14 Ciche góry

Zaopatrzeni w ciepłe ubrania i zapas pożywienia skierowaliśmy się do pasma górskiego. Szybko okazało się, że mamy różne informacje na temat kierunku, w którym powinniśmy iść. Gdy stanęliśmy na przełęczy pośrodku Gór Delaryjskich Thar’zitt oznajmił nam, że przestudiował stare księgi w szkole adeptów i wzmianki o klasztorze wskazują na wschód, natomiast według wytycznych, które mieliśmy, powinniśmy iść na zachód. Postanowiliśmy zaufać naszemu źródłu i ruszyliśmy tam, gdzie zachodzi słońce. Początkowo szliśmy pogórzem, wchodząc coraz głębiej między skały. Szybko zorientowaliśmy się, że w górach jest coś dziwnego. Nienaturalna cisza. Nawet kopyta przepięknego wierzchowca Borgila nie wydawały dźwięku, jakiego można by się było spodziewać. Przypomniało mi się jak Trassis opowiadał o różnych rejonach w Barsawii kiedy mieszkał z moim plemieniem. Wspomniał coś o silnej magii wypełniającej Góry Delaryjskie, która sprawia, że wszystkie dźwięki są nienaturalnie wyciszone. Teraz zrozumiałam dlaczego to takie dziwne. Do tego góry wydawały się kompletnie opuszczone i tylko bogata fauna sprawiała, że czułam się odrobinę mniej obco.

W końcu dotarliśmy do rzeki. Żeby nie zgubić się w górach poszliśmy wzdłuż jej koryta. Mniej więcej w połowie dnia Hator zaniepokoiła się. Zatrzymałam drużynę i ostrożnie podeszłam do widocznego przed nami zakrętu. Wyjrzałam. W wodzie stał ogromny niedźwiedź, który właśnie wyrzucał sobie na brzeg obiad, w postaci świeżych ryb. Piękne zwierzę. Zapatrzyłam się na niego przez chwilę. Dopiero parsknięcie konia wyrwało mnie z zamyślenia.

„To niedźwiedź.” – odwróciłam się do drużyny. – „Ogromny niedźwiedź.”

Miriel i Thar’zitt zaczęli tkać wątki a Borgil chwycił za broń. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Czy oni się kiedyś nauczą, że nie należy rzucać się do zabijania każdej potencjalnie niebezpiecznej istoty, która stanie na naszej drodze? Pojęcie szanowania życia nie jest im chyba znane, co nieco dziwi w przypadku Mistrzów Żywiołów.

Wysunęłam się za załom i skupiłam na niedźwiedziu. „Płyń na drugą stronę rzeki” – pomyślałam, i niedźwiedź popłynął. Na brzegu została kupka ryb. Postanowiliśmy je zabrać. Będą jak znalazł na kolację. Przy okazji dały też rozrywkę Borgilowi i Durgolowi, którzy zaczęli się nimi obrzucać, robiąc taki hałas, że nawet magiczna bariera zatrzymująca dźwięk okazała się średnio skuteczna. Patrząc na nich doszłam do wniosku, że ciężko mi zrozumieć Dawców Imion. W mojej wiosce też zdarzały się ciekawe osobniki ale jednak im więcej się Dawców spotyka tym ciekawsze można poczynić spostrzeżenia.

Kawałek dalej Hator znów się zaniepokoiła. Węszyła tak, jakby nie do końca była pewna, co czuje. Zapożyczyłam jej węch. Niestety niewiele mi to dało. Woń odchodów, może jakiegoś zwierzęcia. Nie potrafiłam jej zidentyfikować. Dochodziła gdzieś z góry, ze skalnej ściany, którą właśnie mijaliśmy.

„Nie wiem co to ale myślę, że powinniśmy cicho ominąć i pójść dalej.” – oznajmiłam.

„Sprawdźmy to.” – zaproponował Amarin i podszedł do najbliższego występu skalnego.

„Co ty wyprawiasz?” – krzyknęła na niego Miriel.

„Idę sprawdzić co siedzi na górze” – wskazał głową na ścianę. Kilka metrów ponad nami dostrzegliśmy otwór jaskini.

„Oszalałeś?” – Miriel nie ustępowała.

Położyłam jej rękę na ramieniu.

„Zostaw. Jeśli chce się zabić to jego wola. Przynajmniej się dowiemy co kryje się w jaskini.”

Elfka zastanowiła się przez chwilę.

„W zasadzie to masz rację.”

Stanęliśmy w pewnym oddaleniu od skały, przypatrując się ciekawie jak nasz elfi samobójca zaczyna wspinaczkę. W pewnej chwili źle postawił stopę i zsunął się kawałek na dół, robiąc przy tym nieco hałasu. W jaskini coś się poruszyło. Przez ułamek sekundy dostrzegliśmy sylwetkę. Postać, dwunożna, przypominała trolla ale dużo większego, bardziej umięśnionego i jakby nieco zdeformowanego. Gdzieś na krańcach świadomości zamajaczyło mi słowo „ogr” i bynajmniej nie skojarzyło się pozytywnie. Amarin chyba też go dostrzegł, bo po chwili namysłu darował sobie wspinaczkę i, jakby nigdy nic, rzucił:

„Chodźmy.” – po czym ruszył w dalszą drogę.

Rzeka powoli zaczęła się zwężać a teren wspinać do góry. Borgil zrównał wierzchowca ze mną i zaczął dopytywać o gatunki zwierząt, które możemy spotkać w górach. Moja wiedza w tym zakresie była dość ograniczona. Żyłam w dżungli a nie w górach, więc to, co wiedziałam było bardzo niewystarczające zaś magia nie była w stanie pomóc mi aż tak. Szybko się jednak okazało, że Borgila nie tyle interesowała charakterystyka zwierząt, co pozyskanie jajek na posiłek! Przy okazji przypomniały mi się espagry. Nie dość, że znoszą jajka to jeszcze ich pieczone ogony stanowią ponoć przysmak. W złą godzinę pomyślałam. Nawet już teraz nie wiem, kto ją zauważył jako pierwszy. Kołowała nad nami przez chwilę. W oddali majaczył niewielki las. Zarządziłam żeby uciekać do niego ale Amarin znów miał inny pomysł, mianowicie upolowania owej espagry.

„Jest jedna i można z niej zrobić płaszcz.” – argumentował.

„One latają stadnie.” – wyjaśniłam. – „Ruszmy się.”

„Ale…”

„Uwaga!” – wszedł mu w słowo Durgol. – „Jest ich więcej.”

„Mówiłam.” – mruknęłam pod nosem. – „Do lasu!”

Drużyna zaczęła biec. Oczywiście prócz Amarina, który próbował się schować między skałami. Doprawdy ten elf kiedyś zginie bardzo bolesną śmiercią.

Borgil, konno, dopadł do lasu pierwszy ale Miriel i Durgol biegli dużo wolniej. Zerknęłam na espagry. Cztery jaszczury były zbyt szybkie. Nie zdążą uciec. Zatrzymałam się gwałtownie. Miałam tylko jedną szansę. Skupiłam swoją wolę na najbliższej z espagr i wydałam jej mentalny rozkaz zaatakowania swojej towarzyszki. Udało się. Zwierzę zwinnie zmieniło kierunek lotu i uderzyło w sąsiadkę. Pozostałe dwie wyhamowały zaskoczone kotłowaniną pod sobą. Moi towarzysze bezpiecznie dotarli do drzew, więc i ja udałam się do lasu. Espagry gryzły się tylko przez moment a później, zorientowawszy się, że nie ma już potencjalnej zdobyczy, odleciały. Amarin był niepocieszony. Chyba faktycznie liczył na ten płaszcz.

Pod drzewami odetchnęliśmy z ulgą. Niestety tylko na chwilę. Niebo zaczęło ciemnieć i rozległ się daleki grzmot. Pomyślałam, że jednak dżungle są o wiele przyjaźniejszym i spokojniejszym miejscem niż góry. Zaczęliśmy pospiesznie rozkładać obóz. Trzasnęła błyskawica i spadły pierwsze krople deszczu. Borgil umościł się wraz ze swoim wierzchowcem a reszta powchodziła do namiotów. Orkowi udało się nawet rozpalić niewielkie ognisko, mimo padającego już deszczu. Przytuliłam się ze zwierzętami do jednego z drzew. Poprosiłam mniejsze drzewko, żeby stworzyło mi osłonę. Dzięki mocy danej mi przez Jaspree drzewko wyjęło korzenie z ziemi, przysunęło się do mnie i zakorzeniło w nowym miejscu. Przynajmniej mniej na nas padało.

„Ja też bym tak chciał.” – usłyszałam w głowie głos Barona.

„Pospacerować?” – spytałam.

„Tak. Rozprostować korzenie.”

„Dobrze Baronie, jutro użyję swoich mocy żeby pozwolić ci pospacerować.”

„Wspaniale.” – paprotka wydawała się być zadowolona.

„Baron, a może ty byś pogadał ze swoimi przyjaciółmi i też nam zrobił takie schronienie?” – usłyszałam czyjś niewyraźny głos.

„Chyba mogę.”

Chwilę później drzewa nad obozem zaczęły się pochylać i zrobiło się nieco ciszej. Na zewnątrz wciąż szalała burza. Deszcz tłukł wściekle a błyskawice co chwilę rozjaśniały noc. To był niesamowity spektakl przyrody. Przepiękny i śmiertelnie groźny jednocześnie.

Trzeciego dnia naszej wędrówki teren zaczął się intensywnie wznosić a ja dostrzegłam, że Szafir coraz mocniej świeci. Zbliżaliśmy się do silnego źródła magii. Nasi Mistrzowie Żywiołów nie odkryli niczego niepokojącego a i spojrzenie astralne nie dało żadnych wskazówek na temat źródła owej magii. Podwajając czujność poszliśmy dalej.

Robiło się coraz zimniej. Dobrze, że pomyśleliśmy o ciepłych płaszczach i kocach. Koło południa dostrzegłam coś niezwykłego. Spore stado danieli wyszło prosto na nas. Nie spłoszyły się. Zwyczajnie stanęły i przyglądały nam się ciekawie. Jakby nie wiedziały kim są te dziwne stworzenia przed nimi. Miałam ochotę podejść do nich bliżej, ale natura dała o sobie znać i zwierzęta wyczuły Hator. Spłoszone, uciekły, a moja kocica spojrzała na mnie żałośnie. „Jesteś po śniadaniu” mruknęłam tylko niezadowolona i ruszyłam za resztą drużyny.

Na nocleg rozłożyliśmy się na dość otwartej przestrzeni. Trochę skał, nieco drzew. Borgil, z pomocą wierzchowca, przytaszczył wielką, zwaloną sosnę, więc rozpaliliśmy ogień i wystawiliśmy warty. Gdy przyszła moja kolej nakazałam Hator pilnować wierzchowca Borgila a sama zaczęłam obchodzić obóz. Nie minęło dużo czasu zanim usłyszałam ostrzegawcze warknięcie a koń parsknął niespokojnie. Przysunęłam się do Hator, zapożyczyłam jej zmysł i rozejrzałam się w przestrzeni astralnej. Szybko dostrzegłam źródło niepokoju mojej przyjaciółki. Kawałek od obozu przyczaił się ogromny ogr. Jego wzorzec był dziwnie zmodyfikowany ale nie wyglądał jakby miał wrogie zamiary. Raczej jakby był zaciekawiony.

Cicho obudziłam Borgila a później resztę drużyny. Początkowy zapał do bicia się z ogrem opadł błyskawicznie gdy Durgol, w termowizji, zauważył dodatkowych dziesięciu poukrywanych po krzakach. Szczęściem okazało się, że ogry są przyjazne i chcą handlować. Wyraźnie miały już do czynienia z Dawcami Imion. Widać to było w ich uzbrojeniu oraz w pojedynczo rzucanych słowach krasnoludzkich. Jako, że płaciły za towary bryłkami złota czy żelaza szybko znaleźliśmy wspólny język. I choć nie mieliśmy wiele wydawało się, że ogry są zadowolone. Poczyniłam też ciekawe spostrzeżenie. Do tej pory byłam przekonana, że język ogrów przypomina zwierzęcy, składa się z mruknięć i powarkiwań, tymczasem te ogry wyraźnie wykształciły bardziej zaawansowany język. Przysłuchiwałam się im zafascynowana obiecując sobie, że zacznę się uczyć języków. To, zdecydowanie, pomoże mi zrozumieć inne kultury.

Tymczasem, korzystając z najbardziej uniwersalnego języka, jakim jest język gestów udało nam się dowiedzieć, że jakiś czas temu szły tędy krasnoludy. Obiecały, że wrócą ale do tej pory nie wróciły. I że cztery noce stąd jest niewielka osada, której mieszkańców powinniśmy się bać. Nie bardzo wiedzieliśmy jak spytać ich o klasztor, więc daliśmy sobie spokój. Zadowolone ogry odeszły w noc a my wróciliśmy do odpoczynku. Rankiem wysłałam Hator na polowanie a ona przyniosła… daniela! Patrząc na jej pełną satysfakcji minę kolejny raz pomyślałam, że to zwierzę jest dużo inteligentniejsze niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Nieme „Nie pozwoliłaś mi wczoraj to sobie upolowałam dzisiaj” niemal wyczuwalnie wisiało w powietrzu.

Wspinaczka stawała się coraz trudniejsza. Teren zrobił się skalisty, zaczęło się pojawiać coraz więcej rozpadlin i ostrych skał. Zaczynałam mieć powoli dość tej jałowej monotonii.

Nie wiem kto pierwszy dostrzegł krew. Była pod jedną ze skał. Tuż obok leżał zakrwawiony kamień, idealnie pasujący rozmiarem do ogrzej dłoni. Po dokładnym obejrzeniu okolicy znaleźliśmy krasnoludzki but a kilka kroków dalej urwisko, na dnie którego leżały szczątki solidnego wozu. Borgil zszedł na dół i przytaszczył koło, żeby Durgol mógł ocenić robotę rzemieślniczą. W pewnym momencie Miriel ostrzegła nas. Między skałami dojrzała ogra. Różnił się od poprzednich. Miał dużo ciemniejszą sierść. Zaniepokojeni postanowiliśmy szybko ruszyć dalej, omijając tereny należące do ogrów. Szczęściem kolejna zimna noc minęła nam spokojnie.

Kolejny dzień wędrówki przyniósł ciekawostkę. W pewnym momencie Szafir zaczęła świecić. Poprosiłam przyjaciół żeby się zatrzymali i zaczęłam wysyłać ważkę w różne strony. Okazało się, że tylko jeden kierunek skutkuje intensywniejszym świeceniem. Przywołałam Hator.

„Durgolu, wyjmij szablę Mynbruje.” – zapożyczyłam zmysł od kotki i spojrzałam na broń. W przestrzeni astralnej rubin w rękojeści zaczął emitować magię.

„Jesteśmy na dobrym tropie.” – oznajmiłam – „Chodźmy za Szafir.”

Kierując się za ważką ruszyliśmy dalej. Po półgodzinnym spacerze usłyszeliśmy szum wody. Stanęliśmy na szczycie głębokiej doliny. Ze ściany naprzeciwko spadał malowniczy wodospad, tworząc spore jezioro na dole. Nad wodą fruwały złote drobinki, wyglądające jak świecące w dzień świetliki. To był prawdziwie magiczny widok.

„Jak zejdziemy na dół?” – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.

Rozejrzałam się. Ze skalnego urwiska nie było drogi w dół, aczkolwiek można było dość bezpiecznie zejść po skalnej ścianie. Wszyscy, z wyjątkiem wierzchowca, mogliśmy dotrzeć do jeziora bezpiecznie. Zawołałam Noir. Poprosiłam żeby znalazł drogę na dół nadającą się dla konia. Kruk odleciał a my usiedliśmy na skałach czekając na jego powrót. Nie było go prawie godzinę i już zaczęłam się niepokoić, gdy nagle pojawił się i zakrakał.

„Jest jakieś zejście?” – zapytałam.

Noir pokręcił przecząco główką.

„Ogry!” – wyskrzeczał.

„Cudnie.” – mruknęła Miriel.

Ustaliliśmy z krukiem, że ogry są jakąś godzinę drogi od nas i skupiliśmy się na pomysłach przetransportowania na dół wierzchowca Borgila. Znów zajrzałam w przestrzeń, poszukując wejścia do jaskini, ukrytego, jak przypuszczaliśmy, za wodospadem. Niestety okazało się, że jest na samym dole wodospadu, więc trzeba było zejść na dół.  Przyjrzałam się drzwiom i dostrzegłam trzy symbole – wagę, symbol Mynbruje, głowę w gwieździe, którą Miriel zidentyfikowała jako symbol Kearosa Navarima oraz znak Smoczej Puszczy, z której pochodził Elianar. Prócz tego na drzwiach błyszczały skomplikowane wzory zaklęć.

W pewnym momencie ork odjechał kawałek od krawędzi, zawrócił, spiął konia i skoczył. Patrzyliśmy oniemiali jak kawalerzysta leciał w dół. Miałam wizję bardzo bolesnej śmierci podczas uderzenia w taflę wody z takiej wysokości. Tymczasem, tuż nad powierzchnią jeziora, Borgil przywołał duchowego wierzchowca, który zamortyzował upadek, dzięki czemu obaj się jedynie wykąpali.

„No!” – krzyknął ork w naszą stronę – „Długo jeszcze mam na Was czekać?”

Pokręciliśmy głowami z niedowierzaniem. Myślę, że wierzchowiec Kawalerzysty będzie wymagał sporej ilości owsa i marchewek na przekupienie za to, do czego go Borgil zmusił.

Ostrożnie zaczęliśmy schodzić na dół. Już pod koniec drogi Durgol poślizgnął się i poleciał ze skał jak kłoda. Borgil wykazał się sporym refleksem łapiąc krasnoluda, po czym stwierdził „Aleś ty ciężki” i go puścił dzięki czemu Durgol chlupnął w wodę, także zaliczając kąpiel.

„No, no…” – wysapał krasnolud z uznaniem, wychodząc z jeziora. – „Masz ty jaja, chłopie, żeby tak skakać. No i krzepę.”

„Ćwiczyłem już w łonie matki.” – odparł z dumą ork.

„To powiem ci, że galante to łono.”

„Ba!”

„Ruszcie się.” – ponagliłam. – „Mamy ogry za plecami.”

Za taflą czystej, zimnej wody znajdowała się niewielka jaskinia zamknięta ogromnymi drzwiami. Przyjrzałam się im. Porządna, krasnoludzka robota.

„Co teraz?” – spytałam

„Gdybym znała wzory tych zaklęć może udałoby mi się dowiedzieć jak działają.” – zamyśliła się Miriel. – „Mogłabyś mi je opisać?”

„Spróbuję ci narysować.” – wyjęłam przybory, przywołałam Hator i wejrzałam w przestrzeń przyglądając się dokładnie każdemu znakowi. Trudne i wyczerpujące. Oby tylko się udało.

„Co wiemy o tym miejscu?” – odezwał się nagle Borgil. – „Prócz tego, że siedział tam Elianar Messias.”

Miriel usiadła na ziemi, wyciągnęła księgę i odezwała się.

„Właściwie niewiele. Messias spędził tutaj kilka lat badając Księgi Cierpienia. Po jego tragicznej śmierci Navarim zabrał Księgi i wraz z grupą przyjaciół wrócił na swoją ojczystą wyspę, czyli obecną Wielką Therę. W samym klasztorze mieszkali Głosiciele Mynbruje, Pasji sprawiedliwości i mądrości.”

„Czyli nic nie wiemy.” – Borgil podparł się pod boki i zaczął uważnie oglądać drzwi.

„Skończyłam.” – podałam Miriel pergaminy. – „Zabiję się zanim tam wejdziemy, spoglądanie w przestrzeń jest bardzo wyczerpujące.”

Elfka przyjrzała się rysunkom.

„Niedobrze.” – powiedziała cicho. – „To jedno to bardzo silne zaklęcie, uderzające błyskawicami. Drugiego nie jestem pewna, ma chyba chronić. Niestety trzeciego nie znam, rysunek jest zbyt niedokładny.”

„To nam chyba nie pomoże.” – westchnęłam zrezygnowana.

„Może coś jest na tych drzwiach. Coś, co nam pomoże.” – powiedział Durgol przyglądając się znów drzwiom.

Po dokładnych oględzinach Durgol znalazł na drzwiach sygnaturę Jarona a Borgil odkrył otwór, do którego, jak się okazało, idealnie pasuje szabla Mynbruje. Ork poprosił o nią Durgola a kiedy włożył broń w otwór poczuliśmy magię. Zerknęłam znów w przestrzeń. Na drzwiach pojawił się napis „Mojemu mistrzowi kojarzyło się z poświęceniem i smutkiem.”

„Hasło do drzwi.” – domyśliłam się.

„Więc tak to działa.” – odezwała się Miriel. – „Szabla to klucz. Przekręca się ją, wypowiada hasło i drzwi się otwierają.”

„A jak hasło będzie złe?” – dopytał Durgol.

„Wtedy uaktywni się zaklęcie i dostaniesz błyskawicami.”

„Jak zgadniemy hasło? Nic o Elianarze nie wiemy. Tyle, co w księgach.” – zmartwiłam się.

Hator warknęła dokładnie w tym samym momencie, kiedy Durgol zapytał czy słyszymy. Zamilkliśmy. Borgil wyjrzał na zewnątrz.

„Ogry.” – rzucił. – „Studiuj te swoje księgi szybciej, spowolnimy je.” – powiedział do Miriel a sam ruszył na zewnątrz.

„Pomogę ci.” – zaproponowałam. – „Hator pilnuj Miriel.”

Durgol także skierował się do wyjścia. Widok na zewnątrz nie był optymistyczny. Ogromnych postaci było kilkanaście. Zrzucili na dół worki wyładowane kamieniami i, zapewne, bronią, same zaś zaczęły schodzić po skalnych ścianach.

„Broń i worki z kamieniami do wody.” – zarządził Borgil i ruszył wokół jeziora.

Wspólnymi siłami, najciszej jak się dało, zrzuciliśmy wszystko do wody i schowaliśmy się znowu do jaskini.

„Kupiliśmy trochę czasu.” – zwrócił się Borgil do Miriel. – „Znalazłaś coś?”

„Myślę, że hasło to Księgi Cierpienia.”

„Cudnie.” – ork podszedł do drzwi i dotknął szabli.

„Czekaj!” – powstrzymałam go. – „Miriel, skąd wiesz? Jaki związek mają Księgi Cierpienia z poświęceniem i smutkiem Elianara?”

„Opowiadaj co tam wyczytałaś.” – zarządził Durgol. – „Tylko szybko. Ogry trochę zgłupiały nie widząc swoich rzeczy ale długo ich to nie powstrzyma.”

„To po kolei. Królowa elfów, Falila, wygnała Elianara Messiasa po tym, jak zakwestionował „Deklarację odłączenia” Shosary od dworu elfów. Trafił do tego klasztoru i tutaj dostał księgi pochodzące jeszcze sprzed ery magii. Sześć identycznych tomów, oprawionych w skórę i zaopatrzonych w taki sam run. To były Księgi Cierpienia. Kiedy zrozumiał czym one są wyłupił sobie oczy i w zamkniętych pięściach wsadził je w płomienie. Tej nocy jakiś stwór wymordował część mieszkańców klasztoru zaś rankiem, przy ciele Elianara, znaleziono notatkę „Oto są Księgi Cierpienia. Nasza zguba i nasze wybawienie. Poznajcie je dobrze, inaczej wszyscy zginiemy.” Kearos Navarim, wraz z Jaronem i kilkoma ocalałymi mnichami, zabrali księgi i uciekli. Tyle historii znamy.” – Miriel zamknęła księgę i schowała do torby. – „Nie mam innego pomysłu, co to może być.”

„Czy my jesteśmy pewni, że chcemy tam wchodzić?” – spytałam patrząc z niepokojem na drzwi.

„A czemu mielibyśmy nie wchodzić?” – Borgil popatrzył na mnie zdziwiony.

„Przez to co jest po drugiej stronie.” – wtrącił Durgol.

„Pomyślcie.” – kontynuowałam. – „Coś morduje mnichów, być może Horror, ci zabierają Księgi i opuszczają klasztor. Durgol znalazł symbol Jarona na zewnątrz drzwi. Także na zewnątrz są potężne czary zabezpieczające. A co jeśli oni chcieli zamknąć wewnątrz Horrora? Jeśli on tam nadal jest?”

„Mamy zadanie.” – zaoponowała Miriel.

„Usun powiedział, że samo znalezienie klasztoru to osiągnięcie. Możemy do niego wrócić, opowiedzieć co znaleźliśmy, pokazać wzory tych zaklęć i poprosić o jakąś radę.” – zaproponował Durgol.

„I leźć jeszcze raz przez góry?” – zapytał Borgil.

„Po prostu nie jestem pewna, czy wolę ogry czy Horrora.” – spojrzałam niepewnie na szumiący w tle wodospad. – „W końcu nas znajdą. Nie mamy z nimi szans.”

„Wchodzimy.” – zdecydował Durgol. – „Przecież już zabijaliśmy Horrory. A druga taka okazja może się  nie powtórzyć.”

„To co z tym hasłem?” – spytał Borgil znów kładąc rękę na szabli.

W jaskini zapadła cisza.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s