17 Strażnicy

Przygotowywaliśmy się do walki gdy nadleciał Noir.

– Na dole ktoś jest. – poinformował.

– Kto? – zapytałam nieco nieuważnie nie spodziewając się żadnej mądrej odpowiedzi.

– Podobne do Szafir.

– Ważka? – teraz poczułam się zintrygowana.

– Nie. – odparł rezolutnie kruk.

– To co? Wietrzniak?

– No wietrzniak, wietrzniak. – potaknął Noir.

– Zaczekajcie tutaj, zejdę sprawdzić. – zwróciłam się do towarzyszy.

– Tam jest mój koń! Idę z tobą. – zaprotestował natychmiast Borgil.

Zdecydowaliśmy więc, że zejdziemy we dwójkę, Miriel się przestroi w tym czasie a Durgol będzie jej pilnował. Ruszyliśmy na parter. Już z daleka dostrzegliśmy, w blasku niesionej przez Borgila pochodni, wietrzniackie skrzydła.

– Hej! – krzyknął natychmiast Borgil. – Co chciałeś ukraść z mojego wierzchowca?

Wietrzniak zawisł nad koniem Borgila i spojrzał na nas bez strachu.

– Jeszcze nic. Na razie oglądam. – odparł rezolutnie.

– Skąd się tu wziąłeś? – spytałam.

– Stamtąd. – wskazał na drzwi. – Otwarte było to wleciałem.

– Toś się wpakował. – mruknęłam pod nosem.

– Co?

– Nie, nie, nic. Sam jesteś?

– Tak.

Westchnęłam. Jeszcze więcej niespodzianek.

Wietrzniak przedstawił się jako Ilreaden (dla przyjaciół Ili) i okazał się być Adeptem Złodziejem. Wspomniałam mu o kłopotach i duchach i zabraliśmy go na górę, do reszty drużyny. Przedstawiłam go Miriel i Durgolowi. Przy okazji mogłam zaobserwować kolejny ciekawy ciąg orkowego rozumowania. Doprawdy orkowie są niezwykle mądrymi Dawcami Imion, trafnie wyciągającymi wnioski przyczynowo skutkowe. Durgol, przedstawiając się, nie omieszkał zaznaczyć czym się zajmuje.

– Jestem Durgol, odkrywca żywiołu metalu, w trakcie! – oznajmił dumnie.

– W trakcie? – spytał Borgil – To wiesz co, jak wyjdziemy z kaeru to ja ci przyłożę metalową tregrą to szybko odkryjesz żywioł metalu.

Takiej interpretacji krasnoludzkich badań jeszcze nie słyszałam.

Durgol szybko zwietrzył niepowtarzalną okazję posiadania pod ręką Złodzieja i zażyczył sobie pootwierania zamkniętych drzwi. Zostawiliśmy więc medytującą Miriel pod opieką Borgila, a w każdym razie w jego towarzystwie bo z tą opieką to różnie może być, i zeszliśmy na dół. Wietrzniak znał się na rzeczy. Polatał, pobadał, pooglądał i wkrótce jedyne solidne, metalowe drzwi, stanęły przed nami otworem. Za nimi znajdowała się nieźle wyposażona zbrojownia. Durgol wybrał sobie porządną włócznię, Ili ładny sztylet a dla mnie i Miriel wygrzebali piękne kryształowe kolczugi. W pierwszym odruchu nawet nie pomyślałam żeby ją na siebie założyć, ale kiedy wzięłam ją na ręce i poczułam jaka jest lekka natychmiast zmieniłam zdanie. Wróciliśmy na górę zadowoleni. Od razu dostrzegłam, że Borgil nałożył na twarz orkowe barwy wojenne. Miriel właśnie kończyła medytować, więc chciałam jej pokazać kolczugę, zamarłam w pół gestu widząc na jej policzkach takie same barwy jak na orku.

– Co ty masz na twarzy? – spytałam zaskoczona. – Zresztą, nie ważne, zobacz co znaleźliśmy. Za drzwiami była zbrojownia.

Miriel przesunęła dłonią po policzku i spojrzała na Borgila z iskierkami irytacji w oczach.

– No co? – spytał ork z niewinną miną. – Teraz możesz iść na wojnę.

Elfka mruknęła tylko coś pod nosem i skupiła znów wzrok na kolczudze. Durgol pomógł nam się ubrać w nowe zbroje. Jest to strasznie mozolne i trwa wieki ale efekt jest wart włożonego trudu.

Wreszcie, przygotowani, przeszliśmy na piętro. Borgil przyzwał duchowego wierzchowca i natychmiast ruszył do ataku szarżą. Dostrzegłam jak wietrzniak leci tuż za nim, żeby przed samym wejściem do komnaty ze strażnikami zniknąć w cieniach. Nakazałam Hator pilnować tkającą Miriel i sama pognałam za Borgilem. Durgol, jak to ma ostatnio w zwyczaju, został wraz z Miriel, żeby jej pilnować.

Walka nie była łatwa. Mimo, że okazało się, że pazury jednak są w stanie zranić ożywieńców, to istoty były tak szybkie, że ciężko je było trafić. Impet i zwinność Kawalerzysty najlepiej się sprawdzały w tej walce. Ili najwyraźniej musiał działać gdzieś na tyłach, bo w pewnej chwili usłyszałam jęk a później cios i coś uderzyło chyba w ścianę. Koło mojej głowy mignął bełt z kuszy. Krzyk Miriel za moimi plecami świadczył dobitnie o tym, że Łucznik trafił. Borgil też dostrzegł bełta bo rzucił za siebie tarczę krzycząć „Durgol wchodzisz!” a sam spiął wierzchowca i runął pomiędzy ożywieńców, próbując dostać się na tyły. Błysk rozproszonego czaru po ataku Borgila uświadomił mi, że wśród ożywieńców jest też mag. Miałam tylko nadzieję, że ork unieszkodliwił go na dobre. Co jakiś czas migał mi w cieniach Ili. Wreszcie Durgol, nie spiesząc się, dotarł do mnie, podniósł tarczę i zasłonił się przed atakiem ożywieńca, który już zdążył się pozbierać z podłogi po roztrąceniu przez orka. Nasze ciosy, w większości, chybiały, ciosy ożywieńców w nas zaś trafiały. Gdy miecz jednego z nich poważnie mnie ranił pomyślałam, że to będzie długa i śmiertelna walka. Udało mi się, co prawda, oddać cios, aczkolwiek nie z siłą, z jaką bym chciała to zrobić.  Podniosłam pazury do następnego, gdy nagle w bok, aż po rękojeść, wbił mi się wietrzniacki sztylet. Może być jeszcze gorzej? Jęknęłam z bólu. Jak na wietrzniaka Ili ma całkiem dużo siły.

Po długich sekundach, które wydawały nam się godzinami, wreszcie się udało. Ostatni ożywieniec padł ostatecznym trupem. Nie wiem jak skończyłaby się ta walka gdyby nie Borgil. Ork zyskał sobie u mnie ogromny szacunek.

Osunęłam się na posadzkę, wyjęłam sztylet i rzuciłam go pod nogi wietrzniaka, który zerkał na mnie przepraszająco.

– Jak nie umiesz używać jakiejś broni to tego nie rób. – warknęłam.

Przywołałam Hator i spróbowałam opatrzyć sobie rany. Przynajmniej na tyle, żeby nie ciekło. Usłyszałam nagle jak Borgil krzyczy:

– Miriel! Tam jest jakiś portal!

Minął mnie niemalże galopem, chwycił Miriel w pędzie, wrzucił na siodło i razem zniknęli w głębi komnaty. Podniosłam się niechętnie ruszając w tamtym kierunku. Po bokach dostrzegłam dwanaście krypt, sześć otwartych i sześć zamkniętych. Na końcu komnaty faktycznie błyszczała pomarańczowa tafla, z której nagle wyskoczyła głowa Borgila, z uśmiechem od ucha do ucha.

– No wchodźcie. – zachęcił.

Popatrzyłam z powątpiewaniem na portal.

– Czy to bezpieczne?

– To rodzaj bariery zatrzymującej Horrory. – usłyszałam zza tafli głos Miriel.

Uspokojona weszłam do środka. Za barierą, w prostej, niemal ascetycznej komnacie, stał sarkofag. Od razu się domyśliliśmy, że skrywa szczątki Elianara Messiasa. Borgil z Durgolem zaczęli od razu zastanawiać się nad otwarciem go ale ich powstrzymałam.

– Trzeba najpierw pozbyć się reszty ożywieńców. Najlepiej teraz, zanim się obudzą. Może zlepić krypty?

– Dobry pomysł. – poparła Miriel. – To ja się przestroję a wy idźcie pilnować krypt.

Ork i krasnolud, niechętnie, zostawili sarkofag w spokoju, i wyszli z komnaty. Iliego już dawno nie widziałam. Powiedziałam mu o zamkniętej komnacie, której nie przejrzałam spojrzeniem astralnym, przypuszczałam więc, że tam właśnie poleciał mały Złodziej.

Wykorzystałam okazję i szybko obrzuciłam sarkofag spojrzeniem astralnym. Zaskoczyła mnie czysta przestrzeń. Zaglądanie w nią było przyjemnością. W sarkofagu dostrzegłam trzy przedmioty magiczne. Szybko odsunęłam wieko, wyjęłam je, schowałam do torby i zasunęłam sarkofag. Kilka chwil później wróciła cała trójka. Borgil z Durgolem pootwierali krypty i pozabijali śpiących ożywieńców zaś Ili odkrył w zamkniętej komnacie źródło wody. Oczywiście ork natychmiast zajął się znów sarkofagiem. Chyba jestem kiepskim kłamcą bo nijak nie chciał mi uwierzyć, że go nie ruszałam, i że nic nie było w środku kiedy go badałam spojrzeniem astralnym. Jego uwagę odciągnęła dopiero informacja, że na piętrze są pracownie i gabinet prywatny, i że tam na pewno jest wiele cennych rzeczy.

Kiedy opuściliśmy komnatę zobaczyliśmy duchy. Były tutaj wszystkie. Uśmiechnięte. Spokojne. Dziękowały nam, jeden po drugim odchodząc na zasłużony spoczynek. Są fascynujące. Myślałam o nich jeszcze długo potem dochodząc do wniosku, że są podobne do zwierząt. Trzeba znaleźć sposób żeby się z nimi porozumieć, co nie jest łatwe, trzeba się ich nauczyć, poznać ich zwyczaje. Po raz kolejny odkąd zobaczyłam je w klasztorze pomyślałam, że chciałabym się o nich dowiedzieć czegoś więcej. Muszę koniecznie porozmawiać z jakimś mistrzem ksenomancji.

Wyczekałam na moment, kiedy będę sam na sam z Miriel i szybko wyciągnęłam z torby jedną z rzeczy z sarkofagu, czyli list. Był napisany po elficku, więc tylko Miriel mogła go odczytać. Powiedziałam jej skąd go wzięłam. Musiałam także uspokoić Borgila, więc dopadłam go jak szedł do wierzchowca i powiedziałam, że znalazłam w sarkofagu list, wisiorek i lupę ale nie chciałam tego mówić przy wietrzniaku, bo nie wiadomo kim on jest a nie możemy sobie pozwolić na utratę tych przedmiotów.

– Była jakaś broń? – spytał natychmiast Borgil.

– Nie. Tylko list, lupa i wisiorek.

– Co to jest lupa? – drążył ork.

– Hm… To takie szkło, które się przykłada do tekstu i powiększa literki żeby lepiej widzieć. Wiesz, mędrcy z wiekiem mają coraz gorszy wzrok i potrzebują czasem takich przedmiotów.

– Czyli jeśli będę gorzej widział to znaczy że też jestem mędrcem! – stwierdził radośnie Borgil i przestał drążyć sprawę przedmiotów z sarkofagu.

Zadziwia mnie ten ork.

Wreszcie Miriel dopadła mnie w laboratorium alchemicznym, kiedy układałam pieczołowicie jakieś eliksiry i mikstury w wyściełanych skrzyniach. Usiadła obok i cicho przeczytała mi list tłumacząc na krasnoludzki.

„Drogi Przyjacielu.

Pozostawiam ten list jako pamiątkę naszej przyjaźni a jednocześnie chcę Cię za jego pośrednictwem przeprosić i wytłumaczyć. Być może to objaw szaleństwa, ale poczucie winy jest ogromne i przytłaczające. Po raz pierwszy zamierzam złamać dane Ci słowo. Nie wyruszę na wschód, aby szukać dalszych ksiąg. Pokusa jest ogromna, ale jeszcze większy jest strach, że przemawiałeś nie Ty a istota, która później zadała Ci śmierć.

Wierzę, że trafisz do Świetlistej Cytadeli.

Żegnaj Elianarze

P.S.

Pamiętam o Twojej przestrodze. Będę szczególnie uważał badając to, co najbardziej kochamy.”

– List od Kearosa Navarima do Elianara. – zamyśliłam się. – Schowaj go. Zastanowimy się później nad tymi przedmiotami. Trzeba je zbadać.

– Co tam jeszcze było? – zapomniałam, że nie powiedziałam Miriel o reszcie znalezisk.

– Lupa, magiczna, bardzo droga z rączką z masy perłowej oraz naszyjnik, który z jednej strony ma wizerunek Mynbruje a z drugiej symbol Smoczej Puszczy.

Miriel tylko skinęła głową. Słysząc kroki na korytarzu szybko schowała list i wróciłyśmy do przeglądania rzeczy.

Postanowiliśmy się wyleczyć i odpocząć. Mając w klasztorze świeżą wodę i zabezpieczenia magiczne byliśmy dość bezpieczni. Urządziliśmy się w małej bibliotece, za zagadką z Pasją, próbując skatalogować nieco zbiory, które się tam znajdują, żeby zorientować się, co chcemy zabrać. Siedziałam tak zanurzona w wiedzy, gdy nagle mnie olśniło.

– Księga Cierpienia! – niemalże krzyknęłam powodując u reszty moich towarzyszy nerwowe drgnięcie.

– Co? – spytała Miriel znad jakiegoś opasłego tomiszcza.

– W swoim liście – machnęłam nieskładnie trzymanym akurat pergaminem – Navarim napisał „nie wyruszę na wschód aby szukać dalszych ksiąg”. Co jest na wschodzie?

Odpowiedziała mi cisza.

– Osada, przed którą ostrzegały nas ogry, i z której przyszedł pod klasztor Cień. – zawiesiłam na chwilę głos. – A co jeśli tam jest kolejna Księga Cierpienia? Jeśli to właśnie ona ściąga zło do tej osady? Wiecie co to oznacza? Możemy być tymi, którzy odnajdą Księgę Cierpienia.

– No! To trzeba po nią iść. – natychmiast zgodził się Borgil.

– Oszaleliście. – zaprotestował gwałtownie Durgol. – To najgłupszy pomysł świata.

– Dlaczego? – spytałam zdziwiona. – To nasz obowiązek. Jeśli jest tam Księga trzeba ją odzyskać i odnieść w bezpieczne miejsce.

– Naszym obowiązkiem jest dbać o dobro Barsawii! – perorował krasnolud wyraźnie zdenerwowany. – Trzeba iść i komuś powiedzieć że ona tam jest.

– Nie wiemy czy jest. Trzeba to najpierw sprawdzić. – wtrąciła się Miriel. – Zanim ten „ktoś” po nią przyjdzie to już może jej nie być albo może się stać coś złego.

– Jak zginiemy to będzie jeszcze gorzej! Wtedy nikt się o niej nie dowie!

– Ale Durgol, nie rozumiem. – upierałam się przy swoim. – Pomyśl tylko. To my mamy szansę ją odzyskać i zabezpieczyć.

– I to jest złe! Nie kierujesz się dobrem Barsawii tylko swoim. Myślisz tylko, że ty chcesz to zrobić, żeby być sławna. To egoistyczne i nieodpowiedzialne. Powinniśmy działać roztropnie, rozważnie i rozsądnie!

– Powiedziałeś trzy słowa na „r” – wtrącił się Borgil – ale zrozumiałem tylko jedno – „rozsądnie” – i go nie lubię!

– Właśnie! Słuchacie tego nieodpowiedzialnego orka i przez to wszyscy zginiemy.

– Tutaj też mieliśmy według ciebie zginąć. – zaprotestowałam. – A jednak żyjemy, mamy się dobrze i zdobyliśmy bezcenną wiedzę.

– Jesteście głupi! Ja nigdzie nie idę. Nie zamierzam popełniać samobójstwa! – krasnolud, mocno nadąsany, wcisnął się w kąt i najwyraźniej postanowił nas zignorować

– Nikogo nie zmuszam. – odezwała się Miriel. – Ale uważam, że to nasz obowiązek. Ja idę po księgę. Kto nie chce niech zostanie.

Oboje z Borgilem uśmiechnęliśmy się usatysfakcjonowani. Następny przystanek – Księga Cierpienia.

Reklamy

16 Prastara wiedza

Powietrze pachniało wilgocią jaskini, nie stęchlizną kaeru. Mimo kurzu na podłodze chłód klasztoru był przyjemny. Ostrożnie zanurzyliśmy się w główny, szeroki korytarz. Tuż za wejściem, po prawej stronie, dostrzegliśmy schody prowadzące w górę, zaś po lewej resztki drzwi do pomieszczenia. Postanowiliśmy zbadać najpierw dół, więc Miriel i Durgol weszli do komnaty. Bez trudu domyślili się przeznaczenia pomieszczenia identyfikując je jako strażnicę. Po podłodze walała się stara broń ale nie dostrzegli żadnego szkieletu. Kawałek dalej, po prawej stronie, powstrzymały nas drzwi. Solidne, metalowe, porządnie okute i szczelnie zamknięte. Nieco osiadły na zawiasach, więc doszliśmy do wniosku, że nie dadzą się łatwo otworzyć. Durgol obejrzał je dokładnie. Ustalili z Borgilem, że jeśli użyją dźwigni a później mocno szarpną drzwi powinny ustąpić. Oczywiście chcieli to zrobić od razu. Dobrze, że Miriel udało się ich powstrzymać, inaczej cokolwiek siedzi w klasztorze natychmiast by się dowiedziało o naszej obecności.

Zostawiliśmy więc drzwi i poszliśmy dalej. Po chwili zauważyłam, że Borgil cofnął się i zmierza w kierunku schodów.

– Borgil. Gdzie idziesz? – zawołałam.

– Na górę.

– Nie sprawdziliśmy dołu, wracaj.

– Sprawdźmy górę a dół później. – rzucił ork wchodząc na schody.

Westchnęłam tylko. Miriel z Durgolem już weszli do kolejnego pomieszczenia, znajdującego się po lewej stronie. Stałam przez chwilę zdezorientowana patrząc to przed siebie, to za siebie. W końcu usłyszałam kroki i zobaczyłam Borgila wynurzającego się z ciemności klatki schodowej.

– Już wróciłeś? Szybko.

– Ano… – ork rozejrzał się ruszając za resztą drużyny. – Bo tam stoi ten cudak co to go na dole widziałaś i nie chce puścić.

– Gdzie stoi?

– Na schodach.

Borgil zniknął w pomieszczeniu, więc stanęłam w drzwiach obserwując otoczenie. Pokój okazał się być sypialnią. Oprócz łóżek i porozrzucanej broni Miriel dostrzegła kajdany, wzmocnione esencją ziemi oraz kupkę czegoś brązowo-szarego, wyglądającego jak szczątki niewielkiego zwierzęcia. Śmierdziało zgnilizną. Obejrzałam resztki. Na moje oko to coś zginęło nie dalej jak trzy dni temu, co nieco mnie zaniepokoiło, bo skąd coś żywego wzięło się w zamkniętym od wieków klasztorze?

Nie miałam czasu zastanowić się nad tym dłużej bo drużyna już ruszyła dalej.

Kolejne dwa pomieszczenia, jedno po prawej, drugie po lewej stronie, okazały się być starymi magazynami, w których niczego ciekawego nie znaleźliśmy. Także szczątków ciał, co powoli stawało się niepokojące. Po opuszczeniu ostatniego pomieszczenia Miriel nagle zamarła i kazała nam być cicho. Z końca korytarza dobiegał cichy szum przypominający rozmowę. Cichutko ruszyłam w tamtą stronę. Przed sobą dostrzegłam ogromne drzwi, zajmujące całą szerokość korytarza. Były otwarte a zza nich dobiegał szum. Zajrzałam ostrożnie do środka i zamarłam. Przede mną stał długi stół obstawiony krzesłami i zastawiony widmowym jedzeniem. Wokoło siedzieli mnisi żywo ze sobą dyskutując. Dreszcz przebiegł mi po plecach ale udało mi się opanować. Dostrzegłam na nadgarstkach trzech z nich kajdany. To potwierdziło moje przypuszczenia, że „zesłanie” mogło oznaczać „niewolę”.

– Raven… Raven! – usłyszałam za plecami. – Co tam jest.

Wycofałam się ostrożnie wciąż patrząc w kierunku refektarza.

– Co jest w środku? – zapytał zniecierpliwiony Borgil.

– Mnisi. – wydukałam. – Duchy. Cała masa.

Miriel ruszyła w kierunku komnaty. Stanęła w wejściu i nagle dostrzegłam jak upada. W ostatniej chwili złapałam ją, zanim gruchnęła o ziemię, i odciągnęłam pod ścianę.

– Miriel! Miriel! – poklepałam ją delikatnie po twarzy

– Ale to są duchy duchy czy takie inne duchy. – zapytał ork?

– Sprecyzuj co rozumiesz przez „inne duchy”. – spojrzałam na niego nieco zdezorientowana. – Albo nie. Nie ważne. To są duchy duchy.

– Idę tam. – oznajmił Borgil.

– To na pewno zasadzka. – stwierdził Durgol ruszając za orkiem.

Wraz z Durgolem zajrzeli do refektarza. Przygotowałam się żeby łapać tego, który padnie, tak na wszelki wypadek, na szczęście nic takiego się nie stało. Wreszcie Miriel otworzyła oczy.

– Dobrze się czujesz? – przyjrzałam jej się uważnie.

– Tak. Chyba tak. Ale tam – wskazała głową drzwi – nie wchodzę.

Skinęłam głową.

– Sprawdzimy pomieszczenie.

Dołączyłam do Borgila i Durgola w momencie kiedy duchy wskazywały w naszym kierunku. Odezwałam się do nich ale gwałtownie się rozpierzchły wnikając w ściany. Dopiero teraz przyjrzeliśmy się komnacie. Pachniało w niej igliwiem. Ponad naszymi głowami rozciągał się sufit pokryty przepięknymi drewnianymi kasetonami, przedstawiającymi Mynbruje. Wszystko zachowało się w idealnym stanie. Po lewej stronie dostrzegliśmy solidne, metalowe drzwi, zamknięte. Durgol wyczuł za nimi dużą ilość esencji wody. Doszliśmy do wniosku, że to pewnie zbiornik na wodę, podobny do tych w kaerach. Zostawiliśmy go w spokoju. Zdecydowanie brakuje nam w drużynie Złodzieja. Z prawej strony refektarza odkryliśmy jeszcze kuchnię i spiżarnię.

– Chodźmy na górę. – odezwałam się do towarzyszy.

– Tam stoi zjawa. – przypomniał Borgil.

– Pójdę przodem. Może się z nią dogadamy.

Przy zamkniętych drzwiach Durgol z Borgilem znów zaczęli debatować nad sposobem ich otworzenia. Wyperswadowaliśmy im to po raz kolejny ostrzegając, że rozwścieczą duchy, i wreszcie mogliśmy pójść na piętro. Doszliśmy do połowy krętej klatki schodowej gdy ujrzałam go przed sobą. Zakapturzona postać, z kosturem w dłoni, błyszcząca. Zrobiłam jeszcze dwa kroki. Postać poruszyła się i wyciągnęła kostur w moją stronę zagradzając mi drogę. Uniosłam ręce w geście poddania. Chciałam powiedzieć, że nie mamy złych zamiarów ale nagle ze ściany wysunęła się kolejna zjawa. Jeden z mnichów z refektarza. Zaczął coś mówić do strażnika wskazując na nas. Zakapturzona postać opuściła kostur i obie zjawy wniknęły w ścianę.

Nie niepokojeni weszliśmy na drugie piętro. Dostępu do korytarza broniła kiedyś solidna, metalowa krata, teraz otwarta. Na długi, prosty, korytarz wychodziło sześć par drzwi, położonych dokładnie naprzeciwko siebie. Pierwsza para prowadziła do strażnic, gdzie leżało sporo starej broni. Między resztkami Miriel znalazła niezwykły nóż. Wyglądał jak myśliwski ale był lekko zakrzywiony. Rękojeść zrobiono z kości, idealnie pasowała do uchwytu dłoni zaś stal wzmocniono esencją żywiołu ziemi. Durgol oznajmił, że broń jest przekuta a metal, z którego ją zrobiono, twardszy niż stal miecza.

Kolejne pomieszczenia okazały się celami mieszkalnymi. Dopiero tutaj, na łóżkach, znaleźliśmy szkielety mieszkańców. Jeden z nich miał kciuk wciśnięty w oko. Dokładnie tak, jak opisano zwłoki Elianara Messiasa. Zapewne zabił ich Horror.

Na końcu korytarza znaleźliśmy kolejną dużą salę. Pośrodku stał ogromny posąg symbolizujący Mynbruje, wokoło dostrzegliśmy cztery pulpity zaś całe ściany pokrywały regały wypełnione księgami. Ponad nimi widniały malowidła przedstawiające wszystkie dwanaście Pasji. W pomieszczeniu czuć było magiczną aurę błogosławieństwa Pasji.

– Przejrzenie tego zajmie nam wieki. – jęknęła Miriel z zachwytem patrząc na księgi.

– Mamy czas. – rozsiadłam się wygodnie na podłodze, wyjęłam pergamin i węgiel i zaczęłam szkicować pomnik.

– Uwaga towarzystwo. – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.

– Mówiłem, że to zasadzka. – wtrącił krasnolud.

Rozejrzeliśmy się. W najdalszym kącie pomieszczenia zobaczyłam stłoczone duchy z refektarza. Przyglądały nam się ciekawie. Miriel znów zemdlała. Jeden z duchów powoli nadpłynął nad nią. Zobaczyłam jak elfka otwiera oczy a jej twarz robi się blada. Duch szybko się odsunął i dołączył do towarzyszy.

– Już dobrze? – spytałam.

– Tak. Chyba tak. Nie lubię duchów. – Miriel usiadła.

– Myślę, że możesz spokojnie przeglądać księgi. Nie są wrogo nastawieni.

Wróciłam do rysowania a moi towarzysze do ksiąg. Obecność poczułam dopiero po chwili. Zorientowałam się, że jedna ze zjaw zbliżyła się do mnie i próbuje się przyjrzeć co robię. Odsunęłam pergamin i przekręciłam w stronę ducha. Spojrzałam na niego. Przysunął się bliżej. Z jego miny wyczytałam, że nie jest zachwycony szkicem.  Przez chwilę wyglądał jakby walczył sam ze sobą aż wreszcie wskazał palcem na jeden z elementów szkicu, po czym wskazał na pomnik. Musiałam zrobić skruszoną minę bo podsunął się bliżej i znów wskazał odpowiedni element. Poprawiłam rysunek i spojrzałam pytająco na ducha. Skinął głową. Tak oto zyskałam niematerialnego nauczyciela, który po setkach lat nudzenia się w niebycie wreszcie mógł poczuć się jak żywy Dawca Imion i choć na moment wrócić do pasji uczenia.

Mijały kolejne minuty. Pod okiem zjawy przenosiłam na pergamin wszystko, co wydawało mi się ważne zaś moi towarzysze przeglądali księgi. Duchy nieco się oswoiły, cały czas przyglądając się co robimy oraz rozmawiając między sobą. Obserwując ich doszłam do wniosku, że wyczuwają nasze emocje. W pewnej chwili wpadłam na pomysł. Wzięłam czysty pergamin i napisałam po krasnoludzku:

– Czy rozumiesz co piszę?

Duch popatrzył na pismo i oddalił się do grupy. Po chwili wysunął się z niej inny, za życia będący krasnoludem, podleciał do mnie, przeczytał zdanie i wodząc palcem po pergaminie odparł:

– Tak.

Ucieszyłam się. Wreszcie mogliśmy się porozumieć. Co prawda rozumienie znaków pisanych przez półprzezroczysty palec niemalże w powietrzu było strasznie trudne, ale lepsze to niż milczenie. Za pomocą niezwykle skomplikowanej „rozmowy” udało mi się przekonać duchy, że nie jesteśmy wrogo nastawieni. Powiedziałam, że do klasztoru zbliża się wielkie zło, i że chcemy ocalić wiedzę, która jest tutaj zgromadzona. Duchy naradzały się przez chwilę.

– Wiemy, że jesteście dobrzy ale czy dość mądrzy? – napisał po powrocie.

– Przekonajmy się. – odpisałam.

Duchy błyskawicznie zniknęły.

– Coś ty im powiedziała? – zapytał Borgil.

– Nic. Sprawdzają czy jesteśmy mądrzy.

– Cudnie. – mruknął ork. – Co teraz?

– Nie wiem. Trzeba obejrzeć to pomieszczenie. Może na coś wpadniemy.

– Pokombinujmy z tymi pulpitami. – rzucił Durgol.

– Pamiętacie tamte podziemia, w których szukaliśmy księgi? – spytała nagle Miriel. – Może te pulpity tutaj też się obracają.

Podeszła do jednego z pulpitów, chwyciła go za krawędzie i popchnęła. Pulpit drgnął i obrócił się. Usłyszeliśmy skrzypienie gdzieś za regałami. Borgil z pochodnią podszedł w miejsce, skąd wydobył się dźwięk, pomachał pochodnią przy ziemi. Podmuch powietrza poruszył płomieniem. Durgol z Borgilem chwycili regał z księgami i po chwili staliśmy przed dziwną wnęką. Krótki korytarz zamykała kamienna ściana. Wprawiono w nią kwadraty z płaskorzeźbami przedstawiającymi symbole Pasji. Cztery rzędy po pięć dysków.

Cofnęłam się i zerknęłam na ścianę nad wejściem. Był nad nią wizerunek Mynbruje.

– Pewnie trzeba wcisnąć te dotyczące Mynbruje. – pomyślałam na głos.

– Co się stanie jak wciśniemy te niewłaściwe? – Borgil popatrzył z powątpiewaniem na drzwi.

Miriel skupiła się przez chwilę.

– Ojej. – instynktownie odsunęła się od kamieni.

– Co jest? – spytał Durgol.

– Bardzo dużo esencji ognia bije od tych drzwi.

– Acha. – Borgil przyjrzał się ponownie drzwiom.

Zastygliśmy przed taflą rozważając różne warianty. Durgol rzucił, że pewnie trzeba wybrać po jednym symbolu z każdej kolumny ale w końcu poddałam to w wątpliwość gdyż w pierwszej i ostatniej nie było nic, co pasowałoby do ideałów Mynbruje. W końcu ze ściany wysunął się znajomy duch krasnoluda i zaczął pisać palcem po ścianie.

– Co robią mądrzy Dawcy Imion jak czegoś nie wiedzą? – tłumaczyłam na głos.

– Pytają. – rzucił Borgil.

Duch uśmiechnął się. Pomyślałam, że to dziwne. Najpierw chcą sprawdzić naszą mądrość a później oferują, że będą odpowiadać na pytania. W zasadzie lepsze to niż spłonąć w wyniku uruchomienia pułapki.

Zadając pytania ustaliliśmy, że trzeba wybrać po jednym symbolu z każdego rzędu, a nie kolumny. Borgil obejrzał jeszcze raz pomnik Mynbruje. Wybraliśmy odpowiednie symbole. Ork podszedł do drzwi i zaczął naciskać. Po ostatnim symbolu drzwi szczęknęły i otworzyły się ukazując nam prosty, niezbyt długi korytarz i kolejne, już nieoznaczone, drzwi. Za nimi odkryliśmy spore pomieszczenie wypełnione księgami i zwojami.

– O! I to jest zapewne ta właściwa wiedza, której szukamy. – skwitował Durgol.

Naliczyliśmy około pięćdziesięciu ksiąg i trzy razy tyle pergaminów.

– Czy jest tego więcej? Takich pomieszczeń? – spytałam ducha.

– Kearos coś zostawił. – odparł.

– Gdzie?

Duch wskazał na sufit.

– Musimy zbadać kolejne piętro. – zwróciłam się do towarzyszy.

Zjawa gwałtownie zaprotestowała.

– Dlaczego? – spytałam.

– Tam są strażnicy.

– Czego pilnują?

– Kogo.

– Kogo?

– Pilnowali nas.

– Byliście więźniami?

Duch potwierdził.

Więc tak wyglądało elfickie „zesłanie”. Z dala od Dworu, z dala od oczu postronnych, elfia królowa urządziła sobie więzienie, do którego wysyłała niewygodnych Dawców Imion. Horror był dla nich wyrokiem śmierci ale dla tych, którzy się uratowali był wybawieniem. Mogli odejść wolni. Teraz zaczęłam rozumieć dlaczego Kearos Navarim i Jaron byli tak bardzo przeciwni niewoleniu Dawców Imion.

– Myślę, że powinniśmy zamknąć wszystko tak jak było i powiedzieć Usunowi co znaleźliśmy.

– A ja myślę, że trzeba ich pozabijać. – wtrącił Borgil.

– Ilu ich jest? – spytałam ducha.

– Po jednym na każdego z nas.

– Czyli dwunastu. Dwanaście istot prawdopodobnie spaczonych przez Horrora. Na naszą czwórkę. Nie damy rady. – podsumowałam.

Duch zaczął energicznie coś pisać. Wyglądał na złego.

– Spokojnie. Nie denerwuj się. – poprosiłam. – Pisz wolniej bo nie rozumiem.

Gdyby zjawa mogła westchnąć zirytowana to pewnie by to zrobiła.

– Obiecałaś chronić wiedzę!

– Masz rację ale martwi jej nie ochronimy.

– Budzą się.

– Kto?

– Strażnicy. Spali przez wieki a teraz się budzą. Mówiłaś, że zbliża się zło. Ono je wybudza.

Nagle do pomieszczenia wpadł Noir.

– Niebezpieczeństwo. – wykrakał.

Rzuciłam się do wyjścia. Słyszałam jak Borgil pobiegł za mną. Kiedy wypadłam z klasztoru do jaskini zwierzaki kręciły się zaniepokojone. Na zewnątrz dostrzegłam Cień.

– Hator, Szafir, do środka. – rozkazałam. – Po raz pierwszy poczułam w nich gwałtowny opór i musiałam użyć mentalnego rozkazu żeby je zmusić do wejścia. Borgil też musiał użyć rozkazu na swoim wierzchowcu. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się wewnątrz ork zablokował drzwi klasztoru, wyjął szablę, wskoczył do środka i wykopał blokadę. Drzwi zatrzasnęły się zamykając nas w prastarym wnętrzu.

– Wracajmy do reszty. – poprosiłam.

Zjeżona Hator chodziła niemalże pomiędzy moimi nogami, Szafir wczepiła się łapkami w bluzkę a Noir usiadł na ramieniu i milczał. Borgil zostawił wierzchowca na dole. Gdy znaleźliśmy się w bibliotece Miriel powiedziała, że duchy rozumieją mowę powietrza. Wiedziała już o Cieniu. Duch jej powiedział.

– Odeślij zwierzęta na dół. Tam będą bezpieczniejsze. – zaproponowała Miriel.

– Nie pójdą. Są przerażone. Nie dam rady ich zmusić. Mogę poprosić Noir żeby pilnował wierzchowca ale reszta zostanie.

Spróbowałam wytłumaczyć Noir, że na dole będzie bezpieczniejszy. Kruk spojrzał na ścianę biblioteki.

– Matka. – powiedział.

– Gdzie? – nie zrozumiałam.

– Tam. – wskazał głową na ścianę.

Obejrzałam się. Mój wzrok padł na wizerunek centaura. Uśmiechnęłam się.

– Tak, Noir, matka. Pobłogosławiła to miejsce. Jesteśmy bezpieczni.

Zadowolony kruk poleciał na niższe piętro. Wiedziałam, że tam zostanie. Chyba nigdy nie zdołam się odwdzięczyć wielkiej Jaspree za tak wspaniały dar.

– Pójdę na zwiad. – zaproponowałam. – Musimy zobaczyć co tam jest a tylko ja mogę spoglądać w przestrzeń astralną.

Przeszliśmy w okolice schodów. Moi towarzysze zostali na dole a ja zaczęłam się cicho przesuwać na kolejne piętro. Po omacku pokonałam schody. Dopiero kiedy poczułam, że stopnie się skończyły dotknęłam Hator i zapożyczyłam jej zmysł. Czerń przede mną rozbłysła srebrem magicznych wzorców. Najwyraźniej stres wyostrza zmysły bo udało mi się dostrzec niemal całe piętro. Długi, prosty korytarz prowadził do sześciu pomieszczeń, po trzy po każdej stronie. Analizując pozostałości sprzętów udało mi się domyśleć, że jest tu pracownia dotycząca żywych organizmów, alchemiczna, metalurgiczna i skupiona na medycynie. Dostrzegłam też prywatny gabinet. Ostatnie pomieszczenie było silnie zabezpieczone magią. Nie zdołałam dojrzeć co jest w środku. Za pracowniami zaczynała się duża sala, w której dostrzegłam rzędy krypt. Przy wejściu stały dwie sylwetki elfów o dziwnych wzorcach. Zdecydowanie Adepci. Ubrani w zbroje. Przyjrzałam się ich wzorcom i cicho wróciłam na dół.

Po wysłuchaniu mojej relacji Borgil oznajmił, że kiedyś słyszał o podobnych istotach. To ożywieńcy, materialni i bardzo szybcy. Nie ima się ich broń niemagiczna. Nie wyglądało to dobrze. Jedyną naszą bronią magiczną była szabla Mynbruje i dziwny sztylet. Spojrzałam na swoje dłonie.

– Czy pazury są magiczne? Powstają za pomocą magii.

– Raczej nie. – Miriel popatrzyła z powątpiewaniem na moją „broń”.

– No to mamy przerąbane. – mruknęłam.

Obdarzona wieloma talentami – wywiad

TOP

8 lipca 2016 w lokalnej gazecie ukazał się krótki wywiad ze mną na temat mojej książki ale też RPGowej pasji. Ponieważ nie każdy miał możliwość przeczytać udostępniam tekst na blogu.

Miłego czytania 🙂

Monika Czyżowicz, autorka książki zatytułowanej ,,Obdarzona,’’ jest rodowitą opocznianką, która od niedawna przeniosła się razem z rodzicami do Buczku, małej miejscowości niedaleko Opoczna.

Obdarzona wieloma talentami, Pani Monika szkołę podstawową ukończyła w ZSS nr 1. Liceum Ogólnokształcące skończyła w Mariówce, gdzie mogła rozwijać swoją miłość do przedmiotów humanistycznych. Jest osobą, która niewątpliwie lubi wyzwania. Być może dlatego, tak na przekór wszystkiemu, wymarzyła sobie studia architektoniczne.

Spotkaliśmy się z panią Moniką, podczas tegorocznej Nocy bibliotek, gdzie opowiadała o swojej książce zatytułowanej ,,Obdarzona’’. Zaintrygowani tematem postanowiliśmy porozmawiać także na gruncie redakcyjnym, by przybliżyć jej sylwetkę mieszkańcom.

K.B. Pani Moniko, co skłoniło Panią do napisania książki o tematyce fantasy?

M.Cz. Wydanie książki to był jeden wielki przypadek. Zawsze lubiłam pisać. Jeszcze w podstawówce pisanie opowiadań, czy też wypracowań było moim ulubionym zajęciem. Powstanie ,,Obdarzonej’’ jest nierozerwalnie złączone z moją ogromna pasją, jaką jest granie w RPG, czyli Role Playing Game. Moja przygoda z tego rodzaju grą zaczęła się kiedy wyjechałam na studia do Warszawy. Po każdym spotkaniu, nazywanym sesją, zaczęłam spisywać nasze przygody na forum. Okazało się, że ludzie to czytają i chcą więcej. Kiedy jednak wróciłam do Opoczna stwierdziłam, że tutaj nie mam z kim grać, więc zaczęłam pisać. Moja koleżanka, która czytała opowiadania, ciągle pytała, co dalej, co dalej. I tak się stało, że z kilku opowiadań, w końcu powstała książka. To właśnie koleżanka po przeczytaniu całości, namówiła mnie, żeby ją wysłać do  wydawnictw. To był szok, gdy najpierw odezwało się jedno, a potem drugie wydawnictwo, zainteresowane wydaniem mojej książki. Zachęcana także przez rodziców uznałam, że warto. Choć kosztowało mnie to sporo pieniędzy, ale dzięki wsparciu rodziców udało się.

K.B. O czym jest ,,Obdarzona’’?

M. Cz. To fantasy, a więc gatunek w którym pojawiają się baśniowe stwory a świat jest wymyślony i nie ma nic wspólnego z naszą rzeczywistością. Książka jest inspirowana naszymi sesjami gier RPG w moim ukochanym systemie jakim jest „Earthdawn: Przebudzenie Ziemi”. Opowiada losy kobiety, która ryzykując życie opuszcza swój ginący świat w poszukiwaniu pomocy dla umierającego ludu.

K.B. Pani Moniko, a co to w ogóle są gry RPG? Przyznam, że nigdy nie słyszałam o tego rodzaju grach?

M.Cz. Generalnie, jak tylko wspominam o RPG ludzie dziwnie na mnie patrzą bo nie rozumieją o czym ja w ogóle mówię. Najprościej porównać je z teatrem. Mamy konkretny system, konkretny świat i grupkę osób która się spotyka. Jest jedna osoba zwana Mistrzem Gry, która będzie reżyserem odpowiedzialnym za rozgrywkę. Natomiast reszta graczy wybiera sobie swoją postać, ma papierowa kartę postaci i ustala kim chce grać, jaką rasą, profesją. Kiedy postać jest już gotowa Mistrz Gry wymyśla rozgrywkę, a my musimy reagować na to, co on nam podrzuci. Np. Mistrz mówi „wchodzicie do karczmy i widzicie bójkę”, i wtedy każdy z graczy deklaruje, co robi. To jest wszystko na żywo. Oczywiście nie przebieramy się. Nie mamy na sesjach komputerów. Siadamy twarzą w twarz i gramy swoje role. Na te kilka godzin stajemy się kimś innym. Kimś, kto w wymyślonym świecie przeżywa niesamowite przygody. Wystarczy kartka, ołówek, zestaw kości i nieograniczona wyobraźnia.

K.B. A czy pamięta Pani jak to się wszystko zaczęło? Gdzie po raz pierwszy zetknęła się Pani z tymi grami?

M.Cz. Zaczęło się w Warszawie, kiedy byłam na studiach. Moja koleżanka poznała chłopaka, który zajmował się odtwórstwem historycznym. Dzięki niej poznałam kilka osób z tego towarzystwa i okazało się, że niektórzy z nich grają właśnie w RPG. Dla mnie wtedy to też była totalna abstrakcja, dlatego zapytałam, czy mogłabym przyjść i popatrzeć na sesję. Tak to się zaczęło. Poszłam na jedną, drugą i kolejne sesje. Spodobało mi się. Choć z natury jestem osobą bardzo nieśmiałą w końcu zapytałam, czy mogłabym zagrać. Pierwsza sesja to był dla mnie dramat. Kiedy miałam się odezwać i zagrać moją postać byłam cała w nerwach. Po pierwszej sesji od razu wiedziałam, że chce więcej. No, ale jak już poszło to poszło. Spotykaliśmy się regularnie raz w tygodniu przez sześć lat. Od tamtego czasu upłynęło kilka lat. Zagrałam setki sesji, a dziesiątki poprowadziłam. Trochę nieśmiałości zostało, ale RPGi nauczyły mnie radzenia sobie z nią. Przełamywania swoich lęków. Dziś nie jestem w stanie wyobrazić sobie bez nich mojej rzeczywistości. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele zagranych i poprowadzonych sesji i wiele osób, które zarażę swoją pasją żeby też mogły doświadczyć tej niesamowitej magii jaką daje każda sesja.

K.B. A czy ta gra może się w ogóle skończyć?

M.Cz. RPG mają to do siebie, że można w nie grać latami i nigdy się nie znudzą. To nie jest gra komputerowa, która w pewnym momencie się skończy. Chyba, że wszyscy zginą, ale nawet wtedy w systemach RPG są sposoby wskrzeszenia postaci. Pierwsza drużyna w której grałam, nie przeżyła długo. Niestety porwała się na wroga, którego nie była w stanie pokonać. Natomiast drugą drużynę prowadziliśmy około trzech lat.

K.B. To długo!

M. Cz. Tak. Sesje odbywały się regularnie, raz w tygodniu. Spotykaliśmy się w mieszkaniach znajomych. Potrafiliśmy zacząć około 14.00 i siedzieć nawet 2.00 w nocy. Nasz ówczesny Mistrz Gry miał działkę pod Warszawą, więc czasami jak był długi weekend to graliśmy nawet przez cztery dni, przy okazji grillując.

K.B. Ile osób liczy drużyna?

M. Cz. Najlepiej dla Mistrza Gry jest wtedy, kiedy ma czterech graczy, bo to jest taka ekipa, która już może sporo zdziałać, a jeszcze nie ma chaosu. W naszej ekipie standardowo było sześciu graczy i dwóch albo trzech dochodzących.

K.B. Czy teraz, po powrocie do Opoczna, też Pani gra?

M.Cz. Jak przyjechałam do Opoczna to okazało się, że w mieście nie ma nikogo z kim mogłabym pograć. Wtedy odkryłam, że można grać w RPG przez internet. Dzięki czemu mogę grać z ludźmi z całego świata. Rozmawia się na skype a do rzutów kostkami i kart postaci są specjalne programy.

K.B. Czy nie myślała Pani, żeby rozpropagować grę wśród opocznian. Byłaby Pani  prekursorką RPG w Opocznie?

M.Cz. Tak. Myślałam o tym. W minionym roku powstał nowy Festiwal Fantastyki na Mazurach, w Twierdzy Boyen w Giżycku. W całym kraju organizowane są konwenty, na których nie tylko się gra. Zapraszani są na nie także pisarze odbywają się konkursy i prelekcje. Koleżanka napisała do mnie, czy nie zechciałabym wystąpić na konwencie jako gość. Zgodziłam się i udział w nim wspominam bardzo miło. Chcąc zareklamować tegoroczny festiwal udałam się do instytucji kulturalnych w mieście. Okazało się, że dyrektor MDK  jest zainteresowany, by gry PRG propagować w Opocznie. W lipcu mam zorganizować zajęcia dla dzieci biorących udział w wakacyjnych turnusach. Równie mile zareagował dyrektor MBP. Mam nadzieję, że zaowocuje to stałą współpracą.

K.B. Czy można powiedzieć, że to właśnie RPG zapoczątkowały powstanie ,,Obdarzonej’’.

M.Cz. Tak. Oczywiście, bo tak naprawdę, gdyby nie zainteresowanie moimi opisami na forum, o które ludzie się wręcz upominali, książka by nie powstała. ,,Obdarzona’’ powstała przez sen, który śnił mi się przez trzy, czy cztery noce z rzędu. Śniła mi się scena, która początkuje tą książkę. Zirytowałam się i zaczęłam pisać. Miało to być opowiadanie ale jakoś tak się rozrosło że wyszła z tego książka. Zaczęłam pisać w styczniu, a we wrześniu była już gotowa. ,,Obdarzona’’ jest tak samo szybka, jak szybko mi poszło pisanie. Akcja jest szybka, zwarta, jak na sesjach.

K.B. Planuje Pani kolejną część powieści?

M.Cz. Tak. Choć rozstałam się z wydawnictwem, które ją wydało. Teraz próbuję przerobić pierwszą część ,,Obdarzonej’’, żeby była taka bardziej spokojna, literacka, żeby było więcej opisów itd., bo ta wersja jest stricte sesyjna. Wstrzymuję się z poszukiwaniem nowego wydawnictwa, bo chcę wziąć udział w dwóch konkursach organizowanych przez największe wydawnictwo fantastyki ,,Fabrykę Słów’’. Na jeden z tych konkursów opowiadanie już powstaje. Powstaje także druga część „Obdarzonej”, ale najpierw, jednak, muszę poprawić pierwszą wersję żeby wydać obie w tym samym wydawnictwie.

K.B. Czy łatwo przychodzi wena?

M. Cz. W mojej opinii wena jest, tak naprawdę, bzdurą. Uważam, że 90% pisania to jest ciężka praca. Oczywiście iskra, pomysł, są potrzebne ale później to już czyste rzemiosło. Siadam do pisania i nagle potykam się o drobne rzeczy. Pisząc teraz opowiadanie konkursowe, w którym dwie bohaterki wspinają się nocą na Łysą Górę, a jedna z nich ginie, muszę wiedzieć, czy w Polsce stosuje się taśmy policyjne, by odgrodzić miejsce zbrodni. A jeśli się stosuje to jaką? Jakie są stopnie policyjne, bo w opowiadaniu pojawia się policjant prowadzący śledztwo, który musi mieć odpowiednią rangę. Sprawdzanie wszystkich nurtujących mnie kwestii zajmuje naprawdę sporo czasu.

K.B. Czy daje Pani komuś do przeczytania wersję roboczą swojej twórczości?

M.Cz. Tak. Szkice zawsze najpierw trafiają do mojej mamy, która chętnie czyta i wytyka błędy. Jest moim krytykiem, za co bardzo ją cenię. ,,Obdarzoną’’ przeczytała także moja 92-letnia babcia, której książka bardzo się podobała, choć wcześniej nigdy nie czytała książek z gatunku fantasy. Bolączką tych mniej znanych pisarzy jest to, że wiele osób w ogóle nie przeczyta książki, bo nie zna pisarza. Z reguły sięgamy po książki osób o wyrobionej pozycji na rynku wydawniczym. Przez to jednak, początkujące osoby, wydają się z góry skazane na przegraną. No cóż na sławę trzeba sobie zapracować i to ciężką pracą, bo wena tu nie pomoże.

K.B. Jest pani osobą o wielu zainteresowaniach. Prowadzi Pani bloga?

M.Cz. Tak. Zachęcam do zajrzenia na mój blog www.aurayablog.wordpress.com. Wszyscy zainteresowani będą mogli dowiedzieć się więcej na temat gier RPG a także poczytać moje relacje z sesji. Zamieszczam także recenzje filmów. Książek raczej nie, bo bardzo dużo czytam i zajęłoby mi to ogrom czasu. Kiedy nie gram, poza pracą zawodową, dużo mojego czasu zajmuje nasz ogród. Praca przy roślinach pozwala mi się wyciszyć i odreagować bolączki dnia codziennego.

K.B. Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia marzeń i wydania książek w ,,Fabryce Słów’’.