21 i 22 Mirielownia i Jerris raz jeszcze

Na początek słówko wyjaśnienia dlaczego wpis jest podwójny. Otóż zawiera on dwie sesje. Na jednej kończyliśmy przygodę w Górach Delaryjskich, odbyliśmy szkolenie i zaczęliśmy nową przygodę. Nie było sensu pisać relacji pół na pół ze szkolenia i początku nowej przygody, a sama „Mirielownia” wyszła dość krótka. Dlatego podzieliłam te sesje nierówno tworząc jedną relację krótką i jedną długą, żeby była przejrzystość przygody, ale wrzucam jako jedna całość, nie ma sensu rozbijać na dwie.

Mirielownia

Spojrzałam w dół urwiska i poczułam się bardzo niepewnie. Dwieście, może trzysta metrów stromej skały.

– Jak zejdziemy na dół? – spytałam.

– Mogę pomóc. – zaoferował Bum. – Jestem silny, utrzymam Was. Tylko pojedynczo.

Popatrzyłam niepewnie na wietrzniaka. Westchnęłam. Chyba nie mieliśmy wyjścia.

– Pójdę pierwsza. – obwiązałam się liną, drugi koniec dałam Bumowi i zaczęłam ostrożnie zsuwać się w dół.

Pierwsza część drogi poszła sprawnie, ale w połowie góry kamienie usunęły mi się spod nóg i straciłam grunt pod nogami. Bum nie przecenił swoich możliwości. Lina napięła się i zawisłam przy skalnej ścianie. Uspokoiło mnie to nieco, może dlatego dalsza droga minęła już bez niespodzianek.

Kolejny zaczął schodzić Durgol. Nie zwracałam uwagi na schodzących, bo musiałam się zająć mieszkańcami wioski, którzy stali mocno zdezorientowani pomiędzy drzewami i wyglądali jakby pierwszy raz widzieli na oczy nie tylko mnie ale i siebie nawzajem. Pierwsze zdanie starszego wioski („Kim jesteś?”) tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że przed tymi Dawcami Imion ciężkie godziny. Powiedziałam im, że jesteśmy Adeptami, że niebezpieczeństwo już zażegnane, i że powinni iść do domów. Pokiwali głowami ale dopiero kiedy wskazałam im kierunek, w którym znajduje się dom, ruszyli się z miejsca.

– Machaj rękami! – usłyszałam za sobą krzyk Buma.

Głuche łupnięcie uświadomiło mi, że owo machanie nie pomogło. Durgol miał twarde lądowanie. Upewniłam się tylko, że jest cały i może wstać i ruszyłam wraz z mieszkańcami do wioski. Noira wysłałam do Miriel, która dopiero szykowała się do wspinaczki, z informacją, że mieszkańcy nas nie pamiętają, więc odprowadzę ich, żeby mieć ich na oku.

Wreszcie znaleźliśmy się w komplecie w Nowej Nadziei. Opowiedzieliśmy starszym co działo się wokół wioski i na szczycie góry i wysłaliśmy ich spać. Po tak długim wpływie Horrora nie wyglądali najlepiej.

Spędziliśmy w wiosce jeszcze kilka dni odpoczywając i lecząc się. Wraz z Bumem namalowaliśmy spory obraz, przedstawiający nas w otoczeniu mieszkańców wioski, który miał stanowić dla nich pamiątkę naszej wizyty. Poprosiłam także Jaspree o łaskę dla tej doliny, żeby jak najdłużej utrzymała swoją żyzność, by mieszkańcy nie musieli się z niej wynosić. Dość już przeszli.

Zaopatrzeni w dwa osły i ogromną ilość śliwek dla Noir ruszyliśmy w drogę powrotną ze łzami w oczach. Na naszą cześć mieszkańcy zrobili piękną bramę na wejściu do dolinki, i nazwali swoją wioskę mianem naszej drużyny. Dodatkowo oznajmili, że co rok będą wyprawiać święto na cześć naszego zwycięstwa i będzie im bardzo miło nas na tym święcie gościć.

Wkrótce Mirielownia została za naszymi plecami zaś przed nami znów wyłonił się szczyt kryjący w sobie klasztor Głosicieli Mynbruje. Zabraliśmy najwięcej wiedzy ile byliśmy w stanie, zapieczętowaliśmy wejście i udaliśmy się na Pustkowia, do szkoły Adeptów.

Nie będę się zagłębiała w szczegóły naszej podróży, gdyż nie wydarzyło się podczas niej nic szczególnego. Dość, że wreszcie naszym oczom ukazał się znajomy teren i tuż przed szkołą powitał nas mój Mistrz. Przysłuchiwał się przez chwilę żywej dyskusji moich towarzyszy na temat ostatnich wydarzeń.

– Ile czasu z nimi spędziłaś? – zapytał nagle.

– Będzie prawie dwa miesiące.

– I oni tak zawsze?

Popatrzyłam na Buma i Thar’zitta dogryzających sobie głośno i ze swadą.

– Bez przerwy. – pokiwałam głową z lekkim uśmiechem.

– Jeśli jeszcze mogłem mieć jakieś wątpliwości co do Twojego awansu to jestem już pewny, że zasługujesz.

– Dziękuję Mistrzu. – skłoniłam się lekko. – Mam ci tyle do opowiedzenia.

– Ja tobie również. Wiesz, ostatnio oswoiłem żmiję rogatą. Chciałabyś zobaczyć?

– Żmiję rogatą? – moje oczy rozbłysły. – Mogę? Z przyjemnością obejrzę. Jak ci się to udało?

Nie słuchaliśmy już rozmów Mirielowni. Zagadani ruszyliśmy do wnętrza szkoły. Czekało mnie długie, wspaniałe szkolenie.

Nie wiem co robiła moja drużyna przez czas moich szkoleń. Zapewne odbyli własne. Nie widywałam ich, ponieważ prócz awansu w dwóch Kręgach Władcy Zwierząt postanowiłam też wkroczyć na ścieżkę Ksenomanty. Od spotkania z duchami w klasztorze nie potrafiłam myśleć o niczym innym jak zgłębienie ich natury. Przez te tygodnie, spędzone w szkole, wiele się we mnie zmieniło. Jedna z trzech żmij, wyjątkowa bo w złoto-rudym kolorze, niemal bez wahania wybrała mnie na swoją opiekunkę, co znacznie podniosło moją pewność siebie, zaś studiowanie ścieżki Ksenomancji pomogło mi zrozumieć, że życie to tylko jeden z aspektów istnienia, a doświadczać możemy wielu innych. Ksenomanci są nieustraszeni. Takie odniosłam wrażenie. I choć już będąc Władcą Zwierząt musiałam unikać strachu, bo cóż to za przywódca stada, który się boi zagrożeń, to zagłębiając się w teorię ksenomancji zrozumiałam, że strach to największa słabość każdego stworzenia. A, co za tym idzie, najlepsza broń w rękach Ksenomanty.

Zmiana sposobu myślenia sprawiła, że postanowiłam także zmienić się zewnętrznie. Uszyłam więc czarną suknię o długich rękawach i szerokiej, długiej spódnicy, sprawiającej wrażenie, jakby utkano ją z ptasich piór. Postanowiłam wyciąć ją na plecach w głęboki dekolt, który wyeksponował tatuaż lądującego kruka, zaś by zaznaczyć ścieżkę nowej dyscypliny obszyłam dekolt i rękawy srebrnym wzorem ptasich piór i kości. Kiedy wreszcie dołączyłam do drużyny dostrzegłam zaskoczenie w ich oczach. Nowa Raven nie jest już tą cichą, gadającą tylko ze zwierzętami, dziewczyną. Cieszę się, że udało mi się ukazać tą przemianę także zewnętrznie. Mam nadzieję, że teraz będę mogła jeszcze skuteczniej chronić osoby bliskie mojemu sercu.

Podczas moich szkoleń wiele się wydarzyło. Przede wszystkim Miriel opowiedziała Tyzdrinowi i naukowcom o naszych przygodach i umowie z Usunem. Ustalili, że wyślą do klasztoru ekspedycję, która zajmie się wiedzą w nim zgromadzoną. Dodatkowo udało mu się dogadać z Wielkim Smokiem w sprawie materiałów, które mieliśmy mu przekazać, dzięki czemu ominęła nas kolejna wizyta w dżungli. Z pewną ulgą przekazałam Tyzdrinowi wszystkie moje szkice i notatki z klasztoru. Jakkolwiek Smok jest fascynującym stworzeniem zbyt częste przebywanie w jego towarzystwie jest nieco niekomfortowe.

Okazało się też, że Bum i Thar’zitt naprawdę rozmawiają z jakimś Smokiem. Co więcej, Bum ma przy sobie dziwną kulę, przez którą ich tajemnicza przyjaciółka nas słyszy. Jakież było moje zdumienie, gdy wietrzniak nagle położył kulę na stole i zaczął recytować wierszyk dotyczący t’skranga, po którym to wierszyku nagle zaczęły Thar’zittowi rosnąć WŁOSY! Bum ochoczo wyjaśnił, że ma taką umowę, że smoczycą, że on układa fajny wierszyk o każdym z nas a ona może urzeczywistnić jakiś jego element. Chyba wolałabym, żeby nie pisał o mnie wierszyków, strach pomyśleć, co może mi wyrosnąć po takim dziele…

To nasz Thar’zitt, nasz fajtłapa.

Trochę jaszczur, trochę gapa.

Soli, pieprzy te potrawy.

Nie da zjeść się takiej strawy.

Żonę znaleźć musi sobie.

Oby, moja droga, nie szukał jej w Tobie.

Musimy mu prędko znaleźć kobitę.

Bo ciągle chowa to jajo ukryte.

Gdyby tak…syna mu jaszczurka dała.

Może zmądrzała by wreszcie ta PAŁA.

Może zmądrzeje kiedy mu to powiem?

Może wyrosną mu włosy na głowie?

Może te włosy wyśmieje jakiś gość.

Lecz pewnie usłyszy krótkie „też coś”.

Przyjaciele moi także podnieśli się w kręgach, więc po zakończonych szkoleniach zastanawialiśmy się, co robić dalej. Bum szybko znalazł nam zajęcie. Poszukuje mistrza w swojej dyscyplinie na siódmy Krąg, co nie jest łatwe, i Tyzdrin polecił mu niejaką Iskrę, wietrzniaczkę, której przyjaciel prowadzi karczmę w Jerris. Postanowiliśmy udać się znów do tego przygnębiającego miasta i pomóc Bumowi w znalezieniu mistrzyni.

Jerris raz jeszcze

Niejaki Jeger, zacny troll, prowadzi karczmę „Pod Powietrznym Drakkarem.” Miejsce to pozostawia wiele do życzenia jeśli chodzi o klientelę ale nie nazwałabym tego przybytku meliną. W zasadzie poczułam się tam nawet dobrze. W przeciwieństwie do Miriel, która jak zwykle na widok trolli zaczęła się zachowywać jakby nienawidziła całego świata. Mimo jej opryskliwości i prowokacji Bumowi udało się uzyskać zapewnienie, że jak wróci do karczmy w południe następnego dnia może dostanie potrzebne mu informacje. Nie omieszkałam zapytać Jegera o nielegalną arenę do walk zwierząt. Również kazał mi czekać do jutra. Ponoć arena zmienia miejsce co jakiś czas. Ponieważ karczma nie miała pokoi do wynajęcia poprosiliśmy Jegera o wskazanie jakiegoś w miarę porządnego miejsca na nocleg. Polecił nam „Źródlaną”, także prowadzoną przez trolla, przy północnej bramie. Tam też ruszyliśmy.

Nie dane nam było dotrzeć do celu. Najwyraźniej Pasje uparły się skomplikować nam życie. Wędrując zaułkami Jerris Bum zwrócił uwagę na jakieś krzyki z jednej z ulic. Oczywiście nie mogliśmy tego zignorować. Wyszliśmy na niewielki placyk pomiędzy czterema budynkami.  Nieopodal nas leżał na ziemi dziwny miecz opleciony błyskawicami, obok niego trup orka, który najwyraźniej ów miecz próbował podnieść. W drzwiach domu naprzeciwko słaniał się elf, mocno krwawiąc, przed nim troll zamierzał się do kolejnego ciosu. U wylotu uliczki po prawej stronie stał zakapturzony elf, zaś w okolicy miecza dwa krasnoludy nad ciałem człowieka.

– Co tu się dzieje? – zapytał z miejsca Thar’zitt.

– Nie wasza sprawa. – odparł elf. – Odejdźcie.

– Pan wybaczy. – kontynuował t’skrang. – Tak się składa, że jesteśmy Adeptami i nie możemy przejść obojętnie obok krzywdy innego Dawcy Imion. Dlatego grzecznie pytam, co się tutaj dzieje?

– To Ksenomanta szóstego kręgu. – zabrzmiał w naszych głowach głos Buma. – Troll jest czwarto kręgowym Powietrznym Łupieżcom a krasnoludy to nieadepci.

Elf popatrzył na nas z namysłem.

– Ten elf okradł naszego zleceniodawcę. – odezwał się wreszcie. – Wymierzyliśmy już sprawiedliwość. Zabieramy co nasze.

– A to przepraszamy. – Thar’zitt odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem.

Mag zbliżył się do miecza. Przez chwilę tkał jakiś czar, po czym miecz uniósł się przed nim jakby lewitował. Wraz z krasnoludami i trollem skierowali się do jednej z uliczek, zostawiając słaniającego się elfa, który właśnie osunął się na ziemię.

– Dziwne. – powiedziałam głośno, tak, żeby odchodząca grupa mnie słyszała. – Zleceniodawca kazał im odzyskać miecz a nie powiedział jak go wyłączyć…

Nie zareagowali na prowokację ale przynajmniej Thar’zitt zatrzymał się i jeszcze raz przyjrzał się odchodzącej grupie.

Tymczasem Bum odbył ciekawą „rozmowę”. Podczas wymiany zdań usłyszał w głowie głos wietrzniaka, ukrytego gdzieś na dachu. Wietrzniak oznajmił, że elf kłamie, że napadli na elfa z zamiarem zabicia, i że jeśli mu pomożemy jego pracodawca, ktoś wysoko postawiony, będzie nam wdzięczny.

Gdy tylko grupa zniknęła nam z oczu podeszłam do rannego. Mocno krwawił i był nieprzytomny ale wciąż żył.

– Śledzimy ich. – oznajmił nagle Bum. – To kłamcy.

– Domyśliłam się. – potaknęłam. – Noir, za nimi. Durgolu – zwróciłam się do krasnoluda. – Zechciałbyś opatrzyć elfa? Przydałby nam się żywy. My spróbujemy dorwać zabójców.

Durgol tylko skinął głową i zajął się elfem zaś my ruszyliśmy tropem dziwnej grupy. Wzbogacona o nową zdolność przejęłam zmysł wzroku Noir i z góry obserwowałam sytuację. Nagle na naszych ściganych wyszła z jednej z ulic spora grupa Dawców Imion. Nie słyszałam ich rozmowy, ale szybko przeszli do ataku. Ksenomanta rzucił miecz, zmienił się w nietoperza i uciekł, krasnoludy padły pod ciosami napastników zaś ranny troll przedarł się przez atakujących i także się ewakuował. Los jednak bywa przewrotny. Ponagliłam towarzyszy bojąc się o miecz, jak się okazało – niepotrzebnie. Jeden z napastników próbował go podnieść i natychmiast został usmażony, w związku z czym reszta dała drapaka.

Stanęliśmy nad błyszczącym mieczem. Między nami pojawił się tajemniczy wietrzniak. Przedstawił się jako Altin. Był ubrany na ciemno a jedyną widoczną bronią były dwa sztylety dziwnie błyszczące zielonkawym światłem. Okazało się, że Altin pracuje dla Altanela, obsydianina, który jest radnym oraz mistrzem Gildii Kupieckiej. Ponoć wietrzniak kontaktował się z nim, w sobie tylko znany sposób, i obsydianin chciałby bardzo nas poznać, a może nawet zatrudnić. Thar’zitt nas uspokoił, że słyszał to imię i faktycznie kupiec cieszy się nieposzlakowaną opinią, więc ustaliliśmy, że chociaż z nim porozmawiamy.

– Co z tym? – zapytałam wskazując na miecz, wciąż leżący nam pod nogami.

– W zasadzie nie to było przedmiotem mojego zlecenia a sam elf. – odparł Altin.

– Ale nie możemy tego tutaj zostawić. Może się okazać ważne.

– Czekajcie, czekajcie. – Bum przepchnął się do miecza. – Mam tutaj coś takiego… – wygrzebał z torby niewielką kulę, wyciągnął ją w kierunku broni i wypowiedział szereg dziwnych słów. Zobaczyliśmy jak przedmiot wsysa miecz do środka.

– Niesamowite. – zachwyciłam się. – Skąd to masz? Jak działa?

– A nie pamiętam. – wietrzniak schował kulkę do torby. – Gdzieś znalazłem.

– Chodźmy stąd. – ponagliła Miriel. – Przypominam, że mamy trupy i lepiej by było dla nas gdyby nikt się nami nie zainteresował.

– Fakt. Trupy. Chodźmy. – poparłam.

Jeszcze szybko przeszukałam ciała ale prócz kilku srebrników i dwóch eliksirów zdrowienia nic ciekawego nie znalazłam.

Wróciliśmy do Durgola. Elf był w ciężkim stanie i krasnolud nie rokował mu najlepiej. Zabraliśmy go i ruszyliśmy za Altinem do jego pracodawcy.

Wkrótce weszliśmy w dzielnicę willową Jerris. Pośrodku znajdował się okrągły, niezwykle urokliwy park otoczony wianuszkiem zadbanych domów. Uwadze Buma nie uszła obrona tych willi, składająca się z uzbrojonych po zęby strażników, wyglądających niezwykle profesjonalnie. Zagadnięty o to Altin odparł, że coś niedobrego dzieje się w mieście i oficjele boją się o własne życie. Naprzeciwko nas pojawił się oddział pięciu strażników miejskich w kolczugach, z kuszami, mieczami. Wyglądali dużo lepiej i bardziej oficjalnie niż strażnicy spotykani gdzieniegdzie na ulicach samego miasta. Poznali Altina i tylko dzięki temu mogliśmy pójść dalej nie niepokojeni, inaczej na pewno musielibyśmy się gęsto tłumaczyć z naszej obecności w tym miejscu.

Solidna brama z kutego metalu wpuściła nas na szeroką żwirową alejkę wysadzaną drzewami cytrusowymi, co sprawiło, że nad ogrodem unosił się cudowny zapach cytryn i pomarańczy. W głębi ogrodu stała trzy kondygnacyjna willa, prosta ale niezwykle elegancka. Pomiędzy kwitnącymi krzewami dostrzegłam także sporą altankę. Zostaliśmy wprowadzeni do dużego hallu, wyłożonego marmurem, utrzymanego w klasycznym stylu. W każdym detalu czuć było zamożność gospodarza, ale nie uderzał przepych i bezguście. W tak urządzonym wnętrzu nawet ja czułam się dość swobodnie.

Zaproszono nas do salonu, gdzie wreszcie mieliśmy okazję poznać gospodarza. Altanel to obsydianin o złotych, głęboko osadzonych oczach oraz zielonej skórze, przypominającej kolorem soczystą trawę. Ubrany był w coś w rodzaju togi. Towarzyszyła mu dwójka osobistych ochroniarzy. Troll, Tarif Nerial, o siwawych włosach, z binoklami na nosie oraz elf, Iten Ahil, o perłoworóżowej skórze i ciemnych włosach splecionych w wysoki warkocz. Tarif okazał się być Czarodziejem drugiego Kręgu i Ksenomantą siódmego, zaś Iten Fechmistrzem szóstego Kręgu i Wojownikiem trzeciego. I o ile ten pierwszy wzbudzał sympatię i wyraźnie się interesował moją zwierzęcą menażerią, o tyle ten drugi stał nieporuszony niczym posąg i w ogóle się nie odzywał.

Poproszono nas żebyśmy usiedli i poczęstowano lemoniadą z hodowanych przez gospodarza cytryn. Okazało się także, że sława Buma dotarła aż tutaj, gdyż Tarif świetnie znał jego imię a także dokonania. Dzięki temu dowiedziałam się wreszcie co przedstawia niezwykły tatuaż na plecach wietrzniaka – jego walkę nad Travarem z potężnym konstruktem Horrora. W końcu Altanel przeszedł do sedna sprawy. Przyznam, że nie wyglądało to dobrze.

W Jerris zmarł poprzedni burmistrz. Obecny Dawca Imion pełniący tą funkcję pozostaje na stanowisku tymczasowo, do nowych wyborów. Żaden z kandydatów nie ma, jednak, przeważającego poparcia politycznego, więc przedłużają czas do wyborów w nieskończoność. Tymczasem zaczęli ginąć Dawcy Imion na wysokich stanowiskach. Altanel już stracił dwóch serdecznych przyjaciół, sam zaś padł ofiarą zasadzki, dlatego obwarował się najlepszą dostępną mu ochroną. Altinowi udało się podkupić kontrakt na życie Altanela i dotarł do zleceniodawcy, którym okazał się nasz ranny elf. Obsydianin przypuszcza, że jego życie jest zagrożone ze względu na jego poglądy, ponieważ jest zagorzałym wrogiem Imperium Therańskiego i jako burmistrz chce doprowadzić do uniezależnienia się Jerris od Thery, dodatkowo jest przekonany, że z zabójstwami wiąże się w jakiś sposób sprawa nielegalnej areny do walk zwierząt. Myślę, że właśnie w tamtej chwili podjęłam decyzję, że zrobię wszystko, żeby pomóc temu obsydianinowi dojść do władzy w Jerris. Jak się okazało reszta drużyny, z wyjątkiem Durgola, równie chętnie przyjęła propozycję współpracy i zanim się obejrzeliśmy wychodziliśmy od Altanela ze sporym mieszkiem złota w formie zaliczki oraz garścią informacji, które pozwoliły nam zacząć śledztwo.

Oczywiście Durgol nie omieszkał nas zbesztać za podjęcie decyzji bez konsultacji z nim. Znów argumenty Miriel, że przecież mógł się odezwać i poprosić żebyśmy to przedyskutowali na osobności, trafiały jak kulą w płot. Chyba nigdy nie zrozumiem tego krasnoluda…

Udaliśmy się w końcu do „Źródlanej”, do której próbowaliśmy dotrzeć wcześniej. Karczma okazała się ludnym, gwarnym i bardzo przyjemnym miejscem, porządnym i z przyjazną atmosferą. No dobrze, przyjazną nie dla wszystkich, bo sporą część klienteli stanowiły trolle, co sprawiło, że Miriel znów najeżyła się niczym krwawy elf. Tymczasem Bum poczuł się jak u siebie, zwłaszcza, że trafił na starego znajomego, Jergo, Powietrznego Żeglarza, z którym kiedyś latał. Oczywiście Miriel udało się go wkurzyć, ale troll nie pozostał jej dłużny i w końcu elfka udała się do pokoju. Ja również nie siedziałam długo. Miriel prosiła o spotkanie przed snem, więc chciałam sobie uporządkować naszą dotychczasową wiedzę. Usiadłam przy otwartym oknie, sprawdziłam wzrokiem Noir okolicę i upewniwszy się, że nikt nie obserwuje karczmy zaczęłam spisywać wiedzę w formie uporządkowanych notatek.

Zaczęłam od informacji na temat obecnych władz miasta podzielonych na stronnictwa.

Stronnictwo protherańskie:

Kalia – elfka, theranka, Gildia Złotników.

Hagor – troll, Gildia Przewoźników i Karawan.

Theoma Tadraus – krasnolud, Gildia Jubilerów.

Z tej trójki tylko Theoma nie mieszka w dzielnicy willowej. Posiada willę poza miastem.

Stronnictwo antytherańskie:

Altanel – nasz gospodarz, oraz dwójka jego przyjaciół

Finarfin – elf, Gildia Alchemików i Magów.

Ethan – człowiek, Zbrojmistrz.

Finarfin mieszka dość daleko od Altanela, na drugim końcu miasta, w typowej wieży maga, zaś Ethan zajmuje piętro nad swoją kuźnią.

Grupa neutralna to:

Argan – krasnolud, obecnie pełniący obowiązki burmistrza, Gildia Rzeźników.

Arval – troll, komendant Straży Miejskiej, mieszkający w wynajętej kamienicy.

Elia – człowiek, kupiec, Głosicielka Chorrolisa.

Oczywiście, jak w każdej grupie, tak i tutaj znaleźli się tacy, których poglądy zależą od ilości pieniędzy zapłaconych za ich głosy. Do takiej frakcji należą:

Nadia – elfka, Gildia Farbiarzy i Bławatników.

Thom – krasnolud, Gildia Rzemiosł.

Marog – krasnolud, Gildia Karczmarzy.

Ponadto dowiedzieliśmy się, że napadnięty elf nazywał się Elentris ale wołali na niego Szary i był swego rodzaju łącznikiem, przekazywał pieniądze i informacje. Przez ostatni tydzień śledził orczycę, Szarą Dłoń, prowadzącą zamtuzy i szulernie, odwiedzał Wizgina, wietrzniaka prowadzącego sklep z eliksirami, w którym ponoć można się zaopatrzyć także w mniej legalne mikstury oraz bywał na arenie nielegalnych walk, gdzie wymieniał coś z orkiem, pochodzącym z plemienia Czaszkowych Wilków, który jest ponoć prawą ręką szefa areny. Szary mieszkał w karczmie „Gwiezdny Kryształ”, która okazała się przybytkiem wielce luksusowym. Od Altina dowiedzieliśmy się także, że grupa, która napadła Szarego to Czarne Wilki, oznaczające swoich członków tatuażem za prawym uchem, przedstawiającym czarne wilcze łby. Jest to grupa najemników, nie posiadająca żadnych zasad moralnych, dowodzona przez Ksenomantę.

Zebrawszy na spokojnie posiadane przez nas informacje udałam się do Miriel, gdzie był już Durgol.

– Miriel. – zapytałam od razu po wejściu bo mnie to gnębiło od dłuższego czasu. – Czy ty musisz prowokować i wkurzać wszystkie napotkane trolle? Co ty masz do nich?

– Nie ważne. Widać muszę.

– Wiesz, że to się w końcu źle skończy nie tylko dla ciebie ale i dla nas? Co one ci zrobiły?

– Coś strasznego. Nie chcę o tym mówić. Mam swoje powody.

– Ale to wszystkie zrobiły czy jeden? – zapytał zaciekawiony Durgol?

– Co?

– No bo jak jeden czy dwa ci coś zrobiły to nie możesz za to winić całej rasy. Odpowiedzialność zbiorową stosujesz?

– Tak.

– To w takim razie Raven też możesz zacząć nienawidzić.

– Czemu miałabym nienawidzić Raven?

– Bo do niewoli wzięli nas ludzie, theranie, ale ludzie. No i jedna elfka, więc w sumie elfy też znienawidź.

– To co innego. – upierała się Miriel.

– Nie, to dokładnie to samo. Jakiś troll zrobił coś strasznego a ty teraz wkurwiasz po równo wszystkie trolle, to z innymi rasami musisz robić tak samo.

Dywagacje Durgola przerwał wpadający do sypialni Bum, w świetnym nastroju, więc mogliśmy omówić plan działania. Nie zdążyłam się jednak nawet odezwać, Bum wyjął na stół tajemniczą kulę kontaktującą go ze smokiem i upewniwszy się, że jego niezwykła przyjaciółka go słyszy, rozpoczął kolejne recytacje.

Durgol

To zasadzka! Z dala słyszysz,
To krasnolud znowu krzyczy,

Znowu będzie nam występny stroił,
nasz kochany, Durgol, krasnal, paranoik,

bo za każdym rogiem czaić się coś musi,
zza każdego węgła coś wyskoczy, cię udusi.

Poznałem już takich, trochę obłąkanych,
co palec ssali, psom lizali rany.

Z Durgolem, mam nadzieję, tak się nie stanie,
W końcu ma chłopak ważne zadanie,

Bo widzicie mili moi,
Coś grubszego nam się kroi,

Chodzi grubasek po całej Barsawii,
I wierci się i zrzędzi, że coś go niby nagli,

W końcu powiedział! Prawdy nie mógł w sobie zdusić.
Mówi, że szósty żywioł odnaleźć musi.

Z początku, wielce interesowało mnie to stwierdzenie,
Dopóki się nie okazało, że to zwykłe zatwardzenie.

Miriel

Miriel naszą jest szefową
Umie czasem ruszyć głową.

Czasem na stole, między pyszną zupką
Ruszy też sobie swoją zgrabną dupką.

Po tańcach hulańcach trochę pokrzyczy
A jak już skończy to zaraz ryczy.

Jest lament i krzyk i łzy ciągle płyną
Bo czas jej miłości, ot tak, pstryk . Minął.

I płacze to dziewcze bo się strasznie boi
Że Jette z kimś innym swoje serce goi.

Że jej ukochany ma sarenkę młodszą
Zgrabniejszą madrzejszą i płucach ciut zdrowszą.

I tak z tego żalu na naszym tańczy stole
Na naszym stole życia tańczy swe swawole.

A my, zamiast pocieszyć jakoś tę kobietę
Rzucamy jej jedną miedzianą monetę.

Lecz ja jej pomogę, ja ją pocieszę!
Mam plan wspaniały! Wykonać go spieszę.

Wietrzniak przebiegły jak z instynktem węża
Plan swój wykona i znajdzie jej męża.

Raven

Raven to ciekawa jest zagadka
Kilku zwierząt niby matka.

Niby dobra i troskliwa
Trochę miła, trochę ckliwa.

Choć na pierwszy rzut parszywa.
Bo pod czernią blask swój skrywa.

Choć na pierwszy rzut jak zmora
Do pomocy zawsze skora.

Tego kurka ma co gada
Może rymy zacznie składać?

I ta ważka kolorowa
Piękna że aż boli głowa

No i Hator mała kicia
Co Horrora tak z ukrycia
Ślicznie pozbawiła życia.

Ciekaw jestem czy mnie lubi
Co drużynie o mnie mówi.

Może kiedyś się dowiem
co chodzi jej po głowie.

Myśl jakaś dobra, czy może myśl zła?

Oby nie wesz czy inna pchła.

Skąd ten wietrzniak bierze pomysły to ja nie wiem, ale cały poważny nastrój kolejnej misji prysł jak mydlana bańka. Nawet moje opanowanie gdzieś zniknęło. Nie sposób było nie chichotać z tej twórczości.

Nieco powagi wprowadziło badanie przez Durgola miecza. Poprosiłam żeby go sprawdził. Bez trudu udało mu się zdjąć efekt błyskawic (stwierdził, że to rodzaj klątwy) i zajął się studiowanej broni. Po kilku minutach powiedział, że miecz pochodzi z Iopos i powstał w kuźniach rodziny Denairastas, dodatkowo udało mu się odkryć część tajników, więc mógłby się do niego dostroić. Tymczasem jednak postanowił go schować, żeby nie rzucał się w oczy.

Przez łzy rozbawienia, które wciąż w nas pozostało po twórczości Buma, udało nam się wreszcie ustalić plan na następny dzień i udaliśmy się na spoczynek. Jakim cudem uda nam się subtelnie przeprowadzić śledztwo nie mam pojęcia ale cóż, w najgorszym wypadku Jerris zaścielą trupy łotrów i oświetli łuna palącej się areny. W taki czy inny sposób to miasto stanie się trochę lepsze jak z nim skończymy.

Zgodnie z wieczornymi ustaleniami Miriel, Durgol i Bum udali się na zakupy, żeby zaopatrzyć się w eleganckie ubrania, dające nam możliwość wstępu do „Gwiezdnego Kryształu” bez wzbudzania podejrzeń, zaś ja zaszyłam się w okolicy domu Szarej Dłoni, żeby obserwować orczycę. Mieliśmy podejrzenia, że może jej grozić niebezpieczeństwo, więc ustaliliśmy, że nie spuszczamy jej z oczu.

Kamienica Szarej Dłoni znajdowała się w uboższej dzielnicy, tuż na granicy ze slumsami, i była jednym z ładniejszych budynków w okolicy. Przed drzwiami stał strażnik uzbrojony w miecz i czujnym okiem zerkał na ulicę. Szczęściem obok kamienicy był spory targ, więc mogłam chodzić między straganami nie wzbudzając podejrzeń. Ukryłam Szafir na jednym z dachów, podobnie jak Noir, zostawiając przy sobie jedynie Hator i Łuskę, gdyż takie imię wybrałam dla żmijki.

Długi czas nic specjalnego się nie działo. Kilkoro Dawców Imion weszło i wyszło z budynku. Moją uwagę zwróciła dopiero kolejna grupa. Najpierw weszło dwóch ludzi, u których dostrzegłam ukryte sztylety, chwilę po nich pojawił się troll, dobrze zbudowany a po nim krasnolud. Po tym ostatnim ochroniarz zamknął drzwi i stanął w nich jakby broniąc dostępu. Siedzieli tam dość długo a kiedy w końcu wyszli postanowiłam sprawdzić, co robi Szara Dłoń. Przywołałam Noir, zawładnęłam jego wzrokiem i wysłałam go na zwiad. Szara Dłoń siedziała przy biurku. Okno było otwarte, blat zasłany papierami. Starsza, zniszczona życiem orczyca miała na sobie dość skromną suknię, na gołej skórze widać było tatuaże. Przed nią leżały kupki złota i stos papierów. Siedziała wpatrzona w przestrzeń, nieruchomo jak posąg. Aż się zaczęłam zastanawiać czy żyje, ale jej płytki oddech mnie uspokoił. Noir usiadł na parapecie. Przyglądał się przez chwilę orczycy po czym zakrakał. Kobieta wzdrygnęła się wystraszona i spojrzała z przerażeniem na kruka. Widząc, że to tylko ptak uśmiechnęła się lekko. Dopiero teraz zauważyłam, że trzyma w dłoni jakąś wiadomość. Sięgnęła do szuflady, wyjęła stamtąd kawałek rogala i położyła na biurku od strony Noir. Kruk błyskawicznie skorzystał z okazji darmowej przekąski i przeniósł się na biurko. Dzięki temu mogłam zerknąć na leżące na nim papiery. Większość stanowiły zapiski z prowadzenia interesu, rachunki, zestawienia wydatków ale było też kilka zaszyfrowanych, w tym papier trzymany w dłoni. Orczyca zawołała coś. Po chwili z sąsiedniego pomieszczenia przyszedł młody chłopak. Podała mu, zalakowaną już, wiadomość i mężczyzna wyszedł. Noir skończył posiłek, zakrakał (Pasjom dzięki, że nie powiedział „dziękuję”) i, na moje mentalne wezwanie, wyleciał z pomieszczenia.

Tymczasem Miriel, Bum i Durgol spotkali na targu dawno nie widzianego Salazara. T’skrang podróżował z karawaną, której eskortę stanowił, i dotarłwszy rankiem do Jerris szukał kolejnego zajęcia. Miriel z miejsca zgarnęła go z powrotem do drużyny, mówiąc, że wszystko mu wyjaśni później. Elfka kupiła wystawną suknię, by wyglądać jak szlachcianka, Salazar zgodził się udawać jej ochroniarza zaś Durgol sprawił sobie księgę i szaty wskazujące na uczonego. Bum, jak to Bum, poszedł na całość. Znalazł krawca, który dopasował do niego czarny płaszcz, ponaszywany klejnotami „żeby wyglądał jak ten cały Mędrzec,” jak wyjaśnił później wietrzniak. Na komentarz Miriel, że mieli się nie rzucać w oczy odparł tylko, że  faktycznie wietrzniak ze smoczymi skrzydłami i ogonem nie rzuca się w oczy… W końcu drużyna udała się do karczmy. Bum zakwaterował się pierwszy, jako że miał mnie zmienić podczas obserwacji. W samym przybytku spodobało mu się tak bardzo, że zasiadł do uczty złożonej z surowych ślimaków, kompletnie zapominając o całym świecie. Dopiero gdy, jako ostatnia, do karczmy przybyła Miriel, w mowie powietrza przypomniała wietrzniakowi o mojej skromnej osobie, na co Bum, w panice, wpakował sobie resztę posiłku hurtem do ust i tyle go widzieli.

Zastanawiałam się właśnie jak rozwiązać sprawę posłańca. Co prawda wysłałam na nim Noir, żeby go pilnował, ale nie mógł za nim latać w nieskończoność. W pewnej chwili usłyszałam Buma. Opowiedziałam mu szybko co się stało, spytałam czy Miriel dała mu pieniądze dla mnie na kwaterunek ale wietrzniak oznajmił, że zapomniała i da mi swoje. Szybko przechwyciłam sakiewkę. Zostawiłam Buma, pod opieką Szafir, pilnującego Szarej Dłoni a sama ruszyłam za posłańcem, który skierował się w stronę slumsów. Nie uszedł daleko. W pewnej chwili zobaczyłam, jak jakiś człowiek wpada na niego, niby przypadkiem, i szybko się oddala. Posłaniec zachwiał się i osunął na ziemię. Kiedy do niego dopadłam był już nieprzytomny. Cios sztyletem był bardzo precyzyjny. Profesjonalna robota sprawnego zabójcy. Próbowałam mu pomóc. Mimo zatamowania krwawienia i wlania w niego eliksiru zdrowienia nie udało mi się go uratować. Zabrałam wiadomość i ruszyłam za zabójcą.

Nie było trudno go wyśledzić. Najwyraźniej nie spodziewał się, że ktoś spróbuje. Dostrzegłam go jak kieruje się do jakiejś speluny. Szybko utkałam zaklęcie łapiąc go tańcem kości. Niestety udało mu się przełamać czar i nie zdołałam go przyprowadzić do siebie. Zaklęłam cicho kiedy zniknął w karczmie. Ukryłam się w jednej z uliczek, szybko skreśliłam wiadomość do Miriel i wysłałam z nią Noir. Pozostało mi czekać na rozwój wypadków.

Mijały minuty. Nagle do uliczki wtoczyło się dwóch Dawców Imion. Ork i troll byli już mocno wstawieni. Zauważyli mnie i pysk trolla natychmiast się rozciągnął w uśmiechu. Zataczając się wybełkotał:

– Maleńka… Chcesz się zabawić?

Ork musiał być nieco przytomniejszy bo jego wzrok utkwił w krojenie.

– Ty. Stary. – wybełkotał nieco bardziej zrozumiale. – To krojen jest. Spierdalamy.

– Sam sobie spierdalaj. – odburknął troll spychając rękę towarzysza ze swojego ramienia i zataczając się w moim kierunku. – To jak będzie? Zabawimy się?

– Z przyjemnością. – uśmiechnęłam się szeroko wystawiając pazury.

Pijak zachował jednak resztki percepcji, bo nagle zgiął się w pół i mamrocząc „całuję rączki”, „pani wybaczy” i „ja panią szanuję” dołączył do swojego uciekającego towarzysza. A już myślałam, że będę się choć odrobinę mniej nudzić…

Zaczęłam się już niepokoić przedłużającą się nieobecnością Noir gdy nagle dostrzegłam kruka, obżartego po sam dziób, siedzącego wygodnie w kieszeni kamizelki Salazara. Tuż za t’skrangiem leciał Bum.

– Salazar? – zdumiałam się. – Co Ty tu robisz? Bum, czemu nie pilnujesz Szarej Dłoni?

– Witaj Raven. Miło Cię widzieć. – odezwał się t’skrang.

– Bo on powiedział, że coś ci grozi to lecę ratować. A tu widzę, że wszystko dobrze. – tłumaczył się Bum.

– Nic takiego nie powiedziałem. – zaprzeczył Salazar.

– Nieważne. – ucięłam bezsensowną dyskusję. – Bum, leć proszę do orczycy, nie może jej się stać krzywda. Morderca jest w karczmie. Zajmiemy się nim z Salazarem.

– Ale tam jest tak nuuuuuudno…. – protestował jeszcze wietrzniak. – Dobra. Lecę. – zrezygnowany wrócił do domu Szarej Dłoni. Wysłałam za nim Noir, chociaż kruk został tak napasiony śliwkami, że ledwo latał.

– Żadnego jedzenia od obcych! – krzyknęłam jeszcze za nim. Odniosłam wrażenie, że ciche „kra” było co najmniej lekceważące.

Kiedy Noir zniknął mi z oczu wprowadziłam szybko Salazara w temat. Radziliśmy właśnie co zrobić z delikwentem w karczmie, gdy nagle dostałam mentalny przekaz od Noir o zagrożeniu. Rzuciłam do t’skranga, żeby został na straży, Hator kazałam go pilnować a sama popędziłam do orczycy.

Tuż pod jej domem, do którego drzwi były zamknięte i nie pilnowane, podleciał do mnie Noir.

– Co się dzieje? – spytałam.

– Bójka.

– Gdzie Bum?

– Na dachu.

Odezwałam się w mowie powietrza do Buma pytając co się stało, co widzi. Szara Dłoń była żywa, choć ranna, w jej saloniku leżały dwa trupy, kobiety i mężczyzny, ludzi. Krasnolud ochroniarz i jakiś człowiek sprzątali właśnie pomieszczenie.

– Dość tego. – mruknęłam.

Podeszłam do drzwi i zapukałam.

– Co robisz? – spytał Bum. W jego głosie wyczułam nerwowość.

– Wchodzę tam. Trzeba z nią porozmawiać.

– Ja bym nie ryzykował.

Załomotałam głośniej.

– Zamknięte. – warknął ktoś ze środka.

– Powiedz Szarej Dłoni, że muszę się z nią zobaczyć.

Cisza przedłużała się.

– Kim jesteś? – zapytał w końcu głos zza drzwi. – Jesteśmy nieco zajęci.

– Wiem. Mam informacje na temat intruzów. Przekaż, że o spotkanie prosi właścicielka kruka. Szara Dłoń będzie wiedziała o co chodzi.

Kilka chwil później głos znów się odezwał.

– Za godzinę „Pod Kryształowym Pantofelkiem”. Władczyni Zwierząt.

– Dziękuję. Będę.

Odsunęłam się od drzwi i poprosiłam Noir żeby poleciał z wiadomością do Miriel. Po mniej więcej pół godzinie zobaczyłam elfkę w towarzystwie Durgola przedzierających się przez plac targowy. Szybko opisałam im sytuację. Zawołaliśmy Buma i poszliśmy do Salazara, słusznie mniemając, że Szara Dłoń jest chwilowo bezpieczna.

Nie pokonaliśmy nawet połowy drogi kiedy uderzyła we mnie ślepa furia Hator.

– Hator kogoś morduje! – rzuciłam i ruszyłam biegiem a Bum za mną, błyskawicznie mnie wyprzedzając.

Pierwsze co zobaczyłam to trupa z rozszarpanym gardłem. Kawałek dalej leżał kolejny. Moja kochana kicia właśnie wykonała przepiękny skok wprost na kark kolejnego uciekiniera, błyskawicznie przegryzając mu kręgosłup i natychmiast rzuciła się w pościg za pozostałą jeszcze przy życiu dwójką zaś nad tym wszystkim kołował Bum nieśmiałym głosem prosząc:

– Hator spokój. Dobra kicia. Zostaw?

– Hator do mnie! – wrzasnęłam i kot gwałtownie wyhamował.

Podbiegłam bliżej żeby wspomóc rozkaz magią. Raz oszalały krojen jest nawet dla mnie ciężki do opanowania. Ocalona dwójka padła przede mną na kolana, składając ręce jak do modlitwy i zaczęła błagać o darowanie życia. Jąkając się wyjaśnili, że mężczyzna znany jako Nolan zapłacił im żeby nieco obili t’skranga dla odwrócenia uwagi. Ponoć miał dobry humor bo się dziś ładnie obłowił ale ktoś mu siedział na ogonie i trzeba było się tego ogona pozbyć. Solennie przyrzekli, że rozkaz zawierał jedynie „obicie mordy” bez poważniejszych uszkodzeń. Na pytanie gdzie znajdę tego Nolana odrzekli, że nie mają pojęcia ale „lubi podymać”. Wiedziałam, że nie kłamią. Hator, wciąż ociekająca krwią ich kumpli, była dostatecznym motywatorem do zachowania szczerości.

– Jeśli go jeszcze spotkacie powiedzcie mu, żeby z nami nie zadzierał bo skończy tak jak tamci. – wycedziłam zimno pochylając się nad nimi. – A teraz zejdźcie mi z oczu.

Natychmiast skorzystali z okazji i błyskawicznie dali drapaka.

– To tyle jeśli chodzi o nie rzucanie się w oczy. – skwitowała Miriel.

Szybko wróciliśmy do Salazara. Przeszukałam po drodze trupy znajdując, prócz kilkunastu srebrników, ciekawie wyglądające kości do gry.

T’skrang okazał się być dość mocno ranny, a raczej potłuczony. Ledwo ruszał ręką. Bum kazał mu się nie ruszać i zaczął przesuwać dłonią nad stłuczeniem. Ramię Salazara otoczyło złote światło i już po chwili ból zniknął z jego twarzy.

– Co zrobiłeś? – zapytałam zdumiona.

– A takie tam. – Bum wyciągnął w moją stronę dłoń, na której leżał wisior przedstawiający centaura. Ale nie tak łagodnego jak przedstawienia Jaspree a uzbrojonego. Był piękny i bardzo precyzyjnie wykonany.

– Raven! Musimy pogadać o Hator! – Salazar zdecydowanie poczuł się lepiej.

– Właśnie… – spojrzałam na moją przyjaciółkę. Merdała wesoło ogonem zlizując z wąsów resztki krwi. – Coś ty zrobiła?! – kot spojrzał na mnie jakby kompletnie nie wiedział o co ta pretensja.

– Raven – męczył Salazar – dlaczego ty jej nie pozwalasz walczyć?

– Właśnie dlatego. – wskazałam dłonią ciała. – I już nigdy więcej nie zostawię jej bez nadzoru! – Hator parsknęła obrażona.

– Ale gdyby nie ona mógłbym już nie żyć!

– Nie mieli rozkazu cię zabić tylko obić.

– Ona powinna walczyć. Jest niesamowita.

– Możecie to przedyskutować później? Nieco rzucamy się w oczy. – wtrąciła się Miriel.

Zmieniliśmy więc uliczkę na targ żeby spokojnie porozmawiać. Ustaliliśmy, że ja i Salazar pójdziemy na spotkanie z Szarą Dłonią zaś Miriel z Bumem wrócą do Jegera spytać o Iskrę i arenę. Durgol postanowił wrócić do karczmy żeby mieć baczenie na klientów. Postanowił podać się za przyjaciela Szarego i spróbować dowiedzieć czegoś więcej na temat tajemniczego elfa.

O umówionej godzinie stawiliśmy się z Salazarem „Pod Kryształowym Pantofelkiem”. Był to chyba najlepszy z zamtuzów Szarej Dłoni, mieszczący się w niewielkiej, eleganckiej willi. Kazano nam zostawić broń i zwierzęta i wpuszczono do gabinetu. Szara Dłoń siedziała z dwoma ochroniarzami, każdy z nich trzymał kuszę gotową do strzału. Cała trójka wyglądała na mocno zmęczonych. Ponieważ Salazar uznał wcześniej że najlepiej będzie jeśli wystąpi w roli ochrony przedstawiłam tylko siebie. Orczyca była nieufnie nastawiona, a kiedy wyjęłam zwój i go jej podałam ochroniarze natychmiast wymierzyli do mnie. Zachowałam całkowity spokój szczerze opowiadając jej mój powód zainteresowania jej osobą.

– Dlaczego chcesz mi pomóc? – spytała nagle. – Chcesz pieniędzy? Przysługi?

– Nie. Jestem tutaj bo nienawidzę nieuzasadnionych mordów, agresji. Nie tylko ty się boisz o swoje życie. Wielu innych też czuje się zagrożonych. Jako Adept nie mogę przejść obok tego obojętnie. Nie chcę twoich pieniędzy, ani żadnej przysługi. Chcę tylko szczerych informacji, które doprowadzą mnie do osoby odpowiedzialnej za to, co dzieje się w mieście.

Szara Dłoń tylko pokiwała głową.

– Całkiem niedawno nastąpiła zmiana dowodzenia w półświatku. – zaczęła. – Jak się domyślasz, nie przebiegła ona pokojowo. Popierałam starego przywódcę i zapewne dlatego wydano na mnie wyrok śmierci. Nie obyło się bez rozlewu krwi i pewnie będzie on trwał nadal. Ale nie tylko u nas dzieje się źle. We władzach miasta też nastąpił rozłam. Wygląda to tak, jakby ktoś chciał nieźle namieszać jednocześnie na górze jak i na dole.

– Kto teraz rządzi półświatkiem?

– Na imię ma Althala ale każe na siebie mówić Królowa. To ludzka kobieta, choć wysoka jak elf. Jest w Jerris od niedawna ale ma pieniądze, kontakty, drogie przedmioty i wysoko postawionych sojuszników. Nieco pretensjonalna w sposobie życia.

– Czy można ją gdzieś spotkać? Zobaczyć?

– Nie wydaje mi się.

– Kojarzysz człowieka o imieniu Nolan?

– Tak. To prawa ręka mojego największego konkurenta, elfa, Arastosa. Też ma sieć zamtuzów.

– To Nolan zabił twojego posłańca.

– Sukinsyn! Mogłam się domyślić.

– Czy możesz mi zrobić listę zamtuzów, które należą do ciebie i tych należących do niego?

– Oczywiście.

– W takim razie nie będę ci zabierała więcej czasu. Jeśli dowiesz się czegoś nowego, będziesz miała jakiekolwiek informacje, które mogłyby mi pomóc, przekaż je Noir, czyli krukowi. Wyślę go do ciebie w południe, każdego dnia.

Skinęła głową.

– Dziękuję Szara Dłoń. Uważaj na siebie i postaraj się odpocząć. Potrzebujesz tego.

Zabraliśmy swoją broń i zwierzęta i udaliśmy się do karczmy. Wreszcie miałam czas zameldować się w „Gwiezdnym Krysztale.” Miriel prosiła żebyśmy się tam spotkali jak wszystko pozałatwiamy. Miałam tylko nadzieję, że uda nam się dotrzeć do karczmy bez dodatkowych przygód.

Tymczasem, na drugim końcu miasta, Miriel i Bum zdobywali informacje. Bum dowiedział się, że Iskra będzie prawdopodobnie w Jerris za tydzień oraz pobawił się w barmana zaś Miriel uzyskała informacje gdzie znajduje się arena (pół km na wschód za miastem, w niewielkim zagajniku) i kiedy odbędzie się następna walka (za dwa dni). Ponieważ wyleciała z karczmy jak z procy i wyglądała jak wulkan, który zaraz wybuchnie, Bum zagadał ją o te nieszczęsne trolle, do których żywi tak głęboką nienawiść.

– Widziałeś tego trolla z blizną?

– No….

– Zabił mi ojca.

– O… Chcesz śliwkę?

Reklamy

Pomysły na przygody

azalea

W większości moich wpisów dotyczących RPG pojawiają się pomysły na przygody. Żeby było Wam łatwiej postanowiłam zebrać je w jednym wpisie, który będzie na bieżąco aktualizowany żeby łatwiej Wam było znaleźć ten, który kiedyś tam wpadł Wam w oko.

Miłego korzystania 🙂

 

 

Zaczynamy od artykułu o karczmach:

„Złota Lira” – drewniana karczma, z zewnątrz obrośnięta bluszczem. Przy drzwiach wejściowych rzeźbiony ganek i donice z miniaturowymi, kwitnącymi drzewkami. Otwarte okiennice ujawniają okna złożone z małych szybek, za którymi widać półprzezroczyste firanki.Na parapetach ustawione skrzynki z kwiatami. W środku wita nas delikatny zapach drewna pomieszany z wonią kwiatów i słodkim zapachem ciasta owocowego. Niewielkie okrągłe stoliki, nakryte ażurowymi serwetami rozstawiono tak, by zapewnić gościom minimum prywatności. Młoda śliczna elfka wita Was zaraz po wejściu i uprzejmie prosi o pozostawienie okryć wierzchnich, broni i dużych pakunków w niewielkiej szatni obok wejścia. Kiedy spełnicie jej prośbę prowadzi Was do stolika i podaje menu, wypisane ręcznie na dobrej jakości pergaminie. W głębi pomieszczenia, pomiędzy donicami zapełnionymi zadbanymi roślinami dostrzegacie kontuar, ciemne drewno wypolerowano na wysoki połysk. Spoza ustawionych na nim butelek z kolorowymi płynami wychyla się postać gospodarza tego przybytku. Starszy elf, o siwych włosach i niemal bezbarwnych oczach z ogromnym pietyzmem poleruje liście dziwnej rośliny, mamrocząc przy tym albo do niej albo do siebie.

Cechy charakterystyczne tego przybytku to wysoka kultura osobista, wysokie ceny, wyszukane jedzenie, brak złodziei i bójek.

Przygoda – właściciel jest szaleńcem, świetnie się maskującym i czekającym na odpowiedni moment. W piwnicach tego szlachetnego przybytku trzyma drapieżną roślinę, którą dokarmia ludźmi, a konkretnie bohaterami.

„Pod okiem Syreny” – to Tawerna, którą mój pierwszy MG stworzył dla drużyny w Urupie. Nie pamiętam jak wyglądała tamta wersja, ale nazwę i charakter zostawiłam. Prowadzi ją t’skrang i słynie ona z najlepszych ryb w całym mieście. Jest to parterowy, rozległy budynek, zbudowany z kamienia z dodatkiem drewna. Duże okna bez okiennic i szerokie drzwi gościnnie zapraszają do środka. Już z kilkunastu kroków słychać dźwięki radosnej muzyki, podniesione głosy i śmiechy. Uważajcie podchodząc do drzwi, czasem można oberwać wylatującym orkiem – bywalcy tawerny nie bawią się w kulturalne wypraszanie niewygodnych gości. Wnętrze przywita Was zapachem morza i pieczonej ryby. Gwarantuję, że od razu zaburczy Wam w brzuchach. Solidne drewniane stoły i potężne ławy każą się domyślać, że lokalowi nieobce są bójki wszelakie, żaden delikatny mebel nie  przetrwałby tu zbyt długo. Sufit zakrywają rybackie sieci a na ścianach dostrzeżecie klimatyczne obrazy, przedstawiające morskie i rzeczne krajobrazy. Roi się tutaj także od rzeźb, naszyjników czy zasuszonych rybich głów, sam bar zaś wygląda jakby zrobiono go z olbrzymiej łodzi (zapewne tak właśnie powstał). „Pod okiem Syreny” jest porządnym lokalem. Znane z zamiłowania do sztuki t’skrangi zadbały, żeby było tutaj także coś dla duszy. Stworzono więc niewielką scenę, gdzie raz w tygodniu występują Trubadurzy. Ceny nie są wygórowane a atmosfera przyjazna. To bezpieczny lokal, chociaż w pysk też można dostać jak ktoś zasłuży.

Cechy charakterystyczne tego przybytku to pyszne jedzenie, dobre (średnie) ceny, występy artystyczne i masa plotek, w tym także zza morza Aras.

Przygoda – oburzona właścicielka karczmy podnosi lament, nie dość, że ktoś ukradł cały zapas unikatowych przypraw, to zginęła także skrzyneczka z niezwykle cennymi przepisami. Co prawda jest zabezpieczona magicznie przed otwarciem ale kto wie jakimi środkami posługuje się zuchwały złodziej? T’skrang zrobi wszystko, żeby odzyskać przepisy.

“Pod Basztą” – oberża usytuowana jest w dwupiętrowym budynku przylegającym do murów i baszty.  Po wejściu do środka trzeba zejść kilka stopni na dół by trafić do jednej z dwóch izb. W pierwszej znajduje się szynkwas i duża, otwarta kuchnia, zaś w drugiej, umieszczonej bezpośrednio pod basztą, sala jadalna. Kamienne ściany i małe zakratowane okienka dają niewiele światła, ale w letnie i gorące dni właśnie ta druga izba jest najbardziej oblegana przez gości z powodu zauważalnie niższej temperatury. Proste drewniane stoły i ławy ustawione są jak szprychy koła zaś wystrój nawiązuje do przeznaczenia baszty. Ściany ozdobiono metalowymi uchwytami na latarnie, elementami krat więziennych, na których ktoś pozawieszał kwiatowe ozdoby, jakby dla złagodzenia efektu, a także elementami broni i zbroi. Bywalcami oberży są, najczęściej, strażnicy miejscy i osoby z cechów rzemieślniczych czyli średnia klasa. Za przystępną cenę dostaniemy proste, acz smaczne, jadło i nie chrzczone wodą piwo. Właścicielem jest kat miejski mieszkający na pierwszym pietrze wraz z żoną i dziećmi. Chłop pogodny i bardzo radosny. Pytany o pracę pochmurnieje trochę i mówi “Ktoś musi to robić”. Na drugim pietrze ma kilka pokoi do wynajęcia, choć większość z nich jest zajęta przez stałych mieszkańców. Jeśli gracze będą chcieli się dowiedzieć czegoś ciekawego o złapanych przestępcach albo o celach więziennych to najlepiej tutaj.

Cechy charakterystyczne tego przybytku to dobre, ciepłe jedzenie, porządne piwo, przystępne ceny i niepowtarzalny klimat wnętrz.

Przygoda – karczma wrze. Podobno zaledwie wczoraj do lochów trafiła dziewczynka, ledwie kilkunastoletnia, oskarżona o bestialskie zamordowanie całej swojej rodziny. Ponoć wyrwała im serca i wyłupiła oczy. Sama oskarżona, od momentu aresztowania, nie odezwała się ani słowem, ale karczmarz nie wierzy w jej winę. Owe wątpliwości zdaje się potwierdzać sam kapitan straży, który właśnie wizualizuje swoim przyjaciołom jak wielkiej siły potrzeba, by zwalić dorosłego chłopa i wyciąć mu serce. Niestety brak innych podejrzeń sprawia, że za kilka dni dziewczynka zostanie osądzona i, zapewne, stracona, co przyprawia poczciwego karczmarza o mdłości – jak ma ściąć głowę dziecka?

“Winiarnia u Bruna” Niewielki wyszynk wciśnięty w boczną uliczkę. Żeby się do niego dostać trzeba wiedzieć, gdzie jest, albo trafić przypadkiem. Wąska ulica, pomiędzy wysokimi, kamiennymi budynkami jest zagracona skrzyniami i beczkami z pobliskich sklepów. Jako, że jest sprzątana dużo rzadziej niż bardziej wystawne ulice, walają się tutaj też śmieci i unosi nieprzyjemny zapach zepsutego jedzenia i fekaliów. Mimo to właściciel wygospodarował w miarę czysty kawałek ulicy i, pod zadaszoną częścią, odgrodzoną od reszty ulicy niewysokim płotkiem i donicami z biednie wyglądającymi roślinami, wystawił kilka stołów. Niech Was nie zmyli ciasne i niezbyt przyjemne otoczenie. W lokalu można się napić wielu odmian ciekawych i niespotykanych trunków i zagryźć je drobnymi przekąskami, przygotowywanymi na miejscu. Samo wnętrze nie wyróżnia się niczym szczególnym. Lokal jest zamykany na noc. Bruno, właściciel, jest obcokrajowcem. Mówi z mocnym akcentem i podaje wspaniałe wina i inne napitki. Zapytany odpowie że to od brata który jest kupcem w jego rodzinnych stronach i regularnie dostarcza mu trunki. W rzeczywistości bratem jest szajka przemytników i rabusiów która tu właśnie upłynnia swój towar.

Cechy charakterystyczne tego przybytku to przyjazna atmosfera, podejrzana klientela, ogromny wybór wszelakich trunków po niewygórowanych cenach.

Przygoda – jeden z kupców wynajmuje bohaterów, żeby sprawdzili skąd właściciel wyszynku ma swoje trunki. Twierdzi, że nie dalej jak dwa dni temu pił tam wino, które należy do niego, wszak „zna to wino bardzo dobrze, ma wyróżniający się odcień i posmak dębowych beczek z nutką goryczy którą tak robią tylko w jego winiarni.” Oczywiście straż miejska kompletnie nie jest zainteresowana współpracą a właściciel wyszynku, jak zdarta płyta, powtarza, że napitków dostarcza mu brat.

“Zajazd pod młynem” usytuowany jest tuż przy rzece, dzień drogi od miasta i w pobliżu trzech wsi. Prowadzi go młynarz wraz ze swoim bratem który pełni rolę mytnika pobierającego opłatę za przekroczenie przez most. Krajobraz wokoło jest wręcz sielankowy. Dobrze zadbany młyn, o pobielonych ścianach widać już z daleka. Duża część budynku, zawierająca zajazd, jest gęsto porośnięta bluszczem i obsadzona kwitnącymi roślinami. Do środka wchodzi się przez taras, wyłożony starannie obrobionym kamieniem i, w ciepłe dni, zastawiony stołami. Izba dla gości jest duża i jasno oświetlona, z dużym paleniskiem pośrodku, pełniącym funkcję kominka albo rusztu na duże pieczenie. Nie znajdziemy tutaj typowego baru lub szynkwasu a jedynie długą i szeroką ladę, urządzoną w oknie kuchennym, dzięki czemu widzimy jak powstaje nasz posiłek. Główne dania to ryby. Za młynem są stawy, więc rybkę możemy dostać wprost z połowu. Zawiadujący zajazdem bracia to bliźniacy. I choć wyglądają tak samo diametralnie różnią się charakterem. Mytnik jest osobą miłą i pomocną, która chętnie porozmawia z podróżnymi. Zaś młynarz jest niemiły i opryskliwy. Stali bywalcy często żartują z podróżnych widząc ich zdziwienie nagłymi zmianami charakteru.

Cechy charakterystyczne tego przybytku to dobre, świeże jedzenie i rozwodnione piwo. Nocleg tylko we wspólnej sali.

Przygoda – bohaterowie trafiają do zajazdu akurat, gdy odbywa się w nim weselisko. Oczywiście zostają ugoszczeni w osobnej salce i mają możliwość poznania obydwu gospodarzy. W nocy są świadkami karczemnej awantury braci, zaś rankiem okazuje się, że mytnik zniknął, w jego sypialni jest krew, zaś pan młody zaczyna nerwowo poszukiwać swojej, świeżo poślubionej, małżonki. Co stało się z tą dwójką i czy te zniknięcia są powiązane? Chłopi mają już swoją teorię. Podburzani przez jednego, niezbyt rozgarniętego, osiłka postanawiają puścić z dymem cały zajazd. Tuż przed tym, jak bohaterowie wstaną na śniadanie, nieświadomi zagrożenia.

Targowisko

Złodzieje – to nie jeden pomysł ale całe ich spektrum. Różne warianty targowego interesu złodziejskiego dają nam ciekawe pomysły na przygody, od intryg aż po dynamiczne pościgi, pełne przewracania straganów i wrzasków wściekłych sprzedawców i potrącanych ludzi. Możemy, więc, zrobić z tego:

Haracze – na bazarze grasuje szajka złodziei, którzy nie dość, że kradną, to jeszcze ściągają z kupców haracz za ochronę, której, de facto, im nie dają. Zmęczeni tą sytuacją kupcy najmują bohaterów do wyłapania złodziei, po cichu i przekonania ich by obrali inną drogę. A może by wniknąć w ich szeregi i dowiedzieć się kto tym złodziejskim interesem zarządza? Ktoś z władz? Jakiś kupiec? A może nawet sam zleceniodawca? Chciał sprawdzić jak jego szajka jest bezpieczna?

Młodociany przestępca – gracze łapią złodziejaszka, to tylko dzieciak, umorusany i niedożywiony, zanim zdążą zdecydować co z nim zrobić okazuje się, że kilku kupców zauważyło ten incydent i domagają się ukarania dzieciaka tak, jak innych złodziei, czyli obcięciem ręki, nie zwracając uwagi na to, że to tylko dziecko. Jak zachowają się bohaterowie? Co wyniknie z tego drobnego incydentu?

Tajemniczy kupiec – gracze trafiają na okazję, jeden z kupców ma dobry towar w okazyjnej cenie. Nie jest bardzo zaniżona ale jest taniej niż u innych, w dodatku w dobrej jakości, która ma zachęcić do zakupów. Gracze odchodzą zadowoleni kiedy nagle ktoś krzyczy “to moje, złodziej!” wskazując na jedną z zakupionych rzeczy. Oczywiście gracz z miejsca oświadczy, że kupił to od tego kupca, tylko, że we wskazanym przez gracza miejscu nie ma żadnego kupca ani nawet straganu. Gdzie podział się kupiec i jak teraz gracze wykaraskają się z niewygodnej sytuacji?

Pechowy zakup – od czasu zakupów ciągnie się za graczami pasmo nieszczęść. A to stodoła w wiosce spłonęła, tuż obok karczmy, w której się zatrzymali, ponoć od pioruna ale nawet deszczu nie było. A to ktoś wypadł z promu i utonął jak się przeprawiali. Kogoś przejechał wóz. Jeden, dwa, trzy przypadki to jeszcze nic ale jak się zaczynają powtarzać? Co jeśli ktoś zauważy że te nieszczęścia przydarzają się ciągle gdy gracze są w pobliżu?

Kto pierwszy ten lepszy – zleceniodawca prosi graczy o odkupienie pewnego przedmiotu, który trafił w niewłaściwe ręce. Transakcja była poufna, więc zleceniodawca nie może się ujawnić. W dodatku wskazówki co do przedmiotu i miejsca, do którego trafił są mocno niejasne. Czym jest tajemniczy przedmiot i dlaczego zleceniodawcy tak bardzo na nim zależy? Kto jeszcze chce go mieć? Czy zdążą na czas?

Bezcenny zakup – na targu zwierząt bohaterowie wpadają na awanturę, dwóch kupców zajadle walczy o jedno zwierzę, dochodzi wręcz do rękoczynów. Co jest tak wyjątkowego w czarnym koniu z białą grzywą? Może jakaś legenda z nim związana? Kto stoi za kupcami, którzy tak zażarcie walczą o to zwierzę?

Pod osłoną nocy – zlecenie wydaje się banalne, niewielka karawana kupiecka, podróżująca od miasta do miasta najmuje bohaterów do ochrony w trakcie podróży oraz na kilkudniowym jarmarku. Tyle, że miejscowi nie powiedzieli nikomu, że nocą na uliczkach miasta straszy a ci, którzy wyjdą samotnie w noc zwykle nie wracają. Co dzieje się w miasteczku? Czy faktycznie jakieś zło grasuje po ulicach czy może to legenda stworzona przez złodziei by ukryć ich działalność?

Sztuka kontra polityka – gracze zaprzyjaźniają się z trupą aktorów, która zamierza wystawić sztukę na jarmarku. Szybko okazuje się, że miejscowa władza nie chce do tego dopuścić. Niewinna bajka o Jaśku, który spalił czarownicę w piecu wzbudziła taką nienawiść władcy miasteczka, że postanowił zgładzić całą trupę aktorską. Może historia nie jest wcale taka niewinna? Czemu władca uwziął się na aktorów i czy bohaterom uda się ich uratować?

Król i żebrak – a może wykorzystać klasyczną historię króla w przebraniu? Bohaterowie poratowali żebraka kilkoma srebrnikami? Może to nie jest taki zwyczajny żebrak? Dlaczego zaczepił akurat bohaterów? I co zrobi jeśli drużyna go wspomoże? A jeśli się od niego odwrócą lub znieważą?

Opłaty handlowe – radcy miasta ubiegają się u króla o prawo do zorganizowania jarmarku. Jakie muszą spełnić wymagania władcy okolicznych ziem? Opłata? Albo jakieś umowy handlowe? A jeśli ktoś chce przejąć opłatę? Wszak to łakomy kąsek dla różnych bandytów. Więc drużyna może zostać wynajęta do ochrony tego cennego ładunku.

Dwie twarze kupca – Obwoźny kramarz czy sprzedawca wiozący na swoim wozie różne rzeczy, od garnków przez wstążki czy materiały albo nici, gwoździe, narzędzia itp. Może potrzebuje ochrony bo w kraju wojna i pomimo że ma potrzebne zezwolenia wydane przez obie strony konfliktu to jednak dezerterów i innych rabusiów na drogach wtedy więcej. A co jeśli ten obwoźny sprzedawca to jednak szpieg który donosi jednej ze stron co się dzieje we wrogich obozach? Czy gracze zatrudnieni zostali przez niego? A może to jakiś dowódca, który szuka sprytnych i dociekliwych ludzi którzy znajdą zdrajców, którzy pomagają przeciwnikowi?

Niewolnicy – gracze trafiają na taki targ albo część targu gdzie odbywa się handel ludźmi. W takim miejscu zamiast ciekawych scen można wywołać w graczach uczucie smutku, czy sprzeciwu gdy rodziny są rozdzielane. Może złamią się i pieniądze które mają przeznaczą na wykupienie jakiejś rodziny by jej nie rozdzielać. A może zostali przysłani na taki targ by wykupić kilku niewolników. Zleceniodawca sowicie płaci za ich usługi ale ma ściśle określoną listę niewolników którzy mają zostać wykupieni, dokładny wygląd, wiek i nawet imiona. A to są dzieci, starcy, którzy raczej nie nadają się do pracy. Czemu gracze mają wykupić akurat tych? A co jeśli jakiś inny kupiec też będzie chciał kupić jakiegoś niewolnika i licytacja będzie ostra? A po powrocie zleceniodawca mówi tylko: “Macie mi sprowadzić tego niewolnika. Nie obchodzi mnie jak to zrobicie ale jutro macie się z nim tu pokazać” Co zrobią gracze? Jakich metod użyją?

Cenny nabytek – na rynku panuje poruszenie. Z klatki uciekło jakieś egzotyczne i/lub niebezpieczne zwierzę. Jeśli egzotyczne to pewnie drogie i wszyscy teraz próbują je złapać bo jest za to nagroda. A jak niebezpieczne? Gdzieś się ukryło i będzie zabijać. Gracze muszą je złapać zanim jacyś ludzie stracą życie. A każdy kto twierdzi, że zna zwyczaje tego zwierza, mówi zupełnie co innego a niektóre informacje wręcz się wykluczają.

Prezent – w Earthdawnie jest taki Horror, który się nazywa Darczyńca. Przybiera postać kupca, wsiada na wóz pełen towarów i jedzie w świat. Kiedy napotka osadę zakłada tam sklep i zaczyna obdarowywać niektórych klientów prezentami. Każdy, kto dostanie taki prezent, zaczyna się dziwnie zachowywać – zaczyna pożądać rzeczy innych Dawców Imion. Bierze je bez pytania, przywłaszcza sobie. Nawet jeśli to wymaga zadźgania swojego brata, taka osoba, po prostu, musi mieć dany przedmiot. Co się stanie, kiedy pewnego dnia, do Waszej wioski/osady/miasteczka zawita wóz zapełniony przepięknymi towarami, które hojny kupiec rozdaje jako prezenty? Czy nagłe bójki, kłótnie i zamieszki zwrócą Waszą uwagę na kupca?Jak rozwiążecie ten problem?

Earthdawn Mynbruje

Ostatnie życzenie – podczas jednej ze swoich podróży bohaterowie są świadkami nierównej walki, grupa bandytów katuje starego krasnoluda. Zapewne drużyna rzuci się na ratunek i, choć nie będzie łatwo, w końcu odeprze atak. Niestety krasnolud jest umierający i nie da się mu pomóc. Prosi bohaterów żeby dostarczyli niezwykle ważne dokumenty, które wiózł do niewielkiego miasteczka. Burmistrz owej osady, według umierającego, zdobył swoje bogactwo zabijając swoich przyjaciół i odbierając im ich dobra. Dokumenty to ostatnia wola zabitych i dziennik jednego z nich, w którym opisuje odnaleziony kaer oraz wyjawia swoje podejrzenia, że ich towarzysz może ich zdradzić. Ponieważ wydarzenia te miały miejsce w kaerze, nikt nie poddał w wątpliwość jego opowieści o źle, z którego macek ledwie sam uszedł z życie, a które zabiło jego towarzyszy. Pozornie proste zadanie nie jest jednak tak banalne, jak się początkowo wydaje. Część bandytów nadal będzie próbowała nie dopuścić, żeby dokumenty dotarły do miasteczka. Zaś na miejscu okaże się, że burmistrz trzyma w kieszeni większość miasta, zaś rodziny jego pomordowanych przyjaciół są w mniejszości i nikt nie chce ich słuchać. Co więcej, jeśli zaczną mówić o dokumentach, zaczną być zabijani. Ponadto, co potwierdzają rodziny ofiar, w kaerze nie było nikogo więcej prócz tej drużyny. Skąd więc wzięły się dokumenty? Jakim cudem trafiły do miasteczka? I kim jest tajemniczy krasnolud, który przekazał je bohaterom? Czyżby sama Mynbruje postanowiła zaprowadzić sprawiedliwość rękami poszukiwaczy przygód? Czy bohaterowie podejmą trud udowodnienia zbrodni?

Ofiara – gdzieś na dalekich rubieżach znajduje się niezwykle bogata, niewielka wioska skrywająca mroczną tajemnicę. Gdy Pogrom szalał w Barsawii jednemu z Horrorów udało się częściowo przeniknąć kaer, w którym schronili się mieszkańcy i zaczął ich dręczyć. Żeby ocalić życie mieszkańcy zaczęli składać krwawe ofiary. Pogrom się skończył ale tradycja pozostała, zapewniając wiosce opiekę tajemniczego „przyjaciela”, który zablokowany gdzieś w czeluściach starego kaeru, wciąż syci się ofiarami. Władze wsi, kilka wtajemniczonych osób, nagminnie ścigają prawdziwe i domniemane przestępstwa, które pokazowo karzą karą śmierci. Ci, którym się to nie podoba wpadli na pomysł sprowadzenia do wioski Głosiciela Mynbruje, by ten dopilnował sprawiedliwych wyroków. Niestety każdy Głosiciel, którego uda im się po kryjomu sprowadzić do wsi, ginie w tajemniczych okolicznościach. Bohaterowie spotykają na swojej drodze szaleńca. Budzący litość Głosiciel Mynbruje błąka się samotnie niepewny gdzie jest i dokąd zmierza. Czasem mówi do rzeczy a kiedy indziej bredzi od rzeczy. Szybko się jednak okazuje, że staruszek nie jest do końca szalony. Doskonale potrafi wyczuwać zło drzemiące w sercach Dawców Imion oraz dostrzegać echa ich czynów z przeszłości. Co się stanie kiedy, wraz z drużyną, dotrze do owej wioski? Jak zachowają się bohaterowie, kiedy starzec przerazi się rządzących i zacznie bredzić o krwawych ofiarach? A co jeśli któryś z naszych bohaterów dopuści się zbrodni, za którą karze się śmiercią i rządzący postanowią zrobić wszystko, by wykonać wyrok?

Głosiciele – bohaterowie zatrzymali się w spokojnym, dostatnim miasteczku. Przybyli do niego akurat w momencie, kiedy w karczmie, jedynej w osadzie, odbywał się proces. Sędzią jest Głosiciel Mynbruje, osoba szanowana i lubiana. Proces jest trudny i na pewno nie zostanie rozstrzygnięty od razu. Na wyrok trzeba będzie poczekać do następnego dnia. Widać jednak, że mieszkańcy mają zaufanie do sędziego i będą czekać na rozstrzygnięcie procesu pewni, że wyrok będzie sprawiedliwy. Nagle w miasteczku pojawia się osoba podająca się za Głosiciela Mynbruje, w dodatku z miejsca twierdzi, że ów sędzia jest oszustem i nie podąża za ideałami Pasji. Który z nich jest prawdziwym Głosicielem a który oszustem? A może jeden z nich słucha podszeptów Horrora? A jeśli oskarżony jest niewinny? Tylko szlachetni bohaterowie mogą rozwikłać tą zagadkę.

Dobro wraca – gdzieś na szlaku bohaterowie trafiają na grupkę Dawców Imion. Są wychudzeni, wygłodzeni, przestraszeni. Ich wioskę napadli łowcy niewolników, kogo dopadli wzięli do niewoli a zabudowania spalili. Nieliczna grupa ocalałych błąka się po pustkowiach nie wiedząc dokąd iść. Wśród nich znajduje się starzec/staruszka, który zwykle trzyma się na uboczu ale chętnie rozmawia z bohaterami. Jeśli ci zdecydują się odprowadzić pozbawionych schronienia Dawców Imion do cywilizacji starzec będzie się trzymał blisko nich. Doskonale zna mieszkańców, włącznie ze szczegółami, na które zwykle nie zwraca się uwagi („Mały, jasnooki Jessar. To on podprowadził Ci ciastka z torby. Ale nie złość się na niego. Porozmawiaj z jego matką. Tylko nie z jej mężem. Co? Nie, to nie jego ojciec. Nie wiedziałeś? Ma oczy po ojcu, a Seris ma brązowe.”). Będzie pomagał bohaterom w podróży i ostrzegał przed niebezpieczeństwem („To nie są kupcy. W wozach mają kajdany. Stąd słychać jak brzęczą.”). Gdy grupka zostanie odprowadzona w bezpieczne miejsce staruszek może dać bohaterom niezwykle cenną wskazówkę dotyczącą ich aktualnej misji. Tylko dlaczego, kiedy chcą się z nim pożegnać przed odejściem, okazuje się, że nikt z ocalonych go nie zna, i wręcz twierdzi, że nikt taki z nimi nie wędrował?

Skazany – sprawa jest prosta. Gracze złapali mordercę niemalże na gorącym uczynku. Odstawili go do władz terroryzowanego mordami miasteczka i zgarnęli nagrodę. Sprawa wydaje się zakończona, przynajmniej do momentu, w którym pojawia się miejscowy Głosiciel Mynbruje, który twierdzi, że nie widzi winy w oskarżonym. Gracze powinni się poczuć skołowani. Jak to nie widzi winy, skoro złapali go na gorącym uczynku? Niech Głosiciel stawia pytania. Nich gracze zaczną się zastanawiać. Dlaczego zabijał? Jak powiązane są ofiary? Dlaczego uparcie milczy i odmawia odpowiedzi i nie chce się bronić? A co jeśli nie miał wyboru i ktoś lub coś go do tego zmusiło? Gdzie kryje się prawdziwe zło? Jeśli gracze będą się upierać przy swoim niech oskarżony zostanie stracony. Tylko, że tuż po egzekucji ktoś znów zabił. Może jednak Głosiciel miał rację i właśnie zginął niewinny człowiek? Czy gracze uciekną przed odpowiedzialnością czy spróbują znaleźć prawdziwego mordercę?

Earthdawn Jaspree

Taniec Pasjilegenda głosi, że jeszcze przed Pogromem do dżungli Serwos przybyła grupa Głosicieli Jaspree. Pragnęli zbudować wspaniałą świątynię dla swojej Pasji blisko dzikich stworzeń, które nazywali swoimi braćmi. Jaspree pobłogosławił im i wkrótce świątynia stała się znana w całej okolicy a Dawcy Imion przybywali z najdalszych zakątków, by ujrzeć na własne oczy ten cud natury i złożyć dary Pasji. Plotki o niezmierzonych bogactwach dotarły do uszu Barloka Okrutnego, przywódcy dzikiego plemienia orków. Im więcej Barlok słyszał o świątyni tym bardziej pragnął jej bogactw. Zebrał swój szczep i zaatakował. Chciwa Pasja, Chorrolis, dodała im animuszu i wkrótce ze świątyni zostały tylko przesiąknięte krwią ruiny. Jedna z Głosicielek, ostatkiem sił przeklęła Barloka słowami „Przybyłeś poszukując bogactw, choć nie posiadaliśmy żadnych, które mógłbyś wziąć. Twoje poszukiwania nigdy się nie skończą. Będziesz nieustannie przemierzał dżunglę, szukając łupu, którego nigdy nie odnajdziesz. Od dziś, aż do swego ostatniego dnia, nie opuścisz tego miejsca.” T’skrangi z dżungli Serwos twierdzą, że Barlok i jego pobratymcy nigdy nie odnaleźli wyjścia i zginęli z głodu lub rąk współbraci, zaś dżungla, do dziś dnia, broni dostępu do świątyni,ukrywając szlaki, myląc tropy, dezorientując tych, którzy przechodzą zbyt blisko.

A co, jeśli Jaspree zapragnęła, by ktoś odnalazł świątynię i przywrócił jej świetność? Może pojawi się w snach bohaterów, którzy znajdują się w pobliżu dżungli i będzie prosiła o pomoc? A jeśli w okolicach świątyni nadal krążą orkowie zaś samo miejsce nie jest już tym, czym było dawniej?

Prowadziłam kilka różnych wariantów przygody opartej na tej legendzie. Efekty zawsze były bardzo dobre. Zainteresowanych gotowym scenariuszem zapraszam😉

W obronie drzew – o pomoc do bohaterów zgłasza się prosty wieśniak. Jego pobratymcy wysłali go by sprowadził kogoś, kto rozwiąże nietypowy problem. Mieszkający w wiosce od wielu lat Głosiciel Jaspree stanowczo przeciwstawia się wycince lasu, bez której wioska nie będzie w stanie się utrzymać. Co gorsze wspierają go dzikie zwierzęta. Mimo usilnych prób dotarcia do Głosiciela i poznania powodów, dla których nagle przeciwstawia się wiosce mieszkańcy nic nie osiągnęli. Zdesperowani szukają pomocy u Adeptów.

Czemu Głosiciel jest tak bardzo przeciwny wiosce? Co skrywa las? Może gdzieś tam wśród drzew jest spętany horror i niszczenie przyrody spowoduje jego uwolnienie? A może sama Jaspree nakazała zostawić to miejsce w spokoju?

Eden – na dalekiej północy leżą stepy dawnego królestwa Scyty. Ogromne, niezbadane pustkowia rzadko stają się celem wycieczek Dawców Imion, chyba, że ktoś zdąża do Faktorii Handlowej. Podróżujący tam bohaterowie, znużeni monotonnym krajobrazem trafiają na piękny ogród. Mnogość rośli i zwierząt, ożywcze, pachnące kwiatami powietrze, liczne źródła krystalicznie świeżej wody. Gdy opada pierwszy zachwyt pojawiają się pytania.  Kto i dlaczego go tu założył? Co skrywają labirynty kwiatów i krzewów? Czy może układają się w jakiś wzór? Co czeka w centrum? Skarb, kaer a może uwięziony horror?

Klątwa Głosiciela – Głosiciel Jaspree sprzeciwia się wydobywaniu żywiołu ziemi, wody czy drewna z okolicznych terenów. Nie mogąc dogadać się z tymi którzy tą esencję wydobywają wygłasza płomienną mowę o klątwie Jaspree i o karze jaka ich spotka. I rzeczywiście. Po jego odejściu zaczynają się problemy. Żywność się psuje, plony marnieją, liczba wypadków wzrasta znacząco. Czy Adeptom uda się znaleźć Głosiciela i/lub wybłagać przebaczenie u Jaspree? A może to, co się dzieje, to nie jest wina Głosiciela? Może ktoś, kto słyszał pełne oburzenia słowa postanowił wykorzystać je na własną korzyść i zaczął sabotować miejsca wydobycia, truć zwierzęta, niszczyć plony?

Opuszczeni przez Jaspree – pewien Głosiciel zwraca się do Adeptów z prośbą by pomogli mu w jednej wiosce. Dość dawno temu został poproszony przez mieszkańców o pobłogosławienie ich ziem. Wioska jest położona w dolinie, nad głęboką, czystą rzeką, mimo to teren wokoło jest całkowicie jałowy. Pomimo wysiłków Głosiciela, prób sadzenia roślin i licznych modlitw do Jaspree plony nadal nie chcą tam rosnąć. Dolina pozostaje nieurodzajna choć wszędzie wokoło przyroda bujnie rozkwita. Głosiciel zaczyna podejrzewać, że miejsce jest przeklęte. Czy Adeptom uda się rozwikłać tajemnicę Doliny Piasków?

Pechowy Głosiciel – do Adeptów dociera plotka o dziwnym Głosicielu Jaspree który przechodząc przez wioski sprawia że przyroda rozkwita i plony są obfite, a równocześnie z ciągnie się za nim krwawy szlak. Dawcom Imion, z którymi się zetknie zdarzają się same nieszczęścia, niektóre doprowadzające nawet do ich śmierci. Kim naprawdę jest ten Głosiciel i dlaczego oprócz wzrostu i rozkwitu przyrody ciągnie za sobą falę nieszczęść i tragedii?

Earthdawn Floranuus

Smutny Głosiciel – do drużyny zgłasza się Dawca Imion. Jego brat/przyjaciel to Głosiciel Floranuusa, który wyruszył na wyprawę bo od karawany kupieckiej usłyszał o wiosce w której Dawcy Imion są ciągle poważni i smutni. Powrócił odmieniony. Nie chce mówić o tym co się tam stało, a na każdy przejaw zabawy lub radości patrzy z tęsknotą i smutkiem w oczach. Wioska rzeczywiście jest dziwna bo nikt tam się nie śmieje. Wśród okolicznej ludności chodzą plotki że Floranuus odwrócił się od niej i niejeden jego Głosiciel wracał odmieniony. Jaką tajemnicę skrywa wioska? Klątwę która zamienia każdą radość w cierpienie i śmierć? A może to Horror który żywi się właśnie tymi uczuciami, spętany gdzieś na dnie kaeru, z którego wyszli mieszkańcy a którego wrota są znowu zapieczętowane? A może to sami mieszkańcy i ich historie o tym jak udało im się przetrwać pogrom wywołują taki smutek u wszystkich?

Zabawa ze śmiercią – drużyna natrafia na wioskę w której trwa już kilka dni święto albo festyn. Dawcy Imion bawią się i świętują dziękując Floranuusowi za przednia zabawę. Jedzenie i picie jest za darmo, można bawić się, tańczyć, co trochę organizowane są różnego rodzaju konkursy i zabawy. Wodzirejem jest niezmordowany Głosiciel którego nikt jeszcze nie przepił ani nie przejadł. Ciągle wymyśla nowe zabawy. Tylko jedna rzecz jest dziwna. Mieszkańcy i przyjezdni nie pamiętają już dokładnie ile trwa zabawa. Trzy dni? Pięć? Siedem? Kim jest tajemniczy Głosiciel? I gdzie znikają Ci którzy padną wycieńczeni lub zmorzeni alkoholem?

Szalony błazen – (pomysł na BNa) Głosiciel Floranuusa który bardzo wziął sobie do serca niesienie radości innym. Nawet wbrew ich woli. Co zrobią inni Dawcy Imion gdy pojawi się na pogrzebie i zacznie opowiadać sprośne kawały lub żarty?

Tajemniczy zwycięzca – w karczmach i zajazdach krąży plotka/opowieść o tajemniczym Dawcy Imion który pojawia się często na różnych zawodach, czy to będą biegi, skoki czy wspinaczka albo pływanie. Wpada między zawodników i prześciga wszystkich, po czym kłania się i znika w tłumie. To Głosiciel a może sam Folanuus? Faktem jest natomiast, że nie wszystkim jest w smak by ktoś im zgarniał sprzed nosa nagrodę. Tym bardziej jeśli zawody zostały ustawione jeszcze przed rozpoczęciem. Czy postacie będą zatrudnione do “ochrony” zawodów? A może natrafią na scenę w której “ochroniarze” złapali ową tajemniczą osobę? Co zrobią w tej sytuacji?

Mordercze zawody – z okazji pięćdziesiątej rocznicy otwarcia kaeru mieszkańcy jednego miasteczka organizują zawody na które ściągają Dawcy Imion z różnych części Barsawii. Nie wszyscy chcą grać uczciwie (włączając w to organizatorów). Pojawia się jednak jeden z głosicieli Floranuusa i trafnie komentuje wszelkie nieczyste i ustawione zagrywki. Co zrobią postacie jeśli zostali zatrudnieni jako ochrona imprezy, jako straż, która ma wyłapywać krzykaczy i pijaków czy zapobiegać bójkom, a zleceniodawca naciska by “uciszyć” Głosiciela?

Kultyści

Zakazana religia

W ręce władz dostaje się jeden z kultystów. Na torturach wyjawia gdzie spotykają inni. Ale to dzielnica w której straż nie pojawia się po zmroku, dlatego wynajęci zostają bohaterowie. Gracze dostają się na miejsce. Ale co zrobią gdy zrozumieją że kultyści to tak właściwie wyznawcy innego boga, niż ten, do którego modli się głowa państwa, i którego religia jest prawnie jedyna, ukrywający się przed władzami bo ich religia jest niezgodna z panującym porządkiem lub namawia do zmiany władzy?

Osada

Gracze trafiają do osady gdzieś daleko od cywilizacji. Pomimo niebezpiecznych terenów wokół wioska wydaje się jakby żywcem wyjęta z jakiejś sielankowej krainy. Żyzne pola, dorodne owoce, zadbane zwierzęta, szczęśliwi i serdeczni ludzie. Bardzo bogobojni choć ich słowa trochę różnią się od tych głoszonych w świątyniach w miastach. Kultywują zakazaną religię. Mają konszachty ze zwierzoludźmi. Gdy gracze zorientują się że coś jest nie tak wszyscy mieszkańcy będą chcieli ich zabić. A może przeciągnąć na swoją stronę albo wykorzystać w inny sposób.

Osada wersja 2

Jak zachowają się gracze gdy trafią do osady wyznawców zakazanego bóstwa? Najpewniej spalą. A jeśli mieszkańcy przeszli na nową wiarę z przymusu lub strachu?

Zagubiona gdzieś wśród szczytów osada. Dziwny człowiek schodzący z gór i mówiący: “Wybudujcie na tym wzgórzu świątynię Pana Ciemności bo inaczej orki/nieumarli/potwory wyrżną wszystkich mieszkańców”. Jak zachowają się gracze gdy trafią w takie miejsce?

Pościg

Pościg za zbiegłym więźniem któremu udało się uciec przed stryczkiem. Złapany na gorącym uczynku gdy odprawiał swoje bluźniercze rytuały przy okazji mordując niewinnych obywateli. Tylko czemu nie ucieka w las a krąży po mieście czy w okolicy? Czemu włamał się do kilku domów i co z nich wyniósł? Bo właściciele mówią że nic nie zginęło. Czyżby rytuał musiał być jednak zakończony?

Rytuał

Ekscentryczny artysta zdobywa salony szlachty. Jego sztuka oszałamia. Muzyka, obrazy, rzeźby są prawie że hipnotyzujące. Piękne i obrazobórcze ale w taki sposób, że nikt nie potrafi znaleźć dowodu, pozostają wrażenia. Jego wypowiedzi są co najmniej kontrowersyjne. Kwestionuje dogmaty wiary, namawia do stawiania pytań, do wątpliwości. Kim jest i skąd pochodzi? Czemu wydaje się że jego obrazy powoli się zmieniają. I zmieniają się ich właściciele? Artysta jest równocześnie kultystą. W swojej sztuce zawiera tajne rytuały wpływające na ludzi. Jaki ma cel? Obalić władców? Doprowadzić do krwawych rzezi? A może zwyczajnie zyskać sławę i władzę. Bo już teraz jego słowo staje się rozkazem dla zafascynowanych nim ludzi.

Zaprzedać duszę

Pomysł na postać

“Skoro moi bliscy nie mogą iść do nieba to i ja nie pójdę.” Osoba która z rozpaczy po stracie najbliższych stała się niemalże awatarem zakazanego boga. Wykona wszystko co zobaczy w wizjach czy majakach. Bo ten nowy bóg zwróci jej najbliższych.

Mafijne porachunki

Mafia rozpanoszyła się na dobre. Zabójstwa na zlecenie celem zastraszenia konkurencji czy wymuszenia posłuchu. Bohaterowie graczy mogą dostać zlecenie na poradzenie sobie z mafią, odkrycie kto jest na jej czele i pozbycie się jej z dzielnicy / miasta / grodu. Zadanie niby proste. Do momentu, w którym okazuje się, że to nie zwykła mafia ale mafia wspomagana przez moce złego boga. Rozrywka przenosi się wtedy na zupełnie inny poziom.

Dwie twarze przyjaciela

Tutaj główną rolę odegra ulubiony NPC graczy, który często pomaga drużynie, którego wiedzę drużyna ceni, o którego życie dba. Wrzućcie teraz tą drużynę do miasta / wsi / osady gdzie ktoś odprawia rytualne mordy. I nagle okazuje się, że tropy prowadzą do ich ulubionego, zupełnie normalnego, NPC’a. A jeśli jeszcze ten NPC ma rodzinę, albo jest rodziną któregoś z bohaterów macie gotowy pomysł na namieszanie w głowach graczy.

Zaginiony dziedzic

Mały książe został porwany, rodzice rozpaczają, przeszukują królestwo wzdłuż i wszerz, bez skutku. Lata mijają i książe zostaje uznany za zmarłego. Był to jedyny dziedzic tronu, więc w końcu nadchodzi czas wyboru nowego króla. I nagle pojawia się on. Zaginione dziecko nie jest już dzieckiem a mężczyzną w sile wieku, w dodatku zaopatrzonym w armię kultystów złego bóstwa. To właśnie oni porwali go kiedy był zaledwie szkrabem i wychowali by kiedyś dał im królestwo we władanie. Oczywiście książe ma znamię, które go identyfikuje, może też mieć moc należną tylko królewskiej krwi, żeby rodzina i poddani mieli pewność, że to jest prawowity następca tronu. Wyobraźcie sobie jakiego zamieszania narobi pojawienie się kogoś takiego. A jeśli wcześniej gracze mieli za zadanie odszukać księcia bo pojawiła się przepowiednia, że żyje, że pojawi się w dniu przesilenia zimowego na Złotej Górze?

Earthdawn Garlen

Pocieszycielka

Garlen to nie tylko Pasja ogniska domowego ale także pocieszycielka przestraszonych czy przerażonych. Do drużyny zgłasza się głosiciel/głosicielka Garlen. Prosi ich o eskortę. Celem jest pewien kaer w głębi dżungli czy gdzieś wśród stepów. Zapytana odpowie “Oni potrzebują pocieszenia”. Droga nie będzie łatwa a teren w miarę oddalania się od cywilizacji jest coraz dzikszy. Brak wiosek, ruiny, dzikie zwierzęta, konstrukty horrorów. W końcu docierają do kaeru który jest zamknięty. Garlen przysłała głosicielkę/głosiciela na samobójczą misję. Pocieszyć dusze tych, którzy zamknięci w kaerze, zostali zabici przez horrora. Czy drużynie uda się dostać do kaeru? Czy ocalą głosicielkę?

Podróż do domu

Grupa natrafia podczas podróży na wycieńczonych podróżnych. Byli w niewoli a teraz wracają do domu. Jak zachowają się gracze gdy dowiedzą się że to Therańczycy którzy zostali uprowadzeni w odwecie za atak łowców niewolników. Pomogą czy nie?

Klejnot cenniejszy niż złoto

Jakiś bogacz, potężna i wpływowa osoba szuka pomocy dla swojego dziecka. Gdzieś żyje podobno głosiciel Garlen który jest w stanie pomóc. Drużyna zostaje wynajęta by sprowadzić go do domu owego bogacza. Jednak głosiciel odmawia: “Przyjdę i uzdrowię dziecko jeśli wasz zleceniodawca wykona to co teraz powiem…” a żądania głosiciela są dziwne. Przekazanie większości majątku, ufundowanie kilku dziwnych przedsięwzięć a nawet przysięga krwi. Czemu głosiciel Garlen stawia takie żądania. Kim są Ci, którym bogacz miałby pomóc i dlaczego zleceniodawca wpadnie w szał gdy usłyszy żądania? Czy graczom uda się rozwikłać zagadkę? Czy uratują dziecko?

Mój dom to moja twierdza

Gracze trafiają do wioski gdzie w jednym z domów mieszka głosiciel/ka Garlen. Osoba ta zachowuje się bardzo dziwnie. Ma obsesję na punkcie zamykania i ryglowania drzwi. Jeśli gracze trafią do niej z prośbą o pomoc zauważą jak dokładnie zamyka i otwiera drzwi. Zapytana odpowie że Garlen każe jej bronić domu bo zło czai się na zewnątrz. Czy mówi prawdę? Z początku wyglądająca jak szalona może okazać się jednak jedyną osobą która wyczuwa niebezpieczeństwo które wisi nad wioską. Horror? Wyznawcy jednej z szalonych Pasji a może ktoś inny? Jak gracze przekonają głosicielkę/głosiciela do pomocy jeśli wcześniej być może żartowali sobie z jej obsesji?

Uzdrowicielka

Po Barsawii krąży głosicielka Garlen. Tajemnicza osoba, która podróżuje i leczy dawców imion. Zawsze pojawia się tam gdzie wydarzyło się jakieś  nieszczęście. Gracze będą mieli okazję usłyszeć o niej wiele plotek, od tego że to sama Pasja krąży po świecie, do oskarżeń że musi być jakoś powiązana z tymi wszystkimi nieszczęściami bo gdy wybuchnie pożar, czy po bitwie pojawia się jako pierwsza na miejscu. Kim jest tajemnicza głosicielka? Czemu wśród Dawców Imion zdania na jej temat są tak bardzo różne?

Wszystkie dzieci nasze są

Pomysł na miejsce. W jednym z miast prowadzony jest sierociniec dla dzieci, którym zajmują się głosiciele/głosicielki Garlen. Pomysłów na wykorzystanie takiego miejsca może być kilka:

  1. Sierociniec jest zagrożony, prowadzące go głosicielki proszą o pomoc drużynę. Do obrony, zabezpieczenia albo do ochrony podczas przenoszenia się w inne miejsce. Jak będą reagować gracze gdy wokół nich będzie pętać się kilkanaścioro lub więcej dzieci które ciągle będą przeszkadzać, pytać, płakać.
  2. Sierociniec prowadzony przez głosicielki jest równocześnie sponsorowany. Nikt nie wie ale to właściwie szkoła dla uzdolnionych dzieci. Nauczycielami są znani adepci wielu dyscyplin. W mieście ludzie szepczą, ale nie za głośno, bo Ci co zadają za dużo pytań znikają. Kto sponsoruje sierociniec? Dlaczego dzieci są tam szkolone? Po co? I czemu całość ogarnia taka tajemnica?

Dziecięcy świat

W okolicy podobno grasują Therańscy łowcy niewolników, napadają na wioski i porywają tylko dzieci. Ludność szuka ich kryjówki i najmie adeptów do znalezienia i odzyskania dzieci. Gdy graczom uda się znaleźć obóz okaże się że jest w nim kilkadziesiąt dzieci i tylko jedna głosicielka. To ona zabiera dzieci. Dlaczego? Czemu Garlen pozwala na takie działania? Głosicielka mówi o niebezpieczeństwie i klątwie przed którym musi uratować dzieci. Czy mówi prawdę? Czy oszalała? Jasne jest że dzieci nie chcą wracać do rodzin.

20 Gwiezdny Mędrzec

A oto przed Wami wielki finał przygody 😀

Wyszliśmy przed system jaskiń, na skalną półkę, żeby odpocząć i uleczyć się nieco przed konfrontacją z czymś, co może być śmiertelne niebezpieczne. Siedziałam oparta o skały, delektując się dotykiem aksamitnej sierści Hator, która jakby wyczuwając moje rany, przylgnęła do mnie jak mały kotek, gdy nagle usłyszałam w głowie cichy głos Barona.

– Raven?

– Tak Baronie? – odparłam w myślach.

– Raven, bo ja mam takie pytanie. – duch wydawał się niepewny. – Czy ja dobrze powiedziałem, że jesteś nosicielką Jaspree?

– Czym jestem?! – musiałam chyba wykrzyknąć to na głos, bo reszta towarzyszy spojrzała na mnie zdumiona. – Głosicielką, Baronie. Głosicielką. Komu powiedziałeś?

– Aha…. Przepraszam. No bo myśmy spotkali znajomego i on pytał kim jesteś i…

– Jakiego znajomego? – weszłam mu w słowo. – I gdzie wy, w ogóle, jesteście? Czekamy na was.

Po dłuższej chwili milczenia Baron znów się odezwał.

– Thar’zitt pyta, czy jest tam coś ciekawego.

– Tak – odparłam natychmiast – Pięć wściekłych duchów żywiołów.

– Lecimy. – usłyszałam w odpowiedzi.

– Ich już tutaj nie ma. – wtrąciła Miriel, jednak jej spojrzenie w głąb jaskini było pełne obawy.

– Skąd wiesz? – mruknęłam. – Może wrócą. Poza tym Thar’zitt szybciej przyleci jak będzie pewny, że są tutaj duchy a ja nie zamierzam siedzieć w tym miejscu dłużej niż to absolutnie konieczne.

Nie minął nawet kwadrans gdy dostrzegliśmy lecące w naszą stronę dwie sylwetki. Thar’zitt, jak zwykle, siedział na swojej chmurce zaś obok niego leciał niezwykły wietrzniak. Był łysy i miał smocze skrzydła w złotym kolorze, a kiedy podleciał bliżej dostrzegłam także smoczy ogon. Prawe ucho było pełne kolczyków, zza pleców wystawały trzy włócznie, zaś całości obrazu dopełniała zbroja z Vyverny i wielka sakwa. Thar’zitt przedstawił nam go jako swojego wieloletniego przyjaciela. Bum Złotoskrzydły okazał się być szóstokręgowym Władcą Wiatru.

Wietrzniak zrobił na mnie dobre wrażenie. Kulturalny, dobrze wychowany, zdecydowanie mniej wszędobylski niż większość wietrzniaków. Nie wyczułam też w nim zwyczajowej nieufności. Kiedy się odwrócił zauważyłam, że część zbroi na łopatce została wycięta żeby pokazać niezwykły, ruchomy tatuaż, przedstawiający jakąś walkę. Jak znajdziemy chwilę spokoju muszę go poprosić żeby opowiedział nam coś o sobie. Wydaje się być interesującą postacią o barwnej historii.

W szumie dyskusji, która się wywiązała po przybyciu Thar’zitta i Buma znów odezwał się Baron, tym razem kompletnie wprawiając mnie w osłupienie.

– Raven. Bo ja mam pytanie. Widzisz, chciałem ci sprawić prezent ale nie wiem. Powiedz mi, jakie beczki lubisz?

– Co lubię? – zamrugałam oczami zdezorientowana.

– No beczki. Bo miała być skrzynka ale uznaliśmy, że beczka będzie lepszym pomysłem.

Widząc moją minę do rozmowy wtrącił się Thar’zitt.

– Ustaliliśmy z Bumem, że Głosiciele stają na skrzynkach i głoszą, więc skoro potrzebujesz do szczęścia skrzynki to chcieliśmy ci jakąś ładną sprawić. Ale później pomyśleliśmy, że beczka będzie wygodniejsza.

– Właśnie. – wtrącił się Baron. – No to jakie beczki lubisz.

– Ale… – zaczęłam, niepewna co powiedzieć.

– Słuchajcie. – wszedł mi w słowo Bum. – To, naprawdę, nie jest najlepszy moment na dywagacje na temat beczek. Prezentem zajmiemy się później bo teraz mam wrażenie, że wewnątrz tej góry coś jest, więc lecę to sprawdzić.

Szczęśliwa, że temat kłopotliwego prezentu został chwilowo zawieszony skupiłam się na obserwacji wietrzniaka, który zaczął latać wokoło góry przyglądając jej się intensywnie. Teraz już wszyscy zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Ze środka zaczęły dochodzić dziwne odgłosy, jakby stłumione wybuchy, zaś w korytarzu wychodzącym na zewnątrz zrobiło się wyczuwalnie cieplej. Szybko odesłałam zwierzęta na skały z dala od wejścia i sama też odsunęłam się najdalej jak się dało. Jeśli wyleci stamtąd kula ognia nie zamierzam stać jej na drodze.

Bum zleciał do nas po niespełna minucie.

– I co tam jest? – dopytywał się Thar’zitt.

– Duch żywiołu ognia.

– Fantastycznie. – mruknęłam pod nosem.

– I jak się zachowuje? – t’skrang zajrzał zaciekawiony do środka.

– Wyobraź sobie, że ja mógłbym stać się duchem żywiołu. – Bum zrobił stosowną pauzę. – No to właśnie tak.

– O na Pasje. – Thar’zitt wyglądał na przerażonego.

– Wiecie co? – Bum spojrzał na mnie. – Nie wyglądacie najlepiej. To może wy tu sobie posiedźcie a my pójdziemy pozbyć się niechcianego gościa.

– Genialny plan. – uśmiechnęłam się.

Ponieważ reszta nie oponowała Thar’zitt i Bum zanurzyli się w jaskini. Z opowieści Buma dowiedzieliśmy się, że t’skrang pochwycił ducha, który faktycznie zachowywał się jak odurzony jagodami Kheesry wietrzniak, po czym wytłumaczył mu, że powinien sobie pójść. Co ciekawe, duch, nie dość, że posłuchał, to jeszcze na odchodnym powiedział Thar’zittowi, żeby nie szedł dalej bo jest tam pułapka. Thar’zitt chciał od razu zbadać dalszy korytarz ale Bum zaoponował, twierdząc, że najpierw trzeba zdać raport przywódczyni, więc obaj wynurzyli się w końcu z jaskini cali i zdrowi.

W chaosie dyskusji jaka nastąpiła po ich wyjściu okazało się, że Bum nie ma pojęcia co my tu robimy i czego szukamy. Opowiedzieliśmy mu o Księdze Cierpienia i o dziwnie się zachowujących mieszkańcach wioski. Wietrzniak zastanowił się przez chwilę.

– Słyszałem o podobnych Horrorach. – odezwał się w końcu. – Ukrywają naznaczenie i aktywują je tylko wtedy, kiedy nastąpi odpowiedni moment. No i manipulują umysłami. Są bardzo niebezpieczne bo nawet nie wiesz kiedy cię naznaczy.

– A jak dużo Horrorów tak potrafi? – dopytał Thar’zitt. – Jednen na milion, jeden na tysiąc?

– Jeden na milion.

– To nie dużo.

– Milion ma cztery zera prawda?

– Tysiąc ma cztery zera.

– To jeden na tysiąc. A w ogóle to ile jest Horrorów?

– Nie wiem. Ciekawe czy w przestrzeni astralnej robili kiedyś jakiś spis powszechny…

– Idziemy? – spytałam poirytowana. – Im szybciej to załatwimy tym szybciej będziemy mogli sobie stąd pójść.

– Dobra. – zgodził się Bum. – To dajcie mi chwilę. Zahartuję się.

Usiadłam znów pod skałą zastanawiając się co spotkamy w środku. Durgol też był strasznie milczący. Natomiast Miriel z Thar’zittem rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami. Gdy Bum oświadczył, że jest gotowy Mistrzowie Żywiołów zaproponowali, żebyśmy na miejscu oglądali swoje wzorce w przestrzeni astralnej. Skoro Horror może naznaczyć tak subtelnie, że ofiara nawet tego nie czuje, musimy być przygotowani na wszystko.

Wreszcie weszliśmy ponownie do kompleksu jaskiń. Duch Ognia nieco tutaj narozrabiał. Cała roślinność w jaskini żywiołu drewna była spalona a sporo skalnych ścian potopionych. Dopiero teraz, kiedy mogłam się skupić na otoczeniu a nie desperackich próbach przeżycia zwróciłam uwagę jak długie, rozległe i kręte są te połączone jaskinie. Takie odległości na pewno miały jakieś znaczenie podczas konstrukcji tuneli.

W ostatniej jaskini, tej od żywiołu ognia, zobaczyliśmy kończące ją ogromne drzwi. Na czterech ich rogach widniały złote pieczęcie a cała powierzchnię pokrywały runy. Miriel poprosiła Thar’zitta żeby zbadał je astralnie i sama przystąpiła do oględzin. Trzymałam się w pewnym oddaleniu od wejścia. Nie musiałam na nie patrzeć żeby wiedzieć, że za drzwiami czai się coś niebezpiecznego. Było to czuć w powietrzu.

W pewnej chwili Thar’zitt jakby ocknął się z transu, rzucił krótkie „aaahaaa” po czym odwrócił się na pięcie i zaczął odchodzić w stronę wejścia.

– Thar’zitt – zawołałam za nim. – A ty gdzie?

– Na razie. – odkrzyknął. – Nie wchodzimy tam.

– Hej! A może chociaż słówko wyjaśnienia? – nalegałam.

T’skrang zatrzymał się. Westchnął ciężko. Niemal było widać jak bije się z myślami. W końcu odwrócił się i podszedł do nas.

– W przestrzeni jest napis. Runy zostały założone po to, żeby zapobiec wyjściu tego co jest w środku. To bardzo groźny byt. Dużo za groźny dla nas. Zostawmy to.

– Ja też dostrzegłam napis. – wtrąciła się Miriel. – Głosi: „Tu spoczywają dwie Księgi Cierpienia: Księga Koniunkcji i Księga Bestii. Jeśliś wolny od zła, znamienia czy innego plugastwa, i uważasz się za godnego tej wiedzy, zerwij pieczęcie a wejdziesz bezpieczny.” Wewnątrz są dwie księgi.

– Dwie? – niemal krzyknęłam.

– Na pulpitach. Przymocowane łańcuchami i zabezpieczone magią. Jeśli zniszczymy pieczęcie zapewne drzwi się otworzą.

– A co z drugim napisem? – spytałam Thar’zitta.

– „Tu, mamy nadzieję, po wsze czasy zamknęliśmy byt, który sam nazwał się władcą umysłów. Lojalność i wyrzuty sumienia wprowadziły nas w pułapkę, z której my i cała Barsawia ledwie uszliśmy cało. Istota ta nie jest potężna jak ta, która zabiła mistrza, ale jest niezwykle przebiegła i posiadła ogromną wiedzę, która może dać niewyobrażalną potęgę. Sami z trudem oparliśmy się pokusie. Dlatego miejsce to pozostanie naszym sekretem. Z trudem, i tylko dzięki wiedzy zawartej w księgach, które odkrył nasz mistrz, udało nam się go uwięzić lecz nie byliśmy w stanie go zniszczyć. Strzeżcie się jego głosu, podstępów i wpływu na umysły jeśli kiedykolwiek Pasje zaprowadzą Was w to przeklęte miejsce. Bardzo wiele różni go od innych bytów. Miejmy nadzieję, że zabezpieczenia okażą się wystarczające.” – wyrecytował t’skrang.

– To jest podstęp. – oświadczył Durgol. – Przecież duch mówił, że to pułapka. Powinniśmy stąd pójść.

– Jeden z tych napisów mógł zostać stworzony przez Horrora. – kontynuowała elfka. – Widziałam za drzwiami jeszcze coś. Jakiś byt. Nawet nie potrafię tego określić dokładnie.

Oszczędzę sobie zapisu kłótni, która znów rozgorzała w drużynie. Po raz kolejny zdumiało mnie to, że Dawcy Imion nie potrafią rozmawiać spokojnie. Ciągle tylko krzyki i złość. Gdyby zwierzęta się tak zachowywały dochodziłoby w stadach do krwawych jatek i gatunki długo by nie przetrwały. Oczywiście próbowałam podjąć rzeczową dyskusję z Durgolem. Tylko on całkowicie opowiadał się za odejściem z tego miejsca. Ale krasnolud, jak zwykle, potrafił tylko krzyczeć o naszej głupocie. Zirytowało mnie to strasznie. Niby taka mądra rasa, uważająca się za opiekunów innych ras, a jak przyjdzie co do czego to tylko wrzask i żadnej wymiany argumentów.  Cała sytuacja zdenerwowała także t’skranga, bo nagle, bez pytania nikogo, rzucił „mam dość!” i uderzył kryształowym pociskiem w jedną z pieczęci. Metal, z głuchym stuknięciem, rozleciał się na kawałki.

– Czyś ty oszalał?! – wrzasnęłam. – Jak chcesz popełnić samobójstwo idź skoczyć z tej skały, będzie bezpieczniej dla reszty!

– Przecież i tak przegłosowaliście, że wchodzimy. – ze stoickim spokojem odparł Thar’zitt.

– Nic nie głosowaliśmy! – nadal nie potrafiłam się uspokoić. – Trzeba to przemyśleć.

No i stało się. Horror przemówił. Nie do nas a do Barona. Przez kilka minut patrzyłam zdezorientowana jak moja drużyna, z pewną fascynacją, dyskutuje z istotą po drugiej stronie drzwi. Kazał się zwać Gwiezdnym Mędrcem. Mówił, że posiada ogromną wiedzę, że to przez to go zamknięto, bo Dawcy Imion, z którymi chciał się nią podzielić, przestraszyli się jego potęgi. Kusił zdradzaniem stłumionych pragnień każdego z nas. Każdego prócz mnie. Jako jedyna nie próbowałam zwrócić na siebie jego uwagi. Odsunęłam tylko zwierzęta w głąb korytarza. Najbardziej zainteresowany mocami Horrora zdawał się być Bum, dlatego Thar’zitt szepnął do Miriel, żeby na niego zerknęła. Elfka spojrzała i rzuciła ustalone wcześniej hasło. Bum okazał się być naznaczony. Wietrzniak zdawał się nie zwracać uwagi na hasło ale po kilku chwilach wrzasnął jak opętany i rzucił się do wyjścia.

Pobiegłam za nim. Siedział zdyszany na skalnej półce.

– Bum. Co z tobą? Co się stało.

– Spaliło mnie. Wypala. – wyjęczał. – Już dobrze.

– Jak to spaliło?

Nie otrzymałam odpowiedzi na pytanie. Wietrzniak jakby nagle stracił kontrolę nad swoim ciałem, poderwał się i poleciał w dół, w kierunku lasu. Krzyknęłam jeszcze za nim ale nie odpowiedział. Zerknęłam na dół. Pod skałą stała cała wioska.

– No to mamy problem… – pomyślałam i wróciłam do środka.

Drużyna stała wciąż pod drzwiami. Na szczęście nadal zamkniętymi.

– Mamy dwa problemy. – oznajmiłam.

– O… Macie o wiele więcej… – rozległo się w naszych głowach, a może za naszymi plecami.

– Fakt. – ciągnęłam niezrażona. – Zapomniałam o Cieniu. Ale generalnie mamy dwa problemy. Jeden jest taki, że Bum poleciał w siną dal krzycząc, że coś go spaliło od środka a drugi jest taki, że pod skałą czeka cała wioska. I raczej nie mają przyjacielskich zamiarów.

– Wasz przyjaciel jest moim zakładnikiem. – ciągnął Cień, niezrażony, że został zignorowany. – Podobnie jak cała wioska. Otwórzcie drzwi, wypuście byt, inaczej wszyscy zginą.

– Dobra, dobra. – odpowiedziałam. – Wypuścimy. Poczekaj cierpliwie.

– Bum był naznaczony. – poinformowała mnie Miriel. – Pewnie zadziałały na niego te zabezpieczenia z zewnątrz. Zaczął krzyczeć od razu po naznaczeniu a nam przecież nic nie jest.

– To co? Otwieramy? Teraz już nie mamy wyjścia. – Durgol zamierzył się na kolejną pieczęć.

– Poczekaj! Na Pasje! Wszyscy zginiemy jak je otworzysz! – zaprotestowałam gwałtownie.

– Przecież nie mamy wyjścia. Chciałyście je otworzyć to otwierajmy.

Znów rozgorzała zażarta dyskusja, przez którą nie mogłam się przebić z pomysłem, który właśnie przyszedł mi do głowy. Wreszcie jęknęłam zrezygnowana:

– Nikt mnie nie słucha. Wszyscy zginiemy.

Chyba dotarło to do Miriel bo gwałtownie uciszyła resztę.

– Mów Raven.

– Thar’zitt umiesz przyzywać duchy żywiołu? – spytałam korzystając z chwili ciszy.

T’skrang tylko parsknął.

– Nie.

– Ale wyczuwać możesz?

– Mogę spróbować zagadać. Jak jakiś jest to może odpowie.

– Sprawdź, czy jest tutaj duch żywiołu ziemi, proszę. – zwróciłam się do reszty – Słuchajcie. Zabezpieczenia z zewnątrz nie wpuszczają do środka Horrorów, konstruktów ani naznaczonych. Magia tam zawarta rani takie istoty, tak jak zrobiła z Bumem. Potrzebny nam duch żywiołu ziemi, który będzie chciał nam pomóc. Otwieramy drzwi, duch stawia ścianę, Horror wychodzi i dostaje magią z zabezpieczeń. Ściany go spowolnią. Będzie musiał się przez nie przebijać co daje czas zabezpieczeniom, żeby go niszczyły. Musimy go tylko utrzymać w środku jak najdłużej i pułapka załatwi połowę roboty za nas. – westchnęłam zadowolona, że udało mi się wreszcie wyłuszczyć swoje zdanie.

Plan został przyjęty. Nikt nie oponował. Zresztą, innego nie mieliśmy. Thar’zitt zaczął rozmowę. Okazało się, że duch ziemi pozostał w jaskini bo nie lubi zmian. Na nasze szczęście udało się Thar’zittowi przekonać go żeby nam pomógł. Co prawda Horror próbował go przeciągnąć na swoją stronę, ale Mistrz Żywiołów miał większą siłę argumentów. Gwiezdny Mędrzec zagroził więc, że nie spocznie póki nie oderwie ciała t’skranga od jego kości. Na wszelki wypadek poprosiłam Thar’zitta żeby zdradził mi swoje Prawdziwe Imię. Bałam się, że Horror faktycznie skupi się na nim i stracimy t’skranga bezpowrotnie. Mistrz Żywiołów zgodził się. Powtórzyłam imię kilka razy w myślach żeby je zapamiętać. W zasadzie powinnam była spytać o to także resztę drużyny. Byłoby bezpieczniej dla nich, gdyby ktoś posiadł tą wiedzę bo w razie czego można będzie ich wskrzesić.

Ustawiliśmy się przed drzwiami. Duch zaczął budować ścianę a Thar’zitt i Miriel rozwalili pozostałe pieczęcie. Drzwi rozpadły się w pył. Stanął w nich kształt, któremu nie sposób było odmówić urody. Humanoidalna istota miała srebrne kontury, w których zamknięto taflę granatowego, rozgwieżdżonego nieba. Wyglądało to przecudnie. Można było przez chwilę zapomnieć, że mamy do czynienia z czymś na wskroś złym.

Nie było czasu zachwycać się dziwnym bytem. Zwłaszcza, że Horror nie zamierzał się zachwycać nami. Ściana powstała tak, że magowie mogli ciskać czarami, więc Thar’zitt i Miriel ruszyli do ataku. Ja z Durgolem osłanialiśmy ich nie próbując atakować bo nie mieliśmy czym. Początkowo wszystko szło po naszej myśli. Horror próbował odganiać ducha żywiołu, ale udało mu się postawić kolejną ścianę, nieco niższą, zanim poddał się mocy Gwiezdnego Mędrca. Magowie też dawali radę, raniąc byt pospołu z pułapką, której efekty co jakiś czas dawało się dostrzec. A później Mędrzec zajął się nami. Najpierw próbował eliminować magów ale w pewnej chwili między nami śmignął Bum i silnym ciosem odwrócił jego uwagę od t’skranga i elfki. Horror jednak miał dość dużą podzielność uwagi. Broniąc się przed wietrzniakiem rzucił czar na Thar’zitta najwyraźniej próbując spełnić obietnicę, bo trzask łamanej kości nawet ja usłyszałam. T’skrang zachwiał się i jęknął z bólu. Kryształowy pocisk Miriel rozerwał fragment niematerialnej powłoki Mędrca. Tym razem Horror nie próbował oddać elfce. Poczułam nagle jak moje ciało przestaje mnie słuchać. Pazury same wyskoczyły z dłoni i próbowały przeorać Thar’zitta. Zaskoczony t’skrang nie był w stanie się bronić. Szczęściem Durgol zauważył mój atak i natychmiast rzucił się między mnie a t’skranga. Krasnolud świetnie potrafił parować ciosy, więc przede mną był całkiem bezpieczny, dlatego kiedy uniemożliwił mi dokonanie ataku na Miriel w głowie pojawił się kolejny rozkaz. Serce miałam rozdarte kiedy usta nakazały Hator zabić Miriel. Z krojenem w szale żadne z nich nie miało szans.

Pierwsza straciła przytomność Miriel. Zalana krwią. Po niej przyszedł czas na Durgola. Kiedy próbowałyśmy zaatakować Thar’zitta t’skrang błyskawicznie odciął nas ścianą. W międzyczasie Bum konsekwentnie próbował pokonać bestię i najwyraźniej, wespół z pułapką, dawał sobie z tym całkiem nieźle radę. W każdym razie, kiedy ściana między mną a Thar’zittem opadła i dopadałam wraz z Hator t’skranga Bum nadal walczył. Thar’zitt nie był w stanie przetrwać ciosów Hator. Chwilę później t’skrang dołączył do reszty nieprzytomnych towarzyszy.

Odwróciłam się akurat w momencie, kiedy Horror rzucił się do ucieczki wydając mi rozkaz powstrzymania Buma. Oczywiście próbowałam ale wietrzniak ma tą przewagę, że lata, więc nie byłam w stanie go dosięgnąć. Udało się to jednak Hator, która poważnie go zraniła. Wietrzniak upadł na ziemię i wtedy poczułam jak kończy się moc Horrora nade mną. Bum poderwał się błyskawicznie i rzucił w pościg. Wraz z Hator pognałam za nim. Wypadliśmy z jaskini niemal jednocześnie. Horror był już na krawędzi.

– Zabij! – krzyknęłam do Hator.

Kotka wykonała gwałtowny skok, pazury w ostatniej chwili przesunęły się po gwiaździstym niebie rozdzierając kontury Horrora. Gwiazdy wysypały się. Niezwykły byt przestał istnieć. Chwyciłam Hator niemal w powietrzu i wciągnęłam na skalną półkę.

– Cudowna moja! – wyściskałam ją zanurzając twarz w cieplutkie futerko.

Odwróciłam się do Buma. Wietrzniak skierował broń w moją stronę.

– Spokojnie. Już mnie nie kontroluje. Zresztą, nie żyje.

Bum uśmiechnął się.

– Całe szczęście. Lecimy do naszych.

Odwróciliśmy się do wejścia, gdy Buma nagle zaatakował Cień. Zupełnie zapomnieliśmy o jego obecności.

– Do jaskini! – krzyknęłam kiedy wietrzniak sparował cios.

Wraz ze zwierzętami wpadłam do środka. Tuż za mną wleciał Bum. Zatrzymaliśmy się na chwilę zerkając na zewnątrz.

– Nie wejdzie tu. – odezwałam się uspokajająco. – Niech tam siedzi. Później się nim zajmiemy. Idziemy?

Nagle siedzący na skale Noir odezwał się czystym kobiecym głosem.

– Raven?

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Raven, posłuchaj mnie, musisz zniszczyć księgi.

– Kim ty jesteś? – zapytałam, mimo, że znałam odpowiedź.

– Nie wiesz?

– Kto to? – dopytał Bum.

Osunęłam się na ziemię wpatrując się w czarne paciorki oczu kruka.

– Jaspree… – wyszeptałam. – Pani. To zaszczyt dla mnie.

– Jestem z ciebie dumna córko. I z ciebie wietrzniaku. Ale teraz musicie się spieszyć. Jeśli nie zniszczycie ksiąg całe zło Barsawii ściągnie w to miejsce. Już czuję jak zbliża się tutaj plugastwo.

– A wiedza w nich zawarta? To Księgi Cierpienia.

– Ta wiedza was zabije. Zniszczy. Zresztą, nie zdołacie ich stąd wynieść. Zginiecie a wraz z wami Barsawia.

– Jak je zniszczyć? Spalić?

– Zwykły ogień nie wyrządzi im krzywdy. Potrzeba do tego silnej magii.

– A ty nie możesz tego zrobić?

– Tutaj jestem tylko krukiem. – wyczułam uśmiech w słowach Pasji. – Wy musicie to zrobić. Wybierz Mistrza Żywiołów, obdarzę go mocą, dzięki której dokona tego czynu. Tylko wybierz mądrze. Tego, którego uważasz za najbardziej odpowiedzialnego.

– Ja bym wybrał Thar’zitta. – wtrącił Bum. – Znam go od lat. Zrobi to.

– Po tym jak zachował się przy pieczęciach niszcząc jedną bez pytania nas o zdanie nie jestem tego taka pewna.

– Mogę go przekonać. Posłucha. – upierał się wietrzniak.

Ale ja już podjęłam decyzję.

– Nie mamy czasu Bum. Zrobi to Miriel. Ufam jej, nie będzie zadawała pytań jeśli ją o to poproszę. Wybieram Miriel – zwróciłam się do Jaspree.

– Jesteś pewna? – dopytał kruk.

– Tak.

– Niech się więc stanie. Idźcie.

– Kra! – obecność zniknęła a Noir wydawał się być kompletnie oszołomiony.

– Żadne „kra”. Biegiem. – nakazałam i ruszyłam w głąb korytarzy.

Pędem pokonaliśmy odległość od wejścia do komnaty. Jeszcze w biegu poprosiłam Buma, żeby zajął się opatrzeniem rannych a sama dopadłam do Miriel. Chciałam ją ocucić ale elfka sama się obudziła. Nie było na niej ani kropli krwi, nie miała ran a z twarzy zniknęła szpetna blizna z poprzedniej potyczki.

– Miriel szybko. – pomogłam jej wstać. – Musisz zniszczyć księgi. Teraz. Nadciągają Horrory. Nie mamy czasu. – popchnęłam ją w kierunku komnaty ale elfka już biegła. Nie pytała. Po prostu rzuciła się do ksiąg. – Rzuć czar. Będziesz wiedziała jak. Jaspree da ci odpowiednią moc.

Elkfa skupiła się. Z jej rąk wyskoczyła kula ognia i uderzyła w pulpity. Rozległ się huk. Płomień zaświecił jeszcze magią i w kilka sekund z bezcennych ksiąg zostały tylko kupki popiołu.

– No, no… – usłyszałam za plecami.

– Bum. Miałeś rannych opatrzeć. – westchnęłam smutno myśląc o zniszczonych artefaktach.

– Już, już.

Opatrzyliśmy Durgola. Ocucony Thar’zitt odruchowo rzucił ścianę zanim się zorientował że już nie ma po co. Opowiedzieliśmy z Bumem o dobiciu Gwiezdnego Mędrca, o czającym się Cieniu i rozmowie z Jaspree w wyniku której spłonęło to, po co przyszliśmy. Gdzieś w oddali zabrzmiał głos Jaspree, która dziękowała nam i mówiła, że jest z nas dumna. A później groźby Cienia, który życzył nam szybkiego spotkania i chyba odszedł.

Wyszliśmy na skalną półkę. Pogoda zrobiła się jakby przyjemniejsza i cała góra wyglądała mniej posępnie. W dole Dawcy Imion rozglądali się na boki.

– Przynajmniej ich udało nam się ocalić. – rzuciłam, ale moje myśli wciąż wracały do Ksiąg.

Może kiedyś będę potrafiła obronić taką wiedzę przed złem. Może będę na tyle silna, żeby ją zgłębić dla dobra Barsawii. Przecież to dzięki Księgom Cierpienia wiedzieliśmy że nadchodzi Pogrom. Czy wiedza w nich zawarta naprawdę może być tak niebezpieczna? Patrzyłam w dół na ocalonych Dawców Imion. Zdecydowanie było warto podjąć to ryzyko.

– Wracajmy do wioski. – zaproponowałam. – Obiecałam radzie wyjaśnienia.

Reszta towarzyszy tylko skinęła głowami. Będziemy mogli odpocząć.