18 Nadzieja

Szykowaliśmy się do drogi, gdy w naszych głowach rozległ się znajomy głos Barona. Szybko otworzyłam drzwi zapraszając t’skranga do środka. Przy okazji rzuciłam okiem na zewnątrz upewniając się, że Cień wciąż tam jest. Jakby czekał na nasz ruch.

Thar’zitt nie był sam. Na chmurce, która za nim płynęła, leżał elf. Miał białe włosy, ubrany był w skórznię a obok leżał łuk i kołczan ze strzałami.

– Kto to? – spytałam zaciekawiona zamykając za nimi drzwi.

– Fentik, Łucznik. Znalazłem go w zagajniku niedaleko, spotkał się z ogrami i nie wyszło mu to na dobre.

– Właśnie widzę. – zerknęłam na ranę na głowie elfa.

Miriel i Durgol dołączyli do nas. Przywitali się z Thar’zittem i Baronem. Elfka od razu zaczęła opowiadać Thar’zittowi o wielkiej bibliotece na górze.

– Chętnie ją zobaczę. Co zamierzacie dalej? – Thar’zitt ustawił chmurkę z elfem na podłodze i rozejrzał się ciekawie po wnętrzu.

– Znaleźliśmy list od Kearosa Navarima do Elianara Messiasa, z którego wynika, że na wschodzie może być ukryta kolejna Księga Cierpienia. – wyjaśniłam. – Uważamy, że ta wioska, przed którą przestrzegały nas ogry, może właśnie ją skrywać, stąd zło, które nam zasugerowały.

– Właśnie. – wtrącił się Durgol. – To bardzo głupi pomysł. Tam może być zasadzka.

– Tutaj też miała być. – odpowiedziałam.

– Przecież była. – upierał się Durgol.

– Ale wiedzieliśmy o niej. Duchy nam wszystko powiedziały, więc spodziewaliśmy się wrogów na górze.

– Zasadzka to zasadzka. Nawet jak się jej spodziewasz.

– Spodziewamy się niespodziewanej zasadzki? – t’skrang wyglądał na nieco zdezorientowanego.

– Ktoś powinien opatrzyć tego elfa. – postanowiłam zakończyć temat zasadzek lub ich braku. – Żeby nam się nie wykrwawił.

Durgol zaoferował się, że zostanie z rannym, opatrzy go i będzie doglądać, więc my wróciliśmy do przeglądania ksiąg. Przy okazji pokazałam Thar’zittowi znalezione u Messiasa przedmioty. T’skrang zbadał je dokładnie. Okazało się, że obydwa są wątkowe, medalion umożliwia spoglądanie w przestrzeń astralną oraz badanie aury zaś lupa pomaga w tłumaczeniu tekstów i deszyfrowaniu. Dodał też, że lupa wygląda na bardzo starą, może nawet nie pochodzi z Barsawii. Zasugerował, żeby pokazać ją Durgolowi, może jego wiedza pozwoli mu określić pochodzenie przedmiotu.

Zostawiłam Miriel i Thar’zitta samych, zagłębionych w księgach. Powoli przebywanie w zamknięciu zaczęło mi doskwierać. Chodziłam od ściany do ściany nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Hator czuła się podobnie jak ja, zamknięta jak w klatce. Co jakiś czas wyglądałam na zewnątrz, żeby chociaż zaczerpnąć świeżego powietrza, poczuć wiatr, zapach trawy, spojrzeć na błękitne niebo.

Wyczekałam na moment, kiedy Thar’zitt zrobił sobie przerwę w zgłębianiu ukrytej w klasztorze wiedzy i poprosiłam go żeby opowiedział mi o duchach żywiołów. Zaintrygowały mnie  duchy i chciałam wiedzieć czy te powstające z żywiołów zachowują się podobnie jak te, które spotkaliśmy w klasztorze. T’skrang uświadomił mnie, że duchy żywiołów są dużo bardziej nieprzewidywalne i potężniejsze. Chyba jednak nie będę próbowała zgłębić ich natury, mogłyby zagrozić zwierzętom.

Wreszcie Fertik się obudził a nasze rany zasklepiły. Elf poprosił żeby mógł nam towarzyszyć, poszukuje przygód i sławy a chodzenie samemu nie jest dobrym pomysłem. Zgodziliśmy się. Zawsze to dodatkowy Adept w drużynie. Obawiając się o wiedzę ukrytą w klasztorze ustaliliśmy, że Borgil zostanie w klasztorze a my spróbujemy zbadać wioskę. Ork, bardzo niechętnie, przystał na tą propozycję. Nie jestem pewna, czy wytrzyma tam dłużej niż jeden dzień, bezczynność nie jest tym, co podoba się naszemu Kawalerzyście. Zaproponowałam, żeby zabrać ze sobą duży zapas drewna, w końcu skoro Cień ma możliwość znikania w mroku powinniśmy zapewnić sobie maksymalnie dużo światła w czasie noclegu. Drużyna przytaknęła, więc zgromadziliśmy wszystko, co dało się w klasztorze przerobić na drewno na opał.

Wyruszyliśmy rankiem. Cień czekał na nas, a kiedy skierowaliśmy się na wschód ruszył wraz z nami w pewnym oddaleniu. Połowę dnia wspinaliśmy się żeby wreszcie z ulgą powitać wyraźny spadek drogi w kierunku ukrytej między skałami doliny. Zdumiała mnie jej żyzność. Pod naszymi stopami rozciągał się aksamitny dywan zieloności lasu. Z oddali słychać było świergot ptaków a Hator przyjęła postawę wyraźnie świadczącą o chęci zapolowania. Powstrzymałam ją i zerknęłam w przestrzeń astralną. Była otwarta. Nadal niepokoiła mnie ta niesamowita dolina ale nie było podstaw do żywienia wobec niej dalszych podejrzeń. Puściłam Hator wolno. Niemal fizycznie odczułam jej radość, kiedy rzuciła się między drzewa.

Rozłożyliśmy obóz zabezpieczając go wokoło ogniskami. Przeszłam się także po lesie, co pozwoliło mi zebrać sporo ziół pomocnych przy oparzeniach.  Z przyniesionej przez Hator zwierzyny przygotowałam porcje także dla nas. Kotka szalała z radości tarzając się w trawie i skacząc po gałęziach najbliższych drzew.

Nie dane nam było spokojnie pospać. Podczas pierwszej warty rozpętała się gwałtowna ulewa. Przyroda znów pokazała nam swoją potęgę sprawiając, że dokładnie wszystko w obozie zostało przemoczone. Ponieważ była nas nierówna liczba przypadła mi samotna warta. Nawet mnie to cieszyło. Lubię siedzieć w ciszy nocy, otoczona tylko moimi zwierzętami. Po deszczu zrobiło się chłodniej, więc otwarta przestrzeń zaczęła się powoli zasnuwać pasmami mgły ale na czystym niebie lśniły gwiazdy. Z radością chłonęłam spokój i piękno tej chwili.

– Baronie – odezwałam się cicho do paprotki, która zaoferowała się, że będzie ze mną wartować.

– Tak Raven?

– Chciałbyś pospacerować? Obiecałam ci to a jakoś do tej pory nie było okazji.

– No jasne że bym chciał. – wyczułam radość ducha.

Pomodliłam się przez chwilę do Jaspree i poruszyłam roślinę dzięki jej mocy. Jakaż była radość Barona, kiedy paproć wyciągnęła korzenie z donicy i zaczęła spacerować po obozowisku. Aż miło było na niego patrzeć. Dopilnowałam żeby przed końcem mocy paproć wróciła do doniczki. Baron podziękował serdecznie. Obiecałam, że raz dziennie będzie mógł wyjść na taki spacer jeśli tylko będzie chciał.

Rankiem z radością słuchałam jak Baron z ekscytacją opowiada o swoim nocnym spacerze. Jak niewiele czasem potrzeba istocie żeby poczuła się szczęśliwa. Dużo mniej niż wymagającym Dawcom Imion, którzy ciągle za czymś gonią, i którym wciąż czegoś brakuje.

Zebraliśmy obóz i ruszyliśmy dalej. Droga jeszcze dość długo prowadziła w dół. Wreszcie po prawej stronie dojrzeliśmy na górskim zboczu owce świadczące o bliskości osady.

– Mówię wam, że to jakaś zasadzka. – zaczął znów Durgol.

– Zbliżamy się do osady, owce to dobry znak. – uspokoił go Thar’zitt.

– Do złowieszczej osady.

– Ale nikt nie zakłada złowieszczej osady.

– Tam mogą być Horrory. Same Horrory. – argumentował dalej Durgol.

– I hodują te Horrory owce?

– Panowie. – przerwałam dyskusję. – Chyba zostaliśmy dostrzeżeni.

W górze zbocza rozległo się szczekanie dwóch dużych psów pasterskich. Pilnujący stada człowiek, na oko dość zamożny bo dobrze ubrany, popatrzył na nas z daleka po czym zniknął między skałami.

– Czekajcie, zerknę w przestrzeń astralną. – zatrzymała nas Miriel.

– A jakim cudem ty umiesz patrzeć w przestrzeń? – zdziwił się Durgol.

– Dzięki temu. – elfka wskazała medalion Elianara, do którego częściowo się dostroiła. – Znaleźliśmy go w grobowcu Elianara.

– Doprawdy? – dostrzegłam w oczach Durgola niebezpieczne iskierki wzburzenia. Dopiero teraz przypomniało mi się, że w końcu nie powiedzieliśmy mu o znalezionych przedmiotach. – Co jeszcze znaleźliście i mi nie powiedzieliście?

Próbowałam ułagodzić sytuację ale Durgol był niepowstrzymany. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Krzyczał, że traktujemy go jak idiotę, że wciąż się z niego śmiejemy mimo, że zawsze okazuje się, że ma rację.

Za każdym razem, kiedy już mi się wydaje, że rozumiem Dawców Imion coraz lepiej dzieje się coś, co sprawia, że znów dochodzę do wniosku, że nie mam o nich pojęcia zaś zwierzęta są mi dużo bliższe niż, tak zwane, rozumne rasy. Oczywiście rozumiałam sam powód wzburzenia Durgola. Faktycznie trzeba było mu powiedzieć o przedmiotach. Jednak kompletnie nie rozumiałam awantury ani ponad półgodzinnej dyskusji, w czasie której Miriel próbowała ugasić ten ogień. Czy naprawdę materializm jest tak popularny wśród Dawców Imion, że o cenne drobiazgi gotowi są rzucić się sobie do gardeł?

W międzyczasie Thar’zitt postanowił z wysokości zerknąć na drogę przed nami. Podleciał na chmurce i w mowie powietrza oznajmił nam, że widzi dużą, porządną wioskę i sporą grupę Dawców Imion, którzy zdążają w naszym kierunku. Szliśmy powoli dalej. Ja z Fentikiem z przodu, Miriel z Durgolem, kłócąc się intensywnie, z tyłu. Dostrzegłam dorodne drzewa owocowe, obsypane owocami i w końcu naszym oczom ukazała się osada. Zanurzona w dolinie, składała się z luźno porozrzucanych chat. Wyglądała na młodą, nie starszą niż dziesięć lat oraz dobrze utrzymaną. Na drodze prowadzącej do wsi stała spora grupka Dawców Imion. Thar’zitt siedział pod jednym z drzew w ich pobliżu i kiedy tylko nas zobaczył ostrzegł, żeby zachować sposób, i że mieszkańcy proszą o rytuał powitania. Miriel wraz z Durgolem albo się dogadali albo zawiesili topór wojenny gdyż dołączyli do nas już milczący. Wykonaliśmy rytuał powitania. Przyjrzałam się oczekującym na jego koniec Dawcom Imion. Dowódcą wydawał się być krasnolud bez lewej ręki, siwy, ubrany w dobrą choć starą zbroję. Przedstawił się jako Brandt, Powietrzny Żeglarz 6 Kręgu. Towarzyszyła mu drobna, ruda elfka z łasicą, puchaczem, wróblem i orłem, od których wprost nie mogłam oderwać wzroku. Na imię miała Rina i okazała się być Władcą Zwierząt 4 Kręgu. Był wśród nich także młody człowiek, blondyn, z przewieszonym łukiem, przedstawiający się jako Kalin, Zwiadowca 2 Kręgu; kolejny krasnolud, krępy, nieco podobny do Brandta, który przedstawił się jako Bedar, Zbrojmistrz 1 Kręgu oraz niezwykle spokojna i stonowana wietrzniaczka o włosach związanych w warkocz i niemal hipnotyzującym głosie, która okazała się być Adeptką Uzdrowicielką 4 Kręgu o imieniu Alia.

Thar’zitt z miejsca zapytał ich, zaciekawiony, jak to się stało, że w takim miejscu jak to jest tak dużo Adeptów. Brandt opowiedział nam więc historię ich wioski. Mieszkali na zachodzie Gór Delaryjskich, w kaerze. Po wyjściu osiedlili się u stóp gór i wydawało się, że uda im się stworzyć swoje nowe miejsce w odradzającej się Barsawii. Niestety nie trwało to długo. Osadę napadli orkowi nomadzi, plemię Czaszkowych Wilków, kawaleria nomadów współpracująca z therańczykami. Mordowali każdego kto im się nawinął, więc mieszkańcy uciekli w góry. Przeżyło sporo Adeptów, ze względu na ich umiejętności, które sprawiają, że są lepiej przystosowani. Kiedy dotarli do doliny zastali ją żywą, kwitnącą, żyzną. Idealne miejsce żeby się osiedlić. Jakby ich tu zapraszało. Z ulgą rozłożyli się w cudownym miejscu i zaczęli budować swój nowy dom. Osadzie nadano nazwę Nadzieja i mieszkańcy odetchnęli z ulgą. Od tamtej pory minęły cztery lata. Osada rozkwitła a mieszkańców zupełnie nic nie niepokoi. Chyba każdemu z nas ten spokój wydał się nienaturalny bo na chwilę zapadła krępująca cisza jakbyśmy zastanawiali się, co jest nie tak z tym miejscem.

Ciszę przerwał Brandt proponując nam, żebyśmy rozłożyli się w Domu Zgromadzeń zaś wieczorem Rada wyprawi kolację, na której będziemy mogli porozmawiać z nimi, opowiedzieć o naszych przygodach i o tym jak wygląda świat poza górami. Oddelegował też kilkoro dzieciaków, które miały nam usługiwać, jeśli będziemy czegoś potrzebować. Podziękowaliśmy serdecznie, zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy się rozejrzeć.

Obeszłam wioskę wokoło bacznie zwracając uwagę na Szafir. Dzięki temu odkryłam ścieżkę prowadzącą wyżej w góry, na której Szafir zaczęła mocniej świecić. Poszłam kawałek ścieżką. Świecenie się nasilało.

– Wracaj Szafir. – przywołałam ważkę. – Jutro musimy tam iść. – dodałam sama do siebie i wróciłam do wioski.

Spotkaliśmy się ponownie w Domu Zgromadzeń już pod wieczór. Usiedliśmy razem żeby podzielić się informacjami. Miriel powiedziała nam, że wchodząc do wioski, tuż przed dyskusją z Durgolem, dostrzegła drogę, jaką przebywał Cień. Pasma spaczenia oplatały wioskę mijając ją i kierując się w góry. Wtrąciłam informację o świecącej Szafir, zapewne słusznie się domyślając, że może to być kierunek podróży Cienia. Nie mieliśmy pomysłu dlaczego nie wchodzi on do wioski. Ale Thar’zittowi udało się zdobyć kilka cennych informacji. W okolicznym lesie odkrył starą jodłę, w której mieszkał duch. Powiedział mu, że kiedyś ta dolina tak nie wyglądała. Jakiś czas temu, niedługo przed przybyciem grupy Dawców Imion, magia zmieniła ten teren. Jakby uśpiona siła, energia albo jakaś moc, została nagle aktywowana.

– Może ktoś przygotował to miejsce specjalnie na przybycie Dawców Imion? – wysunęłam przypuszczenie.

– Ale skoro Cień nie może tu wchodzić to po co? – spytał Durgol.

– O ile dobrze wnioskuję, po tym co mówił Amarin, to Horrory mogą oddziałowywać na Dawców Imion także z pewnej odległości. Nie muszą wchodzić do miejsca ich przebywania. Nie zauważyliście, żeby mieszkańcy jakoś dziwnie się zachowywali?

– W zasadzie to zauważyłem. – krasnolud zamyślił się na chwilę. – Wyglądają na nienaturalnie zmęczonych, jakby nie spali albo jakby mieli koszmary co noc.

– Musimy z nimi porozmawiać. – odezwała się Miriel. – Spróbować dowiedzieć się co się z nimi dzieje. Może sami coś zauważyli.

– W takim razie odpocznijmy. – zaproponowałam. – Mamy chwilę czasu do kolacji, więc odświeżmy się, zdrzemnijmy. Musimy mieć świeże głowy żeby zdobyć jak najwięcej informacji a jednocześnie nie zdradzić powodu naszej wizyty.

Drużyna potaknęła. Pozostało nam czekać na wieczorną ucztę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s