Czarna Królowa

Czarna Królowa

Noc była jasna. Na zabarwionym czerwienią niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy a rysujący się na horyzoncie las przesłaniała delikatna mgła. Pokryta rosą trawa wydzielała przyjemny zapach. Sarella szczelniej otuliła się płaszczem czując jak chłodne powietrze wdziera się pod ubranie.  Zaczęła się pora sucha a mimo to noce były podejrzanie zimne. Zerknęła na niebo. Księżyc powoli zbliżał się do pełni, jego nadgryzioną jeszcze tarczę spowijała żółto-pomarańczowa łuna. Lord parsknął niespokojnie i przestąpił z nogi na nogę jednak Sarella nie uspokajała go. Sama już się niecierpliwiła dlatego też westchnęła z ulgą kiedy wreszcie dostrzegła to, na co czekała – nietoperze. Najpierw jeden, po nim drugi i kolejny. Przecinały mgłę jak błyskawice polując na owady. To był znak, że dom zasnął. Dopiero wtedy czarne kształty zaczynały swój taniec. Pogładziła delikatnie szyję wierzchowca i Lord ruszył. Niemal bezgłośnie zanurzył się w mgłę. Wiedziała, że w mokrej trawie ślady nie zostaną długo i do rana źdźbła podniosą się, co sprawi, że nikt nie zauważy jej obecności.

Chata wynurzyła się z mgły nagle. Pobielone mury odbijały światło księżyca wyróżniając się na tle ciemnej ściany lasu. Solidne, choć skąpe, ogrodzenie, otaczało tylko kawałek terenu z niewielkim ogródkiem, zapewne warzywnym, reszta upraw znajdowała się poza nim. Koń zatrzymał się przy drewnianej, szerokiej bramie. Sarella bezgłośnie zsunęła się z siodła, zdjęła płaszcz i przewiesiła go przez łęk. Wyszeptała kilka słów do wierzchowca i odwróciła się w stronę domu. Wilgotna mgła muskała jej skórę powodując dreszcz. Zwinnym ruchem wskoczyła na płot. Zatrzymała się na chwilę nasłuchując. Dopiero, kiedy jeden z nietoperzy przeleciał tuż koło jej głowy, zsunęła się na ziemię i ruszyła w kierunku chaty. Cienie jej sprzyjały. Wysokie dęby dawały przyjemne plamy czerni, po których prześlizgiwała się szybko i pewnie, dzięki czemu szybko dotarła na tył domu. Okiennice były zamknięte. W ręku kobiety błysnął sztylet. Wprawnym ruchem podważyła haczyk, delikatnie sprawdziła, czy zawias otwiera się bezgłośnie i pociągnęła skrzydło do siebie. W środku panowały ciemności. Kompletny brak światła utrudniał dostrzeżenie czegokolwiek, ale ona wiedziała, że w tym pokoju śpi stara kobieta. Stara i prawdopodobnie przygłucha. Sarella postanowiła zaryzykować. Najciszej jak była w stanie, okryta cieniem, wsunęła się do pomieszczenia przymykając za sobą okiennicę. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Dostrzegła zarys łóżka i nieco jaśniejszy kontur drzwi. Jeżeli mag mówił prawdę wystarczyło przez nie przejść i zabrać stojącą w korytarzu skrzynię. Miała być niewielka i Sarelli nie wolno było zajrzeć do środka.

Ostrożnie przesunęła się w kierunku drzwi. Magia otoczyła ją i pozwoliła poruszać się bezszelestnie, mimo, że wiedziała, że stare deski podłogi skrzypią pod najlżejszym nawet dotykiem. Solidne drzwi ustąpiły bezgłośnie. Nasłuchiwała przez chwilę, ale cisza aż kłuła w uszy. Przykucnęła i omiotła wzrokiem ściany. Wiedziała, że w ten sposób nic nie zobaczy, ale odruch był silniejszy. Skupiła w końcu swoją wolę i spojrzała w przestrzeń astralną. Tutaj nie potrzebowała światła. Szare odbicia martwych przedmiotów były doskonale widoczne, podobnie jak srebrzyste wzorce przedmiotów magicznych. A skrzynia była magiczna. I teraz błyszczała jasno tuż koło drzwi. Sięgnęła po nią ostrożnie. Nie była duża. Przynajmniej w tej kwestii mówił prawdę. Bez trudu ją podniosła jedną ręką i wsunęła do sakwy przy pasie. Rozejrzała się jeszcze, na wszelki wypadek, ale nic jej nie zaniepokoiło. Poczekała aż wzrok wróci do normy i dopiero wtedy podjęła wędrówkę na zewnątrz.

Bełt przebił jej ramię gdy tylko zamknęła za sobą okiennicę. Wyuczony latami odruch rzucił ją na ziemię. Mimo oszałamiającego bólu rzuciła się do ucieczki, w ostatniej chwili przeskakując niewysokie ogrodzenie zanim kolejny bełt trafił ją gdzieś w nogę. Na szczęście to było tylko draśnięcie, które nawet jej nie spowolniło. Las za domem wydał jej się jedynym przyjaznym miejscem, więc rzuciła się w jego kierunku. Brocząc krwią wpadła między pierwsze drzewa i natychmiast odbiła w prawo chcąc zmylić przeciwnika. Ktokolwiek na nią czekał przed domem doskonale umiał się maskować i wiedział na kogo czeka. Przeklęty zdrajca!

Zatrzymała się i z trudem uspokoiła rozszalałe serce. Spowolniła oddech żeby móc wsłuchać się w noc. Wokoło panowała cisza, bezwzględna i śmiertelnie groźna. Sarella rozejrzała się. Światło księżyca wpadało tylko między pierwsze drzewa, więc dalej las był skąpany w mroku i ciężko było cokolwiek dostrzec. Próbowała sobie przypomnieć co wie o tej dżungli. Serwos nie była miłym miejscem. Inshalaty, krojeny, mięsożerne namorzyny, dzikie plemiona t’skrangów. Nie wiadomo co gorsze. Przypomniała sobie, że strzał padł z innej strony niż przyjechała. Lord! Powoli zaczęła obchodzić farmę starając się powstrzymać od jęków bólu. Wreszcie dojrzała ciemny kształt. Raz jeszcze zmusiła wzrok, by dojrzał przestrzeń. Dopiero wtedy ich dostrzegła. Byli tak blisko. Niemal na wyciągnięcie ręki. Odruchowo wstrzymała oddech. Czterech mężczyzn leżało na ziemi z kuszami wymierzonymi w kierunku chaty. Wyglądali jakby na coś czekali. Dokładnie po drugiej stronie placu dostrzegła kolejnego. Z kuszą gotową do strzału skradał się od strony lasu rozglądając się na boki. Czekała cierpliwie aż mężczyzna zbliżył się i kucnął koło towarzyszy.

– Dziwka uciekła do dżungli! – warknął. – Nie możemy jej gonić po nocy.

– Zostawmy ją. – odpowiedział jeden z leżących i uniósł się na łokciu. – Zginie tam. Jest ranna, zwierzaki błyskawicznie zwietrzą krew.

– A przedmiot?

– Pójdziemy śladem o świcie i zabierzemy z jej zwłok.

Przez chwilę cała piątka milczała. Wreszcie odezwał się dowódca.

– Brax, zajmij się koniem. Przyda nam się żarcie. Reszta ze mną. Trzeba sfajczyć tą chatę zanim ktoś tu przylezie i odkryje ciała.

Mężczyźni zgodnie podnieśli się i żwawo ruszyli w kierunku domu. Poczekała jeszcze chwilę na tyle długą żeby być pewną, że ich zaskoczy, a potem gwizdnęła. Gwizd był głośny, świdrujący i przeciągły. Lord błyskawicznie stanął dęba. Kopyta trzasnęły prosto w klatkę piersiową zbliżającego się do wierzchowca mężczyzny. Nie czekając na reakcję uderzonego koń skoczył prosto w jej kierunku. Pozostała czwórka najwyraźniej była zbyt zaskoczona żeby zareagować. Sarella wybiegła spomiędzy drzew, zwinnie wskoczyła na siodło i popędziła wierzchowca jak najdalej od dżungli. Usłyszała świst bełtów i miotane przekleństwa. Wpadła w mgłę. Nie patrzyła przed siebie, nie myślała. Lord robił to za nią a ona ufała mu bezgranicznie. Przywarła do jego grzbietu i dopiero teraz poczuła jak bardzo boli ją ramię. Ciepła krew zrosiła jej palce zaś tkwiący w ciele bełt uwierał przy każdym ruchu. Koń zwolnił i zatrzymał się. Spojrzała półprzytomnie przed siebie. Stali nad szerokim strumieniem. Woda błyszczała srebrzyście, wirując lekko na kamieniach.

– Poczekaj. – szepnęła słabo.

Zsunęła się z siodła i klęknęła na brzegu strumienia. Wyjęła zza pasa sztylet, zacisnęła na nim zęby a później chwyciła koniec bełtu i zdecydowanym ruchem wyszarpnęła go z rany. Jęk bólu poniósł się po wodzie a przed oczami zatańczyły jej wielobarwne plamki. Lord, jakby wyczuwając jej ból, położył się obok. Sięgnęła do juków i wygrzebała opatrunek. Chłodna woda ze strumienia złagodziła nieco nieznośne mrowienie. Opatrzyła ranę i jeszcze raz sięgnęła do torby wyciągając niewielką buteleczkę z rubinowym płynem. Odkorkowała ją i duszkiem wypiła cała zawartość. Przez chwilę trwała jeszcze w bezruchu aż Lord zniecierpliwił się i trącił ją pyskiem. Pogładziła jego szyję i niepewnie wsunęła się na siodło. Koń wstał, wszedł do strumienia i ruszył w górę. Nie musiała mu mówić dokąd jechać, wiedział że tylko idąc wzdłuż strumienia zatrze ślady. Mądry koń.

 ***

– Panie? – niewysoki mężczyzna o pucułowatej twarzy skłonił się dwornie. – Wzywałeś?

Elf przyjrzał mu się uważnie jakby pierwszy raz widział go na oczy. Ilekroć obcował ze swoim sługą zachodził w głowę jak ta prymitywna rasa mogła uważać się za lepszą od szlachetnych elfów. Poruszył się niespokojnie. Wystające z ciała kolce wyjątkowo mu dziś przeszkadzały.

– Przyślij skrybę. Muszę wysłać wiadomość. Powiedz, że to pilne.

– Tak Panie. – sługa skłonił się i czym prędzej zniknął z oczu swego Pana.

Kapitan Lathandos był niezadowolony. Bardzo niezadowolony. Nie dość, że musiał siedzieć w tej obskurnej tawernie, którą właściciel zachwalał niczym najwspanialszy pałac, to jeszcze Generał uziemił go w tej dziurze jakimś mało ważnym zadaniem. Prychnął z niezadowoleniem na samo wspomnienie rozkazu. Jeśli wszystko dobrze pójdzie za kilka dni opuści śmierdzące Kratas i wróci do swojej eleganckiej rezydencji.

– Nie mam dobrych wieści! – z zamyślenia wyrwał go głos skryby. Impertynencki krasnolud nigdy się nie witał i nigdy nie pukał. Lathandos najchętniej by go powiesił albo wybił mu z głowy impertynencję batem, ale nie mógł tego uczynić ponieważ Gorthul był osobistym sługą Generała, co dawało mu nietykalność.

– Nigdy nie masz dobrych wieści. – skwitował elf beznamiętnie.

– Tym razem są wyjątkowo niepomyślne. – krasnolud podszedł do biurka i zaczął na nim układać pergaminy i kałamarz.

– Mówże wreszcie! – ponaglił go zirytowany gospodarz.

– Wynajęta grupa wróciła z niczym. Złodziejka zbiegła do dżungli a oni zostawili za sobą cała masę trupów. Nawet nie spalili chaty, tak jak im kazałeś. Są beznadziejni. Czyż nie mówiłem, że tak to się skończy? Mówiłem. A czy mnie posłuchałeś? Oczywiście, że nie. Tylko patrzeć a Generał ciebie wyśle do tej dżungli

– Nie będzie musiał. – wszedł mu w słowo elf. – Pakuj się. Wyjeżdżamy o świcie.

– Mam za zadanie…

– Wiem jakie masz zadanie! – przerwał gwałtownie i po raz pierwszy spojrzał skrybie głęboko w oczy. – Jeśli nie zdobędziemy tego artefaktu obydwaj zawiśniemy, więc na twoim miejscu pakowałbym już walizki. Zamierzam się zająć tą sprawą osobiście a ty dopilnujesz, żebym miał wszystko, czego potrzebuję. Rozumiemy się?

– Chciałeś list napisać.

– Rozmyśliłem się. Zostaw mnie samego.

Z westchnieniem krasnolud zgarnął z biurka pergaminy.

– Obaj tego pożałujemy. – mruknął jeszcze pod nosem wychodząc z komnaty.

Lathandos odczekał chwilę, po czym podszedł do biurka i wyciągnął z szuflady niewielką skrzyneczkę. Wyjął zza pasa pozłacany kluczyk i wsunął w zamek. Ustąpił bezgłośnie. Podniósł wieko i wydobył przedmiot. Niewielki kryształ, oszlifowany bardzo starannie, zalśnił w jego dłoni. Elf skierował na niego jeden z kolców i poczekał aż kropla krwi spadnie na kamień. Czerwień odcinała się od błękitu kryształu tylko przez kilka sekund. Potem zniknęła, jakby wessana do środka, a kryształ zamigotał jasnym światłem i zrobił się przezroczysty.

– Mów. – rozległ się czysty, kobiecy głos.

– Ruszam do Serwos. Załatwię tą sprawę osobiście.

– Nie zawiedź mnie.

– Nigdy!

Kryształ zgasł. Elf patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym schował do szkatułki i zamknął ją.

Czas ruszyć na polowanie.

  ***

Potężny wybuch słychać było na wiele mil. Kamienna wieża zatrzęsła się w posadach, zadygotała i znieruchomiała. Jedynie smugi dymu wydobywające się z okien w połowie budowli świadczyły o tym, że we wnętrzu coś się jeszcze dzieje. Wąskie drzwi u podstawy otworzyły się gwałtownie i na zewnątrz wytoczył się chwiejnie wysoki mężczyzna. Przeszedł kilka kroków i klapnął na ziemię. Obejrzał się jeszcze trwożnie na wieżę, westchnął ciężko i rozciągnął się na trawie skupiając wzrok na błękitnym niebie. Dym, zamiast lecieć w górę, jak to dym ma w zwyczaju, zaczął zsuwać się na dół, łączyć, wirować, aż w końcu uformował się w postać z grubsza przypominającą człowieka. Wpatrzył się w leżącego mężczyznę, po czym chrząknął nieznacznie.

– Na twoim miejscu bym milczał. – odezwał się obiekt obserwacji. – Dla własnego dobra.

– Dlaczego? – spytała dymna postać. – Nie ja wysadziłem wieżę.

– Nie wysadziłem jej! Stoi nadal.

Postać odwróciła głowę i przyjrzała się budynkowi.

– No mieszkać to się raczej już w niej nie da. – skwitowała beznamiętnie. – Co teraz zrobimy?

– Czekamy.

Zapadła niezręczna cisza. Widmowa postać zamarła, zamyślona, a mężczyzna znów skupił się na chmurach. Mijały kolejne minuty. Obraz jakby zastygł w miejscu. W końcu dym nie wytrzymał.

– Długo jeszcze? – zapytał zniecierpliwiony.

– Nie żyjesz. Jakie to ma dla ciebie znaczenie?

– Żyję. Przecież rozmawiam z tobą. Gdybym nie żył nie mógłbym rozmawiać.

– Na wszystkie Pasje. – burknął mężczyzna. – Zamilcz!

– Dlaczego?

– Myślę.

– Rozmowa przeszkadza ci w myśleniu?

– Tak.

– Dlaczego?

W błekitnych oczach człowieka zadrgały niebezpieczne błyski. Usiadł dość gwałtownie i otworzył usta żeby coś odpowiedzieć, ale wtedy jego wzrok padł na ścianę drzew. Zastanowił się przez chwilę, po czym zerwał się na równe nogi. Białe, niedbale ucięte, włosy zafalowały wokoło twarzy. Ruszył energicznie w stronę wieży.

– Ja bym tam nie wchodził. – zakrzyknęła za nim postać.

Ale on nie słuchał. Wiedział już, co musi zrobić. Potrzebował tylko kilku rzeczy.

Zawahał się w progu. Zerknął niepewnie do środka. Część stropu zawaliła się, zasypując dół kamieniami. Niektóre półki zleciały ze ścian wraz z zawartością a po oknach zostało tylko wspomnienie. Całe szczęście, że robił eksperyment na najwyższym piętrze. Gdyby, jak zwykle, pracował w laboratorium, pewnie by już nie żył. Dlaczego, na Pasje, Melaron uparł się, żeby zbudować wieżę, tego chyba nigdy nie zrozumie. Powtarzał mu, że każdy mag musi mieć wieżę. Natomiast Ros uważał to rozwiązanie za idiotyczne i zupełnie niepraktyczne. Dlatego stworzył system podziemnych korytarzy. Bezpieczne, solidne, i dobrze ukryte przed postronnymi. To było zachowanie godne maga! A nie jakieś idiotyczne budynki, w których powieszenie półki graniczyło z cudem bo trzeba ją było specjalnie dopasowywać!

Nieco niepewnie wsunął się do budynku i ruszył na środek. Musiał odwalić sporo gruzów żeby przesunąć dywan i dostać się do pracowni. Mury wieży zatrzeszczały złowieszczo a jakaś luźna belka runęła na podłogę z łoskotem. Ros podskoczył nerwowo i szybko zanurzył się pod podłogę. W znajomych, chłodnych, pomieszczeniach poczuł się znów pewnie. Błyskawicznie zaczął biegać pomiędzy pokojami i zbierać różne przedmioty do torby. Kończył już, kiedy przy nim znów zmaterializowała się człekokształtna postać. Nie wyglądała już teraz jak utkana z dymu a raczej z powietrza.

– Dobrze, że jesteś. – uśmiechnął się mag i cisnął jedną z toreb w stronę postaci. – Weźmiesz to. I to jeszcze. – rzucił kolejną.

Postać bardzo zwinnie złapała oba pakunki.

– Nie jestem tragarzem. – zaprotestowała.

– Jesteś duchem. To bez znaczenia, którym.

– Wręcz przeciwnie. To ma znaczenie. Jestem duchem służebnym. Tragarz to zupełnie inny rodzaj ducha.

Ros tylko westchnął. Duch miał rację, ale nie zaprzątał sobie tym teraz głowy. Później przyzwie sobie Tragarza.

Tymczasem dość chaotycznie zapakował najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył w drogę. Gdy wieża całkowicie zniknęła mu za plecami poczuł ulgę. Przez wiele lat tkwił w jej murach, kontynuując dzieło mistrza, w końcu jednak nadszedł ten dzień, kiedy mógł poczuć się wolny i odejść. Cel był ważny. Wieża przecież nie ucieknie.

 ***

Pachniało liśćmi i wilgocią. A może ziemią? Przytłumione zmysły nie mogły się zdecydować. Sarella z trudem otworzyła oczy i rozejrzała się niepewnie. Panował półmrok. Niewielki otwór po prawej stronie wpuszczał nieco rozproszonego światła. Leżała na posłaniu z trawy, liści i gałęzi. Nad sobą widziała kłębowisko potężnych korzeni. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że ciemna plama przy wejściu to nie kolejny korzeń a Dawca Imion. Pobłyskująca zielenią skóra i długi pysk nie pozostawiały wątpliwości. T’skrang. Próbowała usiąść, ale ból ramienia sprawił, że zrezygnowała z tego pomysłu. Postać podniosła się szybko i podeszła do dziewczyny. Na głowie t’skranga dostrzegła pokaźny, ciemny, grzebień a kiedy się poruszył usłyszała stukot jego „spódniczki”.

– Nie ruszać! – zaprotestował gwałtownie i klęknął przy niej powstrzymując ją ręką. – Być ranna.

– Gdzie jestem? Kim ty jesteś? – zapytała i zorientowała się, że jej głos brzmi chrapliwie. – Wody. – poprosiła.

Gospodarz sięgnął gdzieś za jej głowę i podsunął jej do ust skorupę jakiegoś orzecha, powolutku zlewając z niej chłodny płyn. Gdzieś w zakamarkach umysłu pojawiła się myśl o truciźnie, ale spragnione ciało domagało się należnej mu porcji napoju. Gdy skorupa się opróżniła t’skrang odłożył ją i uśmiechnął się do Sarelli.

– Spać. – nakazał stanowczo. – Jeszcze spać.

Kobieta posłusznie przymknęła oczy i znów zapadła w sen.

Kiedy znów się ocknęła poczuła się silniejsza. Ramię bolało zdecydowanie mniej a kiedy spróbowała usiąść ciało posłuchało bez większych protestów. W jamie płonęło niewielkie ognisko. T’skrang krzątał się obok ustawiając nad ogniem prowizoryczny stojak z nadzianymi rybami.

– Lepiej czuć? – dopiero kiedy się odezwał zorientowała się, że na nią patrzy.

– Tak. Dziękuję.

Pokiwał z zadowoleniem głową.

– Być kolacja późno. Dopiero przynieść.

– Kim jesteś?

– Wybaczyć. Ssarassel. – skłonił się lekko.

– Sarella. – odparła niepewnie wciąż nie ufając dziwnemu t’skrangowi. – Skąd się tu wzięłam?

– Koń przynieść. Tam zrzucić. – pokazał na wejście.

– Lord! Co z nim?

– Mądry być. Dobry być. Dalej stać, bo tu miejsca nie.

Odetchnęła z ulgą. T’skrang przysiadł przy ogniu i zajął się rybami, więc rozejrzała się uważniej. Jama nie była duża. Mieściło się w niej posłanie, na którym leżała, drugie mniejsze naprzeciwko, kilka koszy trzcinowych, palenisko i jedna, niedbale sklecona, skrzynia. Pod jedną ze ścian zauważyła złożone swoje rzeczy wraz z siodłem Lorda. Dopiero kiedy się poruszyła zorientowała się że śmierdzi i skrzywiła się z niesmakiem.

– Jak długo tu jestem?

– Trzy księżyce.

– Chciałabym się umyć. – poprosiła niepewnie.

– Siła jest? – gospodarz popatrzył na nią uważnie.

Powoli podniosła się i zrobiła krok. Nogi jej lekko drżały, ale czuła, że może już chodzić. T’skrang uśmiechnął się.

– Iść.

Wyprowadził ją na zewnątrz. Zbliżała się noc więc pod baldachimem potężnych drzew zapadł już mrok a świergot ptaków zastąpiły odgłosy nocnych zwierząt. Wokoło drzewa, które służyło im za kryjówkę, zobaczyła wodę.

– Jesteśmy na wyspie. – stwierdziła ze zdumieniem.

– Wyspa bezpieczna. Dobry dom. – potwierdził t’skrang.

Nagle spomiędzy opadających do ziemi gałęzi drzewa wyłonił się potężny, ciemny kształt i rzucił w kierunku dziewczyny. Zawisła na szyi ukochanego wierzchowca. Przez chwilę głaskała jego aksamitną sierść wtulając twarz w grzywę.

– Palić kolacja. – mruknął Ssarassel.

– Przepraszam. – oderwała się od Lorda. – Pokaż gdzie się mogę umyć.

Wskazał na niewielkie zagłębienie między korzeniami drzewa. Woda tworzyła tam spokojną, płytką zatoczkę. Nawet się nie zorientowała kiedy t’skrang zniknął. Rozebrała się i z przyjemnością zanurzyła w chłodnej, czystej wodzie. Umyła się, uprała ubranie, i zupełnie naga ruszyła do jamy. Ssarassel uśmiechnął się kiedy weszła i wskazał na posłanie. Leżało tam coś, co z grubsza przypominało tunikę. Założyła ją na siebie i usiadła przy ogniu.

– Dziękuję ci. Za wszystko. – odezwała się po chwili.

T’skrang podszedł do niej i wskazał na bandaże.

– Zmienić. – powiedział i zabrał się ostrożnie do ich odwijania.

Kiedy zdjął materiał z rany zorientowała się, że pod spodem są jakieś dziwne liście o błękitnym kolorze.

– Co to? – spytała zaciekawiona, zauważając, że po ranie została już tylko niewielka blizna.

– Strzała zatruta być. Odtrutka to. Język smoka nazywamy. Bez tego Sarella nie żyć.

– Sukinsyny! – warknęła.

Ssarassel pokiwał tylko głową.

– Poważnych wrogów masz ty. Dbać musisz o siebie. Wrócić mogą. No, gotowy już. Zakrywać nie, teraz powietrza potrzeba.

Posmarowana przyjemnie pachnącą maścią blizna mrowiła jeszcze przez chwilę ale, Sarella szybko skupiła się na soczystej rybie, którą t’skrang położył przed nią.

Gdy nad niewielką wysepką wstał złoty świt Sarella pożegnała swojego gospodarza, dosiadła Lorda i ruszyła w dżunglę z silnym postanowieniem, że ktoś jej za to wszystko solidnie zapłaci. Na początek zacznie od Rosa. W końcu to on ją wpakował w tą całą kabałę!

 ***

Powóz kołysał się lekko tocząc się przez nierówne ulice Kratas. Zirytowany nieco krasnolud próbował coś bazgrać nad podsuniętym pod nos pergaminie, ale każde kiwnięcie powozu sprawiało, że klął cicho pod nosem. Elf obserwował go przez chwilę znudzony. Wyjrzał w końcu przez okno. Miasto było chyba najbrzydszym w całej Barsawii. A już na pewno najbrzydszym jakie dane mu było oglądać. Wiedział, że Garthlik odbudował je na gruzach, bo z pierwotnego miasta, po Pogromie, nic nie zostało, ale doprawdy mógłby się nieco bardziej postarać. Co prawda Lathandos był przekonany, że Złodziej jest bardziej skupiony na swoich interesach niż wyglądzie budynków, to jednak raziły go eleganckie kamienice wzniesione tuż przy rozsypujących się ruderach. Gdy powóz wreszcie opuścił miasto Lathandos westchnął z ulgą.

Obserwując krajobraz, powoli przesuwający się za oknem, przypomniał sobie poprzednią noc. Barsawiańskie oprychy są takie słabe. Błyskawicznie wyśpiewali mu wszystko, co chciał wiedzieć, a po serii tortur nawet to, o co nie przyszło mu do głowy zapytać. Pozostawienie ich przy życiu oczywiście nie wchodziło w rachubę, ale Lathandos był pewien, że nikt nie zainteresuje się kilkoma ciałami znalezionymi w jednym z gruzowisk. W tym mieście śmierć była czymś zwyczajnym a on nie mógł dopuścić, żeby ci nieudacznicy powiedzieli komuś o jego misji. I tak miał w planach pozbycie się ich kiedy już zdobędą przedmiot. Tymczasem będzie to musiał go odnaleźć sam. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji jest fakt, że on nie zawiedzie. A kiedy już będzie miał go w swoich rękach wszystkie jego plany wreszcie będą mogły się ziścić.

– Kamienny Mostek. – mruknął pod nosem. – Co to za mieścina?

Krasnolud podniósł głowę i spojrzał nieco nieprzytomnie na elfa.

– Mała. – odparł nieco niepewnie.

– Konkrety. – warknął elf.

– Dobrze usytuowana, gdyż stanowi przystanek dla kupców zmierzających do Throalu jak i do Jeziora Vors czy Kaeru Eidolon. Dzięki temu położeniu, i mądremu burmistrzowi, miasteczko kwitnie. T’skrangi z Serwos dostarczają tam swoje wyroby i same robią zakupy, więc kupców nie brakuje.

Elf odwrócił głowę do okna dając znak, że rozmowa zakończona. Krasnolud wrócił do pisania. Teraz, kiedy wóz jechał równym traktem nie irytował się i nie klął, skupiał się za to całkowicie na treści przekazu.

Lathandos zamyślił się. Jest szansa, że chociaż tam będzie mógł się zatrzymać w godziwych warunkach.

  ***

Drzwi karczmy uderzyły z hukiem o ścianę. Cała zebrana w środku gawiedź spojrzała nerwowo na wejście. Do środka, energicznie, wparowała niewysoka kobieta. Ognistorude włosy wysunęły się spod kaptura a zielone oczy ciskały błyskawicami. Goście natychmiast wpatrzyli się znów we własne kufle i powrócili do cichych rozmów. Tylko dwie osoby nie zwróciły uwagi na całe zamieszanie. Pierwszą był Trubadur siedzący pośrodku karczmy, tyłem do wejścia, skupiony całkowicie na brzmieniu własnego głosu, którym monotonnie zawodził w akompaniamencie lutni. Drugą osobą był szczupły mężczyzna, wciśnięty w najciemniejszy kąt karczmy, który, pochylony nad stołem, uparcie wpatrywał się w skrawek pergaminu, bezgłośnie coś do siebie mamrocząc. Kobieta od razu go dostrzegła i ruszyła w jego kierunku. Puszczone drzwi zamknęły się z powrotem, odcinając dopływ świeżego powietrza do wnętrza.

Zbliżyła się do stolika i ze złością rzuciła coś ciężkiego na blat. Przedmiot, ukryty w sakwie, gruchnął z łoskotem o drewno sprawiając, że mężczyzna gwałtownie podskoczył i spojrzał na kobietę przerażonymi oczami.

– Sarella? – wyszeptał z niedowierzaniem.

– Ros! Ty wstrętny szczurzy synu! – wycedziła kobieta opierając się rękami o blat i świdrując mężczyznę wzrokiem. – Ten twój przeklęty przedmiot niemal kosztował mnie życie!

– Ciiiiicho! – mag zamachał rękami rozglądając się trwożliwie po bywalcach karczmy. – Usiądź. Nie krzycz. Żyjesz przecież.

– Cudem! – warknęła jeszcze, ale usiadła naprzeciwko Rosa.

Niemal natychmiast pojawiła się kelnerka z pytaniem co podać. Sarella zamówiła piwo i kolację i popatrzyła za oddalającą się dziewczyną. Przez chwilę przy stoliku panowało milczenie. Wreszcie mag odezwał się pierwszy.

– Czy to jest to? – wskazał na leżący pośrodku stołu przedmiot.

– A jak myślisz?

Nieco niepewnie sięgnął po torbę i przysunął ją do siebie. Kilka sekund wpatrywał się w nią jakby miał zamiar zajrzeć do środka, ale rozmyślił się i zsunął ją do worka leżącego koło stolika.

– Czemu nie siedzisz w wieży? – spytała nagle Sarella.

– Chciałem wyjść ci naprzeciw. Potrzebuję tego. – skinął głową w kierunku torby. – Wiem jak rozwiązać problem.

– Naprzeciw? Człowieku! Nadłożyłabym tydzień drogi gdyby nie ślepy traf i nadmierna gadatliwość jakiegoś pijaczka, który trzy razy prosił cię o kilka miedziaków a usłyszał w odpowiedzi tylko brednie o władcy horrorów.

– Co się stało?

– Nie rozumiem…

– W gospodarstwie? Mówiłaś, że prawie postradałaś życie. To byli tylko wieśniacy. W dodatku śpiący.

– Nie, mój drogi, oderwany od rzeczywistości, Ksenomanto! To była banda najemników, która wyrżnęła tych twoich wieśniaków i próbowała to samo zrobić ze mną. Na szczęście, w odróżnieniu od tej nieszczęsnej rodziny, ja jestem Adeptem. Inaczej dawno gryzłabym ziemię!

Ros zamarł. Wpatrzył się w Sarellę a jego twarz zrobiła się blada.

– Wyrżnęła? – spytał drżącym głosem.

– Do nogi. – potwierdziła Sarella.

Milczenie stało się niemal namacalne. Ciepły posiłek, w towarzystwie zimnego piwa, pojawił się na stole, więc kobieta zabrała się za jedzenie.

– Nie mam pojęcia czym jest ten przeklęty przedmiot. – dodała z pełnymi ustami. – Ale teraz się mnie tak łatwo nie pozbędziesz. Chcę wiedzieć co to jest, co zamierzasz z tym zrobić i dlaczego jakieś osiłki chcą mnie za to zabić.

Ros tylko pokiwał bezmyślnie głową. Szalały w nim dziesiątki uczuć i emocji, Przed oczami migały uśmiechnięte twarze tamtej rodziny. Niewinnych Dawców Imion, którzy nie mieli pojęcia, co znajduje się w skrzyneczce. On miał pojęcie. Wiedział. I właśnie zaczął się zastanawiać, czy zabawa z artefaktem naprawdę jest dobrym pomysłem…

 ***

Noc powoli otuliła miasto. Latarnie rozbłysły żółtym, ciepłym światłem a Dawcy Imion poznikali w swoich domach żeby odpocząć po trudach pracowitego dnia. Turkot wjeżdżającego powozu roznosił się echem po głównej ulicy. Pasażerowie wyglądali ciekawie przez uchylone zasłony. To, co widzieli, zadowoliłoby najbardziej wybrednego znawcę miejskiej architektury. Wszystkie kamienice wzniesiono z takiego samego, jasnego kamienia, i choć różniły się wielkością i zdobieniami to tworzyły jedną piękną całość. Główna ulica była obsadzona zadbanymi drzewami i ogromną ilością kwiatów a przez otwarte szeroko okiennice brzmiał szmer rozmów okraszonych śmiechem.

Powóz zatrzymał się na niewielkim dziedzińcu obok karczmy. Kolorowy szyld nad drzwiami głosił, że przybytek nazywa się „Pod zarżniętym kogutem” aczkolwiek wymalowany obok nazwy barwny kogut wyglądał całkiem żywo i zdrowo.

Drzwi powozu otworzyły się i młody ludzki chłopiec błyskawicznie podstawił wygodne schodki. Zadrżał nieco, kiedy w świetle lamp zobaczył kolczastego pasażera. Jeszcze nigdy nie widział krwawego elfa, mimo że wielokrotnie opowiadano o nich najróżniejsze legendy. Ten, dodatkowo, miał niezwykle posępną minę a w oczach nienawiść. Chłopiec mimowolnie odsunął się nieco kiedy niepokojący pasażer wysiadł i przyjrzał mu się. Nawet nie zauważył krasnoluda, który wygramolił się za elfem, ściskając pod pachą opasłą księgę.

– Panie? – wymamrotał.

– Nie stój tak. Rozpakuj powóz i zajmij się końmi. Zostaniemy tutaj przez jakiś czas.

– Tak Panie! – chłopiec pospiesznie rzucił się do koni.

Elf ruszył do karczmy a krasnolud podreptał za nim. Kiedy otworzyli drzwi owionął ich zapach pieczeni i słodkich bułeczek oraz otoczył gwar rozmów. Wnętrze było duże, jasno oświetlone, przyjemne. Wejście gości spowodowało jednak natychmiastową ciszę. Niemal każda osoba w karczmie wgapiła się w krwawego elfa z na wpół otwartymi ustami. Dopiero gromkie „Witajcie dostojni goście!” karczmarza sprawiło, że zgromadzeni w „Kogucie” Dawcy Imion powrócili do rozmów, zerkając jednak, co jakiś czas, na elfa.

Młoda ludzka kelnerka szybko poprowadziła nowych gości do sporego stolika.

– Czego panowie sobie życzą? – spytała.

– A macie coś jadalnego? Coś, po czym się nie pochoruję? – warknął opryskliwie elf.

– Piwo – wszedł mu w słowo krasnolud. – Najlepsze jakie macie, dla mnie. Dla pana wino, t’skrandzkie. Poprosimy też placki z jabłkami i kruszonką i zapiekankę pasterską. Dwie porcje. I niech panienka będzie tak miła i przygotuje dla nas pokoje. Z kąpielą, jeśli można.

Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością do krasnoluda.

– Z przyjemnością Panie. Zaraz się wszystkim zajmę.

Kiedy się oddaliła Gorthul popatrzył na swojego towarzysza i pokręcił z dezaprobatą głową.

– Czy ty musisz zrażać do siebie każdą napotkaną istotę? Już i tak dość rzucamy się w oczy.

– Przypominam ci, skrybo, że jestem nieco wyżej w hierarchii od ciebie, więc bądź uprzejmy zachowywać się z należnym mi szacunkiem! Nie obchodzi mnie zdanie tych barbarzyńców na mój temat. Strach, który wzbudzasz, jest twoim najlepszym przyjacielem.

– Szanowny Pan pozwoli, że się nie zgodzę. Jeśli wszyscy się będą bali to nikt z nami nie będzie rozmawiał. Wzbudzenie zaufania miejscowych pozwoli nam, natomiast, zaoszczędzić mnóstwo czasu.

Wywód krasnoluda przerwało przyjście kelnerki. Ustawiła przed mężczyznami napoje i zamówione jedzenie i, życząc smacznego, dyskretnie się oddaliła.

Elf pociągnął łyk wina i przez jego twarz, na jeden moment, przebiegł grymas zadowolenia. Bez słowa wziął się za jedzenie starając się nie zwracać uwagi na otoczenie. Krasnolud, natomiast, jako że obserwacja była podstawą jego pracy, dyskretnie zaczął rozglądać się po wnętrzu.

Karczma nie była pełna. Kilkoro ludzi dyskutowało o ostatnich plonach, trzech krasnoludzkich kupców omawiało traktat handlowy, który w jednym z nich najwyraźniej wzbudzał niepokój a przycupnięty przy jednym ze stolików Trubadur usiłował młodej dziewczynie wyjaśnić wyższość elfickiej poezji nad krasnoludzką. Zainteresowanie Gorthula wzbudziła jednak inna para. W jednym z kątów siedziało dwoje ludzi. Mężczyzna o białych włosach, chorobliwie wręcz chudy, pod płaszczem ukrywał szaty magowskie natomiast rudowłosa kobieta spożywała posiłek z takim zapałem, jakby dawno nie jadła porządnej kolacji.

Gorthul chrząknął cicho i napotkawszy zniecierpliwione spojrzenie Lathandela wyszeptał:

– Panie, po twojej lewej stronie, w rogu, siedzi kobieta, rudowłosa.

Elf obejrzał się dyskretnie.

– I co z tego? Kobieta jak kobieta. Niezbyt piękna i ubrana jak wieśniaczka.

– Mam powody przypuszczać, że jest to Złodziejka, której poszukujesz.

W oczach elfa zabłysnął ogień. Krasnolud przytrzymał jego rękę raniąc się o ciernie.

– Nie teraz! – wysyczał, wyczuwając, że elf chce się poderwać. – Nie znają nas, niczego nie podejrzewają. Załatwimy to w nocy. Jeśli mają artefakt to już nam się nie wymkną.

Lathandel wziął głęboki oddech.

– W nocy. – powiedział tylko i zabrał się za resztę kolacji, tym razem dyskretnie obserwując parę ludzi.

  ***

Sarella podskoczyła gwałtownie i stłumiła krzyk, który wyrwał się z jej gardła, kiedy wyrósł przed nią duch.

– Na krzywy nos samej Śmierci! – zaklęła – Nie mogłeś mnie uprzedzić?!

Duch skłonił się dwornie.

– Pani wybaczy, nie chciałem panienki wystraszyć.

– Sarello, to jest Igor. Igorze, to Sarella. Poznajcie się.

– Niezmiernie mi miło. – odparł Igor wyciągając dłoń do Sarelli.

– Igor? Nazwałeś ducha Igor? – Sarella próbowała odruchowo uścisnąć niematerialną dłoń, ale zdawszy sobie sprawę z tego, że to niewykonalne tylko skinęła duchowi głową zamykając za sobą drzwi. – To takie podobne do ciebie…

– Co ci się, znowu, nie podoba? On lubi to imię.

Ros obejrzał dokładnie cały pokój zaglądając pod łóżka, do szafy, za zasłony i wyglądając przez okno, które chwilę później zatrzasnął, zaryglował i szczelnie zasłonił. Na niewielkiej szafce pomiędzy dwoma niskimi łóżkami stała lampa olejna, obrzucająca pokój niespokojnym światłem.

– Ros? Co robisz? – Sarella wyciągnęła się na łóżku założywszy ręce pod głowę.

– Zabezpieczam nas przed bandytami.

– Racja. Lepiej się udusić niż zostać napadniętym.

– To zrób to lepiej! – zirytował się człowiek.

– Proszę bardzo.

Dziewczyna podniosła się, otworzyła okno na cała szerokość, dodatkowo podpinając zasłony tak, żeby nic się za nimi nie mogło ukryć. W jej dłoniach pojawiła się cieniutka jak włos linka, którą przyczepiła do framugi i rozciągnęła tuż nad parapetem. Z boku zawiesiła niewielki dzwoneczek, niewidoczny z zewnątrz. Drugą linką połączyła wezgłowia ich łóżek, znajdujące się po obu stronach oknach. Następnie podeszła do drzwi. Obejrzała je dokładnie i zręcznie zablokowała zamek tak, żeby otworzenie go od zewnątrz nie było możliwe, zaś na klamce powiesiła kolejny dzwoneczek. Na koniec odpięła sztylet od pasa i wsunęła go pod poduszkę.

– Gotowe. – uśmiechnęła się do maga. – I proponuję spać w ubraniu i w butach, jeśli boisz się zbójców. Aha, jakby trzeba była skakać przez okno to celuj w wóz stojący po prawej stronie, ma plandekę a pod nią jest siano, więc jeśli ona nie wytrzyma to nadal masz miękkie lądowanie.

– Naprawdę myślisz, że coś nam grozi? – zapytał nagle mężczyzna.

– Komuś bardzo zależy na tym przedmiocie. Tak bardzo, że zostawia za sobą trupy. Lepiej być przygotowanym.

Dziewczyna wsunęła się pod kołdrę. Dłoń powędrowała pod poduszkę i zacisnęła się na rękojeści sztyletu.

– Śpij Ros – powiedziała już półprzytomna. – Może to ostatni raz, kiedy będziemy mieli szansę się wyspać.

– Dzięki za pociesznie. – burknął mężczyzna, ale posłusznie położył się do łóżka, zgodnie z radą dziewczyny, w pełnym ubraniu. Wciskając pod poduszkę torbę z artefaktem.

Zgasił lampę i wkrótce oboje zapadli w sen.

 ***

Kamienny Mostek okryła noc. Księżyc w pełni zalał ulice miasteczka srebrnym światłem. Co jakiś czas, poprzez noc, niosły się pohukiwania sowy czy dalekie miauczenie kotów.

W uśpionej karczmie panowała niczym niezmącona cisza. Dwie postaci bezgłośnie podążały korytarzem na piętrze. Wysoka i smukła z przodu, niska i krępa z tyłu. Nagle pierwsza postać zatrzymała się. Uniosła przed siebie dłoń i wyszeptała coś.

– Co robisz panie? – szept drugiej postaci zabrzmiał niemal jak krzyk.

– Zamknij się Gorthul! – warknęła postać. – Powstrzymuję ducha. Za chwilę otworzy nam przejście. Pamiętasz co masz robić?

– Pamiętam.

– Świetnie. To przygotuj się.

Na ścianie, w miejscu drzwi do pokoju, przed którym stali, czerń zaczęła się zagęszczać. Mała, smoliście czarna kropka, urosła do rozmiarów sporego prostokąta, przesłaniając całe drzwi i kawałek ściany.

– Idziemy. – rzucił elf i wkroczył w ciemność.

Krasnolud, chcąc nie chcąc, przeszedł za nim.

Uczucie nie było przyjemne. Przestrzeń astralna raniła duszę zaś przechodzenie przez fizyczne przeszkody powodowało dziwne odczucie przebijania ciałem niewidocznej błony. Na szczęście trwało to ułamek sekundy i obaj mężczyźni znaleźli się w pokoju.

Gorthul obrzucił go szybkim spojrzeniem. W dwóch łóżkach dostrzegł zarysy śpiących Dawców Imion zaś pod oknem stał duch, zamarły w pół ruchu, z przerażeniem w oczach. Krasnolud, najciszej jak potrafił, zbliżył się do mniejszej postaci, słusznie domyślając się, że jest to kobieta, wyjął sztylet i uniósł dłoń do śmiertelnego ciosu.

 ***

Sen przyszedł szybko. Sarella zawsze zasypiała niemal natychmiast i równie szybko odzyskiwała przytomność. Lata złodziejskiej praktyki nauczyły ją odpoczywania w półśnie, z którego potrafił ją wyrwać nawet najcichszy szelest. Tym razem było podobnie. Zarejestrowała ruch nad sobą niemal w ostatniej chwili. Przez myśl jej tylko przemknęło, że musi pogratulować napastnikowi, że udało mu się podejść tak blisko, po czym wyszarpnęła sztylet spod poduszki i sparowała cios dosłownie w ostatniej chwili.

– Ros! – wrzasnęła najgłośniej jak umiała, jednocześnie podrywając się na nogi i nacierając na zaskoczonego przeciwnika.

Sztylet wbił się głęboko. Napastnik krzyknął i zatoczył się do tyłu. Błyskawicznie omiotła wzrokiem pomieszczenie dostrzegając krwawego elfa z wykrzywioną wściekłością twarzą i unieruchomionego Igora. Ros poderwał się niemal w tej samej chwili. Sarella wyszarpnęła sztylet z krasnoluda i kopnęła przeciwnika z całej siły, starając się skierować impet uderzenia w stronę elfa. Dostrzegła kątem oka jak Ros uniósł przed siebie dłoń, przed elfem pojawił się duch i rzucił się na niego z pięściami. Igor, który nagle odzyskał wolność, poszedł w ślady swojego niematerialnego towarzysza.

Krasnolud poleciał na podłogę stękając ciężko. Sarella podniosła dłoń do kolejnego ciosu, kiedy nagle oba duchy zniknęły, elf krzyknął i od jego postaci pomknęły w ich kierunku czarne pasma dymu. Odskoczyła do tyłu. Zobaczyła jak Ros łapie się za gardło i zaczyna dusić. Skoczyła do niego, złapała za płaszcz i popchnęła go do okna. Gwizdnęła przeciągle. Rumor w stajni wyraźnie świadczył, że jej gwizd odniósł skutek.

– Skacz! – krzyknęła niemal wypychając towarzysza przez okno.

Wtedy poczuła ból. Jakby jej serce nagle dostało się w imadło. Krzyknęła i osunęła się na ziemię przyciskając dłoń do piersi. „Na szczęście Ros jest bezpieczny” pomyślała, widząc jak przyjaciel miękko ląduje na wozie, i ostatkiem sił zaczęła się odwracać w kierunku swojego oprawcy. Elf uśmiechał się. Wyciągniętą w jej stronę dłoń zaciskał powoli w pięść a im bardziej zaciskał tym bardziej brakowało jej tchu. Krasnolud podniósł się z podłogi.

– Nie zabijaj jej. – zaprotestował. – Od martwej niczego się nie dowiemy.

– Wręcz przeciwnie… – głos elfa był zimny jak lód a spojrzenie bezwzględne.

Sarella zrozumiała, że ma tylko jedną szansę. Zebrała całą swoją siłę woli i cisnęła sztyletem. Pasje jej sprzyjały. Broń wbiła się prosto w pierś zaskoczonego elfa. Ucisk na sercu zniknął i dziewczyna skoczyła za okno.

W ostatniej chwili zmieniła tor lotu lądując na wozie z sianem. Czyjeś ręce chwyciły ją, wyciągnęły na ziemię i postawiły do pionu. Zobaczyła przed sobą bladą twarz Rosa a tuż obok niego pysk Lorda.

– Cała jesteś? – Spytał Ros z niepokojem.

– Cała. Szybko! Nie mamy czasu!

Wprawnym ruchem poprawiła popręg, gratulując sobie w duchu, że kazała nie rozsiodływać konia, i wskoczyła na siodło. Podała Rosowi dłoń, pomogła mu się wygodnie usadzić i spięła wierzchowca. Lord ruszył z kopyta.

Nie niepokojeni przez nikogo przegalopowali przez całe miasteczko i wkrótce znaleźli się między polami. Dopiero wtedy Sarella zwolniła i skierowała wierzchowca w kierunku dżungli Serwos, jedynego miejsca w okolicy, które dawało im jakąkolwiek osłonę.

Dopiero godzinę później, gdy skryły ich pierwsze ogromne drzewa, Sarella zatrzymała Lorda.

– Co teraz? – Spytała nie zsiadając z konia.

– Nie wiem. – Przyznał Ros. – Muszę wezwać Igora. Później się zastanowimy.

– Nie możemy się zatrzymywać. Będą nas gonić. Gdzie zdążamy?

– Do Tesaris. To dawna siedziba t’skrangów z Serwos. Legenda głosi, że kiedy napadł ją Horror lahala wioski podjęła walkę, zamknęła go w swoim ciele i kazała swoim magom rzucić na siebie trans śmierci. To zamknęło Horrora na zawsze w niej. T’skrangi pochowały ją gdzieś w podziemiach miasta, zapieczętowały jej ciało i odeszły.

– Na co nam trup t’skranga?

– To plemię nigdy później nie miało lahali. Przechowywali pamięć o niej i wierzyli, że kiedyś znajdą sposób, żeby ją przywrócić do życia. Ja znalazłem ten sposób. Chcę spróbować.

– Wyczuwam drugie dno. Ale nie będę teraz pytała jakie masz inne motywy. Do dżungli. Znam pewnego t’skranga, który może nam pomóc.

Lord ruszył między drzewa. Czas zanurzyć się po raz kolejny w zieloność Sewros.

 ***

Krew zachlapała podłogę, gdy elf wyciągnął sztylet z rany. Krasnolud spojrzał na niego zatroskany, ale widząc kamienną twarz przełożonego odwrócił wzrok i podszedł do okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz.

– Uciekli. – oznajmił beznamiętnym głosem.

– Bardzo ciekawe. – mruknął Lathandel. – Pomniejszy przedmiot wzorca.

Gorthul odwrócił się i spojrzał na elfa. Lathandel obracał w dłoniach sztylet przyglądając mu się uważnie. Na pierwszy rzut oka broń wyglądała całkiem zwyczajnie, ale krasnolud domyślił się, że elf ogląda ją astralnie.

– Gonimy ich? – odezwał się w końcu.

– Tak. Ale nie teraz. Jestem zmęczony i nie zamierzam łazić po nocy przez dżunglę. Ta broń doprowadzi nas do właścicielki bez najmniejszego problemu.

Gorthul tylko wzruszył ramionami. Otworzył drzwi i gestem wskazał elfowi żeby wyszedł.

Kilka minut później obaj mężczyźni spali wygodnie w przydzielonych im łóżkach.

  ***

– To cmentarzysko. – Sarella rozejrzała się dookoła.

Stali nad brzegiem szerokiej rzeki. Z burobrązowej wody wystawały szczątki wież utkanych z gałęzi. Część z nich miała jeszcze dachy, ale większość lata świetności miała już dawno za sobą. Dżungla zarosła nieużywany brzeg utrudniając dostęp do wody. Niewielka grupa t’skrangów, dawnych mieszkańców Tesaris, która zgodziła się im towarzyszyć, z miejsca wzięła się za wycinanie krzaków, żeby ułatwić im przejście.

– Jak się dostaniemy do wnętrza? – zwróciła się do Rosa.

– Miasta t’skrangów są wspomagane magią. Przez te wieże powietrze jest wciągane do korytarzy zaś pod wodą masz kopułę utkaną z żywiołu wody i powietrza, która chroni miasto przed zalaniem. Przypuszczam, że magia nadal działa i da się, bez problemu, poruszać po mieście. Trzeba będzie to sprawdzić.

– Ja mogę sprawdzić. Bardziej już nie umrę. – Zaoferował się Igor.

Ros zastanowił się przez chwilę.

– Może i masz rację. Idź. Tylko uważaj na siebie, bo jednak możesz umrzeć bardziej.

– Będę uważał. Jak zawsze. – Potwierdził Igor i zniknął.

Dwoje ludzi stało na brzegu przyglądając się pracy t’skrangów. Oboje zatopieni w myślach, czekający na coś, co miało dopiero nastąpić. Droga do tego miejsca nie była łatwa. Dżungla nie wpuszczała Dawców Imion tak po prostu do swojego wnętrza. Musieli dostać się do t’skrangów a później przekonać ich, że warto spróbować. Ros nadal utrzymywał, że obudzenie lahali jest jego celem ale Sarella czuła, że w słowach maga kryje się coś więcej, że nie mówi jej wszystkiego. Od pamiętnej nocy, kiedy próbowano ich zabić, Ros prawie się nie odzywał. Wieczorami wyciągał skrzyneczkę i wpatrywał się w nią nie otwierając. Wyglądał wtedy jakby bił się z myślami. To martwiło Sarellę. Jeśli tam w dole faktycznie kryje się t’skrandzka przywódczyni wioski z zamkniętym w sobie Horrorem nie poradzą sobie we dwójkę. Zginą. A Sarella nie miała jeszcze w planach ginięcia.

– Droga bezpieczna. – z zamyślenia wyrwał ją głos jednego z t’skrangów. – Chcemy iść z wami. – dodał po chwili.

Ros obrzucił go roztargnionym spojrzeniem.

– Jeszcze chwilę. Musimy zaczekać na Igora.

T’skrang odszedł a Sarella przyjrzała się Rosowi uważnie.

– To dobry moment. – odezwała się łagodnie.

– Na co?

– Żebyś mi powiedział co tu robimy. Tak naprawdę. I do czego ci ten artefakt.

Mag zamyślił się przez chwilę.

– Już o tym rozmawialiśmy.

– Owszem. I niczego mi nie powiedziałeś. Poza tym, że chcesz uwolnić lahalę.

– Bo chcę.

– Nie neguję tego. Ale ona ma w sobie zamkniętego Horrora. Jak chcesz się go pozbyć? Dlaczego, w ogóle, jesteś przekonany, że da się ją uratować?

– Bo mam artefakt. Oddzieli Horrora od lahali i pozwoli go unicestwić.

– Nie zginę dla mrzonki.

– Nikt nie zginie! – mag podniósł głos. – Nie po to spędziłem lata na badaniu tej historii żeby teraz pozwolić komuś umrzeć! Jedyną istotą, która dziś zginie jest Horror.

Rozmowę przerwała nagła manifestacja Igora.

– Korytarze wyglądają bezpiecznie. Chyba da się tam oddychać. Wody nie ma w każdym razie.

– Dziękuję Igorze. – Ros odwrócił się do zebranych t’skrangów. – Schodzimy. Kto chce zostać droga wolna, kto chce ocalić lahalę może iść ze mną.

Nie czekając na odpowiedź ruszył w wodę.

Sarella westchnęła i poszła za towarzyszem. Zobaczyła jak t’skrangi zbierają swoje rzeczy i też kierują się do najbliższej wieży. Na brzegu pogłaskała Lorda po szyi, przytuliła się do niego.

– Schowaj się, kochany. – szepnęła koniowi do ucha. – Nie możesz iść ze mną.

Zwierzę parsknęło niespokojnie i wierzgnęło kopytem, ale posłusznie ruszyło w pobliskie zarośla. Sarella popatrzyła jeszcze za odchodzącym wierzchowcem, po czym zanurzyła się w chłodne wody rzeki. Jeden z t’skrangów czekał na nią, reszta już zniknęła pod wodą.

– Nie macie wejść od góry? – spytała z przekąsem.

– Było. – T’skrang wskazał na jedną z wież. – Rzeka zabrała. Poziom wody się podniósł. Nie ma. Płyń za mną. To tylko kawałek.

Skinęła głową. Zanurzyła się niemal do piersi, nabrała powietrza i poszła w ślady przewodnika, nurkując pewnie. Uderzyła w nią mulista, mętna woda. Próbowała otworzyć oczy, ale niewiele to dawało. Szczęściem t’skrang był przygotowany, bo zaświecił kryształ świetlny i widziała przed sobą jaśniejszą plamę. Miał rację, nie było daleko. Po kilku niezdarnych machnięciach dostrzegła otwór, a kiedy się przez niego zaczęła przeciskać woda została za nią a Sarella poleciała w dół. Czekające pod otworem t’skrangi złapały ją i postawiły na nogi. Rozejrzała się.

Zimno niebieskie światło kryształów świetlnych rozpraszało mrok korytarza. Powietrze pachniało mokrym drewnem i rybami a z zewnątrz dochodził nieustanny szum płynącej wody. Korytarz był wysoki na prawie dwa metry i podwójnie szeroki. Podłogę wylepiono gliną, ale ściany pozostały utkane z trzcin i korzeni co sprawiało, że Sarella miała wrażenie, że woda w każdej chwili zaleje podwodną konstrukcję i utopi intruzów. Jednak nic takiego się nie stało. Z głębi korytarza owiało ich chłodne, świeże powietrze i dziewczyna zorientowała się, że tylko ona stoi nieruchomo zaś reszta ruszyła za Rosem. Niechętnie podążyła za grupą.

Mijali kolejne korytarze i opuszczone pomieszczenia. W niektórych dostrzegała podwieszone pod sufitem hamaki, resztki mebli, porzucone zabawki. Im głębiej wchodzili tym bardziej przygnębione wydawały się t’skrangi. W końcu ciszę miasta zagłuszały już tylko kroki, rozmowy ucichły i kawalkada poruszała się jak cienie.

Sarella straciła niemal rachubę ile pięter tego dziwnego miasta pokonali, gdy wyszli na spory plac. Pośrodku stała fontanna, jakby mało było t’skrangom wody dookoła miasta, zaś po bokach drewniane konstrukcje przypominające stragany. Jedną ze ścian placu stanowił duży budynek, przytulony do granicy miasta z rzeką. Wchodziło się do niego po kilku schodkach a przed drzwiami stała na podwyższeniu duża misa. Ros podszedł do niej i przez chwilę przyglądał się ciekawie. Sarella dołączyła do niego.

– Co to? – spytała, widząc, że wnętrze misy błyszczy pomarańczem orichalku, najcenniejszego z metali.

– Palili w tym zwłoki. Każdy t’skrang, po śmierci, jest palony a jego prochy wkłada się do małej łódki i puszcza na rzekę. Kiedy miasto pełniło rolę kaeru rzekę zastąpiła fontanna.

– Może lahalę też spalili? – nadzieja w głosie Sarelli była wręcz namacalna.

– Jak nie chcesz iść ze mną to zostań tutaj. – żachnął się Ros. – Asseriss, prowadź. – zwrócił się natychmiast do przewodnika.

T’skrang skierował się prosto do budynku a Ros ruszył za nim nie czekając na odpowiedź Sarelli. Dziewczyna tylko zacisnęła pięści i, rozglądając się czujnie na boki, zanurzyła się w budowli za przyjacielem. Ku jej zdziwieniu w środku niemal niczego nie było. Ściany, sufit i drewniany posąg, którego rysy zatarł czas i ciężko było stwierdzić kogo przedstawiał. Asseriss podszedł do rzeźby i pociągnął podniesioną do góry rękę. Coś zgrzytnęło, posąg poruszył się, przekręcił i ukazał wejście w głąb. Wąskie schody znikające pod ziemią nie wyglądały zachęcająco. Zwłaszcza z gromadą t’skrangów za plecami, z których każdy, jednocześnie, chciał zajrzeć do środka. Przewodnik pewnie ruszył w dół, za nim Ros i reszta t’skrangów. Sarella, jak zwykle, zamykała pochód.

Nie szli daleko. Prosty, wydrążony w ziemi korytarz, prowadził do niedużej sali z kryształową trumną, która błyszczała niebieskawym światłem. W środku widać było postać. Ros podszedł do kryształu powoli, jakby celebrował każdy swój krok, zaś t’skrangi padły na ziemię oddając hołd swojej lahali. Sarella zbliżyła się ostrożnie. T’skrandzka kobieta miała ciemną łuskę, chyba granatową, a jej grzebień lśnił złotem. Ubrana w eleganckie szaty i ozdobiona biżuterią wyglądała jakby spała. Sarellę przeszedł dreszcz. W pierwszym odruchu pomyślała, że to przez chłód panujący pod ziemią i grobową atmosferę, ale kiedy znów spojrzała na ciało zrozumiała, że to kobieta wzbudza w niej takie uczucie. Jej twarz zastygła w grymasie groźby i Sarella była przekonana, że nie powinno się jej budzić. Coś jej mówiło, że to nie będzie dobra decyzja.

– Ros. – zaczęła niepewnie.

Pochylony nad kryształem mężczyzna zdawał się jej w ogóle nie zauważać.

– Ros! – położyła mu dłoń na ramieniu i potrząsnęła lekko.

– Co znowu?

– Nie powinniśmy tego robić. Z nią jest coś nie tak. Mam przeczucie.

– Przeczucie nie jest podstawą do zaniechania działań, moja droga. Mamy niepowtarzalną szansę przywrócić tym t’skrangom ich władczynię, ich wspomnienia, kulturę. Nie rozumiesz jakie to dla nich ważne?

– Dla nich czy dla ciebie? – spytała poirytowana.

– Sarello, proszę cię, tyle razy mi ufałaś, dlaczego nie chcesz zaufać teraz? Spędziłem ponad rok na badaniach. Wiem, że możemy tego dokonać.

Dziewczyna wpatrzyła się w błękitne oczy przyjaciela i poczuła, że jej opór słabnie.

– Dobrze, Ros. – skinęła w końcu głową. – Zaufam ci i obyś wiedział co robisz. Gdzie Igor?

– Czuwa w astralnej. Lepiej żeby nie był zmaterializowany.

Ros wyjął z torby szkatułkę i postawił na trumnie. Delikatnie otworzył ją i Sarella zobaczyła figurkę. Mała, mieszcząca się na dłoni, statuetka, przedstawiała ludzką kobietę z ptasimi skrzydłami rozpostartymi na boki. Wykonana była najprawdopodobniej z obsydianu, czarny kamień, pięknie wyszlifowany, pochłaniał światło nadając figurce tajemniczości.

– To, moja droga, jest nasz klucz do zwycięstwa. – Ros podniósł triumfalnie statuetkę do góry. – Należała kiedyś do Czarnej Królowej, Horrora nazwanego, który opętał naszą lahalę. To jest przedmiot jej wzorca. Dzięki zaklęciom, które opracowałem, rozproszę czary blokujące Królową w ciele lahali i z pomocą statuetki ostatecznie ją zniszczę.

Sarella niemal odruchowo spojrzała w przestrzeń astralną kiedy Ros wyciągnął figurkę. Zachwiała się lekko. Od kryształowej trumny rozchodziły się pasma spaczenia zaburzając jej widzenie, sama figurka świeciła silną magią a w jej wnętrzu dostrzegła symbol przypominający koronę. Spojrzała na Rosa i nagle zamarła. Wcześniej nie oglądała wzorca przyjaciela, nie było takiej potrzeby. W tamtej chwili jednak odruch okazał się silniejszy i wśród normalnych splotów magii dostrzegła symbol korony, identyczny jak ten ze statuetki, tyle, że opleciony jakąś inną, dość silną magią. Odruchowo odsunęła się o krok.

– Jesteś naznaczony. – wyszeptała z przerażeniem w głosie. – To dlatego to wszystko. Dlatego tak bardzo chciałeś się tu dostać.

T’skrangi zaczęły podnosić się z podłogi i szeptać między sobą.

– Spokojnie. – Ros podniósł ręce w geście poddaństwa i odwrócił się do t’skrangów. – Tak, jestem naznaczony. Lata temu Królowa odzyskała część swoich mocy. Przypuszczam, że bariery nałożone na lahalę słabną. Niedługo Horror się wydostanie i zacznie pustoszyć dżunglę, dlatego jestem waszą jedyną szansą na ocalenie. Moje znamię jest zablokowane. Ona nie może przeze mnie działać a ja mogę, dzięki temu przedmiotowi, ją pokonać! Sami zdecydujcie, czy chcecie się teraz wycofać i opuścić waszą lahalę czy pomóc mi zabić bestię, która ją zniewoliła?

Asseriss spojrzał na Sarellę.

– Czy on mówi prawdę?

Dziewczyna milczała przez chwilę.

– Ma znamię, to prawda, ale prawdą też jest, że blokuje je jakaś magia. Zaś tutaj – powiodła dłonią wokoło – tutaj jest dużo pasm spaczenia. Cokolwiek jest w tej trumnie działa, i niewykluczone, że wkrótce się wydostanie.

– W takim razie jesteśmy z tobą. – oznajmił t’skrang. Reszta podniosła się z podłogi i chwyciła za broń. – Pokonamy tego Horrora i odzyskamy naszą władczynię!

Ros uśmiechnął się niewyraźnie.

– Zaczynajmy więc.

T’skrangi rozstawiły się pod ścianami a Sarella odsunęła w najdalszy kąt komnaty i zanurzyła w cieniu, kompletnie znikając z oczu. Ros, inkantując coś cicho pod nosem, zaczął otaczać trumnę magicznym kręgiem. Kiedy skończył podszedł do kryształu, naciął delikatnie dłoń i upuścił na trumnę kilka kropel krwi. Ciecz przez chwilę rozpływała się po krysztale, po czym wniknęła w niego. Trumna zaczęła pękać. Ros odsunął się poza krąg i trzymając w dłoni czarną statuetkę zaczął splatać wątki. Gdy ostatnie kawałki kryształu opadły na ziemię odsłaniając ciało lahali mag rzucił czar. Ciało szarpnęło się a ponad nim zaczęła formować się postać. Piękna kobieta, o białej jak śnieg skórze i czarnych jak węgiel włosach. Długa, niezwykle strojna, czarna suknia, opinała jej ciało podkreślając, niemal posągowe, kształty. Uśmiechnęła się uroczo i powiodła lekko oszołomionym wzrokiem wokoło. Spojrzała na Rosa i figurkę w jego dłoni.

– Witaj magu. – odezwała się aksamitnym głosem. – Czy to Tobie mam dziękować za uwolnienie? Tyle lat zamknięcia…

– Jesteś Czarną Królową. – głos Rosa zadrżał lekko. – Potężnym Horrorem. Jesteśmy tu by cię zgładzić.

– Doprawdy? – kobieta znów rozejrzała się, tym razem uważniej. – W takim razie trzeba to było zrobić od razu, nie witając się.

Uniosła dłoń i krzyknęła. Część t’skrangów, z twarzami wykrzywionymi strachem, rzuciła się do ucieczki, przepychając się w wąskich drzwiach. W pomieszczeniu zapanował chaos. Ktoś potrącił Rosa, ale mag zachował równowagę i rzucił czar. Smugi zielonej mgły błyskawicznie zaczęły wypełniać krąg, otaczając kobietę. Ta roześmiała się tylko.

– Jesteś zbyt słaby, żeby mnie pokonać, chłopcze. – roześmiała się.

T’skrangi zaatakowały niemal w tej samej chwili. Część z nich zwolniła cięciwy kusz, bełty poleciały w kierunku kobiety a w ślad za nimi długie włócznie. Kilka z nich trafiło, zadrapując jej skórę. Spojrzała na zadrapania a następnie na Rosa, mag jęknął, kiedy szramy zniknęły z jej skóry i pojawiły się na jego ciele. Kątem oka dostrzegł jak z cienia wyłania się Sarella, wskoczyła do kręgu i uderzyła rapierem. Broń weszła bez trudu w niczego się niespodziewającą kobietę. Królowa krzyknęła. Krew zrosiła podłogę. Sarella błyskawicznie wyszarpnęła broń i zadała kolejny cios, tym razem dużo słabszy. Ale t’skrangi natychmiast wykorzystały moment i rzuciły się na Horrora. Ros rzucił kolejne zaklęcie. W powietrzu zamigotały kolorowe iskierki, boleśnie raniąc Królową. Ale Horror nie próżnował. Raz po raz kolejny t’skrang zalewał się krwią, trafiona jakimś czarem Sarella przeleciała przez komnatę i z hukiem uderzyła o ścianę osuwając się na ziemię. Kiedy ostatni z t’skrangów upadł poraniona Królowa spojrzała z nienawiścią na Rosa. Jej ciało zaczęło się leczyć a Ros poczuł jak ból go obezwładnia, jego skóra zaczęła pękać i rozrywać się. Jak przez mgłę, zanim zemdlał, usłyszał jeszcze krzyk Sarelli.

  ***

Świadomość wracała powoli a ból gdzieś zniknął. Ros  otworzył oczy i jęknął oślepiony jasnym światłem dnia.

– Nie ruszaj się. – usłyszał nad sobą nieznajomy głos. – Jesteś jeszcze słaby. Musisz odpoczywać.

Odwrócił głowę i przyjrzał się właścicielce głosu. Grantowołuska lahala siedziała na trawie z podwiniętymi pod siebie nogami. Wpatrywała się w niego złotymi oczami jakby szukając na ciele maga czegoś niepokojącego. Ros słyszał szum niedalekiej rzeki, nad głową świergotały mu ptaki a ziemia pachniała wodą.

– Gdzie jestem? – wychrypiał. – Co się stało?

Cień zmartwienia i bólu przebiegł po twarzy t’skrandzkiej kobiety. Opuściła głowę ze smutkiem.

Zaniepokojony mag uniósł się powoli i rozejrzał. Znajdowali się w miejscu, gdzie weszli wcześniej w rzekę, by zejść do miasta. Trawa wokoło była mocno wydeptana, po powstałej polanie kręciło się sporo t’skrangów zaś nad samą rzeką dostrzegł misę do palenia zwłok i leżące na niej ciało.

– Pomyślałam, że chciałbyś się pożegnać. – odezwała się lahala.

Ros poderwał się z ziemi ledwo utrzymując równowagę i ruszył w kierunku misy. Im bliżej był, tym silniejszy niepokój w nim narastał. Kiedy dostrzegł twarz osoby leżącej w misie osunął się na ziemię, z oczu pociekły mu łzy.

– Jak to się stało? – zapytał, kiedy wyczuł za sobą obecność.

Lahala klęknęła na ziemi obok Rosa.

– Powiem krótko i rzeczowo. Kiedy upadłeś nieprzytomny, w komnacie zjawił się krwawy elf. Przemówił do Królowej w swoim języku a ona go zrozumiała, bo przestała mordować. Rozmawiali przez chwilę, po czym elf rozproszył krąg. Podeszła do niego uśmiechnięta i razem ruszyli do wyjścia. Zanim wyszła odwróciła się jeszcze, spojrzała na twoją przyjaciółkę i dostrzegłam jak jej ciało rozrywa się tryskając krwią. Wybacz mi, nie potrafiłam jej pomóc. Ledwo udało mi się ciebie uratować. Elf i Królowa odeszli zabierając figurkę. Moi bracia, w większości, zginęli. Ci, którzy przeżyli, zabrali nas na powierzchnię. Spaliliśmy już ich ciała, ale ją zostawiłam, nie mogłam podjąć takiej decyzji bez ciebie.

– Dziękuję.

Lahala skinęła głową.

– Powiedz jak będziesz gotowy. – dodała jeszcze i oddaliła się.

Ros jeszcze długo klęczał na ziemi płacząc bezgłośnie. W jego głowie kłębiły się różne myśli, ale jedna dominowała. Znajdzie Czarną Królową i jej kolczastego pomagiera i dopilnuje żeby zapłacili za śmierć Sarelli. Choćby to miała być ostatnia rzecz, którą zrobi w swoim życiu.

wrzesień 2015

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s