09 Nieoczekiwana wycieczka

„Wspólna Krew” okazała się dużą stajnią pełną różnych gatunków zwierząt. Poczułam się tam jak w domu i z miejsca przystąpiłam do obejrzenia i oporządzenia inwentarza. Nie wiem ile czasu minęło, straciłam rachubę, gdy nagle poczułam dotyk na ramieniu. Wzdrygnęłam się lekko. Za mną stała Nelissa.

„Mam dla was informacje” – powiedziała popatrując na wierzchowca, któremu właśnie czyściłam kopyta, i odsuwając się nieco od niego. – „Możemy porozmawiać w spokojniejszym miejscu?”

„Nie bój się” – uspokoiłam ją. – „Nic ci nie zrobi. Chodźmy na zewnątrz.”

Miriel siedziała zaczytana w swoich księgach pod rozłożystym drzewem a Durgol leżał obok, na trawie, wpatrując się w niebo i mrucząc coś pod nosem. Dołączyliśmy do nich i wtedy Nelissa zaczęła mówić. Dowiedziała się, że na Tanileva ktoś wystawił zlecenie za długi, miał zostać przykładnie ukarany, żeby nikomu więcej nie przyszło do głowy nie spłacać zobowiązań. Został schwytany przez jakąś bandę i sprzedany therańskim łowcom niewolników. Stało się to dwa dni temu zaś opisana przez nią banda okazała się być tą, której tego samego dnia mocno podpadliśmy. Sama Złodziejka nie chciała się za bardzo mieszać w ich sprawy, Jerris było w końcu jej domem a zadarcie z kimś takim nie skończyło by się dobrze. Spytałam ją jeszcze czy ma coś osobistego, co należało do Tanileva. Zastanowiła się chwilę i obiecała dostarczyć jego bieliznę. Kiedy się oddaliła zwróciłam się do Miriel.

„Znasz to miasto, wiesz, gdzie możemy spotkać łowców niewolników albo handlarzy?”

Elfka popatrzyła na mnie poważnie.

„Wiem, ale odpowiedź ci się nie spodoba.”

„To znaczy?”

„W mieście jest arena, na której odbywają się walki zwierząt. Jest w rękach teherańczyków. Jeśli mamy ich gdzieś spotkać to właśnie tam. O ile jeszcze działa.”

„Wspaniale!” – uśmiechnęłam się do swoich myśli. – „Pójdziemy tam, zdobędziemy informacje a później zniszczymy arenę i te szumowiny, które dopuszczają się takiego bestialstwa!”

„Raven. Arena należy do Imperium Therańskiego, wkurzanie ich nie jest dobrym pomysłem.”

„A widzisz tu jakieś Imperium?”

Naszą wymianę zdań przerwało chrząknięcie Durgola.

„A możemy skupić się na zadaniu? Najpierw jedna rzecz, później druga.”

Miałam już wyjaśnić Durgolowi, że jedno drugiego nie wyklucza, ale pojawiła się Nelissa, jak zwykle bezszelestnie, i wyciągnęła w moją stronę męską koszulę. Miriel poprosiła ją jeszcze o zebranie informacji o rzeczach Tanileva i spytała czy arena nadal działa. Okazało się, że jak najbardziej, i nawet ją rozbudowują. Krew się we mnie zagotowała. Szczęściem jestem cierpliwa a co się odwlecze… Jeszcze tego wieczoru, o północy, miała się tam odbyć walka. Postanowiliśmy najpierw złapać ślad Tanileva a dopiero później zająć się theranami. Pożegnaliśmy Złodziejkę i ruszyliśmy pod dom Tanileva.

Okolice domu wyglądały na opustoszałe. Podsunęłam Hator koszulę. Kotka wąchała ją przez chwilę, przeszła się po okolicy z nosem przy ziemi, po czym, zdecydowanie, ruszyła w miasto. Wiedziałam że złapała trop. Popędziliśmy za nią. Podekscytowany kot gnał przed siebie wciąż na wschód aż pod bramę miejską. Stanęliśmy pod nią nieco zdezorientowani. Iść dalej czy wrócić i zająć się areną? W końcu Miriel postanowiła, że wyjdziemy z miasta i ruszymy kawałek tropem żeby zobaczyć gdzie prowadzi. Za sowitą opłatą strażnik zgodził się nas wypuścić i zanurzyliśmy się w mrok nocy poza murami miejskimi. Trop prowadził prosto głównym szlakiem. Hator szła pewnie. Północ zbliżała się nieubłaganie a my byliśmy coraz dalej od miasta. Miriel chciała wracać na arenę ale przekonaliśmy ją z Durgolem, że to nie jest dobry pomysł. Arena nam nie ucieknie, a Hator może nie złapać tropu drugi raz. Jeśli faktycznie Tanileva wywieziono z miasta stracimy kolejny dzień albo dwa i możemy nie zdążyć go odbić. Poszliśmy więc dalej.

Jakieś dwie godziny drogi od Jeris, może trochę więcej, Hator zatrzymała się i zaczęła węszyć. Bałam się już, że zgubiła trop ale kotka pewnie skręciła w bok i ruszyła między wysokimi trawami. Przyjrzeliśmy się ziemi w tym miejscu i zauważyliśmy, że są tam ślady kolein po wozach. Dość stare, przez co podniesiona trawa nieco je ukryła, ale jednak. Ślady zaprowadziły nas do dużego zagajnika. W środku odkryliśmy sprytnie zamaskowane miejsce na obóz. Postanowiliśmy się chwilę przespać.

Rankiem wysłałam Hator na polowanie. Nie byliśmy przygotowani na długą podróż a okazało się, że z zagajnika wychodzi druga droga i tam właśnie prowadzi trop Tanileva. Z wielkiego dropa, którego przywlokła moja ukochana przyjaciółka, zebrałam sporo pięknych piór na sprzedaż i wykroiłam duże, ładne kawałki na pieczeń. Posileni wyruszyliśmy dalej.

Jakież było moje zdumienie, kiedy zobaczyłam gdzie prowadzi trop. Przed nami rysowała się ściana dżungli Liaj a poszukiwany przez nas transport szedł prosto w jej kierunku. Od razu przypomniały mi się opowieści Trassisa o tej dżungli. Mój przyjaciel, i zarazem nauczyciel, miał przeogromną wiedzę o Barsawii, którą chętnie się dzielił. Pamiętam jak opowiadał o Usunie, młodym, wojowniczym smoku, który zamieszkuje tereny Liaj, jak kreślił mi obraz tygrysów, gigantycznych węży i niedźwiedzi, które mają tam swój dom i jak mówił o tajemniczym plemieniu Poskramiaczy, którzy całkowicie odrzucili cywilizację i postanowili żyć w zgodzie z naturą. I choć Trassis twierdził, że pozostają niezauważeni przez innych Dawców Imion kontaktując się wyłącznie z tymi, z którymi chcą się skontaktować, to jednak miałam w tej chwili cichą nadzieję, że będziemy mieli szczęście poznać ten niezwykły lud. Czuję, że bym się z nimi dobrze rozumiała.

Oczywiście nie omieszkałam wspomnieć moim towarzyszom co nieco z tych historii kiedy szliśmy w kierunku dżungli. Zupełnie nie rozumiem dlaczego wzmianka o smoku nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem z ich strony. Ale cóż, nie było innego wyjścia, łowcy niewolników poszli do Liaj (tylko, na wszystkie Pasje, po jakie licho?!) i wszystko wskazywało na to, że Tanilev również. Przenocowaliśmy w pewnym oddaleniu od pierwszych drzew, by rankiem zagłębić się w dżunglę.

Jak dobrze wreszcie wejść do tak wspaniałego miejsca! Pod pierwszymi drzewami poczułam się jak w domu. To wilgotne powietrze, zapach ziemi, szczebiot ptaków, i te kolory! Nawet w Serwos przyroda nie jest tak cudownie kolorowa jak tutaj. Soczysta zieleń, wściekły pomarańcz, błękit, który aż błyszczy. Wspaniałe miejsce. Czułam radość Hator i zadowolenie Szafir. Wszystko jest tu większe, intensywniejsze. Ślady na ziemi wyraźnie wskazywały, że weszła tu spora grupa Dawców Imion, część z nich stawiała małe kroki, jakby mieli skute nogi, a część zupełnie normalne. Podążyłam tym śladem, idącym wzdłuż niewielkiej ścieżki, jednocześnie rozglądając się na boki i chłonąc piękno tego miejsca. Żadne miasto nie może się równać takiemu cudowi Jaspree.

„Raven… Możesz… Coś…. Z tym… Zrobić…?” – usłyszałam za plecami nerwowy głos Miriel. Obejrzałam się i zobaczyłam ogromnego owada, który zdecydowanie próbował się zaprzyjaźnić z intensywnie go odganiającą elfką. Przyjrzałam mu się przez chwilę zastanawiając się, co to takiego i czy jest jadowite, ale nigdy wcześniej nie widziałam podobnego stworzenia a moja magia jakoś nie chciała przyjść z pomocą. Wyciągnęłam więc dłoń w kierunku stworzenia, „odejdź” rozkazałam, owad zamarł na chwilę. Sytuację sprytnie wykorzystała Szafir i stworzenie błyskawicznie zniknęło w jej pyszczku. Miriel podziękowała ważce i ruszyliśmy dalej.

Ogrom zapachów i odgłosów obudził w Hator zwierzęcą naturę i kotka z lubością szalała po krzakach węsząc i pomrukując z zadowoleniem. Dobrze, że ślady było widać gołym okiem, bo nie musieliśmy polegać tylko na jej zmysłach. W pewnej chwili crojen zatrzymał się, zaczął intensywnie węszyć i napiął wszystkie mięśnie wskazując na gęstwinę.

„Poczekaj.” – powstrzymałam ją przed rzuceniem się w krzaki, podeszłam ostrożnie, dotknęłam jej miękkiego futra i zapożyczyłam węch. Zaciągnęłam się wilgotnym powietrzem i natychmiast zrozumiałam co zaniepokoiło Hator – padlina. Ostry zapach gnijącego mięsa wbił mi się w nozdrza. Dawca Imion.

„No to mamy trupa.” – rzuciłam do towarzyszy. Weszłam kawałek w gęstwinę, rozglądając się czujnie. W końcu go dostrzegłam. Krasnolud. A raczej jego resztki. Ciało leżało tutaj z tydzień, może trochę krócej. Było w większości zjedzone przez zwierzęta, więc nie sposób określić jak zginął. Na pozostałościach dostrzegliśmy przepaską biodrową, wskazującą na tubylców, i całkiem „miejską” koszulę. Był bosy, o śniadej cerze i prócz noża nie miał żadnej broni.

Zostawiliśmy resztki, dżungla się nim zajmie, i podjęliśmy dalszą wędrówkę dużo ostrożniej. W pewnym momencie ścieżka rozwidliła się. W lewą stronę prowadziła odnoga, wykarczowana i wyraźnie używana, zaś ślady niewolników szły dalej prosto. Zignorowaliśmy poboczną drogę podążając wciąż za śladem. Dostrzegłam ich z daleka. Kolejne trzy ciała leżały na naszej ścieżce. Chciała do nich podejść bliżej, zbadać, i wtedy poczułam ból. Nie był fizyczny, bardziej jakby ktoś rozdzierał mi wnętrze. Zatrzymałam się gwałtownie. Poczułam jak Szafir siada mi na ramieniu, jakby się bała, zaś Hator przylgnęła do mojej nogi, zjeżyła futro, podkuliła ogon. Coś było wyraźnie nie tak z tym miejscem. Odsunęłam się.

„Nie pójdę dalej! Nie mogę.” – jęknęłam.

Durgol i Miriel poszli więc obejrzeć ciała. Dwa elfy i człowiek. Ubrani podobnie jak krasnolud, z włóczniami i maczetą, zjedzone przez zwierzęta.

„Raven, dobrze by było gdybyś spojrzała na ślady. Dasz radę?” – spytała mnie Miriel.

Odetchnęłam głęboko i spróbowałam znów podejść do tego miejsca. Ból i uczucie zagrożenia pojawiły się znowu. Przemogłam się jednak i podeszłam bliżej. To, co zobaczyłam, zszokowało mnie. Kręgiem, ze wszystkich stron, podeszły tutaj różne gatunki zwierząt. Koty, węże, małpy, nawet jakiś ptak. Wszystkie te zwierzęta, ramię w ramię, ucztowały na ciałach. Potrząsnęłam głową zdezorientowana. Zwierzęta się tak nie zachowują. Oddaliłam się pospiesznie. Ślady niewolników szły dalej, poprzez to miejsce, ale ci nieszczęśnicy wyraźnie przyszli z naszej strony.

„Chodźmy tą boczną ścieżką.” – zaproponowałam. – „Tam może być wioska. Trzeba sprawdzić co się tam stało. Wyglądają jakby uciekali.”

Moi towarzysze zgodzili się ze mną. Poszliśmy. Kolejne dwa ciała. Krasnolud i człowiek. Kiedy dotarliśmy do pierwszych zabudowań zmroziło mnie. Wszędzie leżały poszarpane ciała. Nie tylko Dawców Imion ale też zwierząt. Hodowlanych i dzikich. Pośrodku wioski dostrzegliśmy leżącą na wznak postać ubraną zdecydowanie bardziej miejsko niż mieszkańcy. Leżała pośrodku kręgu, wysypanego chyba z soli, opatrzonego dziwnymi symbolami. Zbliżyliśmy się nieco niepewnie. Był to elf. Jego klatka piersiowa uniosła się zaś w splecionych na brzuchu dłoniach trzymał jakiś przedmiot. Szafir rozjarzyła się błękitnym światłem, pomknęła do elfa i usiadła na przedmiocie.

„Szafir! Chodź tu natychmiast.” – krzyknęłam bojąc się, że ważce coś się stanie. Posłuchała, chociaż niechętnie.

Durgol podszedł do kręgu.

„Ciekawe co to takiego.” – zamruczał i butem starł jeden z symboli. Bół znów uderzył mnie ze zdwojoną siłą. Hator rzuciła się do góry, wdrapała na mnie i przywarła jak małe kocię zaś Szafir wtuliła się tuż obok. Ledwo utrzymałam równowagę. Szczęściem Miriel pozostała na tyle przytomna by zacząć cucić elfa. Ten, ledwie otworzył oczy, z miejsca zawołał czy się udało a zobaczywszy nas najpierw wykrztusił kim jesteśmy, żeby chwilę po tym spojrzeć na starty symbol i z niepokojem zacząć dociekać kto to zrobił.

W nieco chaotycznych słowach, jednocześnie wypychając nas z kręgu, oznajmił, że w dżungli jest horror, który opanowuje zwierzęta i każe im mordować Dawców Imion, i że on, rytuałem, może go odesłać. Zaczął wyrysowywać symbol na nowo i wtedy, po raz pierwszy odkąd się znamy, Hator warknęła na mnie ze złością i poczułam jak nasz więź się rozrywa. Wpadłam w panikę. Krzyknęłam do elfa żeby przestał, że niszczy moją więź ale nie usłuchał. Skończył symbol i wszystko się uspokoiło. Z pewnym niedowierzaniem pogłaskałam krojena i uspokoiłam się. Elf z zadowoleniem oznajmił, że się udało i jesteśmy bezpieczni. Osunęłam się na ziemię, czułam się potwornie zmęczona tymi potwornymi uczuciami, które mną szarpały. Hator znów na mnie wlazła, przytuliła się i zamarła. Szafir przylgnęła do mojej szyi. Czułam także ich zmęczenie i oszołomienie.

Amarin, tak przedstawił się elf, okazał się Ksenomantą pierwszego kręgu. Jego mistrz wysłał go do dżungli w poszukiwaniu amuletu Astendar. Amulet znalazł ale znalazł też miejscowe, przyjazne, plemiona i dużo mniej przyjaznego horrora, który postanowił w specyficzny sposób utrudnić życie mieszkańców. Amarin poświęcił amulet w rytuale i odesłał bestię. Powiedział nam też, że dwie godziny drogi stąd jest druga, dużo większa, wioska i to głównie ją próbował ratować bo tej tutaj nie zdążył. Dodał również, że bez amuletu nie ma po co wracać do mistrza. Wyglądał na mocno przestraszonego faktem, że go stracił.

W trakcie rozmowy usłyszałam, że coś się zbliża. Schowaliśmy się w jednej z chat ale na szczęście okazało się, że to mieszkańcy owej drugiej wioski. Amarin był ich bohaterem, więc i nas przyjęli miło i serdecznie. Zabrali nas do swojej osady, napoili, nakarmili i podzielili się informacją, że niewolnicy są prowadzeni za mokradła. Poradzili, żebyśmy odnaleźli plemiona, które żyją w tamtej okolicy, one nam wskażą drogę. Dwa dni drogi przez dżunglę. Cudownie. Tylko miałam nadzieję, że już bez niespodzianek w postaci horrorów.

Posileni, napojeni, umyci mieliśmy wreszcie czas spokojnie się wyspać. Rankiem, za maczetę i nóż, zaopatrzono nas w zapasy. Amarin postanowił iść z nami. Tubylcy powiedzieli mu, że na moczarach jest jeszcze jedna kapliczka Astendar i mam wrażenie, że łudził się, że znajdzie drugi taki medalion. Ale skoro chce to czemu nie. Magowie są bardzo przydatni.

Dalsza podróż w głąb Liaj przebiegała spokojnie. Żadnych dziwnych uczuć czy tajemniczych ciał. Zamyśliłam się popatrując ciekawie na tutejsze rośliny, które co jakiś czas musiałam ciąć maczetą żeby móc w miarę wygodnie iść.

„Zobaczcie. Co to może być?” – z zamyślenia wyrwał mnie głos Miriel. Odwróciłam się. Elfka stała patrząc się w górę. Odruchowo też spojrzałam w kierunku nieba ale prócz skłębionych gałęzi drzew nie dostrzegłam niczego niepokojącego. Podeszłam więc do niej i znów podniosłam głowę. Zobaczyłam to w ostatniej chwili. Duży, świecący obiekt, leciał łukiem wprost w kierunku ziemi. Wyglądało to jak spadająca gwiazda. Chwilę później zniknęło i poczułam delikatne drżenie ziemi.

„Spadło niedaleko. Chodźmy zobaczyć.” – zaproponowałam.

Amarin zaprotestował.

„Mieliśmy iść na moczary. Zbaczanie z drogi nie jest dobrym pomysłem.”

„Nie zboczymy za bardzo. Spadło mniej więcej w kierunku, w którym idziemy.”

„Chodźmy.” – zarządziła Miriel.

Nie musieliśmy się nawet bardzo przedzierać przez krzaki gdyż krajobraz zaczął się już tutaj zmieniać, powoli wskazując na obecność podmokłych terenów. Wyszliśmy spomiędzy drzew prosto na sporych rozmiarów krater. Na jego dnie leżała idealna kula, kolorem i fakturą przypominająca perłę, średnicy, tak na oko, pięciu dużych kroków.

„Co to może być?” – spytałam.

Miriel tylko pokręciła głową zdezorientowana, za to Durgol i Amarin, bez zastanowienia, zaczęli się zsuwać w dół krateru żeby przyjrzeć się przedmiotowi bliżej. Biło od niego wyraźne ciepło, które obaj postanowili zignorować. Wraz z Miriel zostałyśmy na górze ciekawie popatrując na naszych towarzyszy. Miałam złe przeczucia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s