Bohaterka z przypadku

Dosłownie w ostatniej chwili, dzień przed wyjazdem na kilka dni, wpadła mi w oko informacja, że Polcon organizuje konkurs na opowiadanie. Temat „fantastyczne światy”. Pomyślałam sobie, że to pech, że tak późno, bo z przyjemnością coś bym skrobnęła. Wyjechałam i gdzieś tam, w środku, tkwił ten żal, że nie dam rady spróbować.

Nagle przyszedł pomysł. Złapałam za telefon i zaczęłam pisać. Gdy tylko dorwałam się do komputera siadłam znowu. I tak powstała „Rozdarta Osnowa.”

Wysłałam ją dosłownie w ostatniej chwili.

Tydzień temu przyszedł mail:

„Dzień dobry!

W imieniu organizatorów i jury Konkursu Literackiego „Fantastyczne Światy” informuję, że nadesłane opowiadanie pt. Rozdarta Osnowa zostało nagrodzone wyróżnieniem. Gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów literackich.”
Przed Wami „Rozdarta Osnowa”, która w międzyczasie zyskała nowy, bardziej adekwatny tytuł „Bohaterka z przypadku.” Moja pierwsza nagroda literacka 🙂

BOHATERKA Z PRZYPADKU

Nikt, poza policją oczywiście, nie wierzył w wypadek babci. Nawet wścibska sąsiadka z naprzeciwka, która mnie dopadła kiedy otwierałam drzwi, uraczyła mnie kazaniem, że policja nieudolna bo w ogóle jej nie przesłuchała, a przecież ona wie, że to było morderstwo. Uwolniły mnie od tej tyrady solidne drzwi wejściowe, które udało mi się zatrzasnąć tuż przed nosem trajkoczącej kobiety, grzecznie tłumacząc, że bardzo się spieszę.

Tkwiąc w ciemnym korytarzu pustego mieszkania pomyślałam, że może jednak pomysł przyjścia tutaj w pojedynkę nie był najlepszy. Co prawda nie miałam odruchu bania się duchów ale świadomość, że zaledwie trzy dni temu znaleziono tutaj zwłoki babci nieco jeżyła włosy na karku.

Niemal bezwiednie dotknęłam starej boazerii. W wielu miejscach deski trzeszczały niepokojąco, dźwiękiem, który przypominał skrzypienie konarów starych drzew targanych wiatrem. Buro brązowa farba odłaziła gdzieniegdzie, ukazując zeżarte przez korniki drewno. Zrobiło mi się wstyd. Tyle razy obiecywałam babci, że przyjadę na kilka dni i zrobię z tym porządek. Nie zdążyłam. Byłam taka głupia. Myślałam, że wszystko jest wieczne, że mam czas. To takie ludzko nieodpowiedzialne. Pewnie dlatego, jak tylko padł temat porządku w mieszkaniu, wyrwałam się pierwsza. Coś byłam staruszce winna.

Znałam mieszkanie na pamięć. Wiedziałam, że za białymi, starymi jak babcia, drzwiami kryją się dwie sypialnie, pokój dzienny i kuchnia. W toalecie pewnie nadal straszą liszaje kleju spod odpadających płytek a wanna nadal ma rude zacieki po miejskiej wodzie, dostarczanej do budynku pordzewiałymi rurami. Po kilku minutach stania w korytarzu, z miną wyraźnie świadczącą o niepewności, zdecydowałam się otworzyć szafę i powiesić w niej torbę i kurtkę. Drzwi skrzypnęły złowrogo, jakby broniły zawartości. Zapach terpentyny buchnął mi w twarz aż kichnęłam. Babcia chyba wylała tam całą butelkę. Powiesiłam rzeczy, obiecując sobie, że ubraniami, butami i apaszkami, wylewającymi się na mnie z półek wściekle kolorowym wodospadem zajmę się później. Tymczasem, zostawiając drzwi otwarte, żeby kurtka nie zaśmierdła mi ostrym żywicznym zapachem, ruszyłam powoli na obchód mieszkania.

Miałam rację, nic się nie zmieniło.

Pierwsza para drzwi, dokładnie naprzeciwko siebie, kryła sypialnię babci i dawną moją sypialnię. U babci wciąż stało ogromne, dębowe łoże, z wielkim zagłówkiem rzeźbionym w sielskie scenki rodzajowe, dwudrzwiowa opasła szafa, jakimś cudem utrzymująca się na delikatnych, lwich nóżkach, komoda i wygodny, stary fotel pod stojącą lampą o trapezowym abażurze. Wzorzysty dywan zakrywał całą podłogę, na ścianach wisiała kolekcja obrazków zaś z łóżka, tonącego pod poduchami, spływała na podłogę włóczkowa kapa. Pachniało lawendą. Zupełnie jak perfumy babci.

Nie dotykając niczego wycofałam się do mojej sypialni. Kiedy otworzyłam drzwi łzy stanęły mi w oczach. Babcia niczego nie zmieniła. Biurko nadal stało pod oknem, przysłoniętym błękitną firanką z frędzli, ozdobione naklejkami, z wciąż niedomykającą się szufladą. Piętrowe łóżko zajmowało całą jedną ścianę. Regał pod nim wciąż zapełniały te same książki zaś z segmentu naprzeciwko, częściowo przeszklonego, patrzyły na mnie z wyrzutem porcelanowe lalki, słoniki i konie. Jedyną rzeczą dodatkową były pudła, stojące przy regale z książkami. Tworzyły całkiem sporą piramidę i z tego co udało mi się dostrzec były szczelnie obklejone taśmą. Stary parkiet przykrywał włóczkowy chodniczek z wizerunkiem końskiej głowy. Powietrze pachniało kurzem, co z niewyjaśnionych przyczyn wzbudziło mój gwałtowny sprzeciw. Podeszłam do okna i szarpnęłam za klamkę. Podwójne, drewniane skrzydło, podzielone na mniejsze kwadraty z protestem odkleiło się od framugi i niechętnie wpuściło do pomieszczenia powiew świeżego powietrza a wraz z nim odgłosy podwórka. Dzięki tym dźwiękom poczułam się bezpieczniej i już pewniej przeszłam do kolejnych pomieszczeń.

Rzuciłam szybko okiem na łazienkę. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałam. Pełna buteleczek i słoiczków, z małymi kafelkami w kolorze cappucino, z nieodłączną “Panią Walewską” patrzącą na mnie z rozlicznych pojemników. Na sznurach nad wanną wisiały dwie bluzki i długa spódnica a plastikowa zasłonka, którą próbowałam kiedyś przerobić wannę na prysznic, skuliła się smętnie w rogu. Nawet lustro nad umywalką wciąż było to samo, zamglona przez czas srebrna tafla oprawiona w ażurową, metalową ramę. Uśmiechnęłam się na widok szydełkowego przykrycia deski klozetowej. Babcia zawsze powtarzała, że każdy szczegół jest ważny i nawet najmniejsza kropeczka czegoś wesołego może odmienić nasze życie.

Jedyną nową rzeczą w małej, kwadratowej kuchni, z zaskakująco dużym oknem, była lodówka. Pasowała do wnętrza jak pięść do oka, rażąc ideałem chromowanych drzwi. Odbyłam z babcią chyba z pięć rozmów telefonicznych próbując ją skłonić, żeby dała sobie wymienić stary sprzęt na coś nowszego. Większości rzeczy broniła jak lew, ale kiedy przyszedł upał i całe przygotowane jedzenie niemalże wypłynęło z niedziałającego starocia babcia wreszcie się poddała. Faktycznie patrząc na stylowy kredens, pięknie rzeźbiony przez przedwojennego rzemieślnika, delikatne, niemal unoszące się w powietrzu krzesełka i ręcznie robione zazdrostki w oknach rozumiałam opór babci przed tą wielką stalową górą, tkwiącą w kącie jak wyrzut sumienia.

Nastawiłam wodę na herbatę. Pomyślałam, że przyda mi się coś do picia jak zagrzebię się w babcinych papierach, których miała całą masę. Mama mówiła, że gdzieś w mieszkaniu powinien być akt własności. Babcia wspominała też coś o testamencie. Zanim przekopię się przez góry pamiątek zastanie mnie tu pewnie czarna noc. Wybrałam szklankę, która wyglądała najmniej delikatnie, wrzuciłam torebkę zielonej herbaty i zajrzałam do lodówki. W plastikowych pojemniczkach leżały osobno sery, warzywa, kilka plasterków wędliny, masło. Znalazłam też mój ulubiony dżem z zielonych pomidorów, który babcia robiła co rok z owoców dostarczanych jej przez jakiegoś przyjaciela z niedalekiej wsi. W dużym pudle odkryłam gołąbki i od razu poczułam się głodna. Zamrażalnik pewnie krył podobne skarby.

Od kontemplacji zawartości lodówki oderwał mnie dźwięk wrzeszczącego na alarm czajnika. Zamknęłam lodówkę, wyłączyłam gaz, odwróciłam się po szklankę i wrzasnęłam. Na stoliku, w nonszalanckiej pozie, siedział sobie ogromny szczur, jakby nigdy nic czyszcząc pyszczek i zerkając na mnie zaciekawiony. Nie żebym bała się myszy czy szczurów, ale ten nagły widok wywołał bezwiedną reakcję. Starając się uspokoić przyjrzałam się zwierzakowi. Zdecydowanie był hodowlany, jasne grafitowo szare futerko błyszczało zdrowo, czarne paciorki oczu rozglądały się bez śladu strachu a długie, białe wąsy poruszały miarowo. Pomyślałam, że komuś musiał uciec. Tylko skąd wziął się u babci?

Sięgnęłam po szklankę obserwując niecodziennego gościa. Przechylił łepek kiedy ją zabierałam, przyglądał mi się kiedy nalewałam wodę i kiedy otwierałam lodówkę. Gdzieś mgliście kołatała mi się myśl, że szczury są mięsożerne, więc wydobyłam kawałek kiełbasy i podsunęłam zwierzakowi pod nos. Obwąchał daninę po czym chwycił ją w łapki, przysiadł na tylnych łapach i wziął się za pałaszowanie. Paradoksalnie poczułam się lepiej mając świadomość, że w mieszkaniu jest ktoś więcej niż tylko ja i wspomnienia.

Delikatnie niosąc przed sobą szklankę powędrowałam do pokoju dziennego. Był nieduży, nawet jak na blokowe standardy. Długi i wąski. Lewą ścianę zajmował w całości smutny, bury segment, na prawej stała ława i dwa podniszczone fotele zaś przy wyjściu na balkon zmieściła się szafka po maszynie do szycia, która teraz służyła za podstawę pod telewizor. To tutaj sąsiadka znalazła babcię. Powiedzieli nam, że wstając z fotela musiała stracić równowagę i uderzyła głową o kant segmentu. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Miała nieco ponad osiemdziesiąt lat a tryskała zdrowiem i energią bardziej niż moi rodzice, czy nawet ja sama. Szczupła, wręcz czerstwa, wszystko w domu robiła sama, włącznie z myciem okien. Odeszła tak nagle. Zdmuchnięta przez drwiący kaprys życia. Miałam wrażenie, że na segmencie nadal dostrzegam krew. Odstawiłam szklankę na stół upewniając się, że nie zachlapię białej koronkowej serwety i podeszłam do okna. Z niezrozumiałą w tamtej chwili złością odsunęłam na bok ciężkie firanki, do których babcia miała ogromny sentyment, i otworzyłam na całą szerokość okno balkonowe. Stojące na parapecie kwiaty zaszumiały listkami z wdzięcznością. Zaduch panujący w mieszkaniu przeszkadzał nie tylko mnie.

Z westchnieniem otworzyłam pierwszą z ośmiu szuflad zapełnionych papierami. Wyjęłam ją ostrożnie, postawiłam na ławie i zabrałam się za przeglądanie zawartości, próbując znaleźć jakąś w miarę wygodną pozycję na skrzypiącym fotelu.

Herbata wystygła, słońce przesunęło się za blok a ja nawet nie doszłam do połowy. Babcia trzymała wszystko. Rachunki, ulotki, stare przepisy kulinarne spisane chyba jeszcze przez nią, zdjęcia rodzinne. Wszystko wrzucone niedbale, przemieszane i absolutnie nie nadające się do szybkiej segregacji. Spojrzałam na regał zniechęcona. Nad szufladami siedział szczur.

  • Skąd ty się tutaj wziąłeś, co? – zapytałam zwierzaka. Przekrzywił łepek i wytarł pyszczek łapkami. – Głodny? Ja strasznie. Choć, pójdziemy coś zjeść. Trzeba mieć siłę na tą tonę papierzysk.

Nie wiem czemu ale podeszłam do regału i wyciągnęłam rękę. Szczur wskoczył na nią bez wahania i wdrapał mi się na ramię. Był całkiem ciężki i dość duży jak na gryzonia. Podrapałam go po łepku i ruszyłam do kuchni. Mój nowy przyjaciel postanowił mnie nie opuszczać nawet na krok. Z talerzem kanapek i świeżą herbatą wróciliśmy do pokoju. Dopiero tutaj zszedł ze mnie sadowiąc się na ławie. Pogryzałam kanapki, dzieląc się ze zwierzakiem i mozolnie segregując dokumenty.

Dopiero kiedy prawie przestałam widzieć na co patrzę zorientowałam się, że za oknem zrobiło się ciemno. Wysokie latarnie rzucały żółte światło do salonu, spoglądając przez okno na bałagan, który zrobiłam. Poza ich kręgiem lepka ciemność okleiła kąty pokoju sprawiając, że mieszkanie nagle stało się upiornie groźne. Poczułam jak strach pełznie mi po plecach. Nagle segment wydał się przytłaczać pokój, pochylać się nade mną, szczerzyć groźnie zęby półek. Mimowolnie zadrżałam.

  • Zapal światło głupia. – powiedziałam sama do siebie.

Ale jakoś nie mogłam się podnieść. Bałam się. W korytarzu czaiła się złowroga ciemność. Zaskrzypiała podłoga. A może to była szafa. Podmuch powietrza szarpnął firanką. Stuknęły drzwi sypialni. Szczur przeskoczył zwinnie z ławy na segment, wskoczył na półkę, wlazł za duże i bardzo tandetne popiersie Matki Boskiej i zaczął je spychać. Chciałam zaprotestować ale figurka już poleciała na parkiet rozbijając się na dziesiątki kawałeczków. Huk upadającego przedmiotu niemal poderwał mnie z miejsca. Między szczątkami dostrzegłam błysk. Coś wypadło z figurki. Szczur skoczył na ziemię, chwycił przedmiot w pyszczek i błyskawicznie znalazł się na moich kolanach. Rzucił przedmiot, wspiął się na moje ramię i zamarł przytulony do szyi. Ostrożnie wzięłam do ręki zawiniątko. Kwadratowy zwitek papieru miał na wierzchu wypisane równym, babcinym pismem “Amanda.” Tylko czemu babcia schowała coś, co było przeznaczone dla mnie, do figurki?

Rozłożyłam papier. Ze środka wypadł wisiorek przedstawiający pentagram spleciony z półksiężycem. Na kartce, drobnym maczkiem, babcia napisała wiadomość. Chciałam się podnieść, żeby zapalić światło i odczytać przesłanie babci ale poczułam się strasznie zmęczona. Oparłam głowę o zagłówek fotela. W głowie kołatały mi się skłębione myśli ale nie potrafiłam wyłowić z nich jakiegoś sensu. Usłyszałam ciche piśnięcie szczura, poczułam jego nosek na policzku. Chciałam mu powiedzieć, że wszystko jest dobrze, że muszę tylko chwilę odpocząć. Może nawet mu to powiedziałam. Powieki tak bardzo mi ciążyły. Zamknęłam je tylko na chwilę. Na sekundę. Ciemność nagle przestała się wydawać taka straszna.

Obudziło mnie dojmujące zimno. Zasnęłam na fotelu nieprzykryta i teraz szczękałam zębami. Nawet nos miałam lodowaty, co mnie nieco zdziwiło, zważywszy na fakt, że był koniec sierpnia. Otworzyłam oczy. Początkowo nie wierzyłam w to, co widzę. Nade mną, na czarnej tafli nieba błyszczały gwiazdy. Miliony gwiazd. Pod ułożoną na podłodze dłonią poczułam dziwną miękkość trawy. Usiadłam błyskawicznie i szybko rozejrzałam się dookoła. Jak okiem sięgnąć widziałam płaski step, pokryty stojącą nieruchomo, trawą. Żadnego krzaczka, żadnego drzewa, żadnej innej formy fizycznej prócz tego bezkresu traw. Czarne jak smoła niebo rozświetlały srebrne gwiazdy rzucając na ziemię trupią poświatę. Nigdzie nie dostrzegłam księżyca. Podniosłam się powoli. Coś upadło na ziemię. Błysnęło w trawie. Schyliłam się. Rozpuszczone włosy osypały mi się wokoło twarzy. Dlaczego mam rozpuszczone włosy? Podniosłam błyskotkę i zobaczyłam na dłoni wisiorek babci.

  • To chyba sen. – powiedziałam sama do siebie.
  • Chciałabyś.

Wzdrygnęłam się.

  • Kto tu jest? – zawołałam przestraszona rozglądając się na boki.

Odwróciłam się gwałtownie. Poczułam ucisk w pasie. Zerknęłam na siebie i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jestem dziwacznie ubrana. Długa, śnieżnobiała spódnica plątała mi się między nogami kilkoma warstwami materiału, biała bluzka odsłaniała ramiona a czarny, opięty gorset, ściskał talię jednocześnie podnosząc piersi. Gdzieś w zakamarkach umysłu pojawiła się przelotna myśl, że to jedyny plus tego ciucha, bo akurat tą częścią ciała nie mogłam się za bardzo chwalić. Wraz z tą myślą przyszło też zrozumienie dlaczego mi było tak strasznie zimno. Gołe ramiona, wielki dekolt i gołe nogi.

  • Idealny strój do lodowej pustelni. – mruknęłam z przekąsem.
  • Ciesz się, że twój mózg stworzył chociaż tyle, równie dobrze mogłaś tu trafić naga. – odezwał się znów znajomy głos. – Na twoim miejscu bym się ruszył. Głupio by było zginąć od razu przy pierwszej wizycie.
  • Zginąć? – zawołałam przerażona. – Co ty bredzisz? Kim jesteś? Pokaż się?
  • A czy ja się ukrywam? – zabrzmiało gdzieś z dołu.

Spojrzałam pod nogi. Oczy, nawykłe już do ciemności, bez trudu dostrzegły białe smugi wąsów.

  • Szczur? – zapytałam z niedowierzaniem.
  • Baltazar. Do usług. – odparł szczur, mimo, że nie dostrzegłam ruchu pyszczka. – Zobaczyłaś, poczułaś, spadajmy stąd. Nie jesteś jeszcze gotowa.
  • Na co?
  • Żeby podróżować między Osnową. Musisz wyjść. Grozi ci niebezpieczeństwo.
  • Ale…

Gdzieś obok rozległ się szelest. Odwróciłam się błyskawicznie. Odniosłam wrażenie, że w trawach pojawił się pagórek. Kwintesencja czerni przysiadła zaledwie kilka metrów od nas. Miałam właśnie spytać szczura, czy też to widzi, ale powietrze przeciął głęboki, donośny warkot. Bulgoczący odgłos sprawił, że dostałam gęsiej skórki. Zacisnęłam mocniej pięść na wisiorku, jakbym starała się uchwycić jedynej rzeczywistej rzeczy w tym koszmarze.

  • To tylko sen. – zaczęłam mamrotać nieskładnie. – To tylko sen. Muszę się tylko obudzić. Obudzić.
  • Rusz się. – głos Baltazara dochodził do mnie niewyraźny, jakby stłumiony przez mgłę, która nagle zasnuła otoczenie szarymi pasmami.

Wpatrywałam się w ciemność jak zahipnotyzowana. Dłuższe, groźniejsze warknięcie, przeciągłe, jakby to coś ukryte w ciemnościach delektowało się brzmieniem swojego głosu. Błysnęły dwa czerwone ognie oczu. Wielkie ślepia wpatrzyły się we mnie z nienawiścią. Poczułam ból kiedy szczur wgryzł mi się w płatek ucha.

  • Uciekaj! – niemal wrzasnął mój futrzany towarzysz.

Czerń się poruszyła a ja rzuciłam się do ucieczki. Pędziłam na oślep, przed siebie, przeklinając w duchu kretyński strój. Niemal na karku czułam oddech nocnej bestii, słyszałam jej ciężkie kroki, sapanie.

  • Azyl! – mruczał mi do ucha szczur. – Wyobraź sobie azyl!
  • Jaki znowu azyl? – wydyszałam oglądając się trwożnie do tyłu.
  • Dom, grota skalna, cokolwiek.
  • Cokolwiek?

Zwolniłam nieco. Odniosłam wrażenie, że nikt mnie już nie goni. Ciemny kształt gdzieś zniknął. Zatrzymałam się zdyszana. Przynajmniej już nie było mi zimno.

  • Co ty wyprawiasz? Zwariowałaś? Musimy się schować.
  • Już dobrze, już nas nie goni. Zobacz, nikogo nie ma.

Wskazałam Baltazarowi ciemność za nami. Błysk. Warkot. Ogromna masa czerni wyskoczyła spomiędzy traw i pomknęła w moim kierunku. Wrzasnęłam kiedy stwór uderzył we mnie z impetem. Poleciałam na ziemię. Straciłam dech w piersiach przywalona potężnym cielskiem. Nad moją twarzą błyszczały obłędem czerwone ślepia. Z otwartego pyska wiało odorem zgnilizny a po ostrych jak brzytwa kłach skapywała ślina. Dostrzegłam masywną łapę, zaopatrzoną w ogromne pazury, która uniosła się do zadania ostatecznego ciosu. Błysnęła mi taka myśl, że zginę tutaj i nikt się nie dowie, nikt nie znajdzie nawet mojego ciała, kiedy nagle dostrzegłam mojego dzielnego szczura, wskakującego prosto na pysk stwora i wgryzającego mu się w nos. Łapa, przygotowana do ciosu, chybiła, stworzenie zawyło wściekle głosem tak przepełnionym bólem, że aż zrobiło mi się go żal.

  • Uciekaj kretynko! – wrzasnął Baltazar, odrzucony przez stwora gdzieś w trawę.

Natychmiast oprzytomniałam. Wykorzystałam chwilę, kiedy stworzenie stanęło na tylnych łapach, przednimi próbując jakoś złagodzić ból nosa, przeczołgałam się na bok, zerwałam i znów rzuciłam do ucieczki łapiąc po drodze szczura i sadzając sobie na ramię.

  • Azyl! Azyl! Azyl! – mamrotałam biegnąc na oślep.

Nagle potknęłam się o coś i runęłam jak długa na ziemię. Rwący ból przeszył całą nogę, aż do biodra. Jęcząc usiadłam i spojrzałam na winowajcę. W trawie leżała belka. Nie konar, nie gałąź, a idealnie ociosana belka, wielkości podkładu kolejowego. Obmacałam ją na kolanach odkrywając pod nią klapę. Szarpnęłam za metalowy krążek. Drewniana klapa uniosła się lekko ukazując dość stromą drabinę schodzącą w aksamitną ciemność. Zaleciało ze środka ziemistym, stęchłym zapachem zapomnianej piwnicy. Wzdrygnęłam się. Zdecydowanie nie miałam ochoty tam schodzić. Ta pewność jednak szybko została zniwelowana odgłosem kroków i błyskiem czerwieni tuż obok. Szybko opuściłam nogi na szczeble drabiny i zsunęłam się w ciemność zatrzaskując za sobą klapę. Gdy pod stopami poczułam chłodną, kamienną podłogę, klapa zatrzęsła się od ciężaru bestii. Ostre pazury wściekle szarpały deski. Z sufitu osypywał się pył, kurz, drobinki ziemi. Wplątywał mi się we włosy, sypał w dekolt. Nieco abstrakcyjnie pomyślałam, że będę cała brudna. Zresztą już teraz sukienka, czy co to tam było, wyglądała na pewno jak stara szmata. Parsknęłam śmiechem na tą myśl. Chyba naprawdę zwariowałam.

Spróbowałam się odsunąć od drabiny. Rozpostarłam ręce i zaczęłam ostrożnie się cofać. W końcu trafiłam na kamienną, chłodną, chropowatą ścianę. Delikatnie osunęłam się po niej i usiadłam na podłodze. Znad klapy wciąż dochodziły niepokojące dźwięki. Podciągnęłam nogi pod brodę, objęłam ramionami.

  • Dostanę wilka. – mruknęłam.
  • Czego? – usłyszałam przy uchu głos Baltazara.
  • Babcia tak zawsze mówiła. Żeby nie siadać na zimnej podłodze bo się dostanie wilka. Znaczy pęcherz się przeziębi.
  • To nasze najmniejsze zmartwienie teraz. Gdzie wisiorek?
  • Jaki wisiorek? – spytałam nieprzytomnie.
  • Ten od babci, który Ci wydobyłem z figurki.
  • Zgubiłam.
  • Co zrobiłaś?!
  • Wypadł mi chyba jak ta bestia mnie przewróciła.
  • O na wszystkie demony i anioły! Kogo ta Marta mi przysłała. – odniosłam wrażenie, że szczur załamał dłonie. Na pewno by to zrobił gdyby umiał.
  • To możesz powiesz mi wreszcie co się tutaj dzieje? – fuknęłam oburzona. – Zasypiam sobie w fotelu, nagle budzę się na jakichś stepach, wielka bestia rodem z koszmarów próbuje mnie zabić a zwykły szczur nie dość, że gada to jeszcze ma pretensje że zgubiłam coś, o czym nawet nie wiedziałam, że jest ważne.

W ciszy, która zapadła po moich słowach drapanie nad naszymi głowami zabrzmiało szczególnie nieprzyjemnie.

  • Masz rację. Mamy mało czasu, więc będę się streszczał. Przepraszam, że nie powiedziałem ci od razu o co chodzi ale pomyśl, gdybym zaczął do ciebie gadać od razu w kuchni, jak byś zareagowała?

Zastanowiłam się przez chwilę. Musiałam niechętnie przyznać, że szczur miał rację. W najlepszym wypadku uciekłabym z mieszkania gdzie pieprz rośnie. W najgorszym mogłabym zrobić mu krzywdę. Naoglądałam się “Zaplątanych” a babcia miała całkiem porządne patelnie w domu.

  • Mów dalej. – poprosiłam, nie zdradzając się z tym, że w duchu dygotałam ze śmiechu na myśl o polowaniu na Baltazara z patelnią.
  • Twoja babcia była Tkaczką. Miała dar. Przekazała go tobie. Dlatego twoja matka wysłała cię właśnie do babci, żebyś z nią zamieszkała. Miała ci przekazać wszystko stopniowo. Ale lata temu, kiedy wyrzuciła cię z domu, stało się coś co sprawiło, że bała się o twoje życie. Nie wiem co to było, nie pytaj mnie. Na każdą próbę namówienia jej, żeby cię ściągnęła do domu reagowała złością. Przypłaciła to życiem. Teraz musisz przejąć jej schedę. Wiem, że będzie ci trudno ale musisz, nie masz wyjścia. Trzeba odzyskać ten wisiorek.
  • Czekaj, czekaj! – poczułam się jeszcze bardziej skołowana. – Kim jest Tkaczka? Jaki dar? Dlaczego babcia zginęła? Chyba przesadziłeś nieco z tym skrótem.

Szczur westchnął. Niemal czułam jego irytację.

  • Tkacze to osoby, które potrafią przenikać przez Osnowę rzeczywistości do równoległych światów. Wyobraź sobie, że rzeczywistość, w której żyjesz, to sznur. Składa się w wielu nitek, przeplatających się wzajemnie i tworzących jedną spójną całość. Nasza rzeczywistość to tylko jedna z takich nitek. Obok niej są setki albo i tysiące innych tworzące razem wstęgę czasu. Tkacz potrafi wyczuć granicę takiej nici, miejsce, gdzie jedna styka się z drugą, może do niej przeniknąć ale tylko umysłem.
  • Ale po co? – weszłam mu w słowo obawiając się, że puszczony samopas znów pominie coś istotnego.
  • W każdym świecie jest zło i dobro. To odwieczne prawo wszechświata. Jedno i drugie to potężne siły, które mają moce daleko wykraczające poza nasze pojmowanie. Obydwa mogą przebijać Osnowę i przenosić się pomiędzy światami. Zadaniem Tkacza jest wyłapywać takie próby przejścia i zapobiegać im. Dość mamy burdelu u siebie żeby pozwalać jeszcze przełazić stworom z innych światów.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że w tych egipskich ciemnościach Baltazar i tak nie widzi tego gestu.

  • Czyli jest tutaj tylko mój umysł? – doprecyzowałam bo wpadłam na pewien pomysł.
  • Tak. – wydawało mi się, że Baltazar się zawahał. – Kiedy zasnęłaś udało ci się przeniknąć do Osnowy. Twoja babcia była w trakcie dość trudnej misji. Niestety wszystko skupiło się akurat w jej mieszkaniu. Osnowa została rozdarta. Połatała ją ale nie wiem jak długo to wytrzyma. Musimy znaleźć wisiorek i wrócić do domu. Babcia spisywała wszystko. Teraz, kiedy wiesz kim jesteś, mogę ci przekazać te notatki. Czasu jest mało.
  • Skoro wyczarowałam schronienie… – Baltazar parsknął. – Co? – spytałam ciemność na moim ramieniu.
  • Za dużo filmów. I książek. I seriali o czarodziejkach. Nie “wyczarowałaś”, to nie jest magia, nie będziesz rzucać czarów i uroków. To, co robisz, to potęga twojego umysłu. Swoista kreacja otoczenia, która zniknie jak tylko ją opuścisz.
  • Zwał jak zwał. – podniosłam się z zimnej podłogi. Poruszyłam stopą. Czułam ból w kostce ale nie przeszkadzał już tak bardzo. – Miał być azyl, powstał azyl. – dodałam z mocą. – Skoro mój umysł potrafił go stworzyć potrafi też stworzyć światło i jakąś broń.
  • Yhm…. – zabrzmiało z ciemności bez przekonania.

Rozejrzałam się po piwnicy. Oczywiście był to zupełnie bezsensowny odruch, który nijak nie pomógł mi dostrzec czegokolwiek. Zamknęłam oczy, zdając sobie sprawę, że to kolejna pozbawiona sensu czynność, i spróbowałam się skupić. Wyobraziłam sobie latarnię. Drewnianą, przeszkloną, lampę olejową jaką kiedyś widziałam u babci. Swoją drogą muszę ją odnaleźć, teraz takie rzeczy znów robią się modne. Zwłaszcza, że ta konkretna była naprawdę piękna, z szybkami oszlifowanymi na bokach jak diamenty, które rzucały kolorowe cienie na ściany.

  • Nieźle. – wyrwał mnie z zamyślenia głos Baltazara.

Otworzyłam oczy. W dłoni trzymałam idealną replikę tamtej lampy. Ciepłe, żółte światło pełgającego leniwie płomienia sprawiło, że od razu poczułam się bezpieczniejsza.

  • Latarka byłaby poręczniejsza. – skwitował szczur patrząc na mnie teraz ze szczebla drabiny.
  • Do momentu kiedy wysiadłaby bateria. – mruknęłam patrząc z zachwytem na lampę. – Poza tym to ogień, bestie boją się ognia, nie światła.

Baltazar nie odpowiedział. Rozejrzałam się. Faktycznie nie najlepiej mi wyszła ta piwnica. Po kamiennych ścianach ściekały kropelki wody, znikając w szczelinach podłogi. Pod sufitem wisiały ażury pajęczyn, upstrzone wilgocią i chyba dawno niezamieszkałe. Prócz klapy w suficie nie było tutaj innego wyjścia.

  • Słyszysz? – zapytałam Baltazara.
  • Co?
  • Właśnie nic. Cisza.

Zamilkliśmy oboje. Na górze panowała martwa cisza. Powoli zaczęłam wspinać się po drabinie. Ostrożnie, z drżącym z niepewności sercem, uchyliłam klapę. Owionęło mnie świeże, chłodne powietrze. Rozejrzałam się. Powietrze trwało w bezruchu. Ciemność wydawała się mniej przerażająca. Poczułam jak Baltazar wchodzi mi na ramię i wczepia się łapkami w materiał. Odepchnęłam klapę. Pacnęła ciężko w trawę ze stłumionym odgłosem. Podniosłam latarnię oświetlając teren wokoło. Na belce przy wejściu pazury stwora wyżłobiły głębokie bruzdy a trawa wokoło była stratowana.

  • Czemu ten wisiorek jest taki ważny? – zapytałam cicho zamykając za sobą klapę. Patrząc na zniszczone deski uznałam, że to cud, że bestia nie dostała się do środka.
  • Zrobił go pierwszy Tkacz. Przekazywał z pokolenia na pokolenie. Stanowi taki wzmacniacz możliwości. Bez niego będzie ci dużo ciężej zamknąć szczelinę.

Szliśmy w milczeniu. Świeciłam pod stopy poruszając się śladem zgniecionej trawy. Zaczęłam nawet odnosić wrażenie, że wręcz widzę ślady potężnych łap. Dygocąc znów z zimna dotarliśmy wreszcie do skotłowanej trawy w miejscu gdzie stworzenie mnie przewróciło. Baltazar dostrzegł błysk wisiorka. Założyłam go na szyję i schowałam pod ubranie. Poczułam się dużo swobodniej, pewniej, jakby babcia była ze mną.

  • Jak znaleźć szczelinę?
  • Tak jak wyczułaś ślady.
  • Ślady widziałam.
  • A widzisz je nadal?

Rozejrzałam się. Ze zdumieniem dostrzegłam, że miejsce, w którym stoję nie różni się niczym od tego kawałek dalej. Podniesione, lekko falujące, źdźbła trawy były nietknięte.

  • Kiedy się nie zastanawiasz nad otoczeniem twój umysł jest nieograniczony. – odezwał się cicho Baltazar. – Ty sama go ograniczasz narzucając sobie sztywne wyobrażenie rzeczywistości.

Pomyślałam o szczelinie, o złych bestiach zagrażających mojemu światu, mojej rzeczywistości. Przede mną zamajaczyło blade, zielonkawe, światło. Niebo zabarwiło się kolorami tęczy. Powietrze zaczęło falować. Zorza polarna. To było moje pierwsze skojarzenie. A potem dostrzegłam ruch. W kaskadach migoczących barw pojawił się kształt. Ciemny, duży, nieregularny. Gdzieś w tej masie błyszczały oczy. A może tylko mi się wydawało. Poczułam, że muszę tam podejść. Latarnia gdzieś zniknęła. Światło nie było mi potrzebne. Niemal bezwiednie ścisnęłam naszyjnik. Prawą dłoń wyciągnęłam przed siebie. Palce zanurzyły się w kolory. Przed sobą dostrzegłam ciemność. Patrzyła na mnie płonącymi oczami. Czułam zapach powietrza po burzy, przesyconego ozonem. Wszystko we mnie zastygło w oczekiwaniu. Wiedziałam, jakąś częścią siebie wiedziałam, że muszę zamknąć szczelinę. Ale te oczy, ten zapach, to światło… To nie mogło być złe. Baltazar mógł kłamać. Zamiast strachu czułam spokój.

Ból w ramieniu błyskawicznie sprowadził mnie na ziemię. W nozdrza uderzył smród siarki a zanurzona w świetlistej tęczy ręka ociekała krwią. Siła negatywnych uczuć, bijąca od ciemnego kształtu uderzyła we mnie z taką mocą, że osunęłam się na ziemię dysząc ciężko. Przerażenie niemal mnie sparaliżowało. Tylko jedna myśl kołatała mi się po głowie “ZAMKNIJ PORTAL!” Istota próbowała się wydostać. Czułam jej desperację kiedy przeciskała się przez szczelinę. Coś uderzyło mnie w nogę. Zapiekło. Zamknęłam oczy. Ramiona srebrnej gwiazdy wpiły mi się w palce, kurczowo zaciśnięte na wisiorku.

  • ZAMKNIJ SIĘ WRESZCIE! – wrzasnęłam

Oślepił mnie gwałtowny rozbłysk światła. Poleciałam do tyłu i gruchnęłam na ziemię. Zanim zemdlałam usłyszałam jeszcze “Dobra robota.”

Świadomość wracała powoli wraz z dźwiękami dochodzącymi z ulicy. Jakiś krzyk, trąbnięcie, pisk hamulca. Gdzieś trzasnęły drzwi, zaszczekał pies. Poruszyłam się. Rozciągnęłam zdrętwiałe mięśnie. Z trudem uniosłam ociężałe powieki. W pokoju cicho tykał zegarek. Na regale siedział szczur wpatrując się we mnie uważnie. Poruszyłam nogą i jęknęłam. Spojrzałam na swoje spodnie. Materiał był przesiąknięty krwią. Dłoń, którą jeszcze przed chwilą ściskałam wisiorek, szczypała poraniona. Spojrzałam w czarne ślepka Baltazara ze złością.

  • No co? – szczur potarł pyszczek patrząc na mnie z niewinną miną. – Jakbym ci powiedział, że rany odniesione w Osnowie są prawdziwe w świecie rzeczywistym to byś tak odważnie nie poszła do szczeliny. A tak sprawę rozdarcia mamy na razie z głowy.
  • Na razie?! – wrzasnęłam. – Na razie?! Ty chyba nie myślisz, że ja się na to piszę jeszcze raz?!
  • Nie masz wyjścia. Jesteś Tkaczką. To twoje przeznaczenie.
  • W dupie mam takie przeznaczenie! – warknęłam. – Spadam stąd. Moja noga już tu więcej nie postanie!
  • Amando… – zawołał Baltazar kiedy narzucałam na siebie kurtkę. – Amando robisz ogromny błąd.

Trzasnęłam drzwiami. Upewniłam się, że klucz się przekręcił w zamku. Ruszyłam przed siebie. Chciałam wierzyć, że to był tylko sen ale przeorana pazurami noga piekła niemiłosiernie. Klapnęłam ciężko na ławkę w jakimś niewielkim parku. W głowie kłębiły mi się setki myśli podszyte pretensją do babci, że mnie w to wpakowała. Noc była ciepła, pogodna. Co jakiś czas wiatr poruszał gałęziami okolicznych drzew otulając skwer szmerem liści. Tylko patrzeć jak przyjdzie jesień. Rozciągnęłam się na ławce wpatrując się w niebo. Miałam wrażenie, że okrąglutka twarz księżyca drwi ze mnie, szczerząc się w pełnym satysfakcji uśmiechu.

  • Co się gapisz? – mruknęłam. – Ciebie i tak nic nie obchodzi.

Jakiś zabłąkany przechodzień zerknął na mnie z obawą w oczach. Westchnęłam. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że po policzkach ciekną mi łzy. Zacisnęłam powieki. Poczułam dziwne ciepło na piersiach, delikatne mrowienie. Nagle zrozumiałam. Osnowa. Coś jest nie tak. Zerwałam się na równe nogi i biegiem poleciałam do mieszkania. Wpadłam do korytarza jak burza, trzaskając drzwiami wejściowymi.

  • Baltazar! – krzyknęłam wpadając do pokoju i zapalając światło.

Szczur wciąż siedział na regale.

  • Dawaj notatki babci. Coś się dzieje z Osnową. – zażądałam zdejmując spodnie żeby opatrzyć sobie ranę. – Tym razem wymyślę sobie jakąś zbroję. – mruknęłam rzucając ubranie na podłogę.

Baltazar uśmiechnął się szeroko. Tak, szczur też może się uśmiechać. Zwłaszcza taki, który wie, że wygrał. Byty z innych światów gorzko pożałują, że nie siedzą u siebie. Już ja tego dopilnuję! W końcu jestem Tkaczką!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s