nic nowego, więc w końcu, zniechęceni, dołączyliśmy do reszty w bibliotece. Muszę przyznać, że Kaliban faktycznie zadbał o to, żeby uporządkować zwoje i księgi. Jeszcze zanim krasnolud się pojawił Miriel i Durgolowi udało się znaleźć kilka ciekawych informacji. Wioski, które znajdowały się na tych terenach przed Pogromem były bardzo biedne, mieszkańcy nie byli w stanie ich zabezpieczyć w żaden sposób, nie potrafili zbudować kaeru a therańczycy nie zjawili się z propozycją sprzedania im zabezpieczeń. Część mieszkańców uciekła w panice w kierunku jeziora Ban. Pewnego dnia przybył do jednej z wiosek elficki mag, karzący na siebie mówić Karwel. Powiedział, że pomaga takim Dawcom Imion. Zapewnił, że mieszkańcy nie będą potrzebowali takich nakładów finansowych jakich żądają theranie za rytuały ochrony, że nie trzeba łopat ani cieśli a on pomoże im zabezpieczyć się tak, że „nikt ich nie znajdzie.” Autora notatki nieco zaniepokoiło stwierdzenie, że „nikt” a nie że „Horrory” ale zignorował alarmowy dzwonek w swojej głowie pisząc, że „nie ważne są jego intencje, jest naszą jedyną szansą.”

Pod wieczór pojawił się właściciel biblioteki. Kaliban Białobrody, Zbrojmistrz 8 i Mędrzec 4 Kręgu od razu zyskał moją sympatię. W jego spojrzeniu była serdeczność a i maniery miał bardziej dworskie niż orkowe. Chętnie odpowiedział na nasze pytania, choć nie powiedział nam nic nowego. Potwierdził, że część zapisków została spalona a resztę zna na pamięć i nie znajdziemy w nich już wiedzy, której szukamy. Bum pokazał mu rysunek zabezpieczeń z włazu. Kaliban przyjrzał mu się uważnie. Dzięki jego rozległej wiedzy dowiedzieliśmy się, że takie zabezpieczenia robią elficcy magowie, zwykle bardzo zdesperowani, którzy wolą, żeby to, co ukrywają zostało zniszczone niż dostało się w niepowołane ręce. Tylko twórca zna kod otwierający taką skrytkę i nie ma mowy, żeby ktoś wpadł na rozwiązanie tak po prostu.

Wieczór nadszedł kiedy skończyliśmy rozmowę z krasnoludem, więc postanowiliśmy udać się na kolację, uporządkować naszą wiedzę i ustalić czym i w jakiej kolejności musimy się zająć.

31 Tłumy w dżungli

jungleKorzystając z chwili spokoju w podróży postanowiłam porobić notatki na temat spotkanych wcześniej konstruktów. Jadąc na Śnieżce skupiłam się tylko na tym, dlatego podskoczyłam nerwowo gdy Noir zakrakał mi tuż nad głową informując o krwi i orkach. Przyspieszyliśmy nieco, dość szybko dorównując do robiącego zwiad Borgila. Ork wyszedł na drogę z okolicznych krzaków i oznajmił, że jakieś trzy godziny temu spora grupa Dawców Imion przetrząsała okolicę jakby czegoś szukali. Borgil znalazł też krople krwi oddalające się w głąb dżungli, pokrywające się ze śladem jednego Dawcy Imion, ciągnącego za sobą drugiego. Oczywiście wszyscy uparli się, że trzeba podążyć za tym śladem, ale żeby to zrobić musieliśmy się rozdzielić, nie sposób było iść przez zarośla z końmi. Nie podobał mi się ten pomysł. Zbyt nonszalancko zachowują się w miejscu pełnym konstruktów. Jednak Miriel podjęła decyzję, że trzeba znaleźć uciekającą dwójkę. Borgil, Bum, Furia i Szafir ruszyli więc w dżunglę a reszta została pilnować wierzchowców.

Po niedługim czasie Bum poinformował nas w mowie powietrza, że Furia odkryła zamaskowane siedlisko dwóch orków. A raczej orka i trupa. Choć kilka minut później okazało się, że trup nie jest jednak trupem i panowie postanowili przyprowadzić do nas uciekinierów. Pojawili się kilkanaście minut później. Jeden ork, starszy, szedł o własnych siłach, choć wyglądał na bardzo wycieńczonego, natomiast drugiego, nieprzytomnego, niósł Borgil. Miriel natychmiast zajęła się leczeniem rannych, podczas gdy Borgil referował nam przebieg rozmowy z Bornem, Zwiadowcą czwartego Kręgu. Panowie należeli do nomadów Czarne Strzały, mieszkających na drodze do Ligos. Od razu na wstępie ostrzegli Borgila przed swoimi pobratymcami, którzy dziwnie się zachowują. Born opowiedział, że kilka miesięcy temu do ich plemienia przybył młody ork, Adept Łucznik, niskokręgowy, wyzwał ich wodza na pojedynek i rozbił go w pył. Następnie poprowadził Czarne strzały na sąsiednie obozowisko, Twardorękich, i z ich wodzem zrobił dokładnie to samo. Żeby tego było mało oba plemiona poprowadził do kaeru twierdząc, że jest tam wielka moc. Nasi ranni sprzeciwili się wodzowi i dlatego musieli uciekać przed swoimi braćmi. Spytany o kaer, Born oznajmił, że jest w stanie nam wskazać jego położenie.

– Będę wodzem plemienia! – oznajmił Borgil po zakończonej opowieści.

– Kiedyś na pewno. – rzucił Bum.

– Będę teraz. Wyzwę tego wodza na pojedynek.

– To nie jest dobry pomysł Borgil. – zaprotestowałam.

– Bo…? Uważasz, że go nie pokonam?

– Uważam, że może być naznaczony przez Horrora. Jeśli tak jest to go nie pokonasz. Zginiesz i nic nie osiągniemy.

– No to trzeba to sprawdzić.

– Jak? Nie zbliżymy się do niego na tyle, żeby go obejrzeć. – zamyśliłam się.

– Ty! Born! – zwrócił się Borgil do naszego nowego towarzysza. – A jak oni traktują tam u was posłańców? Może by się podać za wysłanych z Ligos to go sobie wtedy obejrzymy…

– Stare przymierze między Czarnymi Strzałami a Ligos zawierał poprzedni wódz. Nie wiem jak by zareagowali. A nawet jak się tam dostaniecie i się okaże, że wódz jest naznaczony, to reszta plemienia was nie posłucha. Prędzej was zabiją niż uwierzą. Jedynie orkowy Szaman może mieć posłuch w plemieniu.

– Szaman to nie problem. – wtrącił się Bum. – Raven się przebierze, może się przecież narysować i zna magię.

– Dobry pomysł. – poparłam wietrzniaka.

– Więcej nic dla nich nie zrobię. – Miriel odeszła od leżącego orka i podeszła do nas. – Musi odpocząć. Powoli dojdą do siebie. – zwróciła się do Borna. – Daleko jest jeszcze do waszej wioski?

– Ze dwie godziny.

– To ruszmy się stąd. Może uda nam się ją obejrzeć chociaż z zewnątrz.

Ponagleni przez Miriel podjęliśmy przerwany marsz. Borgil, tradycyjnie, zajął miejsce z przodu, wraz z Bumem nad głową, Noir i Furią. Reszta drużyny poruszała się dużo wolniej za nimi. Faktycznie nie minęły dwie godziny, kiedy pojawił się Noir.

– Wioska! Pusta! – zakrakał.

– Borgil znalazł wioskę? – dopytałam.

– Tak.

– Był w niej?

– Nie.

– To skąd wiesz, że jest pusta?

Chwila przedłużającej się ciszy sprawiła, że przyjrzałam się Noir dokładniej.

– Bo jestem kruk zwiadowca. – zakrakał wreszcie i poleciał w kierunku Borgila.

Popędziliśmy konie. Borgila znaleźliśmy kilkaset metrów dalej, stojącego na rozwidleniu dróg. Po lewej stronie dostrzegliśmy ścieżkę prowadzącą gdzieś w dżunglę, zapewne do wspomnianej wioski. Borgil zrobił zwiad i potwierdził wcześniejsze słowa Noir, że wioska jest pusta.

– Co nie oznacza, że nie mają patroli. – podsumowała Miriel. – Nie możemy tak tutaj stać.

– Znajdźmy jakieś w miarę bezpieczne miejsce, żebyśmy my widzieli ich a oni nas nie. – zaproponował Salazar.

– O stary! To pod wodą! – zgasił go Borgil.

Elfce udało się jednak okiełznać drużynę i wreszcie osiedliśmy w pewnym oddaleniu od ścieżki, rozkładając na noc obóz z dala od miejsc patrolowych, które wskazał nam Born. Gdy już usiedliśmy spokojnie a warty zostały rozdysponowane zwróciłam się z prośbą do Borgila.

– Borgil, mów do mnie po orkowemu.

– Co mam mówić?

– Cokolwiek. Po prostu gadaj.

Borgil wzruszył ramionami i zaczął mówić. Skupiłam się na nowym, nieznanym, języku. Powoli zaczęłam rozróżniać słowa, zdania. W końcu odezwałam się płynnym orczym.

– Dziękuję. Już wystarczy.

Borgil patrzył na mnie przez chwilę zdumiony.

– To ci przejdzie, czy już tak zostanie?

– Zostanie. Nauczyłam się właśnie orkowego i już będę rozumiała twój język.

– Ale ty jesteś mądra…

– Tylko się nie zakochaj.

-Wszystko cudnie się układa. – usłyszałam nad głową zadowolony głos Buma.

– Co się układa? – spytałam zaciekawiona.

– Nic. Nic.

Szeroki uśmiech wietrzniaka wyraźnie jednak świadczył, że jego mózg pracuje na przyspieszonych obrotach i nieco się obawiałam co on znowu knuje.

Pierwsza warta, Miriel i Salazara, została zaniepokojona patrolem orkowym. Orkowie przyszli w pobliże, posiedzieli chwilę i ruszyli w drogę powrotną. Miriel poprosiła Noir, żeby ich śledził a kiedy kruk wrócił odebrała od niego raport i zakazała mówić Raven o nocnym zwiadzie. Kiedy nadszedł czas drugiej warty obudzili Buma i Durgola, przekazali informację o zwiadzie i poszli spać. Ale kiedy orkowie pojawili się po raz kolejny Bum budzi Borgila, pokazuje mu patrol i proponuje żeby go śledził. Patrol się jednak orientuje, że coś jest nie tak, więc Bum każe Durgolowi budzić wszystkich a sam leci pomóc Borgilowi odciągnąć uwagę patrolu od obozu.

Zostałam obudzona dość gwałtownie w środku nocy. Durgol powiedział o patrolu orkowym, który prawie odkrył nasz obóz. Szczęściem działania Borgila i Buma sprawiły, że orkowie uciekli nie sprawdzając, co ich zaniepokoiło. Na wszelki wypadek gdyby mieli wrócić postanowiliśmy zmienić miejsce obozowania. Za zgodą Miriel Bum został obserwować wioskę, na wypadek, gdyby orkowie wrócili.

Rankiem przyleciał zawiedziony Bum i oznajmił, że nic się nie działo. Kolejna burzliwa dyskusja do niczego nas nie doprowadziła. W tej podróży przez dżunglę mamy same niewiadome i masę pytań. Postanowiliśmy dozbroić naszych uciekinierów i wysłać ich do Ligos zaś sami chcieliśmy zbadać okolice wioski i spróbować dostać się do kaeru, a przynajmniej w jego pobliże. Przy okazji okazało się, że Born jest w posiadaniu niezwykłej trollowej szabli, pochodzącej z Gór Grzmotu. Stal, z której ją wykonano została wzmocniona żywiołem ziemi, nie rdzewieje i nie trzeba jej ostrzyć. Dodatkowo szabla jest niezwykle ciężka i trwała, dzięki czemu można jej używać jako łamacza broni. Durgol zaproponował, żeby Born oddał ją Borgilowi w ramach podziękowania za uratowanie życia, co ork przyjął z dużym entuzjazmem, bo sam nie miał pomysłu jak mógłby się odwdzięczyć. W ramach wymiany panowie dostali zaś łuki i sztylety, żeby mogli się bronić jakby ich coś napadło w drodze. Wreszcie rozstaliśmy się. Orkowie zniknęli między drzewami a my ruszyliśmy w kierunku domniemanego umiejscowienia kaeru.

Jadąc powoli na Śnieżce dostrzegłam niezwykłą rzecz. Bum podleciał do jedzącej resztki śniadania Hator i ją pogłaskał! W dodatku mój mały zabójca kompletnie na to nie zareagował. Co się dzieje z tym kotem? Zaniepokoiłam się. Noir za śliwki da się przekupić każdemu a zabójczy krojen pozwala się głaskać przy jedzeniu i nawet nie warknie. Władca Zwierząt traci kontrolę nad swoimi podopiecznymi. Równie to frustrujące jak i niebezpieczne. To jakby wietrzniak stracił zdolność lotu… Nie mogłam na to pozwolić. Zbyt wiele kosztuje mnie nawiązywanie więzi ze zwierzętami, żeby tak zwyczajnie ją zaprzepaścić. Przywołałam Noir i Szafir na ramię a Hator do Śnieżki. Kiedy Bum podleciał i wyciągnął w stronę kotki kawałek mięsa rzuciłam tylko krótkie „Nie!”. Hator zawahała się i to wahanie kotki upewniło mnie w decyzji, że muszę lepiej panować nad swoimi zwierzętami. Wyczuła chyba moje zdecydowanie, bo odwróciła łeb i ruszyła grzecznie truchtem przy Śnieżce. Pochwaliłam ją i podrzuciłam kawałek mięsiwa. Czas przywrócić równowagę między zwierzętami a ich opiekunem. Dobrze, że chociaż z Łuską nikt się nie próbuje zaprzyjaźnić, to zdecydowanie mogłoby się skończyć śmiercią.

Bum parsknął niezadowolony i poleciał do przodu jakby go coś goniło. Nie rozumiałam dlaczego się tak ofukał ale skupiona na zwierzakach szybko wyrzuciłam ten incydent z myśli. Jak się później okazało niesłusznie.

Mniej więcej w połowie dnia Bum podleciał do Miriel i oznajmił, że dostrzegł z góry dziwną warownię stworzoną przez orków. Obóz wygląda na doskonale obwarowany, jakby krasnoludzki inżynier powiedział orkom co mają budować i w jaki sposób. Mieszkańcy są bardzo czujni i dobrze uzbrojeni. Dodatkowo po okolicy chodzą uzbrojone patrole. Długo dyskutowaliśmy co w tej sytuacji powinniśmy zrobić.

– Słuchajcie. – wtrąciłam się w pewnej chwili do rozmowy bo coś mi przyszło do głowy kiedy słuchałam ich dywagacji nad porwaniem patrolu i przeniknięciem do środka warowni. – Gdybym wiedziała jakimi ścieżkami chodzą patrole mogłabym wykorzystać Hator żeby ich podsłuchać.

– Czy to nie jest dla niej niebezpieczne? – spytała Miriel.

– To jest dżungla, naturalne środowisko krojenów. Każdy mieszkaniec dżungli je kojarzy i wie, że chodzą stadami, dlatego nikt ich nie atakuje.

– No dobrze. To tak zróbmy, może uda się coś usłyszeć. – zgodziła się Miriel.

– Bum. – zwróciłam się do wietrzniaka. – Powiedz gdzie dokładnie przechodzi najbliższy patrol.

– Ktoś coś mówił? – zignorował mnie wietrzniak.

Westchnęłam poirytowana.

– Miriel, czy możesz spytać Buma, gdzie jest patrol? – zwróciłam się do elfki.

Dopiero kiedy ona zadała pytanie wietrzniak łaskawie udzielił odpowiedzi. Naprawdę nie mam cierpliwości do Dawców Imion.

Zwiad przyniósł kolejne pytania. Dwa zdania mnie zaciekawiły. Wypowiedziane z troską „Ciekawe, czy oni jeszcze żyją” oraz „Czy słyszałeś, kiedy padnie rozkaz szturmu?” Po tych rewelacjach uznaliśmy, że jednak trzeba iść najpierw do Ligos i zebrać więcej informacji na temat okolicy. Nawet jeśli niczego się nie dowiemy nie będziemy żałować, że nie próbowaliśmy.

Zostawiliśmy za sobą warownię i ruszyliśmy już prostą drogą do miasta. Bum postanowił znowu wyprowadzić z równowagi tak mnie, jak i Hator, idąc krok w krok za kocicą i nawet machając tym swoim smoczym ogonem w sposób naśladujący ruchy ogona krojena.

– Bum, igrasz z krojenem. – ostrzegłam. – To się źle skończy…

Wietrzniak zignorował mnie totalnie a Hator zaczęła się nerwowo oglądać za siebie, nie rozumiejąc co się dzieje. Widząc, że nie trafię do Buma w żaden sensowny sposób kazałam kotce wskoczyć na łęk siodła.

– Możecie się uspokoić?! – krzyknęła w naszą stronę Miriel.

– Ale ja nic nie… – zaczęłam.

– Nie obchodzi mnie kto jest winny! Macie się natychmiast uspokoić.

– Aha… – mruknęłam tylko darowując sobie dalsze próby wytłumaczenia szefowej zaistniałej sytuacji.

Wycofałam się nieco na tył drużyny i zagłębiłam we własnych myślach. Szkoda mi było energii na kompletnie niezrozumiałą przeze mnie sytuację. Swoją drogą elfy mają ciekawe podejście do konfliktów i ich rozwiązywania. Krzyczą po równo na wszystkich niezależnie od tego, kto zawinił. Ciekawe, czy to się sprawdza u elfów. W mojej rodzinnej wsi zawsze Starszy dociekał do źródła danego konfliktu, próbował zrozumieć obie strony i załagodzić spór. Może dlatego ludzie i t’skrangi tak dobrze się dogadują a elfy siedzą zamknięte w swojej Puszczy. Przeciętnemu Dawcy Imion ciężko zrozumieć ich pokrętną filozofię.

Niestety licząc na spokojną noc, chociaż jedną w tym miejscu, znów się przeliczyliśmy. Najpierw wzbudził naszą czujność głuchy pogłos, jakby przewróciło się potężne drzewo, nieco później daleki tętent kazał się domyślać przebieżki dajrów przez dżunglę ale następujący po nim odgłos wybuchu, przypominający działo ogniste albo wybuch żywiołu zdecydowanie poderwał nas na nogi i zaniepokoił.

Bum poleciał na zwiad. Wrócił błyskawicznie, łapiąc nas już na wierzchowcach w drodze na miejsce hałasu i oznajmił, że ktoś morduje dajry. Grupa niskich orków rzuca włóczniami w konstrukty a jakaś malutka postać miota kulami ognia. Borgil rzucił, że chyba wie kto to i trzeba im pomóc. Ponoć miało to nam zapewnić przychylność władcy Ligos, niejakiego Margara, który okazał się być znajomym Borgila. Ork, niewiele myśląc, złapał Miriel, przerzucił ją do siebie na siodło i pognał w stronę, widocznego już, ognia. Chwyciłam wodze Grandy, na której został spanikowany tym faktem Durgol, i pognałam konia za Kawalerzystą, prosto w korytarz wydeptany przez dajry, teraz płonący niemal na całej długości.

Widziałam jak Miriel rzuca kryształowe pociski w nadbiegającego dajra, ale nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Bum cisnął włócznią, trafiając konstrukt w nogę, co spowodowało jego upadek. Niestety znalazł się na kolizyjnym z Borgilem i przez chwilę miałam wrażenie, że pędząca masa zmiecie Borgila i Miriel, ale Kawalerzysta zręcznie wymanewrował wierzchowca, w ostatniej chwili uskakując w bok i cudem utrzymując przed sobą elfkę. Nie zrażony dajr podniósł się, odwrócił i zaszarżował na orka. Zatrzymałam Śnieżkę, wyciągnęłam rękę i krzyknęłam „Stój!” Zwierzę zamarło. Wryło się nogami w ziemię. Ten moment wykorzystał Salazar, jednym, precyzyjnym cięciem pozbawiając dajra kilku par szypułkowych oczu.

Gdzieś za plecami usłyszałam tętent kopyt. Ktoś krzyknął „Ja chcieć świnia!” Dobiegło mnie chrumkanie i przerażone kwiczenie. Spomiędzy drzew wynurzyła się najdziwniejsza postać jaką do tej pory miałam okazję widzieć. Czarnoskóry człowiek, wzrostu niewiele ponad metr, o skórze pokrytej tatuażami, poobwieszany paciorkami i śmierdzący tak intensywnie, że od razu miałam ochotę kichnąć. Za sobą ciągnął na sznurku trzy świnie. Przerażone świnie.

Przed oczami śmignęła mi włócznia. Bum trafił prosto w kręgosłup dajra. Zwierzę zawyło i zwaliło się na ziemię uwalniając trujący gaz, który błyskawicznie zaczął się zajmować ogniem. Ogromne cielsko płonęło paląc się smrodliwym dymem.

Odetchnęliśmy z ulgą.

Dziwaczny człowieczek okazał się być znany Borgilowi. Przedstawił się jako Mogaba, Szaman ósmego kręgu i wykazał całkiem niezłymi manierami, całując Miriel po rękach. Chciał nawet poczęstować Hator świnką wyjaśniając, że ma taki fajny przedmiot, który jak powie „Ja chcieć świnia!” to daje mu świnia i to sztuk trzy. W międzyczasie udało mu się wyjaśnić nam, że Margar go wysłał bić dajry i koniecznie musimy się do szanownego władcy Ligos udać a on chętnie zaprowadzi. Miałam tylko nadzieję, że będziemy szli z wiatrem, inaczej podążanie za naszym nowym przewodnikiem będzie bardzo ciężkie…

Bumowi udało się jeszcze namówić, podstępem, Mogabę żeby sprowadził deszcz, który zaczął gasić dżunglę i byliśmy gotowi wreszcie dotrzeć do sławnego Ligos. Może chociaż tam będzie nieco spokojniej niż w tej strasznie zatłoczonej dżungli.

Gaston i zapomniany Zamek, czyli moja, bardzo subiektywna, recenzja Pięknej i Bestii

PiBPremiera nowej Pięknej i Bestii już dawno za mną ale wciąż nie mogłam się zebrać do napisania recenzji. Oczywiście pobiegłam do kina, bo taki film trzeba zdecydowanie obejrzeć po raz pierwszy na dużym ekranie. Ale żeby napisać recenzję musiałam obejrzeć go drugi raz. I trzeci. I chyba, wreszcie, jestem pewna swojej opinii o tej produkcji 😉

Animowana wersja Disneya trafiła w moje łapki na kasecie VHS, kiedy byłam jeszcze dzieciakiem, prosto z Kanady, w oryginale. Znam ją w tej wersji na pamięć, oglądam wciąż od nowa i niezmiennie uwielbiam. Kilka lat temu zakupiłam wreszcie DVD, które zawierało jeszcze dodatkową piosenkę „Human again” <klik> łączącą poznawanie się naszej pary z końcową kolacją oraz wyjaśniającą jakim cudem stary, zakurzony zamek, nagle błyszczy czystością. Nie trudno się więc domyślić, że kiedy pojawiły się pierwsze plotki, że Disney chce zrobić film pełnometrażowy czułam ogromną ekscytację. Przynajmniej do momentu kiedy zobaczyłam odtwórczynię głównej roli… Przyznam, że to właśnie przez Emmę musiałam obejrzeć ten film kilka razy zanim zdecydowałam się wyrazić o nim swoją opinię.

Zacznę od tego, że sam film jest rewelacyjny. To wspaniałe widowisko, które obowiązkowo musi zobaczyć każdy fan tej historii i na pewno wyjdzie zadowolony. Ja film pokochałam i zdecydowanie trafi do mojej biblioteczki na DVD jak tylko się ukaże. Kto się nie boi spojlerów niech czyta dalej.

Pierwszy, duży plus, daję filmowej produkcji za poprawienie scenariusza. Już pierwsza scena jest przerobiona tak, żeby wyjaśnić jak doszło do rzucenia klątwy, czemu w środku lata zamkowe ogrody okrywa śnieg i dlaczego zamek zniknął z pamięci okolicznych mieszkańców, którzy przed tym wydarzeniem byli stałymi jego bywalcami. Ładnie też, w końcowych scenach, ukazano powracające wspomnienia, przez co cała historia była spójna.

Kolejny plus to muzyka <klik>. Jako maniaczka oryginału dokładnie wychwytywałam momenty z animowanej wersji i zauważałam te nowe, które idealnie pasują do starej ścieżki dźwiękowej. Autorem muzyki jest wspaniały Alan Menken, więc efekt końcowy jest oczywisty 😉

Stroje! Jak cudownie pokazano strojami klimat Francji! W animacji nie odczuwałam tego, że cała historia jest osadzona we Francji a tutaj już pierwsza scena z cudowną charakteryzacją na francuskie stroje barokowe i człowiek od razu wie, gdzie jest. Miodzio.

stroje

Największym plusem, i jednocześnie minusem, tego filmu jest Gaston (w tej roli rewelacyjny Luke Evans). Już się pewnie domyślacie skąd wziął się tytuł tego wpisu. Gaston zgarnął cały show dla siebie. Ta postać jest tak charyzmatyczna i tak dobrze zagrana, że po kilku godzinach od obejrzenia filmu przed oczami miałam tylko tą postać. Chylę czoła przed Evansem i tak, jak w animacji nie znosiłam gościa, tak w filmie jestem nim zachwycona. Tak, jest zły, próżny i bezwzględny, ale też ma urok, potrafi czarować a momentami nawet wydaje się bardzo niepewny siebie. Można w tym gościu dostrzec smutek, maskowany przez jego arogancję.

Role drugoplanowe też są wspaniałe. LeFou, Cogsworth, Lumiere… Świetnie zagrane / zanimowane. Każda postać budzi uczucia a to wielkie osiągnięcie tego filmu.

Bestia. Fantastycznie zrobiona postać o świetnej mimice. Jego charakter jest nieco inny niż w animacji. Od początku wydaje się tutaj bardziej zgorzkniały, złośliwy. I świetnie to do niego pasuje. Podobała mi się ta postać bardzo.

No dobrze, nasłodziłam się strasznie, więc czas na minusy.

Największym minusem filmu jest, tak jak przypuszczałam, Emma Watson. Ta rola jest tak płaska, pozbawiona emocji i tak bardzo nijaka jakby złapano pierwszą lepszą kobietę z tłumu ludzi na ulicy i powiedziano jej „Graj!” Nie ma mimiki twarzy, nie ma wzruszeń, nie ma złości, nie ma smutku, nie ma niczego. Jest, po prostu, klepanie roli. Nie wiem jakimi kryteriami kierował się reżyser, czy był jakiś casting czy, zwyczajnie, miał swoją wizję odtwórczyni głównej roli ale Emma to był bardzo zły wybór. Jeśli animowane przedmioty „grają” lepiej niż główna aktorka to coś jest mocno nie tak.

Z tego braku gry Emmy wynika także odczucie spłycenia relacji między nią i jej ojcem, które było świetnie widoczne w animacji a tutaj jakoś się rozmyło.

Podsumowując. Polecam film bo jest to fantastyczne widowisko. Można tą nieszczęsną Bellę przecierpieć – cała reszta obsady nadrabia za nią i sprawia, że po wyjściu z kina chce się wrócić i obejrzeć film jeszcze raz.

róża

30 Na ratunek Smoczycy – ku Ligos

Minęło południe gdy drużyna była w stanie zebrać się i w miarę jasno myśleć. Przed imprezą udało się Miriel i Durgolowi dowiedzieć, że dawne Lagos to obecne Ligos nad rzeką Lagos. Osada szybko się rozwija a dominującą rasą w niej są orkowie, którzy niegdyś stoczyli tam walkę z Horrorem i jego konstruktami. Dodatkowo udało im się ustalić, że eliksir, którego szukamy, wzmacnia siły witalne, ale także ma duże skutki uboczne. Ponoć mag, który go stworzył użył do niego dziwnych składników spoza Barsawii. Ze swojej wycieczki wrócił bardzo odmieniony i błyskawicznie narobił sobie wrogów. Ukrył artefakty i słuch o nim zaginął.

Zdecydowaliśmy, że trzeba jeszcze popytać o samo miasteczko, więc Borgil i Salazar poszli dowiedzieć się czegoś o Ligos.

Plotek udało im się zdobyć całkiem dużo. Usłyszeli o dwóch katastrofach statków powietrznych, które zbliżały się do miasteczka, o znikających osadach orkowych nomadów, o znalezionym w pobliskich górach orichalku a nawet o atakujących podróżnych orkach, małpach, jehuthrach i innych niebezpiecznych istotach. Nie odnaleziono jednak żadnego kaeru w okolicy, co było nieco niepokojące zważywszy na fakt, że jeśli gdzieś mieliśmy znaleźć jakieś artefakty to właśnie w kaerze.

Salazar znalazł statek, którym mogliśmy się zabrać, więc niezwłocznie wyruszyliśmy do Ligos. Podróż w okolice miasteczka trwała trzy dni. Zajęłam się szkoleniem zwierzaków, zwłaszcza małej Furii, najwyższy czas, żeby zaczęła opanowywać podstawowe komendy.

Podróż mijała spokojnie i leniwie. Panowie nieco pomagali przy obsłudze statku zaś ja i Miriel odpoczywałyśmy. Zbyt wiele się ostatnio działo, żeby na siłę szukać sobie zajęcia. Miałam przeczucie, że wkrótce znów będziemy mieli pełne ręce roboty.

Trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiej wioski rybackiej. Dalej trzeba było iść piechotą przez dżunglę lub przesiąść się do malutkich łodzi, do których zdecydowanie byśmy się nie zmieścili. Borgil postanowił nieco podrążyć temat katastrof statków i znikających wiosek, i zanim się obejrzeliśmy załatwił nam robotę. Okazało się bowiem, że kupcy z Ligos, których statki nie dotarły do miasta, poszukiwali najemników żeby je odnaleźli. Niestety grupa, która przyszła skuszona łatwym zarobkiem chciała zbyt wygórowaną cenę za swoje usługi, więc Borgil ochoczo oznajmił, że zrobimy to za połowę tej ceny… Dobrze, że chociaż nie za darmo. Ustalił także, że dwie osady nomadów, które zniknęły bez śladu, to Czarne Strzały obozujące między lasem a Ligos, jakiś dzień drogi od miasteczka oraz Twardoręcy, których siedziby znajdowały się pomiędzy wzgórzami a lasem, trzy dni drogi od miasta.

Bogatsi o wiedzę i zlecenie na pracę wybraliśmy drogę traktem przez dżunglę. Nie minęła godzina gdy opuściliśmy savannę zagłębiając się pod baldachim drzew barwnej dżungli. Znów poczułam się jak w domu a i zwierzęta wyraźnie się ożywiły. Nawet Furia biegała radośnie pomiędzy mną a Borgilem, węsząc, nasłuchując i przysiadając co chwilę, zaaferowana nowymi zapachami i odgłosami. Borgil wysforował się naprzód wraz z Noir a Salazar latał na lianach w okolicy szlaku.

Po kilku kwadransach podleciał do mnie Noir i oznajmił:

– Raven chodź. Borgil znalazł fuj!

– Co znalazł? – spytałam wskakując na Śnieżkę żeby było szybciej.

– Fuj!

– Bardzo dokładny opis znaleziska. – mruknęłam.

Ruszyłam za Noir. Kilkadziesiąt metrów dalej kruk skręcił między drzewa. Zeskoczyłam z klaczy i weszłam za nim. Borgil stał pod drzewem przyglądając się czemuś na pniu a Furia niuchała wokoło powarkując od czasu do czasu.

– Co to jest fuj? – spytałam przyglądając się okolicy.

– A o! Jakaś maź tam. – wskazał palcem koronę drzewa. – Furia wyczuła. – dodał z dumą.

Nie trudno było tego nie wyczuć, bo dziwny zapach żywicy zmieszanej z odchodami i swądem rozkładającego się ciała wisiał w powietrzu drażniąc nozdrza. Przyjrzałam się wskazanemu przez Borgila miejscu. Bez trudu dostrzegłam dziwną substancję oblepiającą gruby konar. Od razu nasuwało mi się skojarzenie z kokonem. Pobieżna analiza uświadomiła mi, że to faktycznie miało coś wspólnego z kokonem, w środku dojrzewał konstrukt horrora. Na moje oko jakieś pięć, może sześć dni temu stworzenie się wykluło. Postanowiliśmy zostawić znalezisko w spokoju i iść dalej, zwiększając ostrożność. Zwłaszcza, że Miriel obejrzała przestrzeń astralną i nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Wszystkie żywioły kłębiły się w jednym miejscu, jakby ktoś próbował nimi coś zakryć. Źródłem tej magii wydawała się rzeka.

Ruszyliśmy dalej starając się zachowywać cicho. Po mniej więcej godzinie drogi Furia znów coś wyczuła. Gdy dołączyliśmy do Borgila i Buma zastaliśmy ich gapiących się na potężny kokon. Wewnątrz dostrzegliśmy pęcherze powietrza i coś się poruszyło.

– Nie dotykajcie tego przypadkiem. – ostrzegłam widząc zaciekawienie w oczach wietrzniaka.

Nie zbliżając się do kokonu spróbowałam wejrzeć głębiej. To, co odkryłam nie spodobało mi się. Wewnątrz znajdował się dajr. Ale nie zwykłe, łagodne zwierzę tylko dziwnie zmodyfikowana istota. Wielkie zęby, powyginane dziwacznie rogi, wypustki plujące trującym gazem.

– Kreator. – szepnęłam zafascynowana budową istoty.

– Co tam mruczysz pod nosem? – odezwał się Borgil, najwyraźniej zniecierpliwiony bezczynnością.

– Kreator. – powtórzyłam głośniej. – To taki Horror, który przekształca istoty w konstrukty. Zmienia materię ożywioną. Ciekawy okaz. Ma dużo interesujących umiejętności. No i żywi się magią, na przykład taką emitowaną przez artefakty.

– Czyli jednak ta fiolka może gdzieś tutaj być. – wtrąciła Miriel. – Albo przyciągnęła go ta dziwna kopuła z żywiołów.

– Zakładam, że wkrótce się dowiemy. – rozejrzałam się czujnie. – Na moje oko powinniśmy sobie stąd pójść bo to coś może się wykluć lada chwila.

– Zabijmy to! – zaprotestował Borgil. – Lepiej nie zostawiać za plecami.

– A jak chcesz to zabić? – dopytałam zaciekawiona.

– Ogniem? – zaproponował Bum.

– Mamy jedną szansę. – uświadomiłam im. – To jest gotowe do wyjścia. Jeśli atak się nie uda uwolni się a wtedy wszyscy zginiemy w chmurze trującego gazu. Jeszcze, nie daj Pasje, niech się ten gaz zapali to już w ogóle będzie masakra.

– Ja bym spróbował. – wtrącił Salazar. – Może się uda. Sama mówisz, że to konstrukt, nie można pozwolić żeby coś takiego latało po dżungli.

– Owszem, nie można. – zgodziłam się. – Dlatego trzeba znaleźć jego twórcę i go zabić. Wtedy nie będzie latało.

Zapadła krępująca cisza. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że drużyna patrzy na mnie jak na szaleńca.

– Słyszycie to? – przerwała ciszę Miriel.

Przez chwilę nasłuchiwaliśmy. W oddali niósł się, cichy jeszcze, tętent czegoś dużego. Zbliżał się.

– Wycofujemy się. – zaordynowałam i ruszyłam na szlak. – To pewnie jego kumple.

Szybko wyszliśmy na szlak i ruszyliśmy w odwrotną stronę niż narastający hałas. W pewnej chwili coś przyszło mi do głowy.

– Schowajcie się w dżungli. W gęstwinie. Zaraz do Was dołączę. – rzuciłam.

– Nie ma mowy! – zaoponowała Miriel.

– Nic mi nie będzie. Chcę coś sprawdzić. Nie zobaczą mnie.

– Pójdę z nią. – dodał Salazar.

– Ja spadam. – wtrącił się Durgol. – Jak chce się zabijać niech robi to sama.

– Idźcie. – ponagliłam, i ruszyłam z powrotem w kierunku zbliżających się zwierząt czując za plecami Salazara.

Upewniłam się, że drużyna zniknęła w dżungli, zidentyfikowałam miejsce, w którym znaleźliśmy kokon, znalazłam kamyk i utkałam zaklęcie. Otoczyła mnie aksamitna kula ciemności. Zamachnęłam się i posłałam ją, wraz z kamieniem na który ją rzuciłam, daleko przed siebie na drogę.

– Chowamy się. – popchnęłam Salazara w krzaki, skąd obserwowaliśmy otoczenie.

Po kilku minutach na trakcie pojawiło się stado dajrów podobnych do tego z kokonu. Zwierzęta wyraźnie miały przewodnika stada, więc zachowały chociaż tą cechę. Przewodnik zatrzymał się gwałtownie na widok kuli ciemności. Fukając i węsząc zbliżył się do niej. Obwąchał podejrzliwie po czym rozejrzał się po okolicy. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. Potrząsnął łbem, prychnął i otoczyła go chmura gazu. Na nasze szczęście wiatr wiał w inną stronę. Gdyby nas dosięgnęła mogłoby być nieciekawie.

Po zatruciu okolicy przewodnik porzucił dalsze zainteresowanie kulą i ruszył między drzewa. Nie minęło wiele czasu gdy stado znów wyszło na trakt, powiększone o kolejnego osobnika, po czym wróciło tam, skąd przyszło.

– Ech… – westchnęłam. – Czyli ciemnością się nie ukryjemy a każdą podejrzaną rzecz będą traktować gazem niezależnie czy się rusza czy nie. Wracajmy do reszty.

Ustaliliśmy, że przenocujemy w dżungli. Bum odkrył z góry miejsca stratowane przez dajry, ich ścieżki patrolowe. Ukryliśmy się więc niedaleko takiej ścieżki, wystawiliśmy warty i część położyła się spać.

Wartowałam z Salazarem. Postanowiłam obejść obóz żeby się upewnić, że nie weszliśmy na teren jakiegoś zwierzęcia. Powiedziałam Salazarowi, żeby miał się na baczności bo idę na zwiad i ruszyłam w dżunglę.

Nie odeszłam daleko gdy je dostrzegłam. Znajome ślady w miękkim poszyciu. Krojeny. Kątem oka zarejestrowałam ruch. Czarny kształt przesuwał się pomiędzy krzakami. Bez trudu rozpoznałam Hator, która bez wahania podążała za tropem. Ruszyłam za kotką w pewnym oddaleniu. Nie wiem jak daleko odeszłyśmy zanim je wyczułam a później zobaczyłam. Kilka pięknych krojenów dość nieufnie przyjęło moją towarzyszkę. Widziałam jak dominujący samiec zbliża się do niej z pochylonym łbem. Chyba jednak czar Hator zadziałał bo spotkanie przyjęło obrót, którego się spodziewałam od samego początku…

Wróciłyśmy do obozu razem. Dużo, dużo później. Uśmiechałam się z zadowoleniem. Kto wie, może niedługo będę mamą kilku małych krojenków.

– Gdzieś ty była?! – wyrwał mnie z zamyślenia głos Salazara.

– Mówiłam ci, robiłam zwiad.

– Tyle czasu?! Sama w dżungli pełnej konstruktów?!

– Nie sama. Z Hator. – pogładziłam futerko mojej, wyraźnie zadowolonej, kotki.

– Ale… A zresztą… – Salazar machnął ręką zrezygnowany. – Wszystko w porządku? – spytał jeszcze.

– W jak najlepszym.

Rankiem obudził nas Bum, dość gwałtownie. Przez stratowany pas dżungli szły dajry. Poczekaliśmy aż przejdą, niemalże wstrzymując oddech i zaczęliśmy zbierać obóz. Czas naglił. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do miasteczka.

29 Dom Trzcin

Na statku Borgil poclago_di_corbara_1hwalił nam się swoim nowym nabytkiem, małą, puchatą, słodką psią kuleczką, którą nazwał Furia. Ciekawa jestem jaki będzie efekt wychowania tego słodziaka przez orka. Na wszelki wypadek postanowiłam się z psiakiem nieco pobawić i zaprzyjaźnić, w razie problemów wychowawczych będę mogła interweniować, wolałabym żeby psina nie upodobniła się do swojego nowego właściciela z charakteru, dość już raptusów w drużynie.

Minęliśmy już większość dżungli Serwos, gdy Salazar odszukał nas na pokładzie i poinformował, że według niego statek za bardzo skręca w kierunku Domu K’tenshin. Natychmiast nabrałam złych podejrzeń.

– Ciekawe dlaczego odbijamy w kierunku K’tenshin. – odezwałam się głośno odwracając się w stronę Buma, który już, cichaczem, próbował zniknąć nam z oczu. – Bum?

– Taaaaaaak? – wietrzniak wyglądał na zmieszanego.

– Czemu lecimy do K’tenshin?

– A… No bo wiesz… Czasem są te… no… prądy takie różne i trzeba troszkę zboczyć z kursu.

– Prądy prądami a my odbijamy zdecydowanie za bardzo, według Salazara, więc lepiej nam to wyjaśnij.

– Oj… – Bum zaczął się wiercić nerwowo. – No bo Auryk powiedział, że jak on już tę flotę zebrał i jej obiecał wyprawę wojenną to się tak zupełnie bez wojny obejść nie może…

– Czy ty sugerujesz, że oni chcą ostrzelać Dom K’tenshin?!

– Ale obiecał, że nie będzie ofiar w niewinnych Dawcach Imion! – zapewnił błyskawicznie wietrzniak. – A tam przecież wstrętni Theranie mieszkają.

– Nie tylko Theranie, na Pasje! I jak on, niby, chce odróżnić, z góry, dobrego Dawcę Imion od złego?

– Nie wiem, ale chyba umie, nie? Obiecał przecież.

– Trzeba ich powstrzymać. – wtrąciła się Miriel. – Idę do Auryka! – podniosła się gwałtownie i ruszyła na poszukiwania dowódcy.

Bojąc się wyniku tej rozmowy wszyscy poszliśmy za Miriel.

Auryka znaleźliśmy na dziobie. Humor wyraźnie mu dopisywał, troll był uśmiechnięty od ucha do ucha i nawet podśpiewywał coś pod nosem. Już samo to, że uśmiechnął się do Miriel, kiedy się do niego odezwała, świadczyło o tym, że liczy na solidną bitwę. Zapytany wprost, radośnie oznajmił, że tak, zamierzają napaść na Dom K’tenshin, i żadne argumenty że są tam niewinni Dawcy Imion nie trafiały do Powietrznego Łupieżcy. W pierwszej chwili, podobnie jak reszta drużyny, próbowałam przemówić mu do rozsądku. A później wpadłam na inny pomysł.

– Obiecałeś Bumowi, że nie zginą niewinni. – odezwałam się. – Jak chcesz ich odróżnić od therańczyków? No chyba, że… – zawiesiłam głos upewniając się, że uwaga trolla skupi się na moich słowach. – Zaatakujesz obiekt militarny a nie mieszkalny.

Złapałam naganne spojrzenie Miriel, ale nie zamierzałam zrezygnować z pomysłu, który przyszedł mi do głowy.

– Byłaś w K’tenshin? Znasz to miasto? – Auryk przyjrzał mi się uważnie i z zaciekawieniem.

– Nie, ale znam je z opowieści. Jedynym otwartym obiektem wojskowym, gdzie nie powinno być cywilnych Dawców Imion jest k’tenshińska Szkoła Wojny. Szkolą się tam najlepsi Adepci i wojownicy.

– Wiem gdzie to jest! – wtrącił się Bum. – Narysuję wam mapę.

– Hm… – troll zastanowił się chwilę. – Warto to rozważyć.

– Ostrzelanie miasta przyniesie wam więcej szkody niż pożytku. – kontynuowałam. – Natomiast jeśli zaatakujecie samą szkołę możesz liczyć na walkę z najlepszymi żołnierzami Domu K’tenshin. Taka bitwa przyniesie wam honor, w odróżnieniu od mordowania kobiet i dzieci.

– Masz rację! – ucieszył się Auryk. – W takim razie robimy abordaż!

– Wspaniale. – potaknęłam. – A możesz nas tutaj wysadzić?

Spojrzał na mnie zdezorientowany, po czym zwrócił się do Buma.

– No jak to? Bum Złotoskrzydły nie stanie z nami do tak wspaniałej bitwy?

– Wiesz Auryk, ja to bym chciał, ale obiecałem, że dowiozę ich bezpiecznie do V’strimon a beze mnie to oni sobie nie poradzą.

Troll pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Dobrze, to dam wam swój najmniejszy drakkar, z minimalną załogą, który was zawiezie do Domu V’strimon.

– A będę mógł nim dowodzić? – oczy Buma rozbłysły. – Tylko chwilkę.

– Niech będzie. – zgodził się Auryk.

Tak trafiliśmy na mały drakkar, żegnając się z trollami życzeniami wspaniałej bitwy.

Pod dowództwem Buma odbiliśmy na północ, żeby podlecieć do V’strimon z innej strony niż K’tenshin, na wszelki wypadek, gdyby wieści o napadzie dotarły do Domu Trzcin podczas naszej obecności i pozwoliły mieszkańcom połączyć nasz transport z flotą atakującą sąsiedni Dom.

Po, niedługim już, locie i krótkim spacerze lądem, w akompaniamencie utyskiwań Durgola, że miały być wakacje a zamiast lecieć prosto to kluczymy, latamy naokoło i jeszcze na piechotę, naszym oczom ukazało się chyba najpiękniejsze z t’skrandzkich miast. Z przyjemnością podziwiałam rodzinne miasto mojego mentora i nauczyciela Trassisa Złotoustego, którego rozległa wiedza pozwoliła mi poznać Barsawię kiedy byłam jeszcze dzieckiem.

Pływające miasto Domu V’strimon, zwanego też Domem Trzcin, leży na jeziorze Ban, na przecięciu Wiji i Wężowej. To aropagoi od wieków kontroluje handel na Wiji a dzięki swojemu położeniu na styku dwóch potężnych rzek, stanowi ogromne centrum ekonomiczne i kulturalne. Niezależnie czy chcesz się dostać do Throalu, Urupy czy Domu Syrtis, musisz najpierw trafić do Domu V’strimon. Jest to jedno z najstarszych aropagoi Wężowej. Legenda głosi, że miasto powstało z ziarenka, podarowanego przez syreny pewnemu rybakowi. Pamiętam jak Trassis z dumą opowiadał o dzielnej V’rannie, która całymi tygodniami splatała żywe trzciny, aż uplotła z nich ogromny kosz, pływający do góry dnem na jeziorze Ban. To właśnie on stał się podstawą Pływającego Miasta. Pamiętam nawet zabawny wierszyk, który ją do tego zainspirował:

Gdy bezmyślnie rzucisz ziarnko

Zielsko z niego rośnie wartko

Wypleć zielsko tak jak trzcinę

A wnet bieda Twoja minie.

Historia miasta pełna jest ciekawych epizodów. Przypominam sobie opowieść o shivalahali, która zatopiła całą therańską flotę jednym zaklęciem a także historię Kreesty, poławiaczki ryb, która wraz z shivalahalą uratowała wietrzniacki kaer Almarra przed horrorem i sama została shivalahalą, gdyż ówczesna władczyni poległa w tej walce.

Miasto wygląda przepięknie. Zbudowano je na planie pięciokąta, którego wierzchołki stanowi pięć wież, każda poświęcona innemu żywiołowi. Chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka miasto, ponoć, chroni kopuła żywiołu powietrza zaś pod wodą nieprzenikniony system refselnika, rodzaj magicznej zapory, przez którą tylko mieszkańcy Domu potrafią bezpiecznie przepływać.

Pierwsze co nas uderzyło po zejściu na wyspę to niesamowity gwar, tłum i feeria barw i zapachów. Szybko znaleźliśmy wygodną karczmę, gdzie mogliśmy zostawić swoje rzeczy, i ruszyliśmy zwiedzić kawałek miasta. Oczywiście Bum od razu poleciał do swojej dawnej ukochanej, każąc nam na siebie czekać. Panowie, za namową Borgila (!), poszli do łaźni. Domyślam się, że skusiła ich Łaźnia Dziewięciu Pasji, a konkretnie kąpiel poświęcona Floranuusowi, gdzie nie stroni się od serwowania licznych trunków alkoholowych. Nie wyobrażam sobie innego powodu, dla którego Borgil zdecydowałby się dobrowolnie poddać procesowi kąpieli.

Natomiast ja i Miriel udałyśmy się na zakupy, trzeba było przecież pomyśleć o jakimś prezencie dla córeczki Buma.

Ledwo opuściliśmy karczmę gdy usłyszeliśmy odległy wybuch i nad naszymi głowami, na niebie, wykwitł ogromny, barwny napis „Przepraszam.” Oj, musiał się Bum nieźle kajać przed wkurzoną wietrzniaczką.

Okazało się, że miasto ma aż cztery główne rynki i na każdym można kupić inny rodzaj towaru. Dawców Imion jest tutaj bez liku, wszystkich ras i kolorów. Od zapachu i mnogości towarów aż kręci się w głowie. Udało nam się również dostrzec wieżę ognia, z mieszkającym w niej Duchem Żywiołu, który przyrzekł shivalahali że póki będzie przy władzy, póty on będzie bronił miasta, ponieważ ocaliła go przed potężnym Horrorem oraz zerknąć na centralną, szóstą, wieżę Domu, która stanowi niezłą zagadkę dla uczonych każąc im domniemywać, że symbolizuje jakiś szósty żywioł.

Wreszcie, zmęczone ale zadowolone, wróciłyśmy do karczmy, gdzie reszta naszej drużyny jadła właśnie obiad. W połowie posiłku zobaczyliśmy Buma wlatującego do karczmy ze spuszczoną głową i lalką w ręce. Usiadł przy naszym stole, położył lalkę na blacie i westchnął ciężko.

– I co? – zapytała w końcu Miriel.

– Nic. – wietrzniak wzruszył ramionami. – Nie mam córki. – powiedział smutno. – A byłem takim fajnym tatą…

– Jak to nie masz? – wtrącił Durgol.

– No normalnie. Nie mam. Oszukała mnie ze złości. A w ogóle to jestem na siódmym kręgu.

– Wypijmy za to! – zarządził Borgil polewając wietrzniakowi.

W zasadzie nie wiadomo było za co, czy za brak posiadania córki, czy może za awans, ale Bumowi było chyba wszystko jedno za co pije.

Kiedy smutki zostały wystarczająco utopione w alkoholu Bum oznajmił, że ma do nas ogromną prośbę. Ponoć jego przyjaciółka Smoczyca jest coraz słabsza i Bum boi się, że niedługo umrze, ale można jej pomóc. Smoczyca powiedziała mu, że istnieje pewien artefakt, który może przedłużyć jej życie. Stworzył go jakiś potężny mag, który narobił sobie wrogów i ukrył go w kaerze w okolicach Lagos. Oczywiście ta nazwa nic nam nie mówiła a i sama Smoczyca nie była pewna czym owo Lagos jest. Jedyne, co wiedział Bum, to że kaer znajduje się gdzieś na południe od V’strimon.

Co prawda Durgol natychmiast zaczął marudzić o wakacjach i gwałtownie protestować przeciwko ruszaniu się z Domu V’strimon, ale zgodziliśmy się, że trzeba tej Smoczycy pomóc, w końcu to przyjaciółka naszego towarzysza. Szczęściem sama zainteresowana postanowiła się włączyć do rozmowy i uspokoić, że mimo obaw wietrzniaka to ona się jednak jeszcze nie wybiera umierać i nie musimy pędzić na złamanie karków żeby ją ratować. Oznajmiła także, że skoro Bum awansował na tak wysoki Krąg to jemu też należy się odpoczynek i impreza, która uświetni ten moment. Na organizatora owej imprezy zgłosił się, bez wahania, Borgil, któremu Bum przekazał kulę komunikacji ze Smoczycą, żeby mogła mu pomóc. Nieco się obawiałam tego wydarzenia, ale chyba gorzej niż u trolli nie będzie….

Korzystając z faktu, że do wieczora zostało sporo czasu, Bum chciał jeszcze coś pozałatwiać zaś Durgol i Miriel postanowili poszukać w bibliotece jakichś zapisków dotyczących tajemniczego Lagos, poprosiłam Borgila, żeby pojechał ze mną na Białą Drogę do Serwos i zaczął szkolić z woltyżerki. Skoro już mam Śnieżkę to dobrze by było w tym siodle umieć się utrzymać i nie skręcić sobie karku w razie gdyby koń poniósł czy gdyby ktoś mnie zaatakował. Ork przystał na propozycję z ochotą, więc przeprawiliśmy się na drugi brzeg, zanurzyliśmy się pod baldachim liści mojej rodzimej dżungli i zaczęliśmy ćwiczenia. Zwierzęta puściłam wolno, żeby trochę odetchnęły od dusznej karczmy, Hator poszła polować a ja skupiłam się na nauce. Nie wiedziałam, że jest to takie skomplikowane. Borgil kazał mi jeździć tyłem, bokiem, spadać z konia i w ogóle robić dziwne rzeczy. Wszystko na jego wierzchowcu, podczas gdy on uczył Śnieżkę jak powinien się zachowywać wierzchowiec podczas akrobacji swojego jeźdźca, bo okazało się, że konia też trzeba tej woltyżerki nauczyć.

Wróciliśmy do karczmy przed wieczorem i przyznam, że jedyne na co miałam ochotę to paść na łóżko i już z niego nie wstać. Powstrzymałam się jednak. Obawa, że jak padnę to faktycznie się nie podniosę była zbyt silna. Myślę, że jutro się nie ruszę po tych wszystkich wygibasach.

Wreszcie nadszedł czas wieczornego przyjęcia. Ork zaprosił nas wszystkich na baseny, których ogromny fragment wynajął specjalnie dla nas. Sprosił chyba pół miasta, bo zjawił się całkiem spory tłumek t’skrangów i wietrzniaków. Nie było jedynie Miriel, która chyba zasiedziała się w bibliotece, więc Durgol i Bum po nią polecieli.

Przyjrzałam się sali. Ork się postarał. System basenów wieńczyła potężna fontanna, która bynajmniej nie lała wodą a jakimś alkoholem, stoły uginały się od jedzenia a wystroju dopełniał wielki lodowy zamek przyozdobiony rozlicznymi butelkami zawierającymi najprzeróżniejsze trunki alkoholowe.

Durgol, Bum i Miriel zjawili się dość szybko. Chyba coś musiało się stać, bo słyszałam jeszcze przed ich wejściem jak Durgol poważnym głosem oznajmia „Życie to jedna wielka zasadzka” a Miriel miała dość smutną minę po wejściu. Nie było jednak czasu żeby się nad tym zastanowić, ponieważ Borgil, widząc, że już wszyscy są, rozpoczął imprezę zapowiadając pierwszą atrakcję, w postaci kapeli De Dorsz. Zanim zdążyłam zaprotestować ork wyciągnął mnie do tańca mówiąc, że muszę dużo ćwiczyć zręczność, jeśli chcę dobrze jeździć konno. Na salę wleciały naczynia z kolejną porcją potraw, lewitując pomiędzy Dawcami Imion, co natychmiast wykorzystały wietrzniaki, śmigając między nimi tak, żeby nie zostać trafionymi. Wreszcie Borgil oznajmił, że „o suchym pysku nie można pić!”, cokolwiek by to miało oznaczać, i darował mi dalsze harce skupiając się na swojej ulubionej czynności, czyli piciu.

Ukryłam się na chwilę za jednym z filarów, żeby nieco odsapnąć bo już widziałam jak Salazar rozgląda się w poszukiwaniu kogoś do tańca, gdy nagle za plecami usłyszałam:

– Zasadzka!

Podskoczyłam przestraszona odwracając się gwałtownie. Przede mną stał wyszczerzony w uśmiechu Durgol z dwoma pucharkami w dłoniach.

– Na Pasje! Durgol. – jęknęłam.

– Pij! – wyciągnął pucharek w moją stronę.

Wzięłam go z pewną obawą, powąchałam i spróbowałam. Zawartość okazała się być jakąś owocową nalewką, mocną acz przyjemną w smaku.

– Bo w sumie to chciałem z tobą pogadać. – oznajmił krasnolud wypijając swój pucharek do dna.

– Teraz?

– No.

– To słucham.

– Chodzi o Miriel.

– Co się stało? – zaczęłam słuchać uważniej pełna złych przeczuć.

– Widzisz, bo po tej awanturze w Jerris to ona uważa, że nas zawiodła jako przywódczyni, i w ogóle nas zawiodła, i ona chce odejść z drużyny.

Zamyśliłam się. Nie wiem jak zachowałabym się na miejscu Miriel po tym, co ją spotkało. Cały czas podziwiam jej dystans do wydarzeń w Jerris i jej opanowanie, które, jak teraz zaczęłam przypuszczać, jest udawane.

– Porozmawiam z nią. – obiecałam.

– Nie możemy pozwolić jej odejść. – kontynuował Durgol. – Obiecałem jej, że porozmawiam z wami wszystkimi. Trzeba ją przekonać, żeby została.

– Durgolu. – położyłam mu rękę na ramieniu. – Miriel potrzebuje czasu, musi wiele rzeczy przemyśleć. Porozmawiam z nią i jestem pewna, że nas nie zostawi. Zrobię co w mojej mocy żeby tak się nie stało.

Pokiwał głową zadowolony.

– To jeszcze tylko z Borgilem muszę pogadać. – oznajmił i ruszył z powrotem nad basen.

A tam robiło się coraz weselej. Z kieszeni Borgila wyskoczyła kulka magii i zaczęła latać nad stołami ściągając do swojego wnętrza cały napotkany alkohol. Usłyszałam oburzone „Hej! To moja nalewka!” Salazara. Kulka obleciała wszystkie stoły, śmignęła pod sufit i wybuchnęła zasypując salę alkoholowym „śniegiem”. Widok Borgila z głową zadartą do góry i wystawionym językiem żeby łapać trunkowe płatki pozostanie w mojej pamięci na długo.

Radosną kapelę De Dorsz zastąpiła równie hałaśliwa wietrzniacka orkiestra zwąca się, malowniczo, Topielce. Lewitujące talerze stały się czołową rozrywką wietrzniaków, które wołane przez Salazara żeby uważały z tymi talerzami odkrzyknęły tylko „My tu gramy w łap talerza! To będzie nasz narodowy sport przez trzy dni!”. Jakby tego było mało Borgil ogłosił konkurs na największy plusk. Niestety nie sprecyzował że plusk ma być wykonany za pomocą własnego ciała, w związku z tym do wody trafił najpierw dębowy stół tachany przez wietrzniaki a zaraz za nim pokaźnych rozmiarów wrzeszcząca orczyca, najprawdopodobniej zgarnięta wprost z ulicy. Kiedy zaś na basen wleciała kolejna porcja lataków taszcząc niewielki wóz, w ślad za którym biegł zdenerwowany właściciel Borgil oznajmił, że wietrzniaki wygrały. Szczęściem był na tyle przytomny, że na pytanie „które” odkrzyknął „wszystkie” kończąc tym samym porywanie coraz większych i dziwniejszych przedmiotów z ulic V’strimon. To jednak nie był koniec atrakcji. Zdenerwowana czymś przez Durgola Miriel niewiele myśląc chwyciła najbliższą butelkę i rozbiła mu ją na głowie, co Borgil (oczywiście!) podchwycił jako nową rozrywkę i ochoczo powtórzył na sobie, więc wietrzniaki poszły w jego ślady zasypując okolicę tłuczonym szkłem.

– Muszę się napić! – jęknęła na ten widok Miriel.

Podsunęłam jej to, co ocalało z zapędów do tłuczenia, i sama też łyknęłam sporą porcję alkoholu. Nie da się z nimi imprezować na trzeźwo.

Szaleństwo to chyliło się ku końcowi, kiedy usiadł koło mnie Bum z niezbyt zadowoloną miną.

– Raven… – zaczął, jak to on ma w zwyczaju.

– Hm?

– Bo ty wiesz, że ja lubię Szafir, prawda?

– Yhm. – potwierdziłam machinalnie.

– No i ona chyba też mnie lubi, prawda?

– Myślę, że tak. W końcu ją karmisz. – wysiliłam się na bardziej złożone zdanie, choć miałam ochotę już tylko na sen.

– No więc tak sobie myślę… Czy ja mógłbym na niej polatać?

Dopiero teraz nieco oprzytomniałam.

– Nie możesz latać na Szafir! – zaprotestowałam gwałtownie. – Jesteś za duży. Przecież ona cię nie uniesie.

Bum zrobił smutną minę i spuścił głowę.

– Bo mnie zawsze było tak przykro… – zaczął płaczliwym głosem. – Bo wszyscy tak szybko chodzili a ja się męczyłem i zawsze mnie zostawiali z tyłu i mi było tak smutno… – po twarzy wietrzniaka zaczęły płynąć łzy.

– Ej, ej, no daj spokój. – próbowałam go jakoś pocieszyć. – Możesz pojeździć na Hator jak chcesz. – wypaliłam nie zastanawiając się nad sensem tego, co właśnie palnęłam. – A później kupimy ci jakiegoś zoaka i wytresuję ci i będziesz mógł latać i się nie męczyć. – obiecałam.

– Teraz jak mam te skrzydła to już się nie męczę. Naprawdę mogę pojeździć na Hator? – spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.

– Tak, naprawdę. – nie wiem jak ja to wytłumaczę Hator… – Ale jutro, na trzeźwo, dobrze?

– Ale…

– Bum. – przerwał głos ze smoczej kuleczki. – Myślę, że pora spać.

– Tak mamo… – Bum znowu spuścił głowę zasmucony. – A mogę jeszcze jedną prośbę? – ożywił się nagle.

– No dobrze. – odpowiedziała Smoczyca. – Ostatnią.

– Chcę żeby Raven i Miriel miały wąsy! Takie jak Durgol. Na całe życie!

– Bum! – wrzasnęłyśmy obydwie z Miriel jednocześnie.

– Niech wam będzie, do rana!

Tak oto zakończyło się świętowanie awansu Buma. Gdzieś nad ranem padłyśmy z Miriel do naszych łóżek, mocno nietrzeźwe i z durgolowymi wąsami. Coś czuję, że jutro będzie ciężki dzień…

Planszówkowo

Zaczął się sezon konwentowy dla mnie, więc wróciła ulubiona rozrywka, czyli planszówki 😀 Dlatego postanowiłam poświęcić ten wpis kilku planszówkom, które, moim skromnym zdaniem, zasługują na szczególną uwagę.

Tajemnicze Domostwo

tdNa pierwszy ogień idzie zdecydowanie mój faworyt skojarzeniowy. Wspominałam o Domostwie już przy okazji wpisu o Zjavie z 2016 roku, ale krótko. Tym razem przybliżę Wam o co w tej grze chodzi.

Jest to gra kooperacyjna, w której grupie graczy tajemniczy duch pomaga odkryć mordercę grasującego w domostwie, w którym nocują. Zadanie jest niełatwe tak dla detektywów jak i dla samego ducha. Duch, bowiem, musi detektywom wskazać właściwe narzędzie zbrodni, osobę mordercy oraz miejsce, w którym zbrodni dokonano, za pomocą snów, a te są, wierzcie mi, dość abstrakcyjne, żeby zadanie to było czasem ekstremalnie trudne.

td02

Karty z niebieskim rewersem to karty gracza, który jest w danej rozgrywce Duchem. Ma on zestaw dla każdego gracza, składający się z karty przedmiotu, osoby i miejsca popełnienia zbrodni. Przed resztą graczy leży szereg kart ukazujących różne narzędzia zbrodni, różne postaci i różne miejsca (zawsze dużo więcej kart niż graczy).

Zadaniem Ducha jest podsuwanie graczom kart snów, które naprowadzą ich na właściwy trop w zaledwie 7 dni. Spójrzcie na zdjęcie poniżej:

td03

Widzicie te latające świeczki nad czerwonymi schodami? Albo stracha na wróble czy fontannę w ogrodzie? To właśnie są karty snów. I teraz wyobraźcie sobie, że przed Wami leżą do wyboru hantel, sznur i pogrzebacz a Duch daje Wam sen ze strachem na wróble, który ma Wam wskazać którego z tych narzędzi użyto… Właśnie stajecie przed najważniejszym zadaniem – domyśleniem się, jakie skojarzenie ma osoba wcielająca się w Ducha. Może dała stracha bo mamy dwa przedmioty metalowe i tylko jeden nie jest z metalu zaś strach metalu nie zawiera, co wskazywałoby na sznur jako narzędzie zbrodni? A może pogrzebacz leży na filetowym kawałku materiału i dlatego padło na stracha bo tylko on, ze wszystkich snów na ręce Ducha, nawiązywał kolorem do narzędzia zbrodni? Pytań jest mnóstwo. Na szczęście możecie działać wspólnie, więc burza mózgów może rzucić nieco światła na tą makabryczną zbrodnię i pomóc w ujęciu mordercy.

Takenoko

takenokoKolejna gra, która zdobyła moje serce. To, w skrócie, gra o uprawie bambusowego ogrodu dla cesarskiej pandy. Gracze muszą wykonywać zadania związane z uprawą bambusa, karmieniem pandy i układaniem mapki w odpowiedniej konfiguracji. Dodatek do gry wprowadza jeszcze panią pandę i małe pandziątka, które dają dodatkowe punkty i zadania. Zwiększa także poziom trudności gry, wprowadzając do zadań dodatkowe warunki. Dla przykładu – w nie poprawionej podstawce żeby zrobić zadanie z mapą trzeba było, zwyczajnie, położyć kafelki mapy w odpowiedniej konfiguracji, natomiast poprawiona wersja wymaga, żeby każdy ułożony kafelek był nawodniony, co już jest dużo trudniejsze do uzyskania.

Spójrzmy na rozłożoną grę:

takenoko02

Na pierwszym planie widzicie kartę dla gracza, dwa żetony ruchu (te brązowe kółka), nawodnienie (niebieski patyczek) i kawałek zjedzonego przez pandę bambusa. Po lewej stronie leżą karty zadań, czyli nasza rysunkowa instrukcja o co w tym wszystkim chodzi 😉

A o co chodzi? Zaczynamy prosto, od położenia na stole mapy przedstawiającej główny staw i postawieniu na nim ogrodnika i pandy, następnie każdy z graczy bierze po jednym zadaniu każdego typu (mapa, ogrodnik, panda) i rozpoczynamy rozgrywkę. Każdy z graczy ma dwa ruchy, ale nie mogą to być takie same ruchy (chyba że rzut kością da nam taki bonus). Możemy, na przykład, dobrać mapę i dołożyć ją do stawu oraz dobrać sobie zadanie. Możemy też przesuwać pandę (tylko w linii prostej), dobierać patyczki nawodnienia (na nie nawodnionym terenie bambus nie będzie rosnąć) albo ruszyć ogrodnika (tylko w linii prostej), który swoją ciężko pracą przyspiesza wzrost bambusa.

Losowości grze nadaje rzut kością, stosowany od drugiej rundy, która daje ciekawe bonusy – pozwala przesunąć pandę w dowolne miejsce na planszy, powoduje opad deszczu, czyli wzrost bambusa na wskazanym przez nas, nawodnionym, polu, daje nam możliwość wykonania trzech akcji w swojej rundzie, zamiast dwóch czy też możliwość wykonania dwóch takich samych akcji.

Czy można się oprzeć takiej słodkiej parce? ❤

takenoko03

Yggdrasil

ygZagrałam raz i się zakochałam 🙂

Pradawne Drzewo jest zagrożone, zbliża się bowiem Ragnarök, koniec czasów. Gracze wcielają się w nordyckich bogów i próbują zapobiec zniszczeniu Asgardu przez siły zła. Yggdrasil jest grą kooperacyjną. Każdy z dobrych bogów ma swoje specjalne zdolności, podobnie jak każdy ze złych. Loki, na przykład, z każdym ruchem wystawia lodowych gigantów, którzy blokują zdolności graczy albo lokacje pomagające w rozgrywce, są też dodatkowym przeciwnikiem do pokonania.

yg03Z każdą turą gracze losują jedną kartę atakujących (widać je po prawej stronie planszy, tak, ten przystojniak to Loki a nad nim jego usłużni giganci 😉 ). Karta ta porusza jednym ze złych bogów na ścieżce prowadzącej do Asgardu. Zadaniem graczy jest przerzucić cały stos kart nie dopuszczając do zniszczenia Pradawnego Drzewa. Co, wierzcie mi, nie jest proste jeśli się dobrze nie nakombinuje. Gra ma trzy stopnie trudności. Grałam na podstawowym i było ciężko, kolejny dodaje karty, które przesuwają kilku złych bogów na raz a ostatni dodaje karty Ragnarök, czyli prawdziwie ciężkie do pokonania kataklizmy. Ale zabawa jest przednia. Polecam z czystym sumieniem.

yg02

Battlestar Galactica

bgRzadko się zdarza, żeby ktoś nie znał tego tytułu. Jeśli nawet nie oglądał serialu to obiło mu się o uszy. Ja uwielbiam i serial i planszówkę i serdecznie polecam obie.

Dla mniej zorientowanych – ludzkość wymyśliła sobie inteligentne roboty (nie pierwszy raz zresztą 😛 ) te zaś zbuntowały się, zrobiły przewrót i wybiły sporą ilość swoich twórców. Ci którzy ocaleli załadowali się na statki kosmiczne i polecieli w dal szukając dla siebie bezpieczniejszego miejsca. W międzyczasie roboty, zwane przez ludzi Cylonami, wyewoluowały i nauczyły się jak wyglądać jak ludzie. I to dosłownie. Włącznie z krwią i zachodzeniem w ciążę (to dość istotny aspekt historii). W tym punkcie zaczyna się jazda bez trzymanki – Cyloni umieszczają swoich uśpionych agentów w szeregach ludzi i nagle zaczynają ich rozbudzać. Na statkach zaczynają się sabotaże a nawet zamachy a kiedy do ludzi wreszcie dociera, że nawet ich najbliższy może okazać się Cylonem robi się gorąco. Intrygi, oskarżenia, podejrzenia, egzekucje, puszczające nerwy a także Cylońska walka o człowieczeństwo sprawiają, że od serialu nie można się oderwać.

bg02

Gra daje nam namiastkę tego wszystkiego co pokazał serial. Na początku każdy z graczy losuje kartę „rasy”, która jest tajna. Musi, a przynajmniej powinien, działać w zgodzie z tą kartą. Jeśli jest człowiekiem ma łatwiejsze zadanie – robić wszystko żeby flota przetrwała, natomiast jeśli jest Cylonem musi tak grać, żeby nie wzbudzić podejrzeń innych graczy a jednocześnie powoli acz nieuchronnie prowadzić flotę na stracenie. Podczas rozgrywki dużo się bowiem dzieje. Mamy karty ataku Cylonów, ale też przyjaznych planet. Możemy zsyłać innych graczy do aresztu, skąd oczywiście nie mogą działać, jeśli podejrzewamy ich o bycie Cylonem, ale może się to na nas zemścić, jeśli okaże się, że nie mieliśmy racji i nie ma komu odeprzeć ataku Cylonów bo jedyny pilot siedzi niesłusznie w areszcie… Statek może zostać uszkodzony, może nam braknąć wody lub paliwa. Możliwości jest masa.

bg03

bg05

To gra na długie godziny w większym gronie – polecam na 6 graczy. Na pewno nie zawiedzie miłośników serialu.

A jak już Wam się znudzi podstawka to wyszły jeszcze dodatki. Kosmicznie zajefajne 😉

Ghost Stories

gsKolejna kooperacyjna gra, która urzekła mnie grafiką i samą rozgrywką.

„Wielu poległo kładąc kres rządom Wu-Fenga, Władcy Dziewięciu Piekieł. Urna zawierająca jego prochy została pochowana na cmentarzu w niewielkiej wiosce w Środkowym Cesarstwie. Lata mijały, a przeklęte dziedzictwo popadło w zapomnienie pośród żywych. Ukryty w głębiach piekieł Wu-Feng nie zapomniał niczego. Niestrudzone poszukiwania w końcu doprowadziły go do miejsca, gdzie ukryto urnę. Cień jego poprzedniej inkarnacji już rozciąga się nad wieśniakami, nieświadomymi grożącego im niebezpieczeństwa.

Na szczęście Fat-Si (kapłani taoistyczni) trzymają straż, strzegąc granicy pomiędzy światami żywych i umarłych. Uzbrojeni w odwagę, wiarę i moce, spróbują odesłać reinkarnację Wu-Fenga z powrotem do piekła.”

Gramy przeciwko grze usiłując odeprzeć duchy, które nawiedzają miasteczko. W tej grze kooperacja między graczami musi być bardzo silna bo zagrożeń i nawiedzeń jest cała masa. Przez całą rozgrywkę trzeba dokładnie ustalać kto co robi, jakie moce wykorzysta i jaki będzie następny ruch gracza. Do tego gra posiada cztery poziomy trudności, więc każda kolejna rozgrywka może się diametralnie różnić od poprzedniej. Każda lokacja w wiosce ma swoje właściwości, z których gracze mogą korzystać, dlatego jeśli dopuścimy do Nawiedzenia którejś z nich tracimy możliwość korzystania z jej właściwości. To bardzo klimatyczna gra i też dość trudna.

gs02

Oto rozłożona plansza. Kafelki pośrodku (3 x 3) to nasza wioska, którą spróbujemy obronić przed duchami. Cztery karty po bokach to karty graczy. Każdy duch najpierw pojawia się na karcie gracza i z niej uprzykrza graczom życie. Może to być „zwykły” duch, który ma reperkusje w postaci kradzieży mocy gracza, lub każe nam wyciągać z talii kolejnego ducha, ale może to być także duch ciągnący za sobą nawiedzenie (czarna figurka na niebieskiej karcie gracza, na dole zdjęcia). Nawiedzenie to bardzo niebezpieczna forma ducha, przesuwa się do przodu co rundę (a nawet częściej jeśli inny duch ma właściwości przesuwania Nawiedzenia) i kiedy dotrze do krawędzi wioski ta lokacja zostaje natychmiast wyłączona z użytku. Przekręcamy ją na drugą stronę i musimy wyegzorcyzmować żeby ją odzyskać i znów móc skorzystać z jej właściwości.

Tajniacy

tajniacy01A jeśli jest Was większe grono niż 3 osoby możecie pograć w Tajniaków. Prosta, przyjemna gra drużynowa na skojarzenia.

Dzielimy się na dwie drużyny (czerwonych i niebieskich) i z każdej z nich wybieramy szefa. Obaj szefowie siadają po jednej stronie stołu zaś reszta członków drużyn po drugiej (to są, właśnie, tajniacy). Wybieramy, losowo, 25 kart kryptonimów i rozkładamy je na stole w kwadrat 5 x 5. Przed szefami kładziemy karty agentów (czerwone i niebieskie), kartę podwójnego agenta, kartę zabójcy oraz postronnych obserwatorów. Na koniec szefowie losują kartę klucza, którą widzą tylko oni, i która wskazuje im gdzie kryje się morderca i jaki jest rozkład agentów na planszy.

Tak to wygląda od strony szefów:

tajniacy02

A tak wygląda klucz:

tajniacy_klucz

Te cztery czerwone „światełka” wokół karty klucza wskazują drużynę, która zaczyna rozgrywkę. Drużyna rozpoczynająca musi poprawnie wskazać 9 kryptonimów zaś druga drużyna 8.

Skoro plansza już gotowa można zaczynać. Wasz szef wie, pod jakimi kryptonimami znajdują się Wasi agenci i musi ich wskazać JEDNYM słowem a do pomocy ma jeszcze liczbę. Jeśli dwaj agenci kryją się pod kryptonimami śmierć i noc szef może powiedzieć Wampir 2 – wiecie już, że są dwaj agenci ukryci pod pseudonimami kojarzącymi się szefowi z wampirem, Waszym zadaniem jest wskazać które to kryptonimy. Oczywiście możecie dyskutować w drużynie na ten temat zanim podejmiecie ostateczną decyzję, ale szef już nie może Wam pomagać. Dopiero kiedy jeden z Was dotknie karty uznaje się ją za ostateczną odpowiedź.

Jeśli tajniak dotknie karty należącej do jego bądź jej drużyny, szef zasłania to słowo kartą agenta odpowiedniego koloru.Drużyna może zgadywać drugie słowo (ale nie dostaje nowej wskazówki).
Jeśli tajniak dotknie niewinnego obserwatora, szef zasłania go kartą niewinnego obserwatora. Kończy to turę tej drużyny.
Jeśli tajniak dotknie karty należącej do drugiej drużyny, słowo zostaje zasłonięte kartą agenta przeciwnej drużyny. Kończy to turę tej drużyny. (Oraz przybliża przeciwną drużynę do zwycięstwa.)
Jeśli tajniak dotknie zabójcy, słowo zostaje zasłonięte kartą zabójcy. To koniec gry! Drużyna, która skontaktowała się z zabójcą, przegrywa. Natomiast wygrywa ta, która pierwsza odgadnie wszystkich swoich agentów.
A tak wygląda plansza podczas rozgrywki:
tajniacy03

To, na razie, wszystkie gry, do których wracam z ogromną przyjemnością, i w które zawsze chętnie zagram. Was też do tego zachęcam – nie ma to jak wieczór przy dobrej planszówce w zacnym gronie 🙂

Zdjęcia zostały wykonane przez Bastiego, któremu serdecznie dziękuję za pół dnia rozkładania i składania planszówek z własnych zbiorów 😉

28 Złe dobrego początki

Nasza historia w Jerris zaczęła się źle – od zabójstwa nieznajomego elfa, toczyła się coraz gorzej – poprzez porwanie i tortury Miriel, spalenie eleganckiej karczmy wraz z szalejącym po niej konstruktem i zrównanie z ziemią domu radcy miejskiego, wraz z jego nieskromną osobą, a zakończyła się jeszcze większym chaosem – wizytą floty Kryształowych Łupieżców gotowych obrócić to urocze miasto w proch, która to wizyta niemal wpędziła do grobu naszego zleceniodawcę.

Ale po kolei.

Plan wypalił. Chyba po raz pierwszy bez większych problemów. Spędziliśmy dwa dni w miejskim więzieniu po czym wróciliśmy do naszego pracodawcy, gdzie czekała reszta naszej drużyny. Po krótkim odpoczynku zostaliśmy zawołani do Altanaela, który poinformował nas, że Arval jednak został burmistrzem. Obiecał obsydianinowi zrzec się tej funkcji jak tylko zrobi porządek w mieście. O Królowej słuch zaginął. Przypuszczam, że wyniosła się z Jerris i mam nadzieję, że do niego nie wróci. Uspokojeni i zadowoleni, że w mieście znów zapanuje względny spokój, postanowiliśmy zrobić zakupy i następnego dnia wyruszyć do Domu V’strimon żeby odwiedzić córeczkę Buma.

Udałam się do miasta żeby wreszcie kupić wymarzonego wierzchowca dla siebie i Miriel. Znalazłam dwie piękne klacze, dokładnie takie, o jakich z Miriel marzyłyśmy. Moje śnieżnobiałe cudeńko nazwałam Śnieżką i już się cieszyłam na chwile spędzone na jej tresurze. Spokój i dobry nastrój prysnęły jak bańka mydlana kiedy tylko przekroczyłam próg domu Altanaela. Nasz gospodarz wpadł do rezydencji kilka chwil po mnie w stanie takiego wzburzenia, że zaczęłam się obawiać o jego życie. Gdyby miał włosy na głowie zapewne właśnie by je, garściami, wyrywał.

– Na Pasje! Co się stało? – spytałam, rozglądając się nerwowo za Uzdrowicielem.

– Łupieżcy! – wykrzyczał obsydianin. – Kryształowi Łupieżcy! Cała flota! Wojskowa!

– Jaka flota? Gdzie?

– W porcie Jerris! Skąd się tu wzięli? – popatrzył na mnie groźnie. – Arval zrzekł się burmistrzowania i szykuje obronę miasta! Cały ten bałagan na mojej głowie!

– Nie mam pojęcia… – mruknęłam, choć już się domyśliłam kogo winić za obecność trolli. – Panie. – położyłam mu rękę na ramieniu uspokajająco i uśmiechnęłam się. – Nic się nie martw. Załatwimy to.

Na szczęście w korytarzu pojawił się Tharif i widząc co się dzieje natychmiast zabrał obsydianina gdzieś na górę.

– Niech ja tylko dorwę tego wietrzniaka w swoje ręce! – wycedziłam przez zęby odwracając się w kierunku drzwi i wpadając na wchodzącą Miriel.

– Coś się stało?

– Bum sprowadził do miasta Kryształowych Łupieżców. – poinformowałam. – Całą flotę.

– Co zrobił?!

– Chodź. Nie ma czasu.

Pędząc w kierunku portu zrelacjonowałam Miriel co się stało. Wytrzymanie na dłuższą metę z wietrzniakami jest chyba ponad siły elfów. Zresztą, zaczynam dochodzić do wniosku, że ponad siły ludzi również.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się że Bum i Thar’zitt już są na statku dowódcy. Przyznam, że flota wyglądała imponująco. Statki wisiały tuż za murami miasta zaś na murach zgromadziło się chyba całe wojsko i straż jaką Jerris posiadało. W tłumie dojrzałam nawet Alvara. Panowała nerwowa atmosfera, zwłaszcza, że z pokładu jednego z drakkarów dobiegały niepokojące odgłosy wybuchów (jak się później okazało wybuchy zawdzięczaliśmy Thar’zittowi, który chciał pokazać trollom coś co nazywał fajerwerkami… ponoć miało to wybuchać na kolorowo i być fajne) .

Oszczędzę sobie opisywania naszych prób uspokojenia tak wojska jak i trolli. Jakimś cudem udało się Bumowi nakłonić trolle do oddalenia się od miasta na chwilę a mnie i Miriel skłonić Norgo, krasnoluda, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa maga, a który teraz był najstarszy rangą, jako że Arval zrezygnował także z pełnienia funkcji szefa straży, do powstrzymania wojska od wrogich działań skierowanych w kierunku trollowych statków oraz do udania się do Altanaela w celu uzyskania rozkazów.

Obsydianin doszedł już do siebie na tyle, że był w stanie odbyć takie spotkanie, mimo że Tharif zdecydowanie mu to odradzał. Tym razem to troll był wzburzony a w domu pachniało melisą. Kazałam Tharifowi głaskać Hator, w obawie o jego nerwy, i rzeczywiście po chwili uspokoił się nieco i nawet uśmiechnął.

Spotkanie odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Z naszej drużyny Altanael poprosił jedynie Thar’zitta o obecność. Ustalono, że trolle mogą cumować w przystani ale mają nie schodzić na ląd a rankiem odlecieć. Wojsko zostanie wycofane, jedynie pozostaną patrole straży na murach.  Thar’zitt zobowiązał się, że nakarmimy trolle i przypilnujemy, żeby nie narobiły kłopotów. Liczyłam bardzo, że faktycznie jest w stanie tych Łupieżców okiełznać…

Wreszcie mogliśmy odetchnąć. Wraz z Miriel i Durgolem postanowiłam noc spędzić poza statkiem, na którym Thar’zitt, Bum i Salazar urządzili potężną imprezę. Przez pewien czas siedzieliśmy we trójkę na murach, słuchając odgłosów dochodzących ze statku, ale kiedy impreza przeniosła się do niedalekiego zagajnika i dostrzegliśmy w nim żywą pochodnię Miriel stwierdziła, że nie zamierza dłużej na to patrzeć, więc przenieśliśmy się do rezydencji na resztę nocy.

Rankiem mieliśmy się zapakować na statek Auryka, przywódcy przymierza, i odlecieć do V’strimon. Miałam nadzieję, że nie polecimy tam całą flotą, wszak pierwsze wrażenie zostaje na długo…

Skoro świt pożegnaliśmy naszego pracodawcę, życząc sobie nie spotykać się więcej w tak niesprzyjających okolicznościach i zaokrętowaliśmy się na statku. Miriel wcisnęła się w jakiś kąt, starając się trzymać z daleka od trolli a ja stanęłam przy burcie, żeby móc podziwiać widoki. Latanie jest jednym z cudowniejszych uczuć. Chyba tego najbardziej zazdroszczę wietrzniakom.

Statki odcumowały. Jerris zostało za nami. Może nie nowe, ale bez Królowej i jej intryg na pewno lepsze. Ciekawe, czy będzie nam dane jeszcze kiedyś tutaj zawitać.

27 Mistrzowie planowania

Oczywiście nie zdążyliśmy nawet wyjść z domu, bo kiedy się przebrałam okazało się, że drużyna zmieniła zdanie i uznała, że nie ma sensu przeszukiwać ruin, natomiast Bum wpadł na inny pomysł. Zaproponował żeby użyć szkicownika, który dostał od Fildara, zmieniającego wygląd postaci.

– No wiecie, bo można się narysować i zmienić w kogoś innego, na przykład w Królową. – argumentował.

– Ale po co? – spytałam nieco zdezorientowana. Nie bardzo nadążałam za sednem tego pomysłu.

– Żeby zrobić zamęt. Polatać po mieście, robić dziwne rzeczy. Takie tam.

– Nadal nie wiem o co chodzi w tym planie.

– Ja sam nie wiem o co mi chodzi.

Nie doczekałam się wyjaśnień, gdyż rozmowę przerwało pukanie. Jeden z lokajów wniósł niewielką paczkę i podał ją Bumowi. Kiedy wietrzniak zaczął ją otwierać wszyscy, instynktownie, się odsunęliśmy. Na wypadek gdyby coś wybuchło. Na szczęście paczka okazała się prezentem od Fildara. Znajdował się w niej naszyjnik w kształcie tarczy, z niewielką kulką w środku, w której kłębił się błękitno-zielony dym.

– Co to jest? – spytała Miriel.

– Nie wiem. Prezent. – Bum założył wisiorek na szyję.

Pukanie znów wyrwało nas znad dywagacji dotyczących tajemniczego prezentu. Coś tu straszny ruch się zrobił w tym domu. Ten sam lokaj podał Bumowi kolejną przesyłkę. Tym razem był to list. Wietrzniak zabrał się do czytania a my znów wróciliśmy do dyskusji na temat planu. Ustaliliśmy, że przebiorę się za Królową i pójdę do zamtuza Arastosa narobić zamieszania. Liczyliśmy na to, że plotki dotrą do Królowej i postanowi wysłać na mnie swojego Ksenomatę żeby mnie zabić. Wtedy drużyna będzie już gotowa do działania i spróbuje go porwać.

W pewnej chwili dostrzegliśmy jak twarz Buma zmienia się gwałtownie przybierając wyraz pomiędzy przerażeniem a chęcią płaczu. Wietrzniak popatrzył na nas dziwnym spojrzeniem skrzywdzonego dziecka, po czym zmiął wiadomość, wsadził sobie do ust i zaczął przeżuwać.

– Lecę do Królowej! – poderwał się gwałtownie po chwili.

– Nie! – krzyknęła Miriel. – Zwariowałeś?

Wietrzniak usiadł.

– Ale Bum… – Durgol poklepał go lekko po ramieniu. – Co się stało?

– Nic. – odburknął. – Nie dotykaj mnie. – dodał płaczliwie odsuwając się. – Lecę do szefa. – znów się poderwał i zniknął za drzwiami.

Popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani.

Nie minęła chwila kiedy Bum wleciał znów do pokoju taszcząc przed sobą butelki z alkoholem, które ustawił pieczołowicie na stoliku przed nami.

– Ktoś umarł? – spytałam zaciekawiona, gdyż mina Buma w połączeniu z butelkami wyraźnie świadczyła, że stało się coś złego.

– Nie. Tak jakby odwrotnie.

– Ktoś się urodził?

– Mam córkę. Dwuletnią.

– Och. Gratuluję. – uśmiechnęłam się do Buma.

– O kurwa! – jednocześnie zakrzyknął Salazar.

Ponieważ chwilę później pojawił się Borgil skupiliśmy się na piciu zdrowia córeczki Buma i wymyślaniu dla niej stosownego imienia, o ile jeszcze nie ma żadnego, co optymistycznie założył wietrzniak. Nie mogliśmy tego jednak ciągnąć w nieskończoność. Czas się kończył i trzeba było opracować jakiś plan.

Ustaliliśmy, że pójdę do Arastosa, jako Królowa, i oznajmię mu, że Szara Dłoń przejmuje jego zamtuzy, i że ma to błyskawicznie przygotować bo przyjdę to sprawdzić. Bum zaś miał polecieć do Wizgina żeby kupić skuteczną miksturę usypiającą i odtrutkę na jad żmii, na wypadek, gdyby ksenomanta potraktował mnie tym samym czarem, którego użył na magu. Poprosiliśmy też Buma żeby się dowiedział, w którym zamtuzie przebywa Arastos. Wietrzniak wykorzystał okazję i błyskawicznie się zmył.

Kiedy Bum wrócił byliśmy gotowi. Najpierw narysowałam im dokładny portret Królowej, żeby każdy wiedział jak wygląda a następnie poczekałam aż dotrą na wyznaczone wcześniej miejsca w okolicy „Kwiatu Marzeń”, zamtuza w którym najczęściej przebywał elf, po czym zmieniłam się w Królową i ruszyłam.

Muszę przyznać, że wszystko szło jak z płatka. Przynajmniej początkowo… Kwiat Marzeń znajdował się w lepszej dzielnicy, przy szerokiej ulicy, którą spokojnie mogły jechać dwa wozy obok siebie. Piętrowy budynek na dole miał restaurację, na górze zamtuz, z tyłu zrobiono spore patio, na którym siedział Borgil przy kawiarnianym stoliku. Po lewej stronie znajdował się ładny, nieduży park, w którym dostrzegłam Durgola czytającego książkę na ławce. Wiedziałam, że naprzeciwko Kwiatu, w przerwach pomiędzy kamienicami, ukrywali się Miriel, z Hator na rękach oraz Salazar, zaś nad swoją głową dostrzegłam sokoła. Wiedziałam, że Bum też gdzieś tutaj jest.

Wzięłam głęboki oddech i pewnym krokiem weszłam do budynku. Królowa ubierała się bardzo odważnie, więc w wydekoltowanej sukni z odsłoniętymi ramionami czułam się strasznie nieswojo.  Nie wiem czy strażnik mnie poznał. Miał nieco zdziwioną minę kiedy go mijałam. Przeszłam całą salę i udałam się na górę, gdzie dostrzegłam krasnoluda, który wyglądał jakby tam dowodził. Skierowałam kroki prosto do niego. Spojrzał na mnie, widziałam jak jego mina się zmienia.

– Pani… – jęknął i zgiął się w ukłonie. – Co Cię tutaj sprowadza?

– Gdzie ten obibok Arastos? – zapytałam władczym tonem. – Chcę go tutaj natychmiast widzieć.

– Tak. Tak. Już wołam.

Spanikowany mężczyzna rzucił się w korytarz. Rozejrzałam się po lokalu, ale nawet nie dostrzegłam jego szczegółów, tak bardzo byłam skupiona na udawaniu Królowej. W końcu usłyszałam otwierane drzwi i zobaczyłam zdenerwowanego elfa, który usiłował jednocześnie zawiązać troczki od spodni i wyglądać godnie, maskując swoje zdenerwowanie. Nawet mi się nie przyjrzał uważnie. Królowa musiała go potraktować bardzo paskudnie skoro jej widok wywoływał w nim taką panikę.

– Pani, czemu zawdzięczam….

– Twoja skuteczność jest bliska zeru. – weszłam mu w słowo. – Od dzisiaj wszystkie twoje zamtuzy przechodzą na własność Szarej Dłoni.

– Co?! Ale…

– Bez ale! Masz przygotować wszystko do przejęcia interesu. Przyjdę to sprawdzić.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do schodów. Próbował mnie jeszcze zatrzymać pytaniami ale warknęłam tylko żeby nie marnował mojego czasu i wyszłam. Upewniłam się, że nikt mnie nie obserwuje i zniknęłam w jednej z uliczek.

Czekaliśmy.

Minęły może dwie godziny, kiedy nagle, na głównej ulicy, dostrzegliśmy Szarą Dłoń idącą na czele oddziału trolli. Arastos już na nią czekał przed wejściem do Kwiatu Marzeń. Orczyca podeszła do niego i strzeliła go w pysk, po czym weszli do środka. Byłam pewna, że to sprawka Buma ale wyjątkowo popierałam jego pomysł. Uwiarygodnił przejęcie, a przecież obiecałam Szarej Dłoni, że jak skończymy z tym miastem zamtuzy Arastosa będą należały do niej. Obok mnie wyrósł nagle Borgil.

– Raven, a gdybym tak połaził po zamtuzach jako ten elf to by się to nie przydało, żeby zrobić więcej zamieszania?

Zastanowiłam się przez chwilę.

– Mógłbyś. Ktoś w końcu powie Królowej co się tutaj dzieje.

– To weź mi go narysuj.

– Sam musisz. – podałam mu szkicownik.

Ork patrzył na niego przez chwilę z zastanowieniem. W końcu wziął przedmiot i zaczął rysować.

– I jak? – spytał kiedy skończył.

– Wspaniale. Wyglądasz zupełnie jak on. Tylko ten głos…

– Zawsze go można kopnąć w jajka. – podsunął usłużnie Bum, który najwyraźniej przysłuchiwał się naszej rozmowie z góry. – Ale ja tego nie zrobię. – dodał natychmiast.

– Zapijaczony elf, zapijaczony ork, żadna różnica. – mruknął Borgil, schował szkicownik i ruszył na obchód zamtuzów.

– Uwaga! Straż miejska! – usłyszeliśmy wszyscy głos Thar’zitta.

Wyjrzałam w uliczkę. Faktycznie szedł nią spory oddział straży miejskiej, zdążający wprost do zamtuza.

– Trolle. – usłyszałam zbolałe jęknięcie Miriel.

– Lecę po Iskrę! – natychmiast oświadczył Bum.

Straż weszła do budynku. Widziałam jak wpada tam Iskra a chwilę po niej wślizguje się Bum. Gdy tylko wyszedł zapytaliśmy co się dzieje w środku.

– Aresztują Szarą Dłoń, odwołałem trolle.

Grupa wyszła przed zamtuz i ruszyła w kierunku miasta.

– Miriel! – zawołałam w mowie powietrza. – Mogę ją stamtąd wyciągnąć ciemnością. Czy mam to zrobić?

– Tak! – padła błyskawiczna odpowiedź.

Kulą ciemności pokryłam całą grupę, wskoczyłam do niej, wyciągnęłam orczycę i przepchnęłam w jedną z uliczek, żeby zejść z oczu strażnikom gdy czar się skończy. Oddaliliśmy się od zamtuza i wreszcie spotkaliśmy wszyscy razem.

Szara Dłoń powiedziała nam, że wysłała Arastosa do pozostałych zamtuzów, żeby ogłosił ich przejęcie, i że zaproponowała mu współpracę. Kazaliśmy się jej na razie ukryć, gdyż dwóch strażników wróciło do zamtuza i tam zostało a sami polecieliśmy zgarnąć Borgila, żeby się nie spotkał z tym właściwym Arastosem, i zastanowić się co dalej.

– Mam tego dość! – oznajmiła Miriel kiedy tylko zostaliśmy sami. – Porywamy Arvala!

Konsternacja uciszyła nas wszystkich na chwilę.

– Jeszcze niedawno twierdziliście, że mój pomysł z porwaniem kapitana straży jest niedorzeczny. – zaczęłam ostrożnie. – Co się zmieniło?

– Nie ma mowy żebyśmy sprowokowali Królową aż tak, w tak krótkim czasie. – odparła zrezygnowana Miriel. – Zostało nam już tylko porwanie.

– Może zacznijmy od rozmowy? Tak jak proponowałam w drugiej wersji tego planu. Najpierw mu powiemy wszystko, w obecności Głosiciela Mynbruje, a jeśli nam nie uwierzy i będzie chciał nam zrobić krzywdę wtedy dopiero go porwiemy.

Miriel tylko skinęła głową. Najwyraźniej do naszej przywódczyni dotarło wreszcie, że naprawdę nie mamy nic do stracenia porywając kapitana straży. Możemy tylko zyskać.

Udaliśmy się więc bocznymi drogami na poszukiwanie Głosiciela. Stateczny krasnolud wysłuchał nas, stwierdził, że mówimy prawdę i że pójdzie z nami do Arvala. Usłużnie dał nam jeszcze kilka wskazówek na temat charakteru kapitana i jego manier, które to wskazówki miały sprawić, że nie wkurzymy go od razu na wejściu.

Zaanonsowaliśmy się ochronie stojącej na dole, a właściwie zrobił to Bum z właściwym sobie wdziękiem, oznajmiając, że oto przybył Bum Złotoskrzydły i jego świta. Nawet nam kazał stanąć na baczność ale tylko Borgil odruchowo wykonał rozkaz. Po krótkiej naradzie wewnątrz w końcu wyszedł strażnik i oznajmił, że kapitan wie kim jesteśmy i nie wpuści nikogo więcej prócz Buma i dwóch osób towarzyszących. Jasnym było, że powinna iść Miriel, jako najbardziej poszkodowana przez Królową oraz Durgol, który był naszą nadzieją na przekazanie trollowi informacji bez obrażania go przy okazji. Cała trójka, w asyście Głosiciela, weszła do środka, zaś reszta została na zewnątrz. Miriel obiecała relacjonować nam na bieżąco co się tam dzieje, więc słuchałam relacji na żywo powtarzając ją Salazarowi, gdyż Borgil znudził się po kilku minutach i poszedł do karczmy naprzeciwko, pić.

Pomysł okazał się trafiony. Opowieść Buma, którego udało mi się przed wejściem nauczyć żeby nie wchodził w słowo tylko czekał aż rozmówca skończy i wtedy mówił (aż mi się łezka w oku zakręciła kiedy później zganił Salazara mówiąc „nie przerywaj jak ktoś mówi, trzeba poczekać aż skończy…”) popartej konkretnymi i rzeczowymi słowami Durgola oraz barwnym opisem tortur, którym Miriel zakończyła rozmowę sprawiła, że kapitan uwierzył w naszą wersję. Reszta z nas została zaproszona w końcu do środka.

Alvar okazał się rzeczowym trollem, z dość racjonalnym podejściem do sprawy. Podzielił się z nami informacją, że Królowa obiecała mu, że w dniu wyborów, w godzinę udostępni mu swoją armię. I to nie byle jaką armię a wojsko złożone z niskokręgowych Adeptów.

– Czy to w ogóle możliwe żeby z Iopos, w godzinę, przybyła tutaj armia? – zapytał w końcu.

– Możliwe. – odparłam. – Jest Ksenomantką, ma Ksenomantę na usługach. Wystarczy im krąg ksenomancki, który połączy oba miasta i armia pojawi się tutaj w mgnieniu oka.

– A gdyby zniszczyć krąg? – zapytał Durgol. – Da się?

– Tak, pomyślałam o tym, żeby go zlokalizować i zniszczyć. Ale po co?

– Jeśli Królowa się dowie, że straciła moje poparcie. – wyjaśnił Arval. – Gotowa rzucić tą armię na Jerris.

– Nie zrobi tego. – zaprzeczyłam. – Pomyślcie. Miała wszystko pokojowo i po cichu. Jeśli zaatakuje zbrojnie będzie miała przeciwko sobie Imperium Therańskie, któremu już się nie podoba, że Iopos się od nich odsuwa i na pewno nie pozwoli na przejęcie Jerris. Nawet Throal nie pozostanie obojętny na zbrojną agresję. Uhl Denairastas nigdy się na to nie zgodzi.

– Zapewne masz rację. – poparł mnie Arval. – Nadal pozostaje problem zaprowadzenia porządku w tym mieście.

– Dogadaj się z naszym pracodawcą. – zawołał radośnie Bum. – No przecież obaj chcecie tego samego. On zostanie Burmistrzem, ty zostaniesz szefem straży czy jakimś tam ministrem wojny i raz dwa zrobicie tutaj porządeczek.

– I tak chciałbym porozmawiać z waszym pracodawcą.

– Ale to musimy cię chronić. – natychmiast zarządził Bum.

– Umiem o siebie zadbać. – burknął kapitan.

– Ej, ona zabiła maga! Potężnego maga. Jak się skapnie, że nie jesteś po jej stronie to cię prędziutko sprzątnie. No chyba, że umiesz dobrze udawać.

– Nie umiem udawać. – zasępił się Alvar. – Co w myśli to i na twarzy, że tak powiem.

– Nie masz potrzeby. – wtrąciłam się. – Aresztuj nas.

– Co?! – wyrwało się jednocześnie wszystkim zebranym w pokoju.

– Aresztuj nas. Wsadzisz nas do więzienia na te dwa dni. Ogłosisz, że aresztowałeś osoby podejrzane o bałagan w Jerris, Królowa nie nabierze podejrzeń co do Twojej lojalności a ty, Panie, jeszcze zyskasz w oczach radnych. Kiedy wygrasz przekażesz władzę naszemu pracodawcy a my znikniemy.

Ciszę, która zapadła po moich słowach przerwało jęknięcie Buma.

– Ja nie chcę za kratki… Do klatki… Nie dam się aresztować… Ile kosztuje nowe okno? – zapytał już głośniej.

– Bum i Thar’zitt uciekną, zaanonsują Cię naszemu pracodawcy a później pozostaną w cieniu. – dodałam. – To, moim zdaniem, najlepsze wyjście.

– Zgadzam się z Raven. – poparł mnie Durgol.

Miriel i Salazar także skinęli potakująco.

Alvar zawołał strażników, gdy kazał im nas aresztować Bum śmignął przez okno. Daliśmy się skuć. Na zewnątrz zerknęłam na karczmę i dostrzegłam Borgila, który właśnie podrywał się zza stołu i sięgał po broń.

– Borgil stój! – odezwałam się w mowie powietrza. – Sytuacja jest pod kontrolą. Wróć do domu zleceniodawcy, Bum i Thar’zitt wszystko ci wyjaśnią.

Uspokojony ork usiadł spowrotem i jakby nigdy nic wziął się za dopijanie trunku a my daliśmy się grzecznie odprowadzić do miejskiego więzienia. To był chyba nasz najdziwniejszy plan jak do tej pory.