13 Sojusznik

Kręciłam się niespokojnie na posłaniu myśląc, co przyniesie kolejny dzień. Pozorna wolność, którą dała mi tajemnicza elfka, doskwierała i niepokoiła. W końcu usiadłam, wygrzebałam kawałek pergaminu i węgiel i, przysunąwszy się do drzwi wejściowych, nakreśliłam kilka słów do Miriel. Napisałam, że jestem w obozie, wolna, i spytałam, czy mają jakiś plan. Przywołałam Noir, zwinęłam pergamin z kawałeczkiem węgla i poprosiłam, żeby poleciał niezauważony do Miriel. Kruk zniknął w ciemności nocy. Usiadłam przy uchylonych drzwiach zerkając na zewnątrz. Po kilku minutach usłyszałam w głowie głos „Trzymaj się blisko nas. Unikaj ognia. Przynieś coś do jedzenia.” Rozejrzałam się instynktownie. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że Thar’zitt ma talent przesyłania wiadomości w mowie powietrza. „Bardzo zabawne” mruknęłam pod nosem wiedząc, że t’skrang nie usłyszy odpowiedzi. Nawet nie zauważyłam kiedy, bezszelestnie, Noir wleciał do chaty i zrzucił mi pergamin na kolana. Podziękowałam przyjacielowi. Wiadomość była krótka. „Nie mamy planu.” Cóż. Nie pozostało mi nic innego jak czekać na następny dzień i spróbować dogadać się z przywódczynią Theran.

Gdy dzień rozjaśnił ciemności nad dżunglą Liaj do mojego schronienia zaczęły dochodzić odgłosy pospiesznej krzątaniny. Pozbierałam swoje rzeczy i miałam właśnie wychodzić, kiedy do pomieszczenia wszedł jeden ze strażników.

„Państwo zapraszają do siebie na śniadanie” – oznajmił.

„Do siebie?” – spytałam zaskoczona. Spodziewałam się raczej jakiegoś skromnego posiłku w samotności.

„No chyba, że Pani nie chce…”

„Nie, nie, pójdę. Z przyjemnością skorzystam. Dziękuję.”

Mężczyzna przesunął się, żebym mogła wyjść. Rozejrzałam się po obozie. Wycinka, z której wydobywano esencję, była pusta, z magazynu grudek żołnierze wynosili pojemniki pakując je do plecaków.

„Co się dzieje?” – spytałam, w zasadzie nie oczekując odpowiedzi.

„Pani towarzyszka powiedziała o smoku. Zwijamy obóz.”

„Ach tak…”

W mojej głowie powoli rodził się plan jak uratować niewolników. Zachowanie Fechmistrzyni dało mi nadzieję, że jednak nawet wśród therańczyków zdarzają się osoby, które nie zachowują się jak władcy świata i uzurpatorzy. I mimo, że do tej pory nienawidziłam ich całym sercem za krzywdy, których byłam świadkiem, w tamtej chwili pomyślałam, że jednak mogę się mylić, że wrzucanie wszystkich do jednego worka nie jest dobre.  Rozglądając się na boki dotarłam do chaty zamieszkiwanej przez parę dowódców. Drzwi były otwarte, mimo to zapukałam we framugę. Zdecydowane „proszę” zachęciło mnie do wejścia.

Para była już ubrana i gotowa do drogi. Zaproszono mnie do niewielkiego stolika, zastawionego skromnym ale smacznym posiłkiem. Kiedy wzięłam się za jedzenie elfka opowiedziała mi, że Miriel zdradziła jej planowany atak smoka i dopytała, czy to prawda. Oczywiście potwierdziłam te informacje, podobnie jak te o czasie owego ataku.

„Co z niewolnikami?” – spytałam w końcu.

„No właśnie…” – elfka obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem. – „Masz jakieś propozycje?”

„Będą stanowili zbędny balast w ucieczce przez dżunglę. A chyba nie chcecie ich wszystkich pozabijać?”

„Nie. Nie jesteśmy mordercami.”

„Wypuście ich. Nie zabierzecie ich ze sobą a wolni mają szansę uciec przed gniewem Usuna.”

„A później nas wytropią i pozabijają?” – odezwał się nagle mężczyzna.

„Czemu mieliby to zrobić? Mamy poważniejszy problem na głowie niż ganianie was po dżungli.”

„Nie doceniasz siły zemsty, moja droga. I determinacji.”

„Możemy rozwiązać ten problem.” – wtrąciła się Fechmistrzyni. – „Dacie nam przewagę. Obiecasz mi, że zostaniecie tutaj do wieczora i dopiero wtedy uwolnisz niewolników.”

„Nie mogę mówić za wszystkich.” – skupiłam znów swoją uwagę na kobiecie. – „Ale jeśli mi pozwolisz porozmawiam ze swoimi towarzyszami i z niewolnikami. Myślę, że zgodzą się poczekać jeśli zapewnię ich, że ocalą życie.”

„Idź. I daj mi znać co ustaliliście.”

Skinęłam głową.

Na zewnątrz panował wciąż ożywiony ruch. Nie wyczułam paniki. Żołnierze byli dobrze wyszkoleni, także do ewakuacji. Patrząc na nich byłam przekonana, że do południa po obozie nie będzie już śladu.

Podeszłam do krat, nie zaczepiana przez żadnego ze strażników. Bez trudu znalazłam moich przyjaciół. Miriel stała pomiędzy Durgolem a  Thar’zittem, którzy próbowali rozciągnąć krępujące jej dłonie łańcuchy, zaś przed nią stał barczysty ork o brązowych włosach próbujący rozciągnąć wewnętrzne ogniwo owego łańcucha. Dół był pełen Dawców Imion, stłoczonych jeden przy drugim, więc działania drużyny wyglądały dość karkołomnie.

„Dobrze się bawicie?” – spytałam siadając na kratach tuż nad nimi.

„O! Raven. Przyniosłaś coś do jedzenia?” – Thar’zitt podniósł głowę i spojrzał na mnie, nie przerywając ciągnięcia łańcucha.

„Nie. Ale mam propozycję uwolnienia nas. Od Fechmistrzyni.”

Szybko zrelacjonowałam im co udało mi się uzyskać. Kiedy skończyłam ork przyjrzał mi się uważnie, po czym zwrócił się do Thar’zitta z pytaniem kim jestem i dlaczego współpracuję z Theranami.

„Miriel, podejmij decyzję.” – zignorowałam kąśliwe uwagi orka na temat mojej lojalności. – „Ten Iluzjonista coś napomknął o przysiędze krwi, jeśli chcesz mogę ją złożyć. To zapewni nam prawdomówność Theran. Nie wiem jak wy ale ja wolę przeżyć niż się mścić.”

„A oddadzą nam nasze rzeczy?” – dopytał t’skrang.

„Zapytam.”

Łańcuch pękł z metalicznym szczęknięciem. Miałam się już podnieść, gdy znów usłyszałam głos w głowie „Odzyskaj nasze rzeczy jak najszybciej i przyjdź tutaj. Usun za chwilę tu będzie. Zginą tylko ci, których będzie chciał zabić więc to bardzo ważne, żebyś była przy nas.” Spojrzałam przerażona we wpatrzone we mnie oczy Thar’zitta. Otworzyłam usta. „Zaufaj mi.” Rozbrzmiało znów w mojej głowie. Skinęłam tylko. Przyznam, że w tamtej chwili musiałam zebrać całą swoją silną wolę, żeby nie spanikować. A jeśli się nie uda? Jeśli Usun pozabija nas wszystkich? Na jakiej podstawie Thar’zitt wierzy, że ocalejemy? Z kompletnym galimatiasem w głowie weszłam do chaty Fechmistrzyni. Chyba nawet nie zapukałam.

Oznajmiłam, że zapadła decyzja, że damy im odejść i nie będziemy się mścić. Poprosiłam tylko o zwrot rzeczy. Błyskawicznie pojawił się żołnierz ze wszystkim, co nam zabrano, prócz przedmiotów magicznych. Podziękowałam.

„Cóż, Pani…” – zawiesiłam głos i spojrzałam pytająco na Fechmistrzynię.

„Terigla.”

„Raven” – skłoniłam lekko głowę. – „Teriglo, mam nadzieję, że jednak się ponownie nie spotkamy.”

„Ja również, Raven.”

Wyszłam z budynku. Rzuciłam jeszcze okiem na obóz i wróciłam do klatek. Zrzuciłam nasze rzeczy przy kracie i usadowiłam się w miarę wygodnie tuż nad moimi towarzyszami. Przywołałam zwierzęta. Objęłam Hator ramieniem przytulając ją do siebie. Potrzebowałam tego chyba bardziej niż ona.

Nagle powietrze pociemniało. Konary drzew poruszyły się niespokojnie. Przygarnęłam bliżej zwierzęta. Mieszkańcy obozu dostrzegli, że coś się dzieje. Nad polanę nadciągnął gęsty, szary dym. Zobaczyłam jak dotyka ziemi, otacza żołnierzy, jak padają na ziemię chwytając się za gardła. Nad moją głową przesunął się potężny kształt. Ogromne, rozpostarte szeroko skrzydła, potężne cielsko. Widziałam go tylko przez moment. Dym zaczął mnie dusić. Przez chwilę pomyślałam, że to ostatni obraz w moim życiu. Osuwając się na kraty dostrzegłam jeszcze sylwetkę Terigli. Jako jedyna w całym obozie stała dumna i wyprostowana z mieczem skierowanym w niebo. Zakryła mnie ciemność.

Tutaj notatki stają się nieczytelne, wielu próbowało je rozszyfrować ale najwyraźniej jest to tylko jakiś bełkot. Być może autorka była pod wpływem zatrutego dymu. Tego nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy.

Świadomość wracała powoli. Bardzo powoli. Zakrztusiłam się jakimś płynem, w ustach miałam posmak dymu i potwornie kręciło mi się w głowie. Instynktownie odszukałam zwierzęta. Wyglądały na lekko zamroczone ale żyły. Podobnie jak moi towarzysze, siedzący na ziemi i rozglądający się ciekawie. Wokół nas kręciło się kilku smokowców. To oni podali nam jakiś dziwny płyn, który pomagał otrząsnąć się ze skutków zatrucia. Widząc, że Thar’zitt podlewa nim Barona poprosiłam o fiolkę i napoiłam zwierzęta. Od razu zrobiły się żywsze. Smokowiec, który wcześniej z nami rozmawiał, upewnił się, że dobrze się czujemy i poprosił żebyśmy poszli za nim. Między drzewami dostrzegłam grupę Dawców Imion. Rozpoznałam w nich Theran. Byli bez więzów, skąpo ubrani, wyglądali jakby byli czymś zamroczeni. Smokowcy nie podali im napoju, który my dostaliśmy. Prowadzono ich w tym samym kierunku co nas. Prócz całej naszej drużyny dostrzegłam także tajemniczego orka z klatki. Okazało się, że jest on dawnym przyjacielem Thar’zitta, ma na imię Borgil i jest kawalerzystą.

Nie szliśmy długo. Drzewa rozstąpiły się i stanęliśmy na szczycie sporej kotliny. Oniemiałam. Dolina przypominała żywy roślinny organizm, aż bijący magią esencji żywiołów. Wokoło pełno było wszelkich gatunków zwierząt wspólnie koegzystujących, zaś pośrodku, na leżu z ogromnego drzewa, spoczywał majestatyczny smok. Jego wspaniałe ciało było gładkie i mocno umięśnione, pokryte nakładającymi się, oksydowanymi zielenią łuskami, błyszczącymi jak polerowana miedź. Kiedy się podniósł jego skrzydła i brzuch błysnęły kolorami bladej zieleni. Szeroka głowa, wyposażona w parę rogów zakręconych jak u barana, i zestaw potężnych szczęk z zębami zaostrzonymi od polowań i walki zwróciła się w naszą stronę. Przeszły mnie ciarki.

„Podejdźcie.” – rozległo się w naszych głowach.

Nieco niepewnie zbliżyliśmy się do wspaniałego stworzenia. Smok oznajmił nam, że nie powinniśmy się go bać ponieważ ktoś się za nami ujął. Spojrzał przy tym bardzo wymownie na Thar’zitta.

„Mam dla was zadanie.” – smocza postać zamigotała, skurczyła się i stanął przed nami muskularny ork. – „W dodatku myślę, że się wam spodoba.”

„Ciekawy dobór rasy” – wymruczałam pod nosem przyglądając się orkowi ciekawie.

„Słucham?” – smok odwrócił się w moją stronę. Mimo postaci Dawcy Imion wcale nie wyglądał mniej groźnie.

„Nie, nie, nic takiego. Kontynuuj.”

„Zapomniałbym… Jedna z tych najeźdźców mówiła o Tobie, Raven.” – spojrzał mi w oczy.

„Co mówiła?”

„Wołała cię. Krzyczała żebyś ją uratowała, że woli zginąć niż zapomnieć swoją dyscyplinę.”

„Co z nimi robisz?” – wtrącił się Durgol.

„Pokazuję im inną ścieżkę życia. Znacie ich jako Poskramiaczy.”

„To dlatego, że nie dajecie im tej dziwnej wody?” – drążył krasnolud.

„Tak.”

„Mógłbyś to odwrócić?” – spytałam.

Dostrzegłam wściekłe spojrzenie Miriel ale postanowiłam je zignorować.

„Jeszcze tak.” – uwaga Usuna znów skupiła się na mnie.

„Gdybym cię o to poprosiła czego chciałbyś w zamian?”

„Dobre pytanie.” – smok zamyślił się a ja czułam na sobie wściekłe spojrzenie Borgila. Ten ork chyba mi nie ufał ale wcale mnie to nie dziwiło. W końcu nie zna mnie tak dobrze jak moi przyjaciele. – „Będziesz mi winna przysługę.” – wyrwał mnie z zamyślenia głos Usuna.

„W porządku. Odmień ją. Tylko chcę, żeby wiedziała, komu to zawdzięcza.”

Ork, bez słowa, spojrzał na jednego ze smokowców. Chwilę później stała przed nami Terigla. Jeszcze nieco zamroczona ale już dość przytomna, żeby wiedzieć co się stało.

„Dziękuję.” – powiedziała patrząc mi prosto w oczy. – „Jestem twoją dłużniczką do końca życia.”

„Po prostu nie zniewalaj już więcej Dawców Imion. Nie jesteśmy barbarzyńcami, za których nas uważacie.”

„Nie będę. Przysięgam.”

Skinęłam głową i odwróciłam się. Nie miałam jej nic więcej do powiedzenia. Mam tylko nadzieję, że ta przygoda ją czegoś nauczyła. A i ja wyniosłam z niej stosowną naukę.

Smokowcy odprowadzili Teriglę a ja znów skupiłam się na Usunie.

„Zapewne każdy z was słyszał o klasztorze, w którym Elianar Messias badał Księgi Cierpienia?” – potaknęliśmy. – „Udało mi się znaleźć zapiski, które wskazują gdzie on się znajduje. Chciałbym żebyście go odnaleźli i przynieśli mi wszystko, co w nim znajdziecie. A jeśli czegoś nie da się zabrać narysujcie to dla mnie.”

„To on nadal istnieje?!” – wyrwało mi się.

„Tak przypuszczam. Po przeniesieniu się na Therę to ona stała się centrum wiedzy. Nikt nie zastanawiał się nad losami klasztoru i zapomniano o nim. Mam jednak powody przypuszczać, że pozostała tam wiedza, która mnie interesuje. Myślę, że to będzie dla Was przyjemność, mylę się?”

„Oczywiście, że to będzie przyjemność.” – odezwałam się natychmiast. – „Znalezienie przedpogromowego klasztoru będzie niesamowitym przeżyciem. No i wiedza, którą możemy tam znaleźć… Bezcenna.”

„Gdzie znajduje się klasztor?” – dopytała Miriel.

„To rodzaj zagadki. W części gór, gdzie zasypia słońce, za srebrzystą kaskadą. Spojrzeć musisz odpowiednim okiem. Nie odnajdziesz świętego miejsca bez szabli Mynbruje. To będzie wam potrzebne.” – wręczył nam piękną szablę. Wyglądała na bardzo starą a jednocześnie nienaruszoną zębem czasu. – „To przedpogromowa broń, wzmocniona esencją ziemi. Obecna w niej magia uaktywni się w odpowiednim miejscu albo w połączeniu z innym przedmiotem.”

Durgol dokładnie obejrzał broń i gwizdnął z uznaniem. Ustaliliśmy szczegóły zadania. Usun oddał nam resztę należących do nas rzeczy, a także statuetkę sfinksa, przez którą wpakowaliśmy się w ten cały bałagan. Dał nam też po jednej swojej łusce, która miała stanowić przepustkę przez dżunglę, żeby nic nas nie zaatakowało. Po złożeniu potężnej przysięgi krwi, która gwarantowała smokowi, że nic, co wiemy nie wyda się poza dżunglą, smokowcy wyprowadzili nas na jej skraj. Czas wrócić do szkoły Tyzdrina.

W tym miejscu kończą się nieczytelne notatki, nie mam pojęcia dlaczego autorka nagle zaczęła znów normalnie pisać, nie wiem też, jak to się stało, że drużyna uszła z życiem z masakry dokonanej przez smoka.

Z żalem opuściłam kojącą zieleń dżungli zastanawiając się, czy jeszcze kiedyś uda mi się ją odwiedzić. Liaj kryje w sobie masę tajemnic i oddałabym wiele, żeby je odkryć. Podróż nie trwała długo. Wkrótce trafiliśmy do Jerris, gdzie nasz nowy orkowy towarzysz trzymał swojego wierzchowca. Zabawiliśmy w karczmie jedną noc i świtem ruszyliśmy na pustkowia. Nie podjęłam tematu areny therańskiej. Nie jestem już taka pewna swoich uczuć co do tej nacji. Może nie wszystko wygląda tak jak mi się, początkowo, wydawało. Uznałam, że nabranie dystansu do całej sprawy, w kojącym towarzystwie mistrza Regala i jego zwierzyńca pomoże mi odzyskać wewnętrzną równowagę.

Podróż do szkoły Tyzdrina była spokojna. Całą drogę odbyłam pogrążona w milczeniu, odzywając się tylko, kiedy było to absolutnie konieczne. W głowie kłębiły mi się setki myśli. Nawet nie zauważyłam, kiedy otworzyły się przed nami drzwi do szkoły. Gdy tylko przywitaliśmy się z Tyzdrinem i oddaliśmy statuetkę przeprosiłam go i poszłam szukać obsydianina. Przywitawszy się z mistrzem przedstawiłam mu Noir i poprosiłam żeby pozwolił mi spędzić ze sobą czas, który mieliśmy przeznaczony na odpoczynek i szkolenia. Mistrz z ochotą przyjął moją pomoc. Przez dwa tygodnie doglądałam ogromnego herbinarium, opiekowałam się zwierzętami i uczyłam się rysować. To ostatnie nie wychodzi mi najlepiej. Będę musiała się bardziej przyłożyć i robić więcej szkiców. Tylko raz widziałam członków mojej drużyny, kiedy Miriel przyszła szukać ziół. Ćwiczyła alchemię i, w odróżnieniu od moich postępów w rysowaniu, robiła to z sukcesami.

Po dwóch tygodniach pracy i relaksu opuściliśmy bezpieczną przystań szkoły adeptów. Ruszamy na południe, w Góry Delaryjskie. Chcemy odnaleźć klasztor Elianara Messiasa. Problem w tym, że nie do końca wiemy, gdzie go szukać. Thar’zitt opuścił podziemny kompleks niezwykle zadowolony, twierdząc, że wie gdzie może się znajdować klasztor. Mam nadzieję, że faktycznie jest to wiedza a nie plotka. Wiadomości, które mieliśmy były dość skąpe by przypuszczać, że szukanie tego miejsca zajmie nam wieczność. Z drugiej strony każdy dzień podróży przez Barsawię daje nam szansę nauczyć się o niej czegoś nowego. Pełni zapału ruszyliśmy w kolejną podróż.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s