06 Furia żywiołów

Chyba Pasje się nad nami zlitowały po męczarniach, które przeszli Miriel i Salazar i na naszej drodze, szczęściem wielkim, stanął ponownie Tarsit. Sympatyczny t’skrang żywo zainteresował się naszymi poczynaniami z różdżką i postanowił nam pomóc. Niestety ja zaniemogłam nieco i następujące po sobie wydarzenia pamiętam jak przez mgłę…

Wraz z Tarsitem pojawiła się jakaś wietrzniaczka, Aria, krocząca ścieżką dyscypliny Złodzieja. Zdążyłam się już przekonać wielokrotnie że wietrzniaki mają niespożyte wręcz pragnienie wejścia wszędzie gdzie się da więc nie zdziwiło mnie, że bez wahania zadeklarowała że chętnie się do nas przyłączy i pomoże zdjąć barierę. Chciała nawet sama wlecieć do jaskini i zaryzykować zdjęcie żywiołu. Żywiołu, który wg Tarsita, powinien zostać zdjęty jako pierwszy. Potężne masywy skalne zwisające z sufitu jednak nie wyglądały zachęcająco i nawet wietrzniaczka, po bliższym przyjrzeniu się, doszła do wniosku że pakowanie się tam to nie najlepszy pomysł. Ponieważ cała reszta równie entuzjastycznie podeszła do tego pomysłu Miriel, chcąc nie chcąc, podjęła decyzję, że to ona pójdzie po esencję, wraz z Gharthem, który miał ją osłaniać. Troll zasłonił się od góry tarczą, chwycił Miriel pod pachę i ruszyli po esencję. Oczywiście instrynkt nas nie zawiódł i gdy tylko przekroczyli granicę jaskini cała góra zaczęła się trząść sypiąc stalagmitami na lewo i prawo. Szczęściem tarcza Ghartha okazała się na tyle wytrzymała że udało im się dostać do esencji. Tym razem różdżka od razu zamknęła się na żywiole i wchłonęła go w siebie tak, jak powinna. Niestety jaskinia, mimo że się już uspokoiła, była na tyle mocno naruszona przez wstrząsy, że nasi towarzysze musieli się salwować błyskawiczną ucieczką, żeby nie zostać pogrzebanymi przez spadające skały.

Zgodnie z dalszymi wytycznymi Tarsita kolejnym przystankiem miała być woda. Spokojne jeziorko, do którego dotarliśmy, natychmiast zyskało aprobatę naszych dwóch t’skrangów. Obaj, z zapałem, zaoferowali swoje usługi przy pozyskiwaniu esencji wody z ogromnym entuzjazmem. Przynajmniej do czasu kiedy wskoczyli do jeziorka. Woda natychmiast zaczęła się burzyć, kotłować i tworzyć zabójcze wiry. Salazarowi udało się w końcu zwalczyć moc żywiołu i zabrać esencję ale zamiast wyjść z wody normalnie postanowił wykonać kilka efektownych akrobacji, co przypłacił utratą różdżki. Tarsit przytomnie rzucił się na ratunek i udało mu się różdżkę odzyskać. Mam wrażenie, że na jakiś czas będą mieli dość kąpieli w podejrzanych jeziorkach.

Przyszła wreszcie kolej na ogień. Miałam niejasne wrażenie że to będzie najgorszy z żywiołów, wszak najłatwiej można ucierpieć w styczności z tym właśnie. Krajobraz który ukazał się naszym oczom kiedy dotarliśmy na miejsce tylko mnie upewnił w moich podejrzeniach. Sporych rozmiarów płaskowyż pokrywały skalne płyty pływające w morzu lawy. Powietrze falowało od panującego tu gorąca a z płynnej lawy, co jakiś czas, strzelały w górę słupy ognia. Zdecydowanie nie miałam ochoty nawet zbliżyć się do tego piekła a Hator tylko potwierdziła moje obawy jeżąc sierść i powarkując ze strachu. Nasza nowa towarzyszka, Aria, najwyraźniej jednak serce ma mężne jak niejeden większy od niej Dawca Imion i bez wahania zaoferowała że ona poleci. Miriel zabezpieczyła ją czarami przed gorącem i wietrzniak ruszył między płomienie. Chyba nie doceniałam tych istot. Zrobiła to tak zwinnie i szybko, że zanim się obejrzeliśmy już była przy nas wielce zadowolona z wypełnienia misji. Pomyślałam, że najgorsze już za nami.

Żywioł drewna znaleźliśmy nad potężnym drzewem, w którym mieszkał duch drewna. Całe szczęście że duchy są bardzo spokojne. Nasi specjaliści od żywiołów szybko zagadali ducha i skłonili go żeby pozwolił nam się wspiąć na drzewo i dokładnie je obejrzeć. Oczywiście na oglądaniu się nie skończyło i wkrótce potem przedostatnie ziarno esencji znalazło się w naszym posiadaniu.

Powietrze, dzięki posiadaniu w drużynie wietrzniaka i jego zdolności lotu okazało się najłatwiejszym z żywiołów. Kiedy Aria zgarnęła ostatnie ziarno esencji różdżka rozpadła się. Zadowoleni odetchnęliśmy z ulgą gdy nagle stało się coś dziwnego. Oślepiający błysk. A później ciemność…

Obudziliśmy się na pustyni. Gorąco, wciskający się wszędzie piach i jak okiem sięgnąć pusta przestrzeń. Upewniwszy się że wszyscy są cali zaczęliśmy się nieco bezradnie rozglądać. Wspólnymi siłami zwiadu Arii i wiedzy Tarsita ustaliliśmy że jesteśmy gdzieś na zachodzie Barsawii, prawdopodobnie na pustkowiach. Padła więc decyzja by udać się na wschód. Liczyliśmy że trzymając się tego kierunku uda nam się dotrzeć gdzieś w okolice Jeris. Niestety nie dane nam było zaznać spokoju w tym miejscu. Na horyzoncie zamajaczyła nam jakaś niewielka osada i już w nasze serca wstąpiła nadzieja gdy nagle okazało się, że nie dość, że osada dawno jest martwa to jeszcze zaczęło się zbierać na burzę piaskową. Cóż było robić. Pospiesznie wpadliśmy między domy i ukryliśmy się w jednym z nich.
Tutaj jednak czekała na nas kolejna niespodzianka – duchy. Początkowo myśleliśmy że pojawiające się zjawy chcą nam zrobić krzywdę i próbowaliśmy z nimi walczyć. Na szczęście okazało się, jest to tylko odbicie tragicznych dziejów tego miejsca. Swego rodzaju spektakl ukazujący zniszczenie owej osady.
Wreszcie burza ucichła. Niepewne schronienie, wspomagane magią Tarsita, wytrzymało szalejący żywioł i cali i zdrowi wyszliśmy na zewnątrz ruszając w dalszą drogę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s