12 Niewolnicy

Gdy tylko wstał świt poszłam, jak zwykle, obejrzeć uprawy i popracować ze zwierzętami. Piękny kruk, dar od Pasji, dostał na imię Noir i cieszył się wolnością i swobodą, latając własnymi ścieżkami. Chciałam go zacząć szkolić, ale okazało się to zbędne. Wydane polecenie wypełniał za pierwszym razem bez wcześniejszego pokazania mu o co chodzi. Pozwoliłam mu więc polatać po okolicy a sama skupiłam się na Hator, Szafir i doglądaniu roślin. Byłam mniej więcej w połowie obchodu kiedy Noir przyleciał do mnie kracząc głośno. Wyciągnęłam rękę, ale nie wylądował tylko wskazał w kierunku wioski. Tknięta złymi przeczuciami przywołałam Szafir i Hator i ruszyłam do zabudowań. Szczęściem okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam. Noir wskazał mi bowiem postać t’skranga, który lawirował między mieszkańcami, wstawiającymi właśnie nowe drzwi do głównej chaty, próbując dostać się do środka. Widząc na jego plecach sporych rozmiarów paprotkę od razu go rozpoznałam.

„Tarzid?” – zawołałam zaskoczona.

Obejrzał się i uśmiechnął na mój widok.

„Co Ty tu robisz?” – spytałam podchodząc bliżej. – „Witaj Baronie.”

„Dzień dobry Raven” – usłyszałam w głowie spokojny głos Barona.

„Szukam Was.” – odpowiedział na pytanie t’skrang. – „Szedłem Waszym śladem ale trochę mi zeszło.”

„Gdybyś nie badał każdego krzaczka po drodze dogonilibyśmy ich dużo wcześniej.” – wtrącił się Baron.

Uśmiechnęłam się. Tęskniłam za tą parą.

Tarzid był zaintrygowany wyglądem wioski, więc opowiedziałam mu w skrócie co nam się przytrafiło. Powiedziałam też, że reszta drużyny odpoczywa w chacie, starając się nie wchodzić w drogę mieszkańcom wioski. Zaprosiłam go do środka. Pomyślałam, że drużyna się ucieszy na jego widok.

Tymczasem, dzięki t’skrangowi, odkryłam coś niezwykłego. Jako Mistrz Żywiołów, szczególną pasją darzący przyrodę, od razu zainteresował się krukiem. Przywitał się z nim a kruk odpowiedział. Byłam w szoku. Noir, nie dość, że jest bardzo inteligentny, to jeszcze rozumie co się do niego mówi i potrafi sam wypowiadać słowa. Czymże przysłużyłam się Pasji, że mnie takim cudem obdarzyła, tego nie wiem ale nic wspanialszego nie mogło mi się przytrafić.

Drużyna, na widok Tarzida i Barona, wyraźnie się ucieszyła. Zwłaszcza Miriel, która wiele wiedzy już posiadła i chciała podnieść się w kręgach swojej dyscypliny. Po wymianie uprzejmości i przestraszeniu naszego przewodnika (gadająca paprotka to jednak było trochę za wiele dla Jettego i poważnie się zastanawiałam, czy chłopak stawi się rano by nas prowadzić) ustaliliśmy, że ruszamy skoro świt. Resztę dnia wykorzystałam na opowiedzenie Noir całą moją historię oraz szczegółowe przedstawienie mu moich towarzyszy, żeby wiedział kogo szukać jeśli będzie taka potrzeba.

Rankiem, wyleczeni całkowicie i pełni optymizmu, pożegnaliśmy się ze starszym i jego żoną i, prowadzeni przez Jette, którego ciekawość świata zwyciężyła strach, ruszyliśmy w dżunglę. Przez pewien czas chłopak prowadził pewnie, zwłaszcza na samych bagniskach, gdzie co chwilę musiał sprawdzać teren, czy nie wpadniemy w jakieś grzęzawisko. Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero kiedy sama zauważyłam, że po naszej prawej stronie, w jednym z rozlewisk, dwa potężne krokodyle walczą o jakąś zdobycz. Przyznam, że trochę nakrzyczałam na chłopaka. Nie wiem jakim cudem nie zauważył tych zwierząt. Mogły nas zeżreć!

Pod wieczór znaleźliśmy w miarę wygodne miejsce na obóz i dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego chłopak tak dziwnie się zachowywał. Podszedł bowiem do mnie i spytał, czy możemy porozmawiać. Odparłam, że tak a on mi na to, że Durgol mu powiedział, że Miriel ma narzeczonego, siódmokręgowego Kawalerzystę, i czy to prawda? Więc o to chodziło… Chłopak zadurzył się w naszej przywódczyni a słowa krasnoluda tak go struły, że przestał się koncentrować na swoim zadaniu.

„Durgol ma czasem problemy z prawdomównością.” – uspokoiłam chłopaka. – „Podróżujemy ze sobą bardzo długo, nic mi nie wiadomo, żeby Miriel miała narzeczonego.”

Jette wyglądał, jakby właśnie spadł mu kamień z serca. Pomyślałam, że to dobry znak. Skupi się na zadaniu. Postanowiłam jednak obserwować nieco uważniej tak jego jak i teren, który będziemy przemierzać. Tak na wszelki wypadek. W zasadzie to całkiem ciekawy materiał do badania. Zbyt wiele czasu spędziłam w dziczy, w towarzystwie zwierząt, i czasem zapominam, jak bardzo fascynujący potrafią być Dawcy Imion.

Strudzeni zasiedliśmy w końcu przy ognisku. Tarzid uraczył nas porządną ucztą, która z miejsca wzbudziła zachwyt w Jette. Chłopak nie mógł uwierzyć, że wystarczy czar, żeby stworzyć jedzenie. Widziałam jak, po posiłku, Jette zadumał się, wyraźnie czymś zafrasowany. Zebrał się wreszcie na odwagę i zwrócił się do t’skranga.

„Przepraszam Pana, czy mogę o coś spytać?”

„Tak?” – Tarzid skupił się na chłopaku.

„Jak to jest u was… znaczy… czy macie też panie?”

Błysk w oku Tarzida zwiastował kłopoty, ale zakłopotana mina Jettego szybko mu powiedziała, że chłopak jest, zwyczajnie, ciekawy. T’skrang uśmiechnął się i zaczął opowiadać o swojej rasie.

„Oczywiście, że mamy panie. Co prawda przez pierwsze lata życia t’skrangi nie mają określonej płci, muszą ją w sobie odkryć, ale później jest już wyraźny podział.”

„Skoro nie mają płci to jak się rodzą małe t’skrangi?”

„Wykluwają się z jajek.”

Przyjrzałam się Tarzidowi. W moim domu było wiele t’skrangów, więc znałam tą rasę dość dobrze. Wiedziałam, że największym nietaktem jest spytać t’skranga o populację, mają bowiem ogromne problemy z dzietnością. Malatiri, moja opiekunka, szamanka, opowiadała mi, że na sto jaj tylko jedno jest zapłodnione i da t’skrangom potomka. Dlatego t’skrangi stworzyły niezwykłą kulturę rozmnażania. Każda t’skrandzka kobieta, składa zwykle do dziesięciu jaj jednorazowo, ale rzadko kiedy robi to częściej niż trzy razy do roku. Złożywszy jaja, kobieta zanosi je do wylęgarni, serca każdego niall, czyli filaru domy t’skrangów. Niemal przed samym wylęgiem kobiety powierzają opiekę nad jajem mężczyźnie. Jest to dla mężczyzn ogromna odpowiedzialność ale i zaszczyt, więc często rywalizują o niego intensywnie, kobiety starają się zaś rozsądzić spory najuczciwiej jak potrafią. Na sześć do ośmiu dni przed pęknięciem skorupki, organizm opiekującego się jajem mężczyzny ulega przemianie i t’skrang zaczyna produkować mleko dla dziecka. Mężczyzna dba o małego t’skranga przez dłuższy czas, zaspokaja jego potrzeby i wychowuje. Tworzy się między nimi niezwykła więź. Tak silna, że nawet najtwardszy rzeczny pirat wzrusza się na wspomnienie swojego chaida, czyli opiekuna. T’skrangi mają takie powiedzenie „wielu wyśnionych, niewielu narodzonych”, które oddaje całkowicie smutek tej ciekawej rasy z powodu niskiej dzietności. Dlatego wśród t’skrangów jest to temat tabu i żaden obcy nie powinien go poruszać. Być może jednak Tarzid był przyzwyczajony do tego typu pytań, gdyż nie zauważyłam w jego zachowaniu tego charakterystycznego smutku i bólu, które pojawiały się czasem w oczach naszych t’skrandzkich przyjaciół, kiedy wspominało się przy nich o potomstwie.

T’skrang, ze spokojem godnym dobrego nauczyciela, opowiedział Jettemu o tradycji chaida, zaspokajając, przynajmniej na chwilę, ciekawość chłopaka. Oczywiście do dyskusji wtrącał się co jakiś czas Durgol ze swoimi ironicznymi komentarzami. Muszę trochę poczytać o tej rasie, zastanawia mnie, czy każdy krasnolud ma podobny do Durgola sposób mówienia. Zupełnie jakby kpił ze wszystkiego. Chociaż serce ma złote to fascynuje mnie jego sposób bycia. Trzeba będzie odwiedzić bibliotekę jak będziemy w jakimś większym mieście.

Noc minęła nam bardzo spokojnie. Wzięłam wartę wraz z Jette, by zobaczyć jak chłopak będzie sobie radził, i ewentualnie go uspokajać. Faktycznie taka ilość nocnych odgłosów, jaka jest nocą w dżungli, wywołała trochę nerwowości w chłopaku. Starałam się mu wyjaśnić co oznacza każdy z odgłosów. Bardzo szybko się uczy. Będzie z niego dobry Adept.

Wychodzimy powoli z bagnistego terenu. Zrobiło się bardziej twardo i sucho. Jette prowadził wolniej. Byliśmy już daleko od wioski i chłopak musiał się zastanawiać nad kierunkiem. Mimo to był pewny i zdecydowany. Wyraźnie dobrze odnajdował się w roli zwiadowcy. Na południowym popasie Tarzid zwrócił się do Miriel z prośbą o rozmowę. Powiedział jej, że zastanawiał się nad szkoleniem i musi się najpierw przekonać, że jest gotowa. Oddał jej Barona, oznajmiając, że to właśnie on wskaże jej drogę, że ma spełniać jego polecenia i traktować go jak mistrza.

Późnym popołudniem dotarliśmy do rzeki. Co ciekawe, nad rzeką przerzucono most. Nie kładkę ale solidny most. Zastanowiło mnie to. Kto stawia mosty w dżungli? Już mieliśmy przez niego przejść, kiedy Baron postanowił dać Miriel zadanie – przepłynąć rzekę. Miało to jej pomóc zrozumieć żywioł wody. Początkowo pomyślałam, że to nienajlepszy pomysł, oczywiste skojarzenie z wodami mojej ukochanej Serwos, pełnymi niebezpiecznych zwierząt a nawet horrorów, nasunęło się natychmiast. Baron jednak, do spółki z Jette, stwierdzili, że to bezpieczne. Rozebrałam się więc i dołączyłam do Miriel korzystając z ochłody, jaką dawała woda. W zasadzie uznaję, że to był bardzo dobry pomysł.

Po ożywczej kąpieli podjęliśmy dalszą podróż. Zaledwie kawałek od rzeki Jette przywołał mnie do siebie mówiąc, że znalazł ślad, którego nie rozpoznaje. Przyjrzałam mu się i sama poczułam się skołowana. Stopa jakby t’skranga, chociaż bardziej jaszczurcza, szersza i krótsza. Ciało dużo cięższe niż t’skrandzkie. Przywołałam Hator. Zapożyczyłam jej zmysł i powąchałam ślad. Zapach także nic mi nie powiedział. Wyczułam delikatną nutę gadziego zapachu ale nic ponadto. Niepokojącym był fakt, że ślad zmierzał dokładnie w tym samym kierunku co my. Pozostało nam tylko wzmóc czujność.

Zaczęło powoli zmierzchać, kiedy Tarzid i Miriel wyczuli dużą ilość esencji żywiołu drewna. Jette potwierdził, że się zbliżamy. Wyznaczyliśmy role. Jette miał upolować coś do jedzenia, ja byłam odpowiedzialna za zwiad a reszta za przygotowanie obozu. Ruszyłam więc w mrok, ostrożnie rozglądając się na boki.

Gdy usłyszałam głosy przywołałam zwierzęta, kazałam im zostać zaś sama podkradłam się do obozu. Moim oczom ukazała się duża połać wykarczowanego terenu. Wyszłam między wycinką drzew, na której pracowali niewolnicy z nogami skutymi kajdanami, a wielkim dołem, przykrytym solidną kratą, który kazał się domyślać siedziby niewolników. Pośrodku obozu stały dwa duże namioty a na obrzeżach trzy budynki. W jednym w nich bez trudu rozpoznałam magazyn esencji. Wszystko ustawiono tak, by patrolujący teren strażnicy zawsze się widzieli. Domyśliłam się, że jest to dobrze zorganizowane wojsko. Co ciekawe strażnicy mieli ze sobą krojeny. Naliczyłam cztery sztuki. Cofnęłam się nieco i przywołałam Hator. Korzystając z jej zmysłu spojrzałam w przestrzeń astralną, żeby obejrzeć najbliższego strażnika. Od razu zorientowałam się, że nie jest Adeptem. Jakim więc cudem służą im krojeny? Dopiero po chwili, gdy kot się odwrócił, dostrzegłam bijącą od niego magię, konkretnie od obroży, którą miał na sobie. Magię i ból. Zrozumiałam. Zmuszają je magią by im służyły. Barbarzyńcy! Kątem oka dostrzegłam poruszenie na skraju obozu. Jakiś krojen, czyli piąta sztuka, właśnie znikał w lesie. Porzuciłam swoje stanowisko obserwacyjne i poszłam za zwierzęciem. Znalazłam go kawałek dalej. Kot przegryzł sobie tętnicę i powoli się wykrwawiał. Niemal fizycznie czułam jego ból. Jego oszalały umysł. Skróciłam mu cierpienie przyrzekając sobie, że ci barbarzyńcy zapłacą mi za to. Gdy krojen wyzionął ducha obroża rozpięła się i spadła. Ostrożnie nagarnęłam ją patykiem do torby. Chciałam, żeby nasi magowie rzucili na nią okiem, może to jakaś znana im magia.

Gdy wróciłam do obozu wszystko było już gotowe a dżunglę opanowała ciemność nocy. Upewniłam się, że nic się nie działo, wzięłam patyk i naszkicowałam im obóz. Pokazałam magom obrożę. Tarzid rozpoznał ten przedmiot. Podobno jego wpływ na organizm jest tak silny, że po kilku dniach zwierzę popada w szaleństwo. Niestety nie był w stanie określić czy jest jakiś sposób zdjęcia obroży, bez uszkodzenia kota. Oczywiście prócz odebrania strażnikowi jej drugiej części, czyli tej, za pomocą której kontroluje on zwierzę. Długo dyskutowaliśmy nad planem. Zgodziliśmy się, że najpierw trzeba cicho pozbyć się krojenów. Jette znał odpowiednie grzyby, z których wywar uśpi koty. Będę zwabiała je pojedynczo a Jette usypiał. Gdy krojeny będą unieszkodliwione Tarzid podpali magazyn z esencją zaś Durgol, Amarin i Miriel uwolnią niewolników. Wraz z Miriel i Jette ruszyliśmy na poszukiwanie grzybów. W ciemnościach nie było to proste, ale Pasje nam sprzyjały i wkrótce mieliśmy dość, by uśpić zwierzęta. Przygotowaliśmy wywar zaś Durgol w tym czasie zrobił trochę prowizorycznej broni, przymocowując do patyków groty i żądła cieniopłaszczek. Przygotowani i zdecydowani uderzyć przed świtem położyliśmy się spać. Słyszałam jeszcze jak Baron zadaje Miriel ciekawe pytanie. Poprosił ją, by jednym słowem określiła każdy z żywiołów, jak go rozumie. Nie słyszałam odpowiedzi elfki. Zasnęłam.

Było jeszcze całkowicie ciemno, kiedy poczułam jednocześnie dotyk na ramieniu i usłyszałam ostrzegawcze warknięcie Hator.

„Raven” – usłyszałam cichutki głos Miriel. – „Coś się zbliża do nas. Możesz zerknąć co to?”

„Z której strony?” – zapytałam próbując przebić wzrokiem ciemności.

Miriel wskazała mi ręką. Hator leżała, wpatrując się w dżunglę, z postawionymi uszami. Pogłaskałam jej miękkie futro i zerknęłam w przestrzeń astralną. Dostrzegłam niezwykła istotę. Był to niewątpliwie Dawca Imion chociaż wyglądał jak gad. Umięśnione ciało, zbroja, w dłoni łuk refleksyjny, dziwnie wygięty, i wzorzec tak skomplikowany, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Poruszał się bezszelestnie. Nie wyglądał jakby miał wrogie zamiary. Bardziej jakby był zaciekawiony kim jesteśmy. Zrozumiałam, że to do niego należał znaleziony wcześniej ślad.

Cicho przekazałam informacje Miriel. Zdecydowała żeby obudzić resztę. Nie spali już gdy nagle odezwała się Miriel.

„To Smokowiec.”

„Co?” – spytaliśmy niemal jednocześnie.

Przeszły mnie ciarki. Jeśli Smokowiec to tylko Usuna. A Usun, jak każdy wie, jest jednym z najokrutniejszych smoków Barsawii. Najbardziej tajemniczy, najbardziej nieprzewidywalny i chyba jedyny, który nienawidzi wszystkiego, co nie jest Wielkim Smokiem zaś Dawców Imion traktuje jedynie jako marną rozrywkę, ewentualnie przekąskę przed głównym daniem. Smokowiec takiego pana na pewno nie jest nastawiony do nas przyjaźnie. Jednak nasi panowie, kompletnie nie posiadający instynktu samozachowawczego, doprawdy nie wiem jakim cudem oni przeżyli do tej pory…, postanowili wykorzystać okazję, zaczepić Smokowca i zaprosić go na pogawędkę. Obie z Miriel zaprotestowałyśmy gwałtownie ale na nic się to nie zdało. Baron, poproszony przez Durgola i Tarzida, zagadał do odchodzącego już Smokowca. Bardziej wyczułam niż usłyszałam, że postanowił przyjąć zaproszenie do rozmowy.

Kiedy wszedł na polanę poczułam się jeszcze bardziej nieswojo niż jak skradał się między drzewami. Wielki, jaszczurczy pysk, zimne w wyrazie oczy, zielonkawa zbroja i brak mimiki twarzy sprawiał, że dużo większą ochotę miałam pójść sobie stąd niż z nim rozmawiać. Amarin, Tarzid i Durgol nie mieli jednak takich oporów.

Smokowiec potwierdził, że jego panem jest Usun i oznajmił, że Smok zamierza spopielić Dawców Imion niszczących jego dżunglę. Za dwa dni po obozie zostanie tylko wypalona, lita skała. Niestety nie obchodzi go, że zginą przy tym niewolnicy. To tylko nic nie znaczący pył. Tarzidowi udało się jednak namówić Smokowca, żeby podzielił się z nami informacjami o obozie, a my zajmiemy się ukaraniem winnych w jego imieniu. Smokowiec zdradził nam, że magazyn esencji jest zabezpieczony esencją ziemi, więc nie da się go spalić z zewnątrz a także przekazał Tarzidowi zaklęcie, które rozproszy magię krwi z obroży krojenów. Powiedział nam, że w obozie jest dwóch Adeptów, Iluzjonista piątego kręgu i Fechmistrzyni siódmego. Sam już wyeliminował kilku strażników. Każdy, który oddali się od obozu jest przez niego zabijany. Na koniec przekazał nam jeszcze wiadomość od swojego pana „Mój pan każe powiedzieć, że się nudzi.” Pięknie. Znudzony Smok. Fantastycznie. Oby nie poczytał sobie za przednią rozrywkę zapolować na nas i uwolnionych niewolników. To by dopiero była zabawa…

Smokowiec zniknął w dżungli a my musieliśmy zweryfikować plan. Stanęło na tym, że Tarzid będzie rozpraszał obroże a kiedy krojeny będą wolne ja otworzę mu drzwi do magazynu, żeby mógł cisnąć do środka kulę ognia, zaś reszta, zgodnie z planem, uwolni niewolników jak zrobi się zamieszanie.

Plan wydawał się dobry. Każdy znał swoje zadanie. Było jeszcze ciemno, kiedy przekradliśmy się pod obóz i zajęliśmy pozycje. Tarzid rzucił czar. Zobaczyliśmy jak jeden z krojenów nagle otrząsnął się, jakby z letargu, rozejrzał się na boki, po czym, z furią w oczach, rzucił się do gardła najbliższemu strażnikowi. Nie było mi szkoda tego człowieka. Zasłużył sobie. Jego towarzysz, widząc co się dzieje, skoczył w kierunku krojena z obnażonym mieczem. Na pomoc koledze było jednak za późno. Kot, dokonawszy mordu na swoim oprawcy, skoczył w dżunglę. W obozie zrobiło się poruszenie. Z jednego z domków wyszła kobieta. Elfka była w samej bieliźnie ale w dłoni trzymała miecz. Długie włosy splotła w warkocz, zakończony jakimś ostrzem. Kilka ostrych słów wystarczyło, żeby porozstawiać żołnierzy po kątach. Kiedy słuchała ich relacji dostrzegłam jak Tarzid skrzywił się niezadowolony. Kolejny czar nie wszedł. Do moich uszu dobiegł podniesiony głos elfki.

„Od początku mówiłam, że to głupi pomysł z tymi krojenami. Po dorzynać je.”

Tego już było za wiele! Nawet nie wiem, czy kazałam swoim zwierzętom zostać. Pazury same wyskoczyły z dłoni kiedy, oślepiona szałem, rzuciłam się na elfkę.

To nie był przeciwnik dla mnie, ale kompletnie mnie to wtedy nie obchodziło. Bardzo szybko znalazłam się na ziemi, ranna, trzymana przez kilku żołnierzy. Nie wiem co się działo za moimi plecami, ale nagły atak jednego z żołnierzy na dowódczynię i późniejszy atak innego na jednego z tych, którzy mnie trzymali, uświadomił mi, że moi towarzysze się zdemaskowali i też próbują walczyć. Chciałam wykorzystać swoją szansę, kiedy zwolnił się ucisk na mnie, i potraktowałam jednego z mężczyzn pazurami, paskudnie rozrywając mu skórę. Sekundę później poczułam miecz na gardle. Spojrzałam w chłodne oczy elfki.

„Nie radzę tego powtarzać.” – powiedziała spokojnie.

Uniosłam ręce w geście poddania.

„Nie zabijaj krojenów.” – poprosiłam.

„Ach…” – Fechmistrzyni, po raz pierwszy, wyglądała na ubawioną. – „To o to chodzi.”

To nie była długa walka. W pewnej chwili dźwignięto mnie z ziemi i popchnięto w kierunku budynku, który zajmowała elfka. Dostrzegłam jeszcze swoich towarzyszy, prowadzonych prosto do klatek. Nie doliczyłam się Amarina. Ciekawe, co stało się z elfem. Czyżby nie żył…

Wnętrze budynku było urządzone skromnie i surowo. W środku siedział mężczyzna, zapewne ów Iluzjonista. Jeszcze dobrze nie weszłam do środka, kiedy elka, ze stoickim spokojem, zapytała mnie czy chcę się napić wina i podsunęła mi pucharek. Nie skrępowano mnie, nie założono kajdan. Sytuacja wydawała się dziwna. Podziękowałam za wino, upiłam łyk i usiłowałam usadzić się na podsuniętym krześle tak, żeby krwawiące rany nieco mniej bolały. Syknęłam przy tym. Fechmistrzyni spojrzała na krew.

„A, tak.” – przywołała gestem dłoni żołnierza, który już kierował się do wyjścia. – „Przynieś eliksir leczenia.” – mężczyzna wyszedł. – „Mamy tego na tony.” – zwróciła się do mnie. – „Może pieczeni? Bażant. Niezwykle smaczny i delikatny.” – podsunęła mi talerz.

Machinalnie podziękowałam i skosztowałam nieco mięsa. Faktycznie było wyborne. Chwilę później żołnierz wrócił i wręczył mi eliksir. Dopiero kiedy jego magia przepłynęła przez moje ciało poczułam się na tyle swobodnie, by zacząć myśleć nieco jaśniej.

„Czym sobie zawdzięczam to traktowanie?” – zapytałam przyglądając się kobiecie.

„Niewiele jest rzeczy, które są mi w stanie zaimponować, ale zdecydowanie należy do nich odwaga. Powiedz mi, jakim trzeba być fanatykiem, żeby rzucić się samej na dobrze uzbrojony oddział żołnierz ratując kilka zwierzaków?”

„Jestem Władcą Zwierząt.”

„Domyśliłam się.”

„I Głosicielem Jaspree. To naturalne, że będę broniła zwierząt przez bestialstwem i torturami. Nazywacie nas barbarzyńcami ale to, co zrobiliście tym biednym kotom, jest doskonałym przykładem barbarzyńskiego i okrutnego zachowania.”

„Rozumiem. Osobiście uważam, że pomysł z obrożami kompletnie się nie sprawdza. Zakładam, że to nie jest jedyny powód waszej obecności tutaj? Zdradzisz mi co was sprowadziło do dżungli?”

„Nie. Nie jest jedyny.” – zastanowiłam się przez chwilę. Kobieta wyglądała na kogoś z kim można porozmawiać konkretnie i dojść do porozumienia. Chciałam uratować krojeny ale także moich przyjaciół, więc postanowiłam być z nią maksymalnie szczera. – „Przyszliśmy śladem naszego przyjaciela. Chcieliśmy go odzyskać.”

„Kto to taki?”

„Nie wiem, czy jego imię coś Ci powie. To elf. Nazywa się Tanilew.”

„Ten nicpoń.” – elfka uśmiechnęła się nieznacznie. – „Sprzedano nam go za długi. Nie był wiele wart. To nie mogliście zwyczajnie przyjść do nas i go odkupić?”

„Nie handlujemy Dawcami Imion.” – oburzyłam się.

„No tak. Te wasze dziwne zwyczaje.”

„Nie zrobisz krzywdy krojenom?”

Przyjrzała mi się badawczo.

„Potrafisz je odesłać tak, żeby nikogo z moich ludzi nie skrzywdziły.”

„Potrafię.”

„W takim razie pozwolę Ci to zrobić.”

Skinęłam głową.

Wyszłyśmy na zewnątrz. Poprosiłam kobietę, żeby kazała swoim ludziom przyprowadzić koty.

„Podejdę na skraj dżungli. Każecie im, pojedynczo, podchodzić do mnie. Na mój znak zwolnicie obroże a ja je odeślę.”

Żołnierze wykonali polecenie. Po kilku chwilach wszystkie krojeny odeszły bezpiecznie do dżungli. Wróciłam do elfki.

„Dziękuję. Co teraz?” – spojrzałam na nią pytająco.

„Jestem zmęczona, niewyspana, nie mam siły teraz o tym myśleć. Nie mam też ochoty wrzucać cię do klatki. Czy dasz mi swoje słowo, że jeśli zostawię ci wolność nie zrobisz nic głupiego i będziesz tutaj rano? Dowiodłaś, że twojemu słowu można ufać.”

„Daję ci swoje słowo.”

„Dobrze. Znajdź sobie jakiś wygodny kąt do spania. Możesz iść do magazynu z drugiej strony obozu. Jest dość pusty. Rano przyniosą ci śniadanie. Porozmawiamy jak wstanę, czyli tak koło południa.”

„W dżungli czekają moje zwierzęta. Jedno z nich to krojen. Czy mogę je tu przyprowadzić i nie stanie im się krzywda?”

„Możesz. Powiem swoim ludziom, żeby trzymali się od nich z daleka a ty pilnuj, żeby one nie wchodziły żołnierzom w paradę.”

„Nie będą.”

Przeszłam na skraj dżungli i przywołałam zwierzaki. Nie niepokojona przez nikogo minęłam obozowe namioty i skierowałam się do wskazanego przez elfkę magazynu. Nie był duży, ale faktycznie rzeczy w środku było niewiele i na klepisku można było się w miarę wygodnie przespać. Ułożyłam się pod jedną ze ścian. Hator, jak zwykle, przytuliła się do mnie zaś Noir i Szafir znalazły wygodniejsze miejsca pod sufitem. Długo leżałam w ciemności zastanawiając się co dalej. Nadal chciałam uwolnić niewolników, nadal pałałam nienawiścią do Dawców Imion, którzy z takim okrucieństwem potraktowali krojeny. Nad nami wisiało jeszcze widmo wizyty smoka, który raczej nie będzie wybierał swoich ofiar. Musiałam coś wymyślić i plan musiał być dobry. Wiele zależało od porannej rozmowy z elfką. Nie byłam pewna, jak daleko będę w stanie się posunąć, żeby spróbować nas wyciągnąć z tej patowej sytuacji. Cóż, zobaczymy co przyniesie nowy dzień. Ufam, że Pasje są po naszej stronie i znajdziemy rozwiązanie. Postanowiłam się przespać. Wszak zmęczona i jeszcze lekko ranna nie myślę jasno.

tymczasem…

Tarzid, Durgol, Miriel i Jette, po nierównej walce trafili do klatek z niewolnikami, gdzie w skrajnym ścisku odnaleźli Tanilewa. Elf oznajmił im, że nie ma figurki, odebrał mu ją jeden ze strażników, ale jakiś czas później zaginął w dżungli. W świetle informacji od Smokowca wywnioskowali, że figurka dostała się właśnie w jego ręce i trafi do Usuna.

Miriel nie wytrzymała napięcia związanego z beztroskim podejściem towarzyszy do sytuacji, w której się znaleźli i wrzasnęła, żeby się ogarnęli bo za dwa dni Smok spali całe to miejsce. Oczywiście zwróciło to uwagę strażników, którzy szantażem zmusili ją do opuszczenia klatki i zawlekli do Fechmistrzyni, mocno już wkurzonej, gdyż zaledwie położyła się spać. Miriel poinformowała ją, że Usun o nich wie, że znajdują się na jego terenie, niszczą jego dżunglę i smok zamierza zrobić z nimi porządek. Fechmistrzyni odesłała ją do klatek.

Amarin zaś, najgenialniejszy z elfów, i jedyny nie pojmany członek drużyny, odnalazł Barona, wziął go pod pachę i kazał się zaprowadzić, tropem Smokowca, do jego pana, szanownego smoka Usuna, żeby go poprosić o pomoc… Szczęście w nieszczęściu, że Tarzid może się porozumiewać z Baronem na dość duże odległości, chociaż jak napotkają jakiegoś Skeorksa, stadko krojenów albo pomniejszego horrora to możliwość pogawędki z Tarzidem niewiele Amarinowi pomoże.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s