08 Zlecenie

Następnego dnia, rankiem, zebraliśmy się w saloniku łączącym nasze pokoje, na prośbę Miriel. Nasz szefowa udała się skoro świt na rozmowę do Tyzdrina. Opowiedziała mu o naszych przygodach w jego pokojach, o zniszczeniu golema i zabranych księgach. Napomknęła coś o wzburzeniu krasnoluda związanym ze zniszczeniem jego dzieła, niezwykle drogiego dzieła, i o kwocie, której zażądał jako zwrot kosztów za niezwykłe rubiny, użyte do stworzenia oczu golema. Wysokość tej kwoty z lekka nas przeraziła gdyż dóbr materialnych nie posiadamy zbyt wiele. Miriel uspokoiła nas jednak, że Tyzdrin zgodził się zamiast pieniędzy wysłać nas na ważną dla niego misję. Oczywiście jeśli chcemy. Misja miała polegać na udaniu się do Jerris i odebraniu jakiegoś przedmiotu od dawnego przyjaciela Tyzdrina, po czym dostarczeniu go znów do szkoły. Zgodziliśmy się właściwie bez zastanowienia. Poprosiłam Miriel, żeby w miarę możliwości odwlec moment wymarszu o tydzień żebym mogła się wyszkolić. Nie wiadomo kiedy później uda mi się znaleźć nauczyciela a tutaj miałam do nich nieograniczony dostęp.

Podczas naszej rozmowy rozległo się pukanie i do saloniku wszedł Tarsit z Baronem, swoją ukochaną i, podobno, niezwykle rozmowną, paprotką. Ucieszyliśmy się na jego widok. Zwłaszcza Salazarowi widok ziomka sprawił wiele radości. Sympatyczny t’skrang ma w zwyczaju znikać i pojawiać się w najmniej spodziewanych momentach. Nie wiem jak on to robi ale pewnie by zgłębić tą tajemnicę musiała bym poświęcić nieco więcej uwagi dyscyplinie Mistrza Żywiołów. Znikająca Aria natomiast nie dziwi mnie wcale, Złodzieje są przecież w znikaniu mistrzami.

Przywitaliśmy się z Tarsitem ale nie dane nam było długo z nim rozmawiać gdyż odwiedził nas kolejny gość. Dargun jest trollem, czarodziejem, o wyjątkowej aparycji. Ma starannie przystrzyżone i wyczesane futro, idealnie dopasowane szaty, binokle na nosie i ogromne pokłady ogłady i uprzejmości. Koniecznie chciał porozmawiać z Tarsitem na tematy, których nawet próbowałam zrozumieć. Zostawiliśmy ich więc i udaliśmy się do Tyzdrina. Miriel oznajmiła krasnoludowi, że przyjmiemy zlecenie. Ucieszony szybko przeszedł do rzeczy poprosiwszy najpierw by sprowadzono Tarsita gdyż chciał, żeby t’skrang udał się z nami do Jerris.

Gdy już wszyscy byli zebrani w gabinecie Tyzdrina krasnolud ze smutkiem poinformował nas, że elfka, która otworzyła nieszczęsne przejście była kiedyś jego uczennicą. Tyzdrin jest w posiadaniu artefaktu magicznego, niezwykle potężnego przedmiotu, a raczej kilku przedmiotów. Elfka wiedziała o owym artefakcie i teraz Tyzdrin obawia się, że jego przyjacielowi, który ma ów przedmiot u siebie, może grozić poważne niebezpieczeństwo. Krasnolud, wydaje mi się że słusznie, uznał, że przedmiot będzie dużo bezpieczniejszy w szkole niż w Jerris i poprosił nas o odzyskanie go i przyniesienie z powrotem. Ponieważ elfka dokładnie znała każdego ucznia szkoły my wydaliśmy się mu najodpowiedniejsi do tego zadania, bo nikt nas nie zna i nie kojarzy ze szkołą.

Zapytany przez nas jak ów przedmiot wygląda i czym jest, postawił przed nami niewielkie pudełko, po czym wyjął z niego figurkę. Był to złoty sfinks z zamkniętymi oczami, wykonany niezwykle kunsztownie. Poprosił naszą wietrzniaczkę by wejrzała w jego wzorzec i zapamiętała go dobrze, ponieważ figurka którą mamy odzyskać wygląda identycznie, tyle że jest wykonana z diamentu, ale żeby się upewnić, że jest prawdziwa musi mieć wzorzec wyglądający dokładnie tak, jak wzorzec złotego sfinksa. Aria, nie bez trudu, obejrzała figurkę i kiwnęła głową na potwierdzenie, że dostrzegła szczegóły wzorca. Zdradził nam, że obie figurki są częścią większej całości i że nie może nam powiedzieć nic więcej na ich temat gdyż wiedza ta jest pilnie strzeżona. Niestety potwierdził przypuszczenia Durgola, że mając jedną z figurek i wiedząc jak działa można posiąść część jej mocy i ją wykorzystać. W połączeniu z domysłami że zdradziecka elfka sprzedała komuś ową wiedzę sytuacja nie wyglądała zbyt ciekawie.

Tyzdrin dał nam złotego sfinksa oraz list, w którym zawarł informacje mające nas uwiarygodnić przed jego przyjacielem. Po jego opowieściach o potędze przedmiotu zaczęłam się obawiać, że samo podróżowanie ze sfinksem może być niezbyt bezpieczne. Zapytałam więc Tyzdrina czy jest jakiś sposób zabezpieczenia figurki, by jej wzorzec nie był widoczny dla kogoś, kto potrafi w niego wejrzeć. Obiecał że zatroszczy się o to i da nam specjalny orichalkowy pojemnik. Na prośbę Durgola ustaliliśmy też że jak stanie się coś złego przekażemy informację do szkoły za pomocą gryfa, będącego w posiadaniu Władcy Zwierząt, który zgodził się mnie szkolić na trzeci krąg. To była dla mnie najlepsza wiadomość tego dnia gdyż oznaczała że będę mogła poznać tak wspaniałe zwierzę, o którym słyszałam wiele legend.

Diamentowy sfinks jest w posiadaniu elfa o imieniu Tanilev Hast. Jest to Fechmistrz, blondyn o perłowej skórze i ogromnej słabości do kobiet. Jak się okazało dawny znajomy Tarsita. Krasnolud opisał go jako osobę lekkomyślną i nierozważną a jednocześnie niezwykle lojalną i niezłomną. Jest przekonany, że elf nawet na torturach nie zdradził by miejsca schowania figurki. Tym bardziej obawia się o jego życie. Ustaliliśmy że odbędziemy szkolenia i zaraz po nich udamy się do Jerris odnaleźć Tanileva i odzyskać figurkę.

Tego dnia poznałam swojego nauczyciela i rozpoczęłam szkolenie. Regal okazał się być obsydianinem. Czarodziejem, który po wielu wędrówkach zapragnął wyciszenia i kontaktu z przyrodą i postanowił wkroczyć na ścieżkę Władcy Zwierząt. Ma jasnobrązową skórę z białymi żyłkami a jego pasją są istoty latające. Tworzy z nimi niezwykłą drużynę.

Najbardziej charakterystycznym latakiem jest niewątpliwie puchacz. Bardzo sędziwy, o barwie identycznej jak jego właściciel, brązowych piórach poprzetykanych bielą, i równie poważnym spojrzeniu. Przez całe moje szkolenie zawsze siedział na ramieniu mistrza i zgodnie z nim potakiwał kiedy coś mi się udawało lub z zatroskaniem kręcił przecząco głową gdy coś nie wyszło. To było naprawdę rozbrajające.

Regalowi towarzyszył też czasem przepiękny orzeł złocisty, niewielki ptak o ogromnej inteligencji.

Dopiero w połowie szkolenia mistrz poznał mnie z kolejnym niezwykłym stworzeniem. Przypomina latającego węża z wyłupiastymi oczami i jest strasznie nieufne. Sam Regal przyznał, że oswojenie zwierzaka zajęło mu pięć lat. Nie jest może piękne ale ma swój urok.

Ciekawy sposób ma mój mistrz na zrelaksowanie się. Jest nim maleńki żółty kanarek, który siada mu czasem na ramieniu i zaczyna śpiewać. Wtedy wiem, że oznacza to koniec nauki gdyż mistrz błyskawicznie wyłącza świadomość i udaje się na odpoczynek.

Jednak przyznam, że najbardziej ze wszystkich stworzeń zafascynował mnie gryf. Nie przebywał w szkole. Latał wolny po okolicy i Regal początkowo nie chciał mi go zaprezentować. Dopiero ostatniego dnia szkolenia zrozumiałam dlaczego.
Mistrz poprosił bym zostawiła Hator i Szafir w szkole i zabrał mnie daleko na pustkowia. Po kilku minutach oczekiwania na niebie zobaczyłam potężny kształt kołującego gryfa. Wylądował w pewnym oddaleniu, zaskrzeczał wyzywająco i wpatrzył się we mnie.

„To twój ostatni test” – oznajmił mi Regal. – „Zobaczymy czego się nauczyłaś przez ten czas. Nazywa się Szpon.”

Wzięłam głęboki oddech, spróbowałam uspokoić nerwy i ruszyłam wyprostowana wprost do gryfa. Przyjrzałam mu się uważnie. Jest cudowny, z białym krawatem i pomarańczowymi jak ogień skrzydłami, które rozpostarł szeroko gdy ruszyłam w jego stronę. Wypowiedziałam jego imię, przedstawiłam mu się, zaczęłam do niego mówić. Byłam dość blisko gdy rozpostarł skrzydła, uniósł się nieco i zaskrzeczał rzucając głową. Zrozumiałam że rzuca mi wyzwanie. Ruszyłam dalej wciąż przemawiając, wyciągnęłam dłoń. Pozwolił mi podejść, pozwolił się pogłaskać a potem opuścił nieco głowę. W pierwszej chwili nie potrafiłam uwierzyć w to, co mówiła jego postawa. „Pozwolisz mi?” – zapytałam po chwili wahania a Szpon tylko opuścił niżej łeb. Weszłam na jego grzbiet, złapałam się mocno i gryf wystartował. To było niesamowite. Najpierw szybki bieg, później wzbił się w powietrze aż mi dech zaparło. Wiatr, szybkość, ciepły dotyk jego piór. Nie przeżyłam jeszcze równie wspaniałego uczucia na swojej ścieżce dyscypliny i obawiam się, że nic nie może dorównać temu doświadczeniu. W końcu Szpon wylądował. Przytuliłam się jeszcze do jego szyi zanim zsiadłam, pogłaskałam go, podziękowałam za lot. Skłonił lekko głowę. Regal uśmiechnął się kiedy do niego podeszłam z nieobecnym jeszcze i rozmarzonym wzrokiem.

„Gratuluję trzeciego kręgu.”

Wieczorem tego dnia postanowiłam przemówić do naszych gospodarzy. Zebraliśmy się w auli, Miriel podziękowała za gościnę i za uratowanie naszego życia. Znany nam już troll, Dargun, wyraził radość że mogli nas poznać i szkolić, podziękował nam za pomoc w walce. Bez naszej interwencji mogli by nie zdążyć na czas. W końcu przyszedł ten moment. Zdenerwowana, ściskając w dłoni niewielki wisiorek drewniany, który rzeźbiłam przez ostatnie dni, i mamrocząc pod nosem „wyobraź sobie, że to zwierzęta” żeby sobie dodać otuchy stanęłam przed zgromadzonymi. Kiedy skupili się na mnie poczułam się jeszcze mniej pewnie. Ale cóż, trzeba stawić czoło swoim lękom. Zaczęłam też od podziękowań za gościnę i szkolenie.

„Nie wiem czy wszyscy już wiecie” – przeszłam w końcu do sedna. – „Ale ścigając elfy trafiliśmy do wioski Głosicieli Jaspree. Niestety wszyscy zostali bestialsko zamordowani. Lata temu, kiedy byłam zaledwie osieroconym dzieckiem, Wielka Matka, którą Wy zwiecie Jaspree zaopiekowała się mną i uratowała mi życie. W tamtej chwili, widząc ciała Głosicieli zrozumiałam, że ich posługa jest niezwykle ważna i że jest ich zbyt mało by dbać o domenę Pasji. Dlatego biorąc Was na świadków chciałam oznajmić, że od dziś dnia będę podróżowała po Barsawii jako Głosiciel Jaspree, kontynuując dzieło tych wspaniałych Dawców Imion.”

Szczęśliwa, że udało mi się wygłosić coś co miało sens dla istot innych niż zwierzęta założyłam na szyję wisiorek. Wąż z torsem ludzkiej kobiety będzie od teraz symbolem mojego głosicielstwa. Rozległy się oklaski, co tym bardziej zbiło mnie z tropu. Od razu poczułam się spokojniejsza mogąc znów zniknąć z pola widzenia Dawców Imion i dołączyć do moich dwóch przyjaciół Hator i Szafir.

Rankiem następnego dnia ruszyliśmy w podróż. Przyznany nam przez szkołę przewodnik doprowadził nas w pobliże Jerris i dalej poszliśmy sami. Cała podróż zajęła nam niespełna trzy dni. Gdy naszym oczom ukazał się zarys miasta Salazar i Aria nagle zaczęli dopytywać Miriel czy wszystko w porządku. Dopiero teraz zauważyłam, że nasza przywódczyni ma łzy w oczach. Spojrzałam na nią ciekawie.

„W tym mieście zginął mój ojciec” – rzuciła krótko i nieco energiczniej ruszyła do przodu.

Ruszyliśmy za nią. Już pod samym miastem wróciła stara Miriel. Łzy gdzieś zniknęły a w jej postawie dało się wyczuć determinację.

Na bramie zażądano od nas 2 srebrniki i wpuszczono nas do środka. Jerris to dziwne miasto. Widać w nim duże bogactwo i mało gustu. Budynki są albo szarobure albo strasznie krzykliwe. Wszyscy się gdzieś spieszą. Niemal biegną przed siebie patrząc albo w ziemię albo w niebo, pozdrawiają się zdawkowo. Widać lektyki, huttawy, panuje ożywiony ruch i tłok. Od razu poczułam się tutaj obca. Zwłaszcza, że to miasto kupieckie, w którym rządzi pieniądz a theranie są traktowani na równi z innymi obywatelami. Nie ma tutaj żadnej zieleni. Tylko kamień i pył.

Przy bramie dostrzegliśmy sporą karczmę nazywającą się bardzo oryginalnie „Przy Bramie” i Miriel postanowiła wejść do środka i zaczerpnąć informacji. Nie wracała dość długo więc reszta poszła za nią, ja zaś usiadłam na zewnątrz i przyglądałam się mieszkańcom. Dostrzegłam że strażnicy miejscy są tutaj bardzo dobrze uzbrojeni i nikt nie zwraca na mnie uwagi mimo, że krojen i wielka ważka z daleka rzucają się w oczy. Przypomniało mi się jak Miriel mówiła nam przed wejściem do miasta że tutaj nikt na nikogo nie zwraca uwagi, że nie lubią obcych i jak ktoś kogoś morduje reszta udaje że nie widzi. Urocze miejsce.

Wreszcie cała drużyna wypadła niemal z karczmy. Miriel wściekła a Salazar z Tarsitem szczerze ubawieni. Spytałam czy udało im się czegoś dowiedzieć. Salazar odrzekł, że znają adres elfa, za odpowiednią opłatą dowiedzieli się wszystkiego. Dopiero po drodze opowiedział mi po cichu co się działo w karczmie.

Podobno jakiś ork złapał ją za pośladek kiedy przepychała się do baru. Miriel zlokalizowała go i próbowała dać mu w twarz. Niestety ork był szybszy, zablokował cios, chwycił ją w pół, przyciągnął do siebie i zarechotał „Tak bez buzi?”. Wściekła elfka próbowała się wyrwać kiedy cała karczma ryknęła śmiechem. Ork w końcu puścił ją mówiąc że jest za chuda i śmiejąc się radośnie odszedł do baru. Tymczasem Miriel nie poddła się i znalazła kolejny sposób na zwrócenie na siebie uwagi tłumu. Kiedy Salazar, Tarsit i Aria weszli do karczmy Miriel stała na stole obsypana monetami a gawiedź domagała się głośno tańca i rozbieranek. Elfka próbując przekrzyczeć tłum zażądała informacji gdzie znajdzie niejakiego Tanileva, na co tłum zaczął krzyczeć „Następna!”, „Co, ciebie też zbrzuchacił?” i podobne uwagi. Wreszcie Salazar zlitował się nad nieszczęsną, przepchnął się do niej i zaproponował żeby jednak spróbować przepytać karczmarza. Aria skrupulatnie wykorzystała okazję i zebrała wszystkie rzucone monety. Pomyślałam, że elfy mają niezwykle interesujące sposoby zbierania informacji. Przy barze też nie było lepiej. Zwłaszcza że karczmarz, troll z obciętymi rogami, z miejsca zaproponował Miriel pracę w karczmie. Nic wielkiego. Ot przyjść, pogibać się, trochę rozebrać. Żeby goście byli zadowoleni. Wściekła Miriel użyła czaru żeby zlepić dwa stojące na ladzie kufle oznajmiając, że jeszcze jedna taka uwaga i następne będą jego usta. Sytuację złagodził Salazar, który poprosił o piwo i zapłacił karczmarzowi sowicie za adres Tanileva, opuszczając po tym karczmę tuż za wściekłą szefową.

Podróżując przez miasto trafiliśmy na plac ze świątyniami Pasji jednak nie było tam świątyni Jaspree. Niezbyt uprzejmy Dawca Imion, zapytany o takową, odburknął coś że mają swoje siedlisko poza miastem i tam sadzą sobie te swoje chwasty.

Po niezbyt długiej podróży dotarliśmy do bogatszej dzielnicy. Pojawiły się wolno stojące domki z ogródkami i prywatną ochroną. Wreszcie dostrzegłam drzewa i usłyszałam śpiew ptaków. Od razu lepiej. Dom Tanileva znaleźliśmy bez trudu. Oddalony nieco od ulicy, z basenem i zadbanym ogrodem, wcale nie kapał bogactwem. Jako chyba jedyny w okolicy był urządzony z gustem i ładnie przyozdobiony. Niestety furtka była zamknięta a dom wyglądał na pusty. Aria zdecydowała się obejrzeć go bliżej i poleciała na posesję. Widzieliśmy jak znika w oknie balkonowym na piętrze.

Kiedy długo nie wracała Tarsit spróbował ją przywołać w mowie powietrza, niestety nie przyniosło to efektu. Zdecydowaliśmy że wchodzimy. Salazar przeniósł Hator i zręcznie przeskoczył na drugą stronę. Dołączyłam do niego i wtedy oboje usłyszeliśmy dziwny dźwięk, jakby za domem ktoś biegł po trawie.
„Szybko, tam ktoś ucieka.” – rzuciliśmy do reszty drużyny i ruszyliśmy za dom, szybko ale ostrożnie.

Wtedy pojawiła się Aria, nieco zamroczona, i powiedziała, że w domu był jakiś wietrzniak. Zraniła go ale udało mu się ją trafić ostrzem nasączonym miksturą usypiającą.

Na przód wysforował się Tarsit unosząc się kawałek ponad ziemią. Gdy dobiegliśmy do rogu budynku Tarsit już wracał. Powiedział, że widział pięciu dawców imion orka, elfa, człowieka, krasnoluda i wietrzniaka z raną na ręce, uciekających przez płot. Nie widzieli go. Poprosiłam żeby wraz z Durgolem przeszukali willę a ja i Salazar będziemy ich śledzić. Umówiliśmy się na kontakt za godzinę na jednym z placów i rozstaliśmy się.

Po raz pierwszy miałam możliwość zapożyczenia zmysłu od Hator. Posługując się trochę tropieniem a trochę węchem ruszyłam za ściganymi. Salazar ubezpieczał tyły rozglądając się bacznie na boki. Trop poprowadził nas do slumsów. Zatrzymałam się przed karczmą, wyglądającą jak prosty drewniany wagon. Okiennice były zamknięte a na ławeczce pod ścianą siedziało trzech żuli, dwa krasnoludy i człowiek. Przeszliśmy ostrożnie na tył. Na podwórku stworzonym przez tył karczmy i trzy kamienice panował niemożebny smród. W błocie i odchodach spał jakiś troll a pod wejściem do karczmy siedział zupełnie tam nie pasujący ork w sile wieku, porządnie ubrany. Ciało miał pokryte tatuażami, brakowało mu jednego ucha a przy pasie miał kordelas. Nie mogłam się zdecydować, czy trop prowadzi na tyły karczmy bo już po chwili zaczęłam parskać równie mocno jak Hator, oburzona że jej pani każe jej wąchać takie miejsca. Mądra Szafir trzymała się dość wysoko by okropny zapach jej nie doskwierał. Wycofaliśmy się a Salazar podał mi szmatkę nasączoną wodą do przetarcia twarzy i podał też wodę Hator, która z wdzięcznością wytaplała w niej cały pysk. Zastanowiłam się chwilę co dalej po czym podjęłam decyzję. Poprosiłam Salazara, żeby wszedł do karczmy, kupił piwo, rozejrzał się przy tym dyskretnie, i wyszedł z tym piwem do pijaczków przed wejściem. Miał ich zagadać odwracając ich uwagę żebym mogła zajrzeć do środka i rozejrzeć się. Salazar potaknął i przystąpiliśmy do realizacji planu. Przyczaiłam się wraz ze zwierzakami w cieniu obok karczmy i czekałam. Salazar zniknął w środku. Nie było go dość krótko. Kiedy się pojawił i podszedł do Dawców Imion przed karczmą zagadując coś o wspólnym piciu zbliżyłam się do okiennicy i zajrzałam ostrożnie do środka. Widok, który ukazał się moim oczom zmroził mi krew w żyłach. Do okna, pod którym stał Salazar zbliżała się ścigana przez nas grupa. Człowiek i krasnolud tkali wątki do zaklęć, elf napiął łuk a ork kuszę. Miałam sekundy na podjęcie decyzji. Przywołując zwierzaki rzuciłam się pędem na Salazara starając się go przepchnąć za karczmę. Kiedy padaliśmy na ziemię nad nami świstnęły ogniste bicze, gdzieś przeleciała strzała i nastąpił wybuch mocy. Dopiero po chwili zauważyłam, że w t’skrangu utkwił bełt z kuszy. Nie było czasu się nad tym zastanawiać. Szarpnęłam go do góry i pociągnęłam za sobą. Pościg był tuż za nami. Pędziliśmy ulicami w stronę bogatszych dzielnic gdy nagle ogarnęła nas nieprzenikniona ciemność. Instynktownie chwyciłam Salazara za koszulę i rzuciłam się do przodu z wysuniętą dłonią by o nic nie uderzyć. Pasje chyba czuwały nad nami bo udało nam się wyskoczyć z ciemności. Przeciwnicy zostali w tyle błędnie założywszy że ciemność nas zatrzyma w miejscu.

Wreszcie zgubiliśmy pościg. Przyjrzałam się Salazarowi. Rana nie wyglądała najlepiej ale mógł jeszcze chwilę poczekać na leczenie. Nakazałam mu zostać na miejscu i ruszyłam po własnych śladach sprawdzając co robią poszukiwani przez nas Adepci. Zobaczyłam ich w końcu jak oddalają się gdzieś. Zapamiętałam miejsce i wróciłam do Salazara. Napisałam krótką notatkę do Tarsita i Durgola żeby szli za Szafir, przypięłam ważce do łapki i kazałam szukać Durgola. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że kiedy zaglądałam do karczmy Szafir nagle zaczęła świecić. Muszę się zastanowić dlaczego. Kiedy odleciała poprosiłam Salazara żeby ostrożnie szedł za mną i ruszyłam za tropem.

Ślady doprowadziły nas na plac świątynny. Od razu kazałam Salazarowi iść do Świątyni Garlen z prośbą o leczenie i wtedy dostrzegłam Durgola z Tarsitem. Krótko im powiedziałam gdzie jest Salazar i wskazałam w tłumie na placu poszukiwaną grupę. Poprosiłam żeby dołączyli do Salazara a sama spróbowałam się podkraść w pobliże by sprawdzić o czym rozmawiają, zwłaszcza, że dołączył do nich dziwnie wyglądający człowiek, otyły, prawie łysy, w bogatych szatach i z trollem robiącym za ochroniarza. Szczęściem wietrzniak zagapił się na jakąś półnagą wietrzniaczkę i udało mi się niepostrzeżenie dotrzeć na tyle blisko by usłyszeć rozmowę. Człowiek był wyraźnie wzburzony, krzyczał, że płaci im za efekty a nie gówniane tłumaczenia, że zaczyna wątpić w ich reputację. Próbowali się tłumaczyć ale nie chciał słuchać. W końcu spytał czy ktoś ich śledził, czy mieli jakieś kłopoty. Po chwili wahania odparli że nie. Wkurzony mężczyzna kazał im jak najszybciej „znaleźć to” i odszedł nie słuchając dalszych tłumaczeń. Ork, najwyraźniej przywódca grupy, zaczął warczeć na swoich towarzyszy, padło stwierdzenie że dobrze wiedzą w jakie gówno się wpakowali i muszą się sprężyć inaczej będzie źle. Człowiekowi kazał udać się pod dom Tanileva i pilnować czy się nie pojawimy, do krasnoluda powiedział, żeby użył swoich kontaktów, elfowi kazał „szukać niuni” a wietrzniakowi, którego nazwał Xarix, odnaleźć nas, co ten przyjął z entuzjazmem mówiąc, że musi podziękować pewnej wietrzniaczce za ranę na ręce. Szybko się oddaliłam żeby żaden z nich mnie nie dostrzegł i zanurzyłam się w przyjazny półmrok świątyni.

Salzar był już uleczony. Czekali na mnie w milczeniu. Kiedy podeszłam opowiedziałam im czego się dowiedziałam i co robiliśmy z Salazarem. W połowie opowieści przypomniałam sobie, że nadal nie wiem, czemu postanowili nas zaatakować.

„Salazar. Coś ty powiedział w tej karczmie?” – zapytałam t’skranga przyglądając mu się uważnie.

„No…” – zawahał się przez chwilę – „Powiedziałem że szukam przyjaciela bo chcę mu pomóc, że to wietrzniak i że został ranny.”

W tym momencie nawet Tarsit wykrzyknął „Co?!”

Ucięłam jednak dalsze dyskusje bo czas był zdecydowanie nie odpowiedni na kłótnie. Spytałam co znaleźli. Głośno odpowiedzieli że nic, że dom był dokładnie przeszukany, zaś po chwili Tarsit, mową powietrza, oznajmił, że w basenie znaleźli trzy trupy służących Tanileva zaś w domu, pod przewalonym biurkiem kartkę z dziwnym szyfrem. Wpadli już na to jak ów szyfr odczytać ale muszą iść do biblioteki po Almanach Adeptów. Nagle Salazar chrząknął i wskazał ledwie dostrzegalnie głową w kierunku dwóch kobiet. Zerknęłam tam dyskretnie. Z Głosicielką Garlen rozmawiała śliczna elfka, blondynka o niebieskich oczach. Tarsit załapał w lot ostrzeżenie Salazara i dopowiedział głośno, że Tanilev i on zawsze się spotykali na tyłach karczmy „Przy bramie” i że powinniśmy się tam wieczorem udać. Zgodziliśmy się. Pogłaskałam Hator, przejęłam jej węch i podeszłam do rozmawiających kobiet. Przeprosiłam dyskretnie i ignorując całkowicie elfkę podałam Głosicielce kilka srebrników w podzięce za wyleczenie towarzysza. Kłaniając się paniom wykorzystałam okazję by zaciągnąć się zapachem elfki. Złapałam trop.

Już na zewnątrz ustaliliśmy że Tarsit i Durgol pójdą do bilbioteki zająć się szyfrem zaś ja i Salazar będziemy śledzić elfkę. Dotarliśmy za nią do dzielnicy pełnej kamienic średniej jakości. Obserwowaliśmy dom dość długo ale nie pojawił się nikt podejrzany. W końcu doszłam do wniosku, że trzeba zaryzykować. Kiedy wyszła z domu podeszłam do niej, przedstawiłam się i poprosiłam o rozmowę. Elfka obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem po czym stwierdziła, że faktycznie musimy porozmawiać. Przedstawiła się jako Nelissa, Złodziej, i zaprosiła całą drużynę do pokoiku w owej kamienicy.

Poszliśmy z Salazarem po Durgola i Tarsita. Panowie rozszyfrowali wiadomość uzyskując nic nie mówiące nam trzy hasła:

„Wspólna krew”
„Pazury ze stali”
„Ognista strzała”

Zastanawiając się po drodze nad ich znaczeniem udaliśmy się do Nelissy. Przyjęła nas w niewielkim pokoiku. Powiedzieliśmy jej że przysłał nas przyjaciel Tanileva, że musimy go znaleźć bo grozi mu niebezpieczeństwo z powodu pewnego przedmiotu. Elfka zdradziła nam że kocha Tanileva i sama go szuka bo narobił sobie kłopotów i zniknął. Nie chciała nam powiedzieć nic więcej dopóki Durgol nie rzucił hasłem „Pazury ze stali”. Zdradziła wtedy, że to miano przyjaciela Tanileva, Władcy Zwierząt, Zbrojmistrza, który stracił swoje ścieżki dyscyplin bo się stoczył. Tanilev kilka razy próbował mu pomóc ale ostatecznie mężczyzna wylądował gdzieś w rynsztoku i tam już pozostał.

Utknęliśmy wreszcie w pewnym impasie. Ani ona nie ufała nam ani my jej. W końcu doszliśmy do porozumienia. Nelissa obiecała że powie nam nieco więcej jeśli zadbamy o to by dotarła w pewne miejsce nie śledzona przez nikogo. Zgodziliśmy się bez wahania. W tamtej chwili i tak nie mieliśmy innego punktu zaczepienia. Durgol spytał jeszcze czy zna bezpieczne miejsce, gdzie moglibyśmy się zatrzymać nie ryzykując że ktoś będzie próbował nam poderżnąć gardła w nocy. Po chwili namysłu powiedziała że możemy się zatrzymać w jej stajni, która nazywa się „Wspólna Krew”, za północnymi murami Jerris. Ucieszyłam się i zaproponowałam swoją pomoc przy zwierzętach. Odrzekła, że zarządca, Hrulgin, Władca Zwierząt, na pewno będzie zadowolony z pomocy bo to duża stadnina i brakuje mu rąk do pracy.

Wtedy mnie olśniło! Magia! Szafir wyczuwa magię! W końcu jest nią cała przesiąknięta. Ciekawe jakie jeszcze tajemnice skrywa moja nowa pupilka.

Zadowoleni z osiągniętego kompromisu przygotowaliśmy się do wyjścia w mrok na nieprzyjazne ulice Jerris zdecydowani, by pozbyć się każdego ogona, który spróbuje się przyczepić do elfki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s