03 Niezwykłe spotkanie

Szliśmy coraz głębiej w dżunglę, obywając się bez dodatkowych przygód. Biegałam po gałęziach z radością i swobodą aż w końcu zobaczyłam wspaniałą, mocną lianę. Aż zachęcała by się na niej pohuśtać więc nie zastanawiając się pofrunęłam pomiędzy drzewami i wylądowałam miękko przed drużyną. Zachęciłam Salazara żeby też spróbował, wszak t’skrangi na swoich statkach z uwielbieniem latają na linach. Nie dał się długo namawiać i już chwilę później latał na lianach z dużo większą gracją niż ja. Trzeba przyznać, że t’skrangi mają niesamowity talent do takich akrobacji. Gharth najwyraźniej nam pozazdrościł bo zaczął się wspinać na jedno z drzew. Patrzyłam zaciekawiona czy będzie sprawdzał wytrzymałość lian ale on tylko wlazł na samą górę, niepewnie zawisł na jednej z gałęzi, po czym złapał się pnia i zjechał na dół mijając po drodze Salazara, który postanowił zerwać kilka dojrzałych owoców na skromny posiłek.

Narobiwszy tyle hałasu, że na pewno słyszała nas cała dżungla, ruszyliśmy dalej. W pewnym momencie Miriel zatrzymała się i obejrzała niepewnie za siebie. Powiedziała że właśnie przeszła przez magiczną barierę. My niczego nie poczuliśmy ale elfka twierdziła, że uczucie było bardzo silne. Nie mogąc nic z tym zrobić poszliśmy przed siebie ignorując barierę. Po niedługim czasie ścieżka którą podążaliśmy zaczęła się rozszerzać zmieniając się w całkiem szeroki trakt. Zmieniła się też roślinność. Pojawiły się drzewa owocowe wyglądające jakby ktoś o nie dbał. Dżungla ustąpiła i wkrótce szliśmy pomiędzy dojrzewającymi bananami, których całą kiść przywłaszczył sobie Gharth. Teren zaczął się robić pofałdowany a na nasze głowy spadły pierwsze krople deszczu. Miriel popatrzyła w niebo i orzekła, że za chwilę rozpęta się całkiem niezła burza, więc przyspieszyliśmy, zwłaszcza że zaczęło się już robić ciemno, a gęste chmury tylko tą ciemność pogłębiały. W końcu naszym oczom ukazała się wioska składająca się z ponad dwudziestu domów, z zagrodami dla zwierząt i niewielkimi poletkami uprawnymi. Grzmiało już dość potężnie więc niemal pobiegliśmy do największego z budynków, gdyż tylko w nim świeciło się światło.

Gdy moi towarzysze pukali do drzwi, a raczej walili bo pierwszy dopadł do nich Gharth, obeszłam budynek i zajrzałam do środka przez szpary. Wewnątrz skromnej izby stali stłoczeni wieśniacy, ludzie, krasnoludy i trolle trzymając w rękach wszystko, co w ich mniemaniu nadawało się na broń, czyli widły, grabie, siekiery a nawet krzesła. Widać było że się boją. Jednak po krótkich negocjacjach i tańcu Salazara, który miał udowodnić że nie jesteśmy naznaczeni przez horrora, czego obawiali się wieśniacy, zostaliśmy wpuszczeni do środka.

Powitał nas Jesper, starszy wioski. Pozwolił nam rozłożyć swoje rzeczy przy ogniu, nakarmił i napoił. A potem opowiedział nam historię wioski.
Jakieś pięćdziesiąt pięć lat temu mieszkańcy wioski opuścili zbudowany niedaleko kaer. Miejsce to zostało zabezpieczone przed horrorami przez Thyzdrina Rudego (ucznia Jarona, twórcy litanii żywiołów i odkrywcy żywiołu drewna), mieszkającego tu maga. Niestety coś poszło nie tak. Bariera, którą stworzył mag nie wpuściła horrorów ale nie wypuszcza też mieszkańców a jedyny horror, któremu udało się przez nią przedostać został zamieniony w kamień i stoi przed wejściem do kaeru. Ponieważ jest to horror związany z burzą i błyskawicami nie dość że sprawia że nad wioską często szaleją burze to jeszcze może się podczas jednej z takich burz przebudzić. Dlatego mieszkańcy chronią się w jednym budynku podczas burz i zbroją. Jakby widły mogły pomóc w obronie przed horrorem…

Miriel z miejsca oznajmiła, że chcemy zbadać ten kaer i czy ktoś ma o nim jakieś informacje. Jesper kazał nam iść do starego Jorela, dziwaka który mieszka poza wioską na drzewie. Tymczasem zaprowadził nas do swojej stodoły i pozwolił się tam wyspać. Nasz sen zakłóciła jedynie wizyta dwójki młodych ludzi, Jette i Mariki, którzy najwyraźniej szukali wygodnego miejsca do nocnych igraszek i naszą obecnością w stodole nie byli bynajmniej zachwyceni.

Rankiem zjawił się Jette i zaprosił nas na śniadanie. Ojciec kazał mu też służyć nam za przewodnika więc obiecał że będzie się kręcił w pobliżu jak byśmy czegoś potrzebowali. Po posiłku Salazar poprosił Jette o zaprowadzenie do niewielkiej sadzawki, która ponoć znajdowała się niedaleko a ja zabrałam Hator na polowanie, w stodołach było pod dostatkiem dużych szczurów i moja kotka była w swoim żywiole. Gdy się najadła dołączyłam do Salazara w kąpieli a później razem wróciliśmy do karczmy gdzie Miriel kłóciła się intensywnie z Gharthem a Durgol stał milczący popatrując na trolla wrogo. Okazało się że Gharth postanowił, nie pytany, wziąć kilka rzeczy należących do wieśniaków zaś elfka próbowała przebić naturę Powietrznego Łupieżcy lekcją uprzejmości. Nie mogłam tego słuchać więc poszłam sobie pospacerować. Dopiero po dłuższym czasie usłyszałam potężny wrzask Ghartha, który wykrzyczał moje imię tak donośnie aż ptaki powylatywały z okolicznych drzew spłoszone. Wróciłam więc do drużyny i wspólnie ruszyliśmy na poszukiwanie krasnoluda.

Bez trudu trafiliśmy do wysokiego drzewa, na którym zbudowano domek. Drewniana drabinka nie utrzymała by trolla więc zostałam z nim na dole a Miriel i Salazar poszli porozmawiać z krasnoludem. Nie było ich dość długo. W końcu zeszli na dół i opowiedzieli nam o bałaganie w domku, papudze o imieniu Poly, która nie dość że inteligentnie rozmawia z Dawcami Imion to jeszcze pije na umór i jej właścicielu, który śpi w fotelu równie zapijaczony jak papuga. Jedynie Salazar, twierdzący że zna język pijacki, potrafił się z Jorelem dogadać. Krasnolud powiedział mu, że był kiedyś Mistrzem Żywiołów i że to on spieprzył rytuał. Że okolicę otacza bariera z pięciu żywiołów, którą trzeba zdjąć za pomocą Różdżki Pięciu Żywiołów i mapy, które znajdują się w kaerze, żeby wieśniacy mogli opuścić to miejsce. Niestety nie wiadomo, czy jak odprawi się rytuał to zamknięty w kamieniu horror nie obudzi się. To właśnie ryzyko, które zapewne będziemy musieli podjąć chcąc się stąd wydostać.

Zaintrygowała mnie ta papuga, więc zostawiłam Hator pod drzewem i poszłam obejrzeć ptaka. Faktycznie Poly jest inteligentna. Niestety nie wie jak to się stało. W pewnym momencie Jorel coś jej zrobił i od tej pory jest taka. Poddałam się więc. Ta wiedza musi zaczekać.

Zgodnie z decyzją naszej dowódczyni ruszyliśmy na poszukiwanie kaeru. Podróż nie była daleka. Wkrótce ujrzeliśmy dużą polanę pośrodku której stał wielki, czarny, lśniący kamień, pokryty jakimiś symbolami. Ghath, bez zastanowienia, podniósł jakiś kamień i rzucił w obelisk. Symbole zaświeciły się ale nic więcej się nie stało. Za kamieniem widać było wejście do kaeru. Próbowałam oponować przed pójściem tam tak po prostu, tuż obok horrora, ale Durgol przytomnie stwierdził że „horror odkamienia się podczas burzy a nie kiedy się koło niego przechodzi” więc się poddałam i poszłam za resztą popatrując niepewnie na złowrogi obelisk.

Przed wejściem do kaeru znów Gharth i Salazar rzucili się sobie do gardeł. Ciężko mi zrozumieć dlaczego tam mocno iskrzy między nimi ale to zaczyna się robić męczące i kiedyś pewnie doprowadzi do jakiejś tragedii.
W końcu przekroczyliśmy drzwi i weszliśmy do niewielkiego pomieszczenia o dużych, okutych, dwuskrzydłowych drzwiach, nad którymi widniała wypisana litania żywiołów. Jak zwykle to Gharth pierwszy zadziałał i otworzył owe drzwi.
To co zobaczyliśmy w środku wprawiło nas w osłupienie i nawet troll zamarł na chwilę bez ruchu. Cała komnata pokryta była ruchomymi malowidłami, które wyglądały jak żywe krajobrazy. Pod stopami mieliśmy ciepły, lekko falujący piasek, nad głową, po błękitnym niebie przepływały białe chmurki, naprzeciwko wejścia gęsta dżungla zachwycała kolorami, po prawej stronie Morze Śmierci pluło lawą zaś po lewej masy wody tworzyły wysokie fale. Na każdym z tych wizerunków poruszał się rudobrody krasnolud, zapewne sam Tyzdrin. Popatrzyłam na Hator która próbowała wytarzać się w piasku, napić wody z morza i w końcu przykleiła się do Morza Śmierci mrucząc z zadowoleniem. Zaufałam jej zmysłom i weszłam do środka. Piasek pod moimi stopami okazał się ciepły, drewna w dżungli mogłam dotknąć i czułam jego chropowatość zaś od Morza Śmierci biło przyjemne ciepło. Tyzdrin nie żałował esencji żywiołów w tym pomieszczeniu. W każdej ze ścian znaleźliśmy obrys drzwi. Okazało się że mają zamki na normalne klucze ale także można je otworzyć hasłem. Drużyna zaczęła główkować jak dostać się do środka a ja przytuliłam się do ciepłej ściany i też miałam ochotę zamruczeć jak Hator.
Popatrzyłam na nieco zdezorientowaną drużynę, która już zaczęła rozważać siłowe otwarcie drzwi i zastanowiłam się chwilę. „Skoro to był Mistrz Żywiołów” – odezwałam się wreszcie – „I drzwi są na hasło to może hasłem jest litania?” Miriel zastanowiła się chwilę i wypowiedziała pierwszy z wersów. Trzy pary drzwi otworzyły się jak na komendę.

Zdecydowaliśmy najpierw iść tymi naprzeciwko wejścia jako że były większe i korytarz za nimi też wydawał się głównym korytarzem. Na jego końcu znaleźliśmy schody na dół i rozwidlenie na dwie strony. Zbadaliśmy najpierw prawą część kaeru i znaleźliśmy jedynie niewielkie pomieszczenia mieszkalne. Przeszliśmy znów przez główną komnatę i ruszyliśmy na lewą stronę. Nie wyszliśmy jeszcze za załom kiedy Hator gwałtownie się zjeżyła. „Uwaga. Niebezpieczeństwo.” – ostrzegłam towarzyszy. Nagle przed nami pojawił się kształt sunący w powietrzu. Od razu rozpoznałam Cieniopłaszczkę. Salazar był z przodu więc ostrzegłam go szybko żeby uważał na kolec na ogonie, którym zwierzaki zatruwają. Fechmistrz, krzycząc czy coś jeszcze, rzucił się do ataku.

Nie było czasu na dalsze wyjaśnienia. Salazar zaatakował i sam przyjął pierwszy impet uderzenia, Miriel wycofała się i zaczęła tkać wątki, Durgol podskoczył do najbliższych, w miarę całych, drzwi i zaczął je wyrywać a ja, każąc Hator zostać, rzuciłam się pomóc Salazarowi. Jego niezwykła zwinność, kryształowe pociski Miriel i moje pazury błyskawicznie powaliły stworzenie. Już mieliśmy otrąbić zwycięstwo, gdy z pomieszczenia obok wychyliły się dwie następne. Znów Fechmistrz zaczął taniec ostrza, śmignęły pociski i pazury. Cieniopłaszczki poległy. Ja wyszłam z tego starcia bez jednego zadrapania, zwłaszcza, że Durgol posługując się fragmentem drzwi jak tarczą zasłonił mnie przed jednym z ciosów, niestety Salazar został trafiony kolcem jadowym. Błyskawicznie rzuciłam się do niego i wspólnie z Durgolem próbowaliśmy usunąć truciznę z rany. Niestety nie szło nam to najlepiej aczkolwiek ból spowodował że T’skrang zemdlał, co było o tyle dobre, że spowolniło rozprzestrzenianie się trucizny w organizmie. Zawiązałam mu kawałek materiału na ramieniu żeby zatrzymać przepływ krwi z rannej ręki do serca i prosząc Miriel o zagotowanie wody pobiegłam na zewnątrz. Przypomniałam sobie, że widziałam niedaleko roślinę, która oczyści jego organizm z trucizny.

Nie było trudno ją znaleźć. Zrobiłam napar, szybko przestudziłam, ocuciliśmy Salazara i kazałam mu go wypić. Najwyraźniej zadziałało bo po kilku minutach T’skrang zaczął dochodzić do siebie. Całe szczęście.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s