19 Niezwykłe odkrycie

Przed ucztą postanowiłam jeszcze chwilę pospacerować. Wracając do wioski już z daleka dostrzegłam poruszenie od strony, z której przybyliśmy. Bez trudu rozpoznałam w postaci na wierzchowcu Borgila. Od razu pomyślałam, że musiał mu się skończyć alkohol i dlatego ruszył za nami. Zdążając w tamtym kierunku zaczepiłam kilka osób pytając o jakiś napitek, ale spotkałam się jedynie z zakłopotanymi minami i mglistym wyjaśnieniem, że zabroniono. Napad, który większość mieszkańców przypłaciła życiem lata temu, odbył się właśnie podczas uczty. Mieszkańcy nie byli zdolni do obrony, więc kiedy założyli nową osadę rada wioski zakazała w niej alkoholu. Dziwna logika jak dla mnie, ale cóż, wiele się jeszcze muszę nauczyć na temat Dawców Imion.

Zanim dotarłam do Borgila ten już zdążył się zaprzyjaźnić z Brandtem. Obaj nienawidzą Czaszkowych Wilków równie mocno. Na miejscu pojawili się także Miriel i Durgol zaciekawieni przybyciem orka.

– Borgil. – podeszłam do niego blisko i zniżyłam głos. – Czyżby skończył ci się alkohol?

– Ano! – rozejrzał się po wiosce. – Ale tu, jak widzę, niczego nie brakuje, to i napitek się pewnie znajdzie.

– E…. – zawahałam się. – Widzisz… Z tym może być pewien problem bo oni tu mają zakaz spożywania alkoholu, więc nic nie mają.

– Jak to nie ma alkoholu?! – wykrzyknął ork i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Gospodarzu! – zwrócił się do Brandta. – Nie znajdziecie dla spragnionego wędrowca ani kropli piwa? Wina chociaż?

– Niestety panie. – krasnolud wyglądał na mocno zakłopotanego. – Nie mamy w wiosce takich rzeczy.

– Bimber? Naleweczka? – dopytywał ork z coraz bardziej zawiedzioną miną.

– Tylko zielarka ma dostęp do alkoholu. Może jakąś miksturkę ziołową wam znajdzie. Trzeba zapytać.

– Gdzie ta zielarka? – natychmiast zainteresował się Borgil.

– Jak nas znalazłeś? – wtrąciła się Miriel odciągając na chwilę uwagę orka od najważniejszego z tematów.

– Nie ja. – wskazał głową na wierzchowca. – On. Pić mu się chciało. Wsiadłem i polazł.

– Dobry konik. – pogłaskałam czule zwierzę po szyi. Wyglądało na zmęczone.

– Chodź. – zarządziła przytomnie Miriel. – pokażemy ci, gdzie się zatrzymaliśmy i porozmawiamy. Wieczorem jesteśmy zaproszeni na ucztę. Musimy pewne rzeczy przed nią omówić.

– Możesz się zająć moim wierzchowcem. – rzucił jeszcze do mnie Borgil i dał się pokierować do wspólnej chaty.

Uporawszy się z obrządzeniem zwierzaka wpadłam na chwilę do chaty. Borgil siedział z poważną miną a Miriel właśnie kończyła mu opowiadać czego się dowiedzieliśmy w wiosce. Nie dane nam było długo rozmawiać, bo zawołano nas na kolację.

Stoły zastawiono suto. Od razu widać było dobrobyt panujący w dolinie. Zasiedliśmy wraz z radą do posiłku. Brandt od razu wręczył Borgilowi butelkę dziwnego płynu mówiąc, że to od zielarki. Ork powąchał nieufnie, lekko tylko się krzywiąc, pociągnął łyk, później drugi i z nieco przyjemniejszą miną kiwnął głową. Jakiś czas później zauważyłam, że przygarnął spory dzban z kompotem i zaczął do niego dokładać owoców i dolewać miodu. Ciekawa byłam na co mu to.

To była dziwna kolacja. Bynajmniej nie z powodu rady a moich własnych towarzyszy. Początkowo nie zwróciłam na to uwagi bo siedziałam obok Riny, Władczyni Zwierząt, i zagadałyśmy się na temat naszych podopiecznych. Dopiero krępująca cisza przy stole zwróciła moją uwagę na to, co się dzieje. Ktoś z rady, chyba Brandt, zaczął dopytywać skąd podróżujemy, co widzieliśmy po drodze, czy spotkaliśmy ogry zaś moi przyjaciele, jak nigdy, nabrali wody w usta i uparcie milczeli. Popatrzyłam na nich zdumiona. Nigdy wcześniej nie zachowywali się tak w towarzystwie.

– Wybaczcie te pytania. – krasnolud przerwał ciszę. – Ciekawi jesteśmy ale skoroście zmęczeni to możemy porozmawiać jutro.

– Pan wybaczy to milczenie. – odezwałam się z uśmiechem. – Zwyczajnie podróż nasza nie była ani łatwa ani przyjemna, ale nie jest żadną tajemnicą. Przechodząc przez przełęcz natrafiliśmy na ogry. Były przyjazne i dość inteligentne żeby się z nimi porozumieć. Powiedziały nam, że kilka dni przed nami były u nich jakieś krasnoludy. Miały zaraz wracać i wciąż ich nie ma a tam gdzie poszły jest zło. Jakie tego nie były w stanie zdefiniować. Ruszyliśmy więc ich śladem, żeby sprawdzić czy coś złego się nie stało. Niestety sprawdził się najczarniejszy scenariusz. Znaleźliśmy tylko szczątki. Chcieliśmy się wycofać ale napadły nas ogry. Udało nam się odeprzeć atak i kilka z nich uśmiercić ale nie chcieliśmy wracać przez ich teren. Tak trafiliśmy na waszą dolinę. Zachwyciła nas bogactwem roślin i mnogością zwierząt, więc zagłębiliśmy się w nią, ze zdumieniem odkrywając waszą osadę.

– Blisko te ogry? Zagrażają nam? Dużo ich było? – zarzucił mnie pytaniami Brandt.

Słowo „ogry” jakby obudziło moich towarzyszy i wreszcie podjęli temat i zaczęli rozmawiać z radą. Odetchnęłam z ulgą. Mogłam znów powrócić do towarzyskiego cienia. Niestety nie na długo. Mieliśmy się dowiedzieć czegoś o stanie mieszkańców a tymczasem moi towarzysze zachowywali się jakby chcieli jak najszybciej skończyć kolację. Przyjrzałam się uważnie radzie. Hator była tuż przy mnie, więc wystarczyło tylko sięgnąć by wejrzeć w przestrzeń astralną. Każdy członek rady miał we wzorcu dziwną plamkę. Wyglądała jak wygasły talent, jak coś nieaktywnego. U Kalina, człowieka, była najbardziej wyraźna. Zresztą i bez spojrzenia astralnego wyglądał jakby był mocno zmęczony. Spytałam go czy dobrze się czuje. Powiedział, że źle sypia. Zasugerowałam żeby położył się wcześniej a Durgol podchwycił temat i zapytał o resztę mieszkańców sugerując, że dostrzegł kilka tak zmęczonych osób. Brandt powiedział nam tylko, że niektórzy mają przejściowe kłopoty ze snem. Niestety nikt nie wie jaka jest ich przyczyna.

Nie chcieliśmy ich naciskać bardziej, zwłaszcza, że zrobiło się późno. Podziękowaliśmy za poczęstunek i udaliśmy się na spoczynek.

O świcie, jak zwykle, udałam się na spacer wokół wioski, ze zwierzętami. Tuż poza granicą dostrzegłam znajomy kształt ukryty pomiędzy drzewami. Cień przesuwał się przy granicy jakby szukając w niej słabego punktu. Wracając do przyjaciół natknęłam się na Kalina. Pomachał do mnie przyjaźnie więc postanowiłam zaryzykować i porozmawiać z nim szczerze. Nie myliłam się co do niego. Okazał się wiedzieć, że coś złego dzieje się w wiosce. Cała rada była tego świadoma. Nie chcieli niepokoić mieszkańców.

– Zrozum. – tłumaczył. – Oni tak wiele stracili, tak wiele wycierpieli. Co im mamy powiedzieć? Że znów muszą rzucić wszystko i zaczynać gdzieś indziej od zera?

– Rozumiem to, ale co jeśli tutaj są narażeni na śmierć? – próbowałam go przekonać.

Widać było, że bije się z myślami. Przyjrzałam się znów jego wzorcowi. Kolejny „wygaszony” talent. Poprosiłam, żeby spróbował użyć wszystkich swoich talentów. Posłuchał. Na szczęście okazało się, że magia działa, że nic z jego dyscypliny nie zostało mu odebrane. Czym więc jest ta dziwna skaza na wzorcu?

Wreszcie Kalin mi zaufał. Opowiedział o problemach ze snem, o złym samopoczuciu. Opowiedział o niedawnej lawinie poza wioską, w kierunku, który wskazało mi świecenie Szafir, po której zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wiedzieli, przynajmniej rada, także o cieniu. Odwdzięczyłam się mówiąc mu o klasztorze i naszym przypuszczeniu, że te dwa miejsca są jakoś połączone. Że prawdopodobnie w okolicy ich wioski przebywa przedmiot, który ściąga horrory i ich konstrukty, że szukamy tego przedmiotu żeby go ukryć i odegnać zło.

Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że może powinnam zostać Trubadurem. Przemowy zaczynam mieć opanowane do perfekcji. Zwłaszcza, że nieodmiennie przynoszą skutek…

Kalin zgodził się, że trzeba sprawę zbadać. Wszak od rady zależy bezpieczeństwo mieszkańców. Zobowiązałam go do zachowania milczenia w sprawie klasztoru i powodu naszej wizyty w wiosce a jednocześnie zobowiązałam się powiedzieć radzie wszystko, co uda nam się ustalić jeśli się okaże, że wiosce faktycznie zagraża niebezpieczeństwo. Pożegnałam się z mężczyzną i dołączyłam do towarzyszy opowiadając im przy śniadaniu czego się dowiedziałam od Zwiadowcy. Oczywiście Borgil na wzmiankę o cieniu na obrzeżach wioski natychmiast zapragnął wykonać rytuał karmiczny. Szczęściem jednak wrócił z niego niepocieszony, bo cienia nie spotkał.

Spakowani ruszyliśmy w góry. Znów posługując się Szafir jak kompasem zanurzyliśmy się w las i zaczęliśmy wspinać pod górę. Droga była dość męcząca. Po kilku godzinach las się nagle urwał i naszym oczom ukazały się trzy duże szczyty. Naszym celem okazał się, na nieszczęście, pierwszy z nich. Ogromna, skalista, góra częściowo się zawaliła i patrząc na jej pionowe ściany doszłam do wniosku, że dotarcie na szczyt będzie bardzo trudne, jeśli nie niewykonalne. Wysłałam Noir na poszukiwanie jakiejś przyjaźniejszej trasy. Niestety musieliśmy skorzystać z jedynej dostępnej, czyli wspinaczki. Na nasze szczęście byliśmy zaopatrzeni w liny z kotwiczkami, to zdecydowanie ułatwiało zadanie. Wspomagana przez czar Miriel ruszyłam pierwsza. Wspinaczka okazała się koszmarem. Dwa razy się zsunęłam , raz z całkiem wysoka, i Borgil musiał mnie łapać, zanim udało mi się pokonać jedną czwartą drogi. Zatrzymałam się na skalnej półce ledwo mieszczącej dwie osoby i spojrzałam na ilość drogi przede mną. Zrzuciłam linę. Borgil wdrapał się koło mnie i przyjrzał skale.

– Nooooo… – wymruczał uważnie studiując trasę. – Powiem ci, że nie wygląda to dobrze.

– Ta… Jeśli coś pójdzie nie tak… Daleko do ziemi. – spojrzałam na dół.

– Dobra. Dawaj linę. Pójdę przodem i będę wciągał.

Wręczyłam mu linę. Ork ruszył na górę. Kawałek po kawałku przesuwał się coraz wyżej. W pewnej chwili musiał trafić na ruchomy odłamek skały, jeden krok i poleciał w dół. Zamarłam ze strachu ale Borgil wykazał się nie lada refleksem przywołując w ostatniej chwili duchowego wierzchowca i dzięki temu nie zmienił się w mokrą plamę u podstawy góry.

– O na Pasje. – mruknęłam sama do siebie. – Jeśli dotrzemy na górę w jednym kawałku to będzie cud.

Cud się zdarzył. Jeszcze dwa razy ork zaliczył lot w dół i w końcu wszyscy znaleźliśmy się u celu. Potwornie zmęczeni opadliśmy na niewielką półkę skalną, częściowo zawaloną, zakończoną wielkimi drzwiami. Zerknęłam w dół. Dawno nie czułam się tak krucha, tak maleńka. Jeden nieuważny krok i magia żadnego mojego talentu by mi nie pomogła…

Z zamyślenia wyrwał mnie głos Miriel.

– To, niewątpliwie, wejście do miejsca, którego szukamy. Są tu magiczne pieczęcie, mające powstrzymać horrory, konstrukty i naznaczonych przed wejściem do środka. Widzę też pieczęć ze Sfinksem, symbol Kearosa i Smoczej Puszczy. W dodatku to wszystko jest połączone magicznie i mechanicznie.

– To jak tam wejść? – Borgil zaczął oglądać drzwi.

– Może szabla Mynbruje? – zapytałam niepewnie próbując skupić się na czymkolwiek innym niż droga w dół góry.

Durgol wyciągnął szablę i próbował ją przypasować gdzieś do drzwi.

– Nie. – stwierdził po chwili chowając broń.

– Może to jednak nie tutaj? – rzucił ork.

– Na pewno tutaj. – Miriel znów wpatrzyła się w drzwi. – Za nimi jest korytarz. Jesteśmy w dobrym miejscu.

– Co nie zmienia faktu, że nie wiemy jak tam wejść. – pogłaskałam Hator i spojrzałam w przestrzeń.

Runy, pieczęcie, zaklęcia. Wszystko to rozbłysło magią. Ale nie to przykuło mój wzrok. Daleko w korytarzu stała postać. Potężna, masywna, nieruchoma jak skała.

– Miriel… – szepnęłam wpatrując się we wzorzec postaci.

– Mhm?

– Tam ktoś jest.

– Gdzie?

– W korytarzu. Tam jest ogromny duch żywiołu ziemi.

– Cudownie, po prostu cudownie. – mruknął Durgol.

– Czekajcie. Spróbuję się z nim porozumieć. Może jest przyjazny.

– Jasne… – wymamrotał z powątpiewaniem Borgil.

Miriel zamarła a my czekaliśmy co z tego wyniknie. Wreszcie nasza przywódczyni uśmiechnęła się.

– Jest dobrze. Pomogą nam. Jest tam zamkniętych pięć duchów. Pilnują przedmiotu, który zostawił Kearos wraz z Jaronem. Oddadzą go w zamian za uwolnienie.

– I to wszystko powiedział ci ten, zamknięty w więzieniu od stuleci, prawdopodobnie oszalały, duch żywiołu ziemi? – zapytałam ironicznie.

– Tak.

– Mamy mu tak zwyczajnie uwierzyć?

Nagle rozległ się głuchy rumor i drzwi przed nami rozpadły się w pył.

– Widzisz – Miriel uśmiechnęła się szeroko. – Pomaga nam. Nie wiem jak wy ale ja idę. – ruszyła w korytarz nie patrząc za siebie.

Po raz pierwszy odkąd podróżuję z Miriel pomyślałam, że elfka oszalała. Jak można pchać się, tak ufnie, do siedziby pięciu żywiołów? Po tym co przeżyliśmy, ledwo, usiłując uwolnić się z poprzedniej pułapki żywiołów, ona sobie tak zwyczajnie idzie w paszczę lwa! W głowie kłębiły mi się setki myśli. Oszalały Ogień albo oszalałe Powietrze albo wściekła Woda! Na wszystkie Pasje! Przecież one tam tkwią od wieków! Zamknięte, zniewolone przez Dawców Imion, odcięte od ich własnej płaszczyzny! Zdecydowanie oszalała!

Bardzo niepewnie zanurzyłam się w korytarza za towarzyszami. Było po nim widać, że nie został wykonany przez ręce Dawców Imion a właśnie przez żywioł ziemi. Nie niepokojeni przez nikogo dotarliśmy do jaskini pełnej stalaktytów i stalagmitów. Miriel oznajmiła, że pod jednym z nich jest pieczęć i trzeba ją zniszczyć. Zadania podjął się Durgol. Znalazł pieczęć i rozwalił. Miriel oznajmiła, że duch ziemi odszedł. Nie poczułam się ani trochę uspokojona.

– Rozumiem, że wypowiadał się w imieniu wszystkich duchów? – zapytałam. – Wszystkie chcą z nami współpracować i wszystkie zgodziły się oddać przedmiot w zamian za uwolnienie?

– Nie. – ze stoickim spokojem odparła Miriel ruszając dalej korytarzem. – Obietnica dotyczyła tylko jego. Ale przypuszczam, że reszta myśli podobnie.

– Przypuszczasz?!

Miriel już nie słuchała. Zniknęła w korytarzu a Borgil i Durgol ruszyli za nią. Co się dzieje z tą drużyną?! Mistrz Żywiołów zachowuje się jak nierozważny wietrzniak a wietrzący wszędzie zasadzki głos rozsądku Durgol idzie za nią bez słowa protestu. Wszyscy powariowali.

Złorzecząc pod nosem dogoniłam towarzyszy tuż przed kolejną jaskinią, w której znajdowało się jedynie spore jezioro. Elfka stała znów nieruchomo, zapewne negocjując z kolejnym duchem. Po chwili odwróciła się do nas.

– Pieczęć jest gdzieś na dnie jeziora. Trzeba nurkować. Kto z nas najlepiej pływa?

Zapadła krępująca cisza.

– No dobra. – odezwałam się w końcu. – Popłynę.

Zrzuciłam rzeczy, zapożyczyłam od Hator spojrzenie astralne żeby zlokalizować pieczęć i zanurkowałam w lodowatej wodzie. Bez trudu znalazłam swój cel, zniszczyłam i wynurzyłam się na powierzchnię dziwiąc się, że nic mnie nie próbowało zabić.

Ubrałam się i ruszyliśmy dalej. Nagle przed nami otworzyła się jaskinia całkowicie wypełniona roślinami. Mimo braku światła całą powierzchnię wypełniała żywa, piękna roślinność. Pośrodku jaskini rosło rozłożyste drzewo. Po kolejnej rozmowie z mieszkańcem tego przybytku elfka oznajmiła, że duchy pilnują czegoś pochodzącego z płaszczyzny żywiołu drewna, co pozwoliło nam się domyślać, że chodzi o księgę. Pieczęć miała być wewnątrz owego drzewa.

Zaczęliśmy się przedzierać przez krzaki aż w końcu stanęliśmy pośrodku jaskini. W drzewie był sporych rozmiarów otwór. Miriel podjęła decyzję, że tym razem ona złamie pieczęć, po czym weszła do środka pnia. Duch żywiołu drewna okazał się być pierwszym nastawionym wrogo duchem. Kiedy tylko Miriel znalazła się w drzewie jego korzenie zaczęły się na niej zaciskać miażdżąc elfkę. Nasza reakcja była błyskawiczna. Durgol, z okrzykiem „Miriel szeroko nogi” rzucił się z mieczem na splątane korzenie próbując je odciąć, Borgil zaatakował samo drzewo a ja zaczerpnęłam mocy Jaspree i nakazałam drzewu puścić elfkę. Mimo, że moc dana mi od Pasji była silna duch zdawał się ją przełamywać, choć przychodziło mu to z trudem. Miriel jednak udało się dosięgnąć pieczęci. Kiedy tylko ją zniszczyła drzewo zamarło i elfka wydostała się na zewnątrz.

Zużyłam całą swoją siłę woli żeby tego nie skomentować.

Gdy tylko Miriel przekroczyła próg kolejnej jaskini złapała się za gardło, zgięła wpół i zaczęła dusić. Duch żywiołu powietrza zdecydowanie nie był przyjaźnie nastawiony i chyba nawet nie miał w planach z nami rozmawiać. Zobaczyłam jak w naszą stronę pędzi trąba powietrza. Wściekły żywioł cisnął elfką o ścianę. Chwilę później ja również poleciałam na spotkanie twardej skały. Zamroczona dostrzegłam jak Borgil atakuje ducha i zaczyna go odciągać od nas. Miriel chyba mniej ucierpiała niż ja, bo rzuciła się do jaskini w poszukiwaniu pieczęci. Najwyraźniej musiała ją znaleźć i zniszczyć bo kiedy zaczęłam odzyskiwać zdolność widzenia zobaczyłam nad sobą Borgila.

– Żyjesz? – spytał.

– Mhm…

Podał mi rękę i pomógł wstać. Jęknęłam. Na pewno mam coś połamane.

– Chlapnij sobie. – Borgil wręczył mi fiolkę z eliksirem leczenia. Posłuchałam.

– No to został nam ostatni. – skomentowała Miriel i ruszyła dalej.

Wlokłam się na samym końcu wyobrażając sobie co może nam zrobić duch żywiołu ognia, któremu się nie spodobamy.

W ostatniej jaskini zobaczyliśmy jezioro lawy. Pieczęć, według Miriel, miała się znajdować na jego dnie. Elfka nie namyślała się długo. Używając talentu uzdrawiającego ognia potraktowała lawę jak ognisko i zwyczajnie wlazła do środka. Staliśmy na brzegu czekając na efekt jej poczynań. Po bardzo długiej, trwającej niemal wieczność, chwili Miriel wynurzyła się informując, że pieczęć została złamana. Niemal równocześnie z nią z lawy uformowała się niekształtna postać i cisnęła w naszym kierunku ogromną kulą ognia. Rozżarzony pocisk gnał prosto we mnie. Zostałaby ze mnie skwarka, gdyby nie refleks Borgila, który błyskawicznie szarpnął mnie w swoją stronę ukrywając za duchowym wierzchowcem. W tamtej chwili przyrzekłam sobie – nigdy więcej duchów żywiołów! Zostanę Ksenomantką. To dużo bezpieczniejsze. Odetchnęłam z ulgą gdy ostatni z duchów zniknął.

– Niezły prezent na pożegnanie. – skomentowałam patrząc na roztopioną skałę w miejscu, gdzie uderzyła kula ognia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s