07 Mordercy z Pustkowi

Krajobraz zmienia się bardzo szybko. Pustynia została za nami a rozciągający się pod naszymi stopami teren zaczął przypominać sawannę. Jakież było moje zdziwienie, gdy w trawie gdzieś z boku dostrzegłam myszoskoczki wielkości dobrze upasionego kota. Przez chwilę miałam wrażenie, że to tylko omam wzrokowy ale kiedy przede mną zawisła ponad półmetrowa ważka przyglądając mi się ciekawie swoimi owadzimi oczami zrozumiałam, że to miejsce jest wyjątkowe. Owad był tak śliczny, o szmaragdowych skrzydłach, że po prostu musiałam sprawdzić, czy uda mi się ją oswoić. Zbadałam ją ostrożnie czy przypadkiem nie jest jadowita i przywołałam gestem do siebie. Co ciekawe ważka niepewnie przybliżyła się i, zachęcona, usiadła mi na przedramieniu. Byłam zachwycona subtelnością tego pięknego owada. Oczywiście Hator nie omieszkała dać mi do zrozumienia, że żadne zwierzę nie będzie kradło jej uwagi swojej pani. Dogadałyśmy się jednak w tej kwestii i postanowiłam że ważka idzie z nami. Tak Durgol jak i Salazar też byli nią zainteresowani. Nalegali nawet żeby nadać jej imię ale pomyślałam, że to jeszcze za wcześnie. Tak piękna istota musi mieć odpowiednie imię.

Ledwie nacieszyłam się nowym towarzyszem gdy ziemia pod naszymi stopami zaczęła drżeć. Obejrzałam się zaniepokojona. W naszą stronę galopowały dajry. Normalnie są to ogromne stworzenia, których długie rogi i masywne cielska wzbudzają strach, zaś te tutaj były co najmniej półtora raza większe i zmierzały prosto na nas. Szybko ukryliśmy się między drzewami. Dajry dobiegły do pobliskiego zagajnika, zatrzymały się i niezwykle leniwie zaczęły skubać rosnące na drzewach owoce. Dziwne, fosforyzujące owoce. Patrząc na ich powolne ruchy ciężko było uwierzyć, że jeszcze przed chwilą całe to stado pędziło z ogromną prędkością.

No ale dość już o zwierzętach. Wybaczcie drodzy Dawcy Imion tak rozległe studium fauny i flory Barsawii ale wszak nie zrozumiemy nigdy do końca siebie, jeśli nie zrozumiemy otaczającego nas świata.

Podróżując dalej zachwyciłam się jeszcze niejednym okazem przyrody aż w końcu zaczął nam doskwierać brak wody. Zapasy powoli się kurczyły a nie trafiliśmy do tej pory na żadne jej źródło. Pokazałam więc Hator bukłak i wysłałam ją na poszukiwania. Kocica wróciła po dość krótkim czasie ale sygnały które mi dawała nie wskazywały na radość ze znalezienia wody, mimo to kazała iść za sobą.

Poszliśmy ostrożnie za krojenem. Doprowadziła nas do dwóch trupów leżących w kałuży krwi u wylotu gigantycznego tunelu ziemnego, wyglądającego jak dzieło wielkiego kreta. Wokoło leżały strzały świadczące o tym, że ktoś się tutaj intensywnie bronił przed zwierzakiem. Przyjrzałam się ciałom. To były elfy w jednakowych, szarych szatach, wyglądające trochę jak członkowie zorganizowanego oddziału. Wokoło znalazłam jeszcze ślady siedmiu par butów, w tym jednych lekkich, jakby należących do maga. Ślady zdążały nieco bardziej na północ niż nasz szlak. Miriel zerknęła na elfy i oznajmiła, że ich rysy wskazują na to, że nie pochodzą z Barsawii.

Zaniepokojeni ruszyliśmy po śladach. Niedługo później naszym oczom ukazało się niewielkie skupisko drzew a czujny nos Salazara wychwycił swąd spalenizny. Wraz z Hator i Salazarem ruszyłam w tamtym kierunku. Widok, który ukazał się naszym oczom przeraził mnie. W dolince przed nami zobaczyliśmy obóz. Wyglądał podobnie do obozów orkowych nomadów. Mocne, solidne namioty ustawiono tak, by móc w nich mieszkać cały rok, za nimi rozciągały się poletka warzyw a w zagrodzie pasło się kilka kóz. Nie to jednak przykuło naszą uwagę a trupy leżące w obozie. Trupy Głosicieli Jaspree. Pasji przyrody, która jest mi szczególnie bliska. Troll leżał na żarze w ognisku, przywalony wielkim kamieniem, wietrzniak i dwa krasnoludy leżały na ziemi w kałużach krwi zaś elfa przybito do drzewa. Szybko wróciliśmy po resztę drużyny i zaczęliśmy badać to miejsce.

Głosiciele byli bestialsko torturowani. Nawet się nie bronili. Co za istoty są w stanie zrobić coś takiego innym Dawcom Imion? Okazało się że elf jeszcze żyje. Miriel ściągnęła go delikatnie z drzewa. Zaczął nieskładnie mamrotać: „Pilnujcie przejść. Szukają. Nie pozwólcie im. Rozdarta osnowa. Światy się przenikają. Pilnujcie przejść.” Durgol obejrzał go i stwierdził, że nie jesteśmy w stanie mu pomóc. Przeszukałam szybko namioty. W wietrzniackim znalazłam cały zestaw ziół, mikstur i przypraw. Bez trudu zidentyfikowałam zioła odurzające. Nie zastanawiając się podałam je elfowi. Narkotyk zadziałał szybko. Ukoił ból. Wyłączył świadomość. Tylko tyle mogliśmy dla niego zrobić.

Zaczęłam się zastanawiać co dalej gdy ziemia na zboczu kotlinki zaczęła się wybrzuszać w znany nam już tunel. Krzyknęłam do Salazara żeby chwycił kozę i rzucił ją w otwór. T’skrang posłuchał bez sprzeciwu, podcinając kozie gardło, żeby nie cierpiała zbyt długo. Cokolwiek było pod ziemią z ochotą przyjęło daninę, błyskawicznie wyżarło jej środek i odeszło.

W milczeniu zebraliśmy ciała. Mężczyźni zajęli się pochówkiem. Zabiłam dwie kozy i wraz z Miriel przygotowałyśmy z mięsa prowiant na drogę, kolację i nawet śniadanie. Durgol, Salazar i Gharth, zmęczeni budowaniem kurhanów zasnęli. My dwie czuwałyśmy do rana. Wyrzeźbiłam w tym czasie drewnianą tabliczkę „Tutaj leżą ciała Głosicieli Jaspree, brutalnie zamordowanych. Wędrowcze, westchnij nad ich duszami.” Położyłam ją na kurhanie. Choć tyle mogę dla nich zrobić.
Rankiem podjęliśmy jednogłośną decyzję że idziemy za mordercami. Jedynie Miriel wahała się przez chwilę ale nawet ona musiała przyznać, że tak brutalna zbrodnia nie może im ujść płazem… Wybrałam dwie silne, zdrowe kozy, obarczyłam je tobołkami z wodą i jedzeniem. Zabrałam też zioła i mikstury z namiotu Głosiciela i ruszyliśmy w drogę.

Przez cały czas podróży rozmawiałam z moją ważką, opisując jej mijane miejsca, przyzwyczajając do barwy mojego głosu. Oswajałam się z nią. Patrząc na mieniące się zielenią skrzydła doszłam do wniosku, że najbardziej pasuje do niej imię Szmaragd. Oznajmiłam więc drużynie, że tak właśnie będziemy nazywać naszą nową towarzyszkę.

Ślad którym podążaliśmy był wyraźny. Mordercy nawet się nie kryli. Po prawie połowie dnia, na równinie przed nami dostrzegliśmy dziwne zjawisko. Niewielka trąba powietrzna kołowała po polu pozornie bez celu. Po chwili, zupełnie jakby nas dostrzegła, zmieniła kierunek i ruszyła prosto na nas. Odbiliśmy nieco i trąba przez chwilę szła nadal swoim szlakiem. Zorientowała się jednak, że cel jej zniknął i znów ruszyła prosto na nas. Zaczęliśmy się już zastanawiać czy da się z tym walczyć, gdy nagle trąba zatrzymała się, po czym błyskawicznie oddaliła. Nie trudno się było domyśleć, że ktoś już wie, że się zbliżamy.

Wreszcie doszliśmy w pobliże niewysokich gór. Hator nas zaalarmowała. Salazar rozejrzał się i dostrzegł ukrytego między skałami łucznika. Elf w szarym ubraniu był tak dobrze zamaskowany, że gdyby nie Hator nie byli byśmy w stanie go dostrzec.

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy że ja i Salazar udamy się łukiem od drugiej strony gór, wespniemy się na zbocze i spróbujemy zajść łucznika od tyłu. Tak długo jak się dało szliśmy razem. Później uwiązałam kozy do niewielkiego drzewa, kazałam Szmaragd zostać i wraz z Hator i Salazarem ruszyliśmy na zbocze góry.
Wspinaczka nie szła mi najlepiej. Podczas gdy Salazar wspinał się niemal bezgłośnie ja co jakiś czas strącałam luźne kamienie. Warknięcie Hator ostrzegło mnie w ostatniej sekundzie. Rzuciłam się za skałę i poczułam powiew powietrza tuż obok głowy, kiedy ze świstem przemknęła strzała. Krojen spiął się do skoku. Wiedziałam, że zaatakuje i kosztowało mnie sporo wysiłku żeby ją od tego powstrzymać. Kątem oka dostrzegłam cień gdzieś nad strzelcem. Krzyknęłam więc „Wyjdź i walcz jak równy z równym zamiast strzelać do mnie z zasadzki.” Mój głos rozniósł się po zboczu i zaalarmował resztę drużyny. Dał też szansę Salazarowi. T’skrang nie namyślał się długo i zwinnie spadł prosto na plecy łucznika. Jego cios był tak silny, że powalił go na ziemię. Niestety zdążył wydać z siebie trzy krótkie gwizdnięcia zanim Salazar go dobił.

Tymczasem dołączyła do nas reszta drużyny. Gharth, znany z tego że nie lubi się nudzić, obrzucił zbocze uważnym wzrokiem po czym zarzucił linkę z kotwiczką i zaczął się wspinać. Po chwili zniknął nam za załomem.

Zajęliśmy się przeszukaniem trupa. Jakie było nasze zdziwienie, gdy w jego sakiewce odkryliśmy złote monety therańskie. Wrogowie Barsawii! Tutaj! Co oni robią na naszych ziemiach? Jedynie Dorgul wyraził chęć posiadania owego złota. Wziął też porządnie wykonane karwasze i Salzar zepchnął ciało ze skalnej ściany.
Nagle usłyszeliśmy nad głową syknięcie. Gharth pokazywał nam, że mamy koniecznie wspiąć się do niego. Zaprotestowałam. Nie będę wciągała Hator na skały. Jeszcze jej się coś stanie a tego bym sobie nie darowała. Miriel poprosiła Salazara żeby sprawdził co zobaczył Gharth. T’skrang zwinnie dołączył do trolla a my czekałyśmy na dole.

Pięknym saltem Salazar znalazł się obok nas i oznajmił nam, że po drugiej stronie góry leżą dwa trupy krasnoludów a trzech elfich łuczników w szarych szatach pilnuje elfki, która rzuca jakieś czary otwierające przestrzeń astralną z której coś wyłazi. Nie było na co czekać. Na szczęście Salazar wypatrzył z góry bezpieczniejsze zejście, którym natychmiast podążyliśmy.

Wąski korytarz skalny wyprowadził nas do doliny. Po dwóch jego stronach przyczaiło się dwóch łuczników, trzeci, najwyraźniej dowódca, stanął dokładnie naprzeciwko nas, zasłaniając nam elfkę, za którą ziała ogromna dziura czerni. Widać było przez nią błyszczące światełka przypominające gwiazdy a za nimi coś się poruszało.

Salazar, z Durgolem tuż za nim, wyskoczyli w prawo atakując ukrytego tam łucznika, ja skoczyłam w lewo wysuwając pazury zaś Miriel zaczęła tkać wątek do czaru. Miałam tylko nadzieję, że Gharth tym razem włączy się do walki zanim sprawy przybiorą zły obrót.

Elf, na którego wpadłam, był tak zaskoczony impetem mojego ataku, że pierwszy cios rozorał mu pierś i powalił go na ziemię. Usiadłam na nim i szybkim ruchem zanurzyłam pazury w miejscu, gdzie wyczułam bicie serca. Weszły jak w masło. Przekręciłam dłoń i elf znieruchomiał. Bardziej czułam niż widziałam jak Gharth na swojej tarczy zjeżdża ze stoku wpadając na dowódcę. Ale kiedy się obejrzałam po pokonaniu swojego przeciwnika zobaczyłam, że troll leży na ziemi a nad nim elf unosi miecz do ostatecznego ciosu. Błyskawicznie rzuciłam się pod ostrze. Pazury po raz kolejny przeorały tors i kolejny przeciwnik padł na ziemię by chwilę później podzielić los poprzednika. Nad moją głową śmignęła kula ognia. Usłyszałam huk i krzyk Miriel. Nie miałam czasu się jednak obejrzeć bo dostrzegłam że Salazar też leży na ziemi, nieprzytomny, a jego przeciwnik szykuje się do ciosu, który pisany był wcześniej trollowi. Nie mogłam zaryzykować że stojący obok niego Durgol go powstrzyma więc rzuciłam się w jego kierunku. Ten przeciwnik okazał się jednak dużo zręczniejszy niż dwaj poprzedni i bez trudu sparował mój cios. Zauważyłam też, że próby Durgola żeby go trafić także spełzają na niczym. Elf oddał mi cios i tym razem to ja wylądowałam obok Salazara, Pasjom jednak dzięki wciąż zdolna do dalszej walki. Przeciwnik porzucił mnie i Durgola widząc, że troll się już pozbierał i atakuje elfkę ruszył do niej by jej bronić. Zanim nasz towarzysz zadał cios elfka posłała jeszcze jedną kulę ognia. Cios Ghartha odrzucił magiczkę do tyłu. Padła na ziemię, ale kiedy Gharth postanowił ją dobić tarcza błyskawic, która chroniła kobietę ugięła się i z taką siła oddała jego własny cios, że troll poleciał do tyłu i znieruchomiał. Z korytarza, prosto w podnoszącą się elfkę, wyleciały kryształowe pociski Miriel. Zaklęcie było tak silne, że jego huk rozniósł się echem a magiczka znieruchomiała na ziemi. Wraz z Durgolem przypuściliśmy atak na jedynego pozostałego przeciwnika. Tym razem Zbrojmistrz wymierzył cios bardzo precyzyjnie i przeciwnik padł u naszych stóp.

Rozejrzałam się. Salazar, Miriel i Gharth leżeli nieprzytomni a z wielkiej dziury w przestrzeni zaczęła wypełzać obrzydliwa paszcza, wijąc się i rycząc. Nagle Durgol zakrzyknął. Spojrzałam w jego stronę. Krasnolud, który wydawał nam się martwy jeszcze żył. Kazał nam biec zawołać resztę „Oni zamkną. Szybko.” Podał nam jakiś ciąg liczb. Ocuciłam szybko Salazara i upewniwszy się, że Fechmistrz ogarnął sytuację popędziłam wraz z Durgolem we wskazane miejsce.

Góra piachu okazała się ukrytym budynkiem. Znaleźliśmy panel kamienny z liczbami. Durgol szybko wcisnął je tak, jak nakazał krasnolud i platforma pod naszymi stopami zaczęła się opuszczać. Zjechaliśmy do podziemnego korytarza. Naszym oczom ukazał się troll w okularach i szatach maga, dyskutujący spokojnie z jakimś krasnoludem. Oboje zaczęliśmy krzyczeć żeby się pospieszyli, że horror wychodzi. Przyznam, że zareagowali błyskawicznie. Otworzyli drzwi do jakiegoś audytorium i już po chwili pędziliśmy na powierzchnię w towarzystwie kilkunastu a może nawet kilkudziesięciu magów, nieco chaotycznie tłumacząc im co się stało.
Dobiegając na miejsce zobaczyliśmy Salazara, pędzącego w naszym kierunku z krasnoludem przewieszonym przez ramię. Błyskawicznie ktoś chwycił nieszczęśnika, ściągnął na ziemię i zaczął opatrywać. Z przestrzeni wysączyła się ogromna, zielonkawa chmura jakiegoś dziwnego dymu. Widziałam jak nagle wystrzeliła w kierunku Miriel potwornie silne dwie macki. W ostatniej chwili ktoś otoczył elfkę tarczą. Gaz rozbił się o nią nie czyniąc Miriel najmniejszej krzywdy. Magowie ruszyli do ataku. Część z nich odpierała trujący gaz, część usiłowała go wcisnąć znów do przestrzeni. Jakiś mag, otoczony tarczą, zaczął się nagle dusić kiedy chmura przedostała się do środka. Wraz z Durgolem jednocześnie rzuciliśmy się do niego i udało nam się go wypchnąć z trującej bańki zanim nieszczęśnik się udusił. Magom pot spływał po twarzach, ktoś gdzieś zemdlał, chyba z wysiłku. W końcu odnieśli sukces. Chmura została wepchnięta do otworu a rozdarcie w przestrzeni zamknęło się.

Chwilę czasu zajęło nam ogarnięcie się po tej niezwykłej bitwie zanim się zorientowaliśmy, że wśród tych magów jest sam Tyzdrin Rudy! Próbowaliśmy się dowiedzieć od niego jak to możliwe i jak się tutaj znaleźliśmy ale Miriel wpadła w jakiś szał. Zaczęła krzyczeć na Tyzdrina że to jego wina, obrażać magów, awanturować się. Zastanowiłam się przez chwilę po czym przeprosiłam Tyzdrina i udałam się po swoje zwierzęta.

Kiedy wróciłam Salazarowi udało się uspokoić Miriel i namówić ją żeby przprosiła magów. Dzięki temu zyskaliśmy zaproszenie do ich siedziby na posiłek i nocleg. Dowiedzieliśmy się, że czar spod kaeru miał po zdjęciu przenieść nas bezpośrednio do Tyzdrina, błąd jego ucznia sprawił, że wylądowaliśmy nieco dalej. Zdradzono nam też, że takich wyrw w przestrzeni jest więcej i magowie należący do ich stowarzyszenia pilnują tych miejsc. Niestety byłam zmuszona przekazać im przykrą wiadomość o śmierci ich przyjaciół, Głosicieli Jaspree. Zasmuciło to nie tylko ich serca.

Po tych wszystkich przykrych wydarzeniach dano nam ciepłe jedzenie i wygodne łóżka. Ale najważniejsze co mogliśmy od nich dostać to wiedza, która kryła się w tym miejscu i którą, dzięki naszemu poświęceniu w walce, magowie zgodzili się nam udostępnić. Ten dar jest bezcenny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s