10 Tajemnica perłowej kuli

Salazar przepchnął się między mną i Miriel, wołając „Gdzie idziecie beze mnie?!” i poleciał w dół za Durgolem i Amarinem. Już po chwili wszyscy trzej panowie zwolnili i zaczęli przestępować z nogi na nogę.

„Ciepławo trochę.” – dobiegł nas głos Durgola.

Miriel, niewiele myśląc, dmuchnęła na powierzchnię skały, tworząc lodową ścieżkę na sam dół, prosto do kuli. Panowie weszli na chłodną powierzchnię i, dużo ostrożniej, zsunęli się do przedmiotu. Przez chwilę oglądali go uważnie, po czym Amarin popchnął go lekko a widząc, że ustępuje bez oporu postanowił wypchnąć go na górę krateru. Tyle, że nie przewidział, że nagłe zetknięcie dużej powierzchni ciepłej kuli z lodowatą ścieżką, którą zrobiła Miriel spowoduje gwałtowne pęknięcie dziwnej bańki. Kula trzasnęła i ochlapała Amarina lepką substacją, mieniącą się w świetle wszystkimi kolorami tęczy. Salazar i Durgol w porę odskoczyli uniknąwszy ubrudzenia. Myślałam, że to co się stało wystarczy Amarinowi ale nie, elf najpierw nabrał nieco cieczy na palec i… spróbował! a potem nabrał jej do manierki a w torbie upchnął jeszcze kawałki skorupy. Całe wnętrze kuli okazało się być wypełnione po brzegi niezwykłą substancją.

„Pomogę im.” – oznajmiła Miriel i ruszyła na dół.

Nagle Hator zaczęła węszyć niespokojnie. Przejęłam jej węch i skupiłam się na otoczeniu. Wyczułam zwierzęta, dużo zwierząt, zbliżały się szybko z naprzeciwka. Poczułam na skórze pierwsze krople deszczu. Spojrzałam w niebo. Błyskawicznie zasnuwały je burzowe chmury.

„Wynoście się stamtąd.” – krzyknęłam na dół. – „Zbliża się dużo zwierząt.”

Jedynie Salazar posłuchał mnie od razu i zaczął się wycofywać. Na krawędzi krateru, naprzeciwko nas, dostrzegłam pierwsze sylwetki między drzewami. Burzowe wilki. Poznałam je od razu.

„Uciekajcie.” – krzyknęłam.

Pierwsze wilki rzuciły się pędem w dół. Wreszcie moi towarzysze zrozumieli zagrożenie i, nie zwlekając, zaczęli opuszczać krater. Niestety Miriel nie poszło to najlepiej, straciła równowagę, zsunęła się i uderzyła w kulę. Durgol wrócił się po nią i pomógł jej wstać. Wilki dopadły do kuli i zaczęły ją gryźć i drapać, jakby próbowały ją zniszczyć.

Wspólnymi siłami wyciągnęliśmy Miriel i Durgola i ukryliśmy się między drzewami. Nie potrafiłam oderwać wzroku od wilków. Poprosiłam resztę żebyśmy chwilę poobserwowali stworzenia. Fascynowały mnie i przyciągały swoją magią, swoją niezwykłością. Patrzyłam jak urzeczona. W pewnej chwili największy basior, najwyraźniej ich przewodnik, podniósł łeb i zaczął wyć. Potężna błyskawica spadła z nieba w kierunku kuli. Chybiła, wypalając kawałek skały tuż obok. Nagle basior zwrócił głowę w naszą stronę i zaczął węszyć. Miałam wrażenie, że spojrzał mi prosto w oczy.

„Uciekajmy.” – zarządziłam i zaczęłam się wycofywać. Wilk ruszył w naszą stronę, kilku jego pobratymców poszło w jego ślady.

Widząc to Durgol błyskawicznie wdrapał się na drzewo a Amatin rzucił do ucieczki. Pognałam za nim, przywołując zwierzęta, i popędzając resztę. Dopiero po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że Miriel i Salazar zostali w tyle. Wyhamowałam gwałtownie zatrzymując Amarina. Odwróciłam się akurat w chwili, kiedy potężna błyskawica uderzyła prosto w Miriel. Elfka padła na ziemię. Szczęściem Salazar jest równie szalony jak reszta jego tskrandzkich braci. Niemalże w biegu chwycił leżącą Miriel, rozpędził się, chwycił jedną z lian i z gracją godną najlepszego cyrkowego akrobaty frunął pomiędzy konarami drzew. Zrobił to tak błyskawicznie, że już po chwili wylądował przed nami.

Wilki wciąż biegły więc ruszyliśmy w dżunglę. Po długiej chwili szalonego biegu, kiedy nawet ja poczułam jak dyszę ze zmęczenia, zatrzymaliśmy się na chwilę.

„Co to za dziwne wilki.” – wysapała Miriel wciąż przytrzymując się Salazara, blada i ledwo żywa.

„Burzowe wilki. To nie są zwykłe zwierzęta. To stworzenia magiczne. One…” – zawahałam się zerkając na Amarina. – „One tropią zło. Legendy głoszą, że są darem samej Jaspree.” – dostrzegłam w oczach elfa, że zrozumiał co chciałam powiedzieć. Historie, które słyszałam o burzowych wilkach, mówiły, że tropią i niszczą Horrory i ich konstrukty. W takim razie ta kula…

„Amarin.” – zwróciłam się do Ksenomanty. – „Rozbieraj się. Wylej wszystko z tej manierki, wyrzuć ją. I resztki skorupy. Masz.” – podałam mu wodę. – „Umyj się na tyle, na ile się da inaczej nie przestaną nas tropić.”

Elf błyskawicznie pozbył się płaszcza i pozostałych rzeczy, obmył się. Nagle usłyszeliśmy dziwne dźwięki. Coś przedzierało się w naszą stronę sapiąc i stękając. Przygotowaliśmy się już do ucieczki, gdy z krzaków wypadł zziajany Durgol.

„Uciekajmy!” – krzyknął. – „Musimy się tego pozbyć! Wyrzucić! Będą nas gonić! Musimy uciekać!”

„Spokojnie.” – uciszyłam nieco krasnoluda. – „Nie krzycz. Amarin już się wszystkiego pozbył. Ruszajmy.”

Podtrzymując osłabioną Miriel ruszyliśmy ostrożnie na poprzedni szlak.

Teren zaczął się zmieniać. Powoli wokoło nas pojawiały się bagniska. Kolory jakby przyblakły a ścieżka robiła się coraz węższa. Wkrótce bezpiecznie można było chodzić tylko tak, jak prowadził twardy szlak. Czas mijał a miejsca na nocleg nie było widać. Wreszcie, gdy zrobiło się niemal całkowicie ciemno dostrzegłam niewielki cypel ze sporym drzewem pośrodku. Sprawdziłam go dokładnie. Jedyne, co odkryłam to dziupla ze stadkiem węży u podstaw drzewa. Wyznaczyłam drużynie bezpieczne miejsce na nocleg a dla węży zwinęłam swój płaszcz i położyłam w pobliżu ogniska, żeby mogły się w niego wsunąć i ogrzać, nie włażąc nam do butów czy pod płaszcze.

Noc mijała spokojnie. No, poza jednym momentem, kiedy Miriel zaniepokoiły potępieńcze jęki dochodzące z głębi bagniska. Od razu zorientowałam się, że to tylko nury, zupełnie nie groźne ptaki, więc uspokojeni poszliśmy spać dalej.

Kolejny dzień do złudzenia przypominał poprzedni wieczór. Monotonia bagien nie była tak urzekająca jak barwy poprzedniej części dżungli. Wody było coraz więcej i zaczęły się na niej pojawiać ogromne kręgi, które kazały się domyślać obecności aligatorów. Zadowolona Hator przytaszczyła z polowania młodego tapira. Sprawnie wykroiłam najlepsze części mięsa i zawinęłam w liście, żeby je później upiec, co spotkało się ze sprzeciwem Amarina. Elf mruczał coś, że oprawianie mięsa będzie trwało wieki, ale jak jakiś czas później, kiedy dostrzegliśmy gigantyczne żółwie w rozlewisku wody, zażyczył sobie, żebym upolowała jednego i zrobiła z niego zupę… Doprawdy Dawcy Imion spoza dżungli mają niesamowicie dziwne podejście do kwestii polowania, oprawiania mięsa i czasu, który jest na to wszystko potrzebny.

Myślałam już, że znów czeka nas nocleg w dżungli gdy Hator zatrzymała się i warknęła. Powstrzymałam resztę. Zatrzymali się. Zapożyczyłam zmysł kotki. Od razu wyczułam zwierzę, jedno, i coś jeszcze.

„Poczekajcie chwilę. Sprawdzę.” – poprosiłam.

Przywołałam swoją magię, by wyciszyła moje kroki, i ruszyłam ostrożnie przed siebie. Niedaleko od nas, pod niewielkim drzewem, stał ludzki chłopak, u jego stóp leżała młoda elfka zaś ponad nimi stał potężny aligator. Bestia zdecydowanie nie wyglądała naturalnie. Była kilkakrotnie większa niż normalne aligatory zaś przednie łapy miała szeroko rozstawione. Chłopak, jakąś prymitywną dzidą, próbował się bronić przed zwierzęciem, które zdecydowanie miało ochotę urządzić sobie z niego przekąskę.

„Miriel szybko!” – krzyknęłam i bez namysłu rzuciłam się do zwierzęcia.

Chciałam nad nim zapanować, ale mój krzyk nie zwrócił jego uwagi i nie spojrzał na mnie, wciąż skupiając się na pierwotnej ofierze. Zmieniłam więc zdanie, wysunęłam pazury i przeorałam skórę stwora. Pancerz miał wytrzymały jak nic innego, z czym miałam wcześniej do czynienia, mimo to magia pomogła mi i pazury głęboko wbiły się między łuski. Aligator ryknął i odwinął się ogonem. Nie zdążyłam odskoczyć. Uderzenie rzuciło mnie na ziemię baz tchu, ale osiągnęłam cel, zwierzak odwrócił się do mnie zostawiając bezbronne ofiary.

Nie miałam jednak szansy przejąć zwierzaka, bo dopiero co ocalony chłopak postanowił się odwdzięczyć w najgłupszy sposób jaki przyszedł mu do głowy i rzucił się na ogon aligatora obejmując go ramionami. Zwierzak bez trudu cisnął nim w krzaki ale znów się ode mnie odwrócił. Usłyszałam za plecami szybkie kroki mojej drużyny. Salzar zaatakował błyskawicznie. Wściekły aligator oddał mi i zobaczyłam jak t’skrang pada na ziemię. Podniosłam się z trudem. Zaatakowałam pazurami znów mocno raniąc zwierzę. Po raz kolejny odwrócił się do mnie i posłał mnie na ziemię jednym ciosem, ale tym razem nie odwrócił się. Miałam tylko jedną szansę. Nawet nie wstając wyciągnęłam dłoń.

„Odejdź!” – krzyknęłam.

Aligator zamarł na chwilę. Powstrzymałam chłopaka, który leciał z powrotem do zwierzęcia z tą swoją cieniutką dzidą. Aligator powoli, majestatycznie, wycofał się na bagna i zniknął w wodzie. Ulżyło mi. Wciąż leżąc na ziemi przywołałam Hator żeby wylizała moje rany.

Tymczasem Durgol zbadał młodą elfkę. Okazało się, że dziewczyna dostała ogonem i ma połamane żebra, ale nic więcej jej się nie stało. Zalecił jednak jak najszybsze zabranie jej do wioski. Opatrzył też Salazara i mnie. Chłopaszek, który przedstawił się jako Jette, był tak podekscytowany niespodziewanym ratunkiem, że buzia mu się nie zamykała, a kiedy Miriel przyznała, że jesteśmy Adeptami, prawie mu oczy wyszły na wierzch z podziwu. Zaprosił nas do wioski mówiąc, że łodzą płynie się zaledwie pół godziny, podczas gdy marsz zajmie nam co najmniej sześć. Zostałam więc z Salazarem na brzegu, bo łódka nie pomieściła by nas wszystkich, a reszta popłynęła.

Czekaliśmy z Salazarem może godzinę, może trochę krócej, gdy przypłynęła po nas, przysłana z wioski, łódka. Okazało się, że w wiosce jesteśmy już bohaterami. Jette zadbał o to, żeby cała okolica dowiedziała się, co zrobiliśmy. Aczkolwiek kiedy tylko odnalazłam Miriel i Amarina ci, oczywiście, kłócili się o coś.

„W końcu Cię kiedyś będę musiała zabić.” – warknęła elfka.

„Świetnie.” – Amarin zdawał się nie poruszony zupełnie tą groźbą. – „Wskrzeszę się i powiem Ci co zrobiłaś źle.”

Elfka odeszła żwawym krokiem.

„Można ją jakoś oswoić?” – spytała mnie Ksenomanta.

„Nie wiem.” – wzruszyłam ramionami. – „Ty jesteś elfem. Spróbuj.”

„O nie, nie!” – zaprotestował. – „To ja już wolę stawić czoło mojemu mistrzowi. Jest dużo bardziej przewidywalny.”

Zwiedzając wioskę dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy na święto. Następnego dnia miało się odbyć święto ku czci Jaspree. Opiekunkę życia darzono tutaj szczególnym szacunkiem i gdy przyznałam się, że sama jestem jej Głosicielką, zmieniło się nastawienie Dawców Imion także wobec mnie. Co więcej, wódz, który przedstawił się nam jako Galar Tun, poprosił żebym wygłosiła przemowę na jutrzejszym święcie. Nie powiem żebym była zachwycona tym pomysłem ale cóż, głoszenie chwały Pasji wymaga poświęceń.

Wioskę zamieszkują trzy rasy, ludzie, elfy i krasnoludy. Chętnie odpowiadali na nasze pytania. Dowiedzieliśmy się, że theranie przebywają „u siebie” i nikt tam nie chodzi, a także, że Jette chętnie nas tam zaprowadzi. Przy okazało się, że chłopak jest Adeptem, więc podczas wieczornej rozmowy z nim Miriel wyjaśniła mu co to oznacza, i że musi odejść z wioski, jeśli chce podążyć tą ścieżką. Laurana, jego ukochana elfka, wracała do zdrowia, wieś szykowała się na święto a my, wreszcie, mogliśmy zasnąć spokojnie, bez wart i strachu, że w nocy coś nas zeżre. Tak też zrobiliśmy. Wygodnie ułożeni w izbie wspólnej chaty zapadliśmy w sen.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s