01 Początek

Oszczędzę Wam, drodzy czytelnicy, początków naszej znajomości. Dość powiedzieć, że połączyła nas praca dla pewnej spółki zrzeszającej Adeptów w jednym z najpiękniejszych miast Barsawii jakim jest Trawar.

Wracaliśmy właśnie z nieudanej misji, kiedy na ramieniu naszej przywódczyni Miriel usiadł gołąb pocztowy. Ptaki te są bardzo dobrze wyszkolone i potrafią znaleźć konkretnego Dawcę Imion, co nadal mnie fascynuje. Jego pojawienie się nie wróżyło niczego dobrego. Byliśmy w drodze już ponad tydzień i niemal każdy z nas marzył o wygodnym łóżku i długiej kąpieli.

Tymczasem ptak przyniósł wiadomość, że mamy kolejne zlecenie. Niedaleko miejsca, w którym się znajdowaliśmy, był grobowiec ukryty we Wzgórzach Pięciu Żywiołów. Podobno znajdowały się w nim cztery księgi z zaklęciami Mistrza Żywiołów do dwunastego i trzynastego kręgu, co jest wiedzą niemalże mitologiczną. Nieznacznie tylko marudząc zmieniliśmy trasę wędrówki i ruszyliśmy tam, gdzie nakazywał nam list.

Tereny które nas otaczały to rozległa sawanna. Nie brak tu zwierząt wszelkiej maści za to brak cienia dlatego ucieszyliśmy się widząc ogromne drzewo, które mogło stanowić schronienie na noc. Ze zdumieniem dostrzegliśmy pod drzewem t’skranga, obładowanego tobołami i bardzo nieudolnie próbującego wykarczować sobie miejsce na obóz. Dostrzegłwszy nas wyraźnie się ucieszył i powitał nas przyjaźnie, przy okazji przedstawiając nam swoją paprotkę… Kiedy drużyna rozmawiała z wędrowcem wysłałam Hator na polowanie a sama zajęłam się przygotowaniem obozu. W kilka minut mieliśmy wygodne miejsce do spania. T’skrang okazał się być Mistrzem Żywiołów o imieniu Tarsit, którego drużyna gdzieś się zagubiła. Durgol z miejsca opowiedział mu gdzie i po co idziemy i t’skrang postanowił się do nas przyłączyć. Na kolację zjedliśmy przygotowaną przez niego magicznie ucztę. Gazela, którą przyniosła Hator, posłużyła nam za pyszne śniadanie.

Podróż do wzgórz minęła nam spokojnie. Kiedy ujrzeliśmy dolinę u zbiegu trzech wzgórz słońce akurat zachodziło nadając jej bajkowego wyglądu. W dolinie rozłożono obóz archeologów, którzy odnaleźli grobowiec ale z daleka obóz wyglądał na pusty. Jedynie pięć mułów leniwie skubało trawę. W środkowym wzgórzu, ciemnym otworem, ziały potężne drzwi prowadzące zapewne do grobowca. Ostrożnie zeszliśmy pomiędzy namioty rozglądając się uważnie. Miriel, Salazar i Tarsit poszli zbadać duży namiot główny, w którym stał wielki stół zawalony księgami i pergaminami zaś ja i Durgol ruszyliśmy zbadać namioty mieszkalne i resztę obozu.

Niemal od razu odnalazłam ślady Dawców Imion. W obozie mieszkało dwóch ludzi i dwa krasnoludy. Jakieś pół godziny przed naszym przybyciem pojawiło się tu kilku Dawców Imion, elf w lekkich butach, które mogły wskazywać na maga, troll, krasnolud, człowiek oraz omak, jaszczurka służąca wietrzniakom za wierzchowca. Znalazłam ślady ciągnięcia i bez trudu domyśliłam się, że hałdy piachu w obozie kryją także dwa ciała archeologów. Dwa pozostałe zostały zaciągnięte na wzgórze w krzaki. Kończyłam już badanie gdy podbiegł spanikowany Durgol i oznajmił, że na zboczu są ślady krwi. Odparłam że już wiem, że niestety archeolodzy nie żyją zaś ci, którzy ich zabili udali się do grobowca.

Wróciliśmy do naszych towarzyszy. Wśród ksiąg znaleźli dwie, które ich zainteresowały, słownik staroelfickiego oraz biografię Eliandera Heissa, elfiego Mistrza Żywiołów i Ksenomanty, przy którego grobowcu się znajdowaliśmy, i którego ksiąg szukamy. Zdecydowaliśmy, że nie ma na co czekać i ruszyliśmy do wnętrza góry.

W środku oczywiście czekały na nas niezbyt miłe niespodzianki.
Najpierw znaleźliśmy ciało krasnoluda, Adepta, zapewne czwartego kręgu, z bardzo dobrym wyposażeniem i licznymi ranami. Przy sobie miał piękny sztylet, wzmocniony magią oraz szkatułkę z trzema eliksirami leczenia. Obejrzeliśmy korytarz i okazało się że zabiła go wielka kolczasta płyta spadająca z sufitu. Jedynym sposobem uniknięcia owej pułapki wydało nam się zablokowanie jej mechanizmu. Salazar wziął sztylet krasnoluda i spróbował wepchnąć go w mechanizm. Niestety pułapka okazała się zbyt szybka, sztylet odbił się od niej i z całą jej siłą ugodził t’skranga. Pod nadzorem Durgola udało nam się wyjąć go z rany nie czyniąc Fechmistrzowi większej krzywdy, wspomagany przez jeden z eliksirów Salazar znów stanął na nogi.
Drugą próbę wykonaliśmy ostrożniej. Salazar podniósł mnie na ramionach i wbiłam sztylet bardzo blisko mechanizmu uruchamiającego pułapkę co pozwoliło nam bezpiecznie pod nią przejść.
Kolejny fragment korytarza przyniósł zwęglone niemal na popiół ciało człowieka. Okazało się że pułapka uruchamia się magicznie i zalewa korytarz ogniem. Pomógł nam ją pokonać Tarsit pokrywając ściany lodem. To było przerażające ale i fascynujące widowisko kiedy wbiegliśmy w pułapkę i pod ścianą lodu zaczął się kotłować ogień. Odetchnęliśmy z ulgą i ruszyliśmy dalej.
Po kilku minutach zaniepokoiło nas kapanie. Przed nami, w suficie, wbudowano zmyślną pułapkę, która rozpylała kwas. Wpadłam na myśl, że skoro kwas znajduje się w jakimś pojemniku to ma on ograniczoną pojemność i potrzebuje czasu żeby się napełnić. Odsunęliśmy się i Durgol rzucił widelcem w zasięg pułapki. Kwas zrosił korytarz. Kolejne próby wykazały, że pomiędzy napełnieniami zbiornika będziemy mieli dość czasu żeby bezpiecznie przebiec. Tak też zrobiliśmy. Oczywiście Durgol nie omieszkał zabrać sztućców, którymi testował czas działania pułapki…
Idąc dalej dotarliśmy do zamkniętych na klamkę drzwi. Obejrzałam je dokładnie i zauważyłam niewielką dziurkę wskazującą obecność zatrutej strzałki. Odsunęliśmy się pod ścianę a Miriel ostrożnie otworzyła drzwi. Za nimi ukazało nam się pomieszczenie, w którym znajdowały się cztery puste pulpity na księgi. W dwóch ścianach widać było zarysy drzwi. Jedne prowadziły zapewne na zewnątrz zaś drugie do grobowca Eliandera. Nad grobowcem widniał napis sugerujący że wejście do środka grozi obłożeniem klątwą. Dopiero teraz Miriel przyznała nam się, że w liście, który otrzymaliśmy od naszego pracodawcy także było ostrzeżenie o klątwie. To było niezwykle lekkomyślne z jej strony że nas o tym nie uprzedziła. Wszak klątwy to nie jest coś z czym rozsądny Dawca Imion chce się zetknąć.

Postanowiliśmy zignorować grobowiec i spróbować otworzyć wyjście, którym zapewne podążyli mordercy wraz z księgami. W końcu Durgol zaczął obracać pulpity i tym samym odblokował nam tak grobowiec jak i przejście dalej. Zignorowaliśmy grobowiec i wyszliśmy z wnętrza góry na powietrze. Znajdowaliśmy się po drugiej stronie wzgórz. Trop przed nami pochodził sprzed godziny i wiódł w głąb sawanny. Podążyliśmy więc za nim. Doprowadził nas do niezwykłego miejsca. Kamienna, bardzo szeroka, studnia, w której błyszczała błękitna tafla czegoś magicznego. Patrzyliśmy do środka zaciekawieni. Trop urywał się dokładnie przy tej dziurze co oznaczało, że ścigani przez nas Dawcy Imion skoczyli do środka. Tylko czy to bezpieczne?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s