32 Ligos

LigosProwadzeni przez Mogabę skierowaliśmy się ku Ligos, gdzie miałam nadzieję wreszcie odpocząć. Oczywiście Borgil nie byłby sobą, gdyby jechał spokojnie, więc zaproponował wyścig. Jeden z orków przyjął pomysł z entuzjazmem, ale postawił warunek, że obaj panowie dosiądą nie swoich wierzchowców, więc Borgil rzucił mi lejce Piołuna (i nawet pozwolił na nim jechać…), kazał Furii zostać ze mną a sam ruszył przez dżunglę galopem, ścigając się z orkiem. Jednak zaprzyjaźnianie się z niektórymi Dawcami Imion idzie nam całkiem nieźle.

Dobiegało południe gdy naszym oczom ukazało się miasto i przyznam szczerze, że byłam bardzo zaskoczona. Po lewej stronie błyszczała błękitem wstęga rzeki Ligos, przy której rozrósł się spory port. Wokoło rozciągały się pola uprawne i podgrodzie z prawdziwego zdarzenia a nad tym wszystkim górowało miasto otoczone fosą i murami, zza których wystawała spora cytadela. Wokoło panował duży ruch. Widać było kupców, górników, wieśniaków. Otwartą szeroko bramę blokowała olbrzymia postać, z daleka wyglądająca jak gliniany golem. Kiedy się zbliżyliśmy domyśliłam się, że to nie golem a zmanifestowany duch żywiołu ziemi. Potężny, trzy metrowy, szeroki w barach twór, trzymający w ogromnych łapskach okazałą lagę i zwieńczony równie osobliwym stworzeniem. Na głowie ducha stał bowiem blond wietrzniak, o wydatnym brzuszku, ubrany w kolorowe szaty, i coś pokrzykiwał. Ze zdumieniem usłyszeliśmy, wzmocnione magią słowa, z których wynikało, że osoby z żółtą częścią garderoby płacą myto w wysokości jednego miedziaka, bez żółtego koloru w wysokości dziesięciu srebrników zaś te, które nie lubią wietrzniaków w wysokości stu srebrników przy czym o nielubienie wietrzniaków z miejsca oskarżył jakiegoś trolla, a gdy ten zaczął się tłumaczyć, że nieprawda, że on lubi, wietrzniak oznajmił, że to był żart.

– Myślisz, że warto poczekać aż wymieni czarny kolor? – spytałam Borgila, który po wygranym wyścigu dołączył do nas przed bramą.

– Cwaniacy wchodzą za podwójną stawkę. – odkrzyknął w naszym kierunku wietrzniak, który jakimś cudem usłyszał moje pytanie.

– To twój znajomy, Borgil. – odezwałam się głośniej. – Ty weź go spytaj, czy ta podwójna stawka to od miedziaka czy od srebrników.

– Boguś! – wrzasnął wietrzniak niemal w tym samym momencie z wyraźną radością. – Kopę lat!

– A krasnoludy bez brody to za ile wpuszczasz? – spytał Borgil wskazując na Durgola.

– Niepełnosprawnych wpuszczamy za darmo. To twoja kompania? – dopytał patrząc na nas.

Borgil potwierdził i przedstawił nas pobieżnie. Wietrzniak przedstawił się jako Xarion, Mistrz Żywiołów 9 i Czarodziej 4 Kręgu. Już wcześniej Borgil opowiedział nam co nie co o osobach, które tutaj spotkamy, ponieważ kiedyś z nimi podróżował przez pewien okres czasu a Margar, obecny władca miasta, był nawet jego mistrzem. Dlatego wiedzieliśmy, że Xarion brał udział w zestrzeleniu therańskiej baty, że wykładał nawet w szkole Domu V’strimon, że jest doskonałym, acz nieobliczalnym, praktykiem i średnim teoretykiem.

– To jest Puszek. – przedstawił nam w końcu żywiołaka.

– Czemu Puszek? – spytałam.

– No…. Bo jest duży.

– Ale Puszek powinien być bardziej… puchaty. Jak niedźwiedź.

– Może być jaki sobie zażyczę.

– Może być misiem?

Wietrzniak machnął jakimś przedmiotem i na naszych oczach niekształtny stwór zaczął porastać „sierścią”, zyskał długi pysk i wielkie uszy. Kupcy za nami cofnęli się przerażeni.

– Od razu lepiej. – uśmiechnęłam się.

– Ty to nie wyglądasz ale masz poczucie humoru. – pokiwał głową z uznaniem.

– Panie Xarionie. – wtrącił się Durgol. – A pan to by nie mógł naszej Miriel podszkolić?

– Jak zda egzamin z poczucia humoru to może… – wietrzniak przyjrzał się Miriel przez chwilę.

– A może ktoś zdać za nią? – dopytał Durgol po chwili milczenia.

– Dobra. – ukrócił te dywagacje Borgil. – Kolejka się robi za nami. Idziemy do Magrara

– Racja. – poparł go Xarion. – Mogaba was zaprowadzi.

Zostaliśmy wpuszczeni za bramę i pod przewodnictwem Mogaby udaliśmy się do cytadeli górującej nad miastem. Wielka kamienna twierdza nie została jeszcze całkowicie ukończona, widać było porozkładanie materiały budowlane, gdzieniegdzie brakowało zdobień. Była bardzo solidna, budowana na modłę krasnoludzką z najlepszych materiałów, dodatkowo wzmocniona esencją ziemi. Widać było, że gospodarz nie żałował środków na budowę. Co prawda w samej twierdzy było dość klaustrofobicznie, bo taka jest specyfika budowli krasnoludzkich, ale sprawiała wrażenie bardzo eleganckiej. Borgil spytał Buma, który jako jedyny widział warownię w dżungli, czy budowle są podobne, ale wietrzniak odparł, że tamta wygląda jakby budowano ją na podstawie wiedzy sprzed stu lat a ta jest zdecydowanie nowoczesna.

Mogaba oddał nas pod opiekę służącego a sam się oddalił. Zostaliśmy poprowadzeni do sporej komnaty, oświetlonej blaskiem pochodni i ognia na wielkim kominku, przed którym wygrzewał się potężny i mocno podstarzały ork. Miał wydatny brzuszek, podobnie jak Xarion, ale pod skórą nadal wyraźnie rysowały się silne mięśnie.

Margar Krwawy Kieł, Kawalerzysta 8 i Ksenomanta 2 kręgu, okazał się być gościnnym gospodarzem i charyzmatyczną, konkretną i przyjazną osobą. Z miejsca przywitał nas jak swoich i zaprosił na biesiadę. Dostaliśmy też dużo miejsca w przestronnej stajni.

Ucztę podano w sali rycerskiej, której znaczną część zajmował ogromny stół z dwudziestoma czterema krzesłami. Ściany zdobiły rogi różnych zwierząt. Biesiada nie była wyszukana, dużo tłustych mięs i pieczywa, dużo piwa. Margar opowiedział nam o kopalni żywiołu ziemi, którą założyli w mieście dzięki Kalibanowi, ich przyjacielowi, Zbrojmistrzowi, który odkrył w tym miejscu jej złoża. Zapytany o bibliotekę opowiedział także o wielkiej bitwie, która odbyła się podczas odbijania miasta przez ekipę Margara z rąk opętanego przez Horrora burmistrza, i podczas której pożar zniszczył część wiedzy. Oczywiście zakochany w księgach Kaliban ciągle jakieś zwozi i sprowadza, ale ta najbardziej nas interesująca najprawdopodobniej przepadła.

Margar zapytał nas czego, właściwie, szukamy w dżungli, więc Durgol opowiedział mu o konstruktach, znikających statkach, warowni. Bum, oczywiście, dorzucił swoje trzy grosze o tajnej misji, szczęściem nie wnikał w szczegóły. Po chwili namysłu Margar stwierdził, że mu się ta sytuacja zdecydowanie nie podoba, że żadnych warowni sobie nie życzy a i znikające statki to problem dla miasta bo mniejsze zyski, więc ile chcemy za rozwiązanie tych problemów? Odparliśmy, że zajmiemy się tym a nagrodę wybierzemy później, jak już się uda rozwikłać zagadki otaczające Ligos. Ork nawet mistrzów nam zapewnił, gdybyśmy chcieli.

Miriel wykorzystała fakt, że Xarion dołączył do nas wieczorem i zagaiła rozmowę o zawirowaniach magii, które wyczuła na początku naszej podróży przez dżunglę. Wietrzniak nic o nich nie wiedział, ale wyraził natychmiastową gotowość udania się na miejsce i zbadania go. Oczywiście ta „racjonalna” część drużyny z miejsca go poparła i tak Xarion, Miriel, Durgol i Bum polecieli w nocy badać zawirowania magiczne na rzece płynącej przez dżunglę pełną konstruktów… Ja, Borgil i Salazar postanowiliśmy zostać, najeść się, napić i wreszcie wyspać. Wszak zawirowania są tam od dawna i nie znikną nagle, a dwie ostatnie noce spędziliśmy niemal bez snu i odpoczynek był nam zdecydowanie bardzo potrzebny. Grubo po północy opuściłam panów, zabrałam zwierzaki włącznie z Furią i udałam się do stajni odpocząć. Wreszcie ciche, suche, ciepłe i bezpieczne miejsce na nocleg. Z uśmiechem umościłam się na sianie, przytuliłam do Hator i błyskawicznie zapadłam w sen.

Z cudownych majaków sennych wyrwało mnie tupanie i rżenie koni. Przez chwilę usiłowałam zrozumieć co się dzieje i gdzie jestem, aż usłyszałam przeciągłe wycie w dwugłosie dochodzące od wejścia do stajni. Niechętnie wstałam i ruszyłam w tamtą stronę. Tuż za progiem zobaczyłam siedzącą Furię obok Borgila, wyjących razem do księżyca.

– Na wszystkie Pasje! Borgil! – zbeształam orka. – Co ty, u licha, wyprawiasz?!

– Wyjemy sobie. – wybełkotał ork i powtórzył przeciągłe wycie a Furia mu zawtórowała.

– Cisza! – wrzasnęłam wzorem Miriel. Oboje umilkli i spojrzeli na mnie z wyrzutem. Pewna myśl przemknęła mi przez głowę. – Konie płoszycie tymi wrzaskami. – kucnęłam koło Borgila i przyjrzałam się Furii uważniej. – Borgil, skup się, skąd ty wziąłeś tego psa? Tak dokładnie.

– No… Wrzasnąłem i nie uciekł. To wziąłem.

– Ale skąd?

– No… – ork zmarszczył brwi uruchamiając proces myślenia. – Z tej areny w Jerris. Oni tam mieli dużo psów. Wrzasnąłem. Wszystkie uciekły a ta została.

– Ona ma domieszkę krwi wilka.

– Seriooooo? – Borgil jakby nagle wytrzeźwiał. Popatrzył na psa z uznaniem. – Ale ekstra! A dużo?

– Nie wiem. Trzeba to zbadać. Przydałyby się wilki… – zamyśliłam się. Będę musiała popytać czy w okolicy są jakieś wilki, chciałabym się przekonać jak zareagują na Furię a ona na nich.

– Dobrze – dodałam po chwili wstając. – Jedno i drugie spać! I żadnego wycia. Raz dwa.

Niechętnie, ale posłuchali. Do świtu już nic nie mąciło spokojnego snu.

Miriel, Durgol i Bum wrócili koło południa, ledwo trzymając się na nogach ze zmęczenia. Kategorycznie odmówili jakiejkolwiek relacji i padli spać. Poszłam więc na miasto, obejrzeć je dokładniej i zasięgnąć języka a Borgil z Salazarem udali się do portu leczyć kaca i też zbierać informacje.

Miasto okazało się gwarne i przyjazne. Od mieszkańców dowiedziałam się, że Lagos powstało ze zlepienia kilkunastu okolicznych wiosek i cała ludność chwali sobie rządy Margara i jego ekipy. Nie dość, że zlikwidowali oni opętanego burmistrza i uwolnili mieszkańców od Horrora i jego ożywieńców to jeszcze przyczynili się do rozkwitu miasta i zlikwidowali w nim, prawie całkowicie, przestępczość. Oczywiście pojawiły się też negatywne opinie. Margar nie panuje nad swoimi przyjaciółmi i jak nie ma Kalibana Mogaba i Xarion potrafią nieźle zaszaleć. Orkowie, towarzysze Mogaby, słuchają tylko jego i jak zniknie im z oczu też potrafią wzniecać burdy. Otrzymawszy informację, że najstarsze zabudowania w mieście to właśnie port udałam się na poszukiwanie Borgila i Salazara.

Znalazłam ich w tawernie portowej. Dowiedzieli się, że łącznie zaginęły trzy statki ale wrak jednego z nich został odnaleziony. Niestety na miejscu nie ma nikogo, kto by się znał na statkach powietrznych na tyle, żeby stwierdzić co mu się stało, więc ciała pogrzebali, towar który się uratował zabrali a wrak zostawili. Salazar podsłuchał też rozmowę o jakimś wieśniaku o przezwisku Szrama, który wypłynął na połów na Czarnoksięski Zakręt i słuch po nim zaginął. T’skrangowi udało się dowiedzieć, że tajemniczy zakręt cieszy się złą sławą, chociaż ryb jest tam obfitość. Wskazali mu też miejsce na mapie, gdzie się znajduje. Po porównaniu tego z mapą Borgila okazało się, że Czarnoksięski Zakręt jest w pobliżu wraku statku.

Nie licząc na wiele więcej zebraliśmy się do twierdzy Margara na obiad, gdzie, wreszcie, spotkaliśmy naszych towarzyszy. Przy jedzeniu opowiedzieli nam o swoim znalezisku. W miejscu zawirowań odkryli w skalnym brzegu rzeki, podziurawionym przez jaskinie, metalowy właz. W dziwnym metalu zatopiono jakieś kryształki a do kompletu, w przestrzeni astralnej, umieszczono skomplikowany wzór, który ma być kluczem do otwarcia włazu. Niestety sprytna skrytka działa tak, że jeśli ktoś wciśnie złą kombinację cała jej zawartość zostanie zniszczona, możliwe nawet, że wraz z nieszczęśliwcem, który będzie próbował to zrobić. Nie bardzo wiedząc jak ugryźć sprawę dziwnego włazu Miriel zdecydowała, że trzeba odwiedzić bibliotekę tworzoną przez Kalibana i tam też się udała wraz z Durgolem i Bumem, każąc reszcie zbierać informacje.

Niestety dalsze kręcenie się po mieście nie przyniosło nic nowego, więc w końcu, zniechęceni, dołączyliśmy do reszty w bibliotece. Muszę przyznać, że Kaliban faktycznie zadbał o to, żeby uporządkować zwoje i księgi. Jeszcze zanim krasnolud się pojawił Miriel i Durgolowi udało się znaleźć kilka ciekawych informacji. Wioski, które znajdowały się na tych terenach przed Pogromem były bardzo biedne, mieszkańcy nie byli w stanie ich zabezpieczyć w żaden sposób, nie potrafili zbudować kaeru a therańczycy nie zjawili się z propozycją sprzedania im zabezpieczeń. Część mieszkańców uciekła w panice w kierunku jeziora Ban. Pewnego dnia przybył do jednej z wiosek elficki mag, karzący na siebie mówić Karwel. Powiedział, że pomaga takim Dawcom Imion. Zapewnił, że mieszkańcy nie będą potrzebowali takich nakładów finansowych jakich żądają theranie za rytuały ochrony, że nie trzeba łopat ani cieśli a on pomoże im zabezpieczyć się tak, że „nikt ich nie znajdzie.” Autora notatki nieco zaniepokoiło stwierdzenie, że „nikt” a nie że „Horrory” ale zignorował alarmowy dzwonek w swojej głowie pisząc, że „nie ważne są jego intencje, jest naszą jedyną szansą.”

Pod wieczór pojawił się właściciel biblioteki. Kaliban Białobrody, Zbrojmistrz 8 i Mędrzec 4 Kręgu od razu zyskał moją sympatię. W jego spojrzeniu była serdeczność a i maniery miał bardziej dworskie niż orkowe. Chętnie odpowiedział na nasze pytania, choć nie powiedział nam nic nowego. Potwierdził, że część zapisków została spalona a resztę zna na pamięć i nie znajdziemy w nich już wiedzy, której szukamy. Bum pokazał mu rysunek zabezpieczeń z włazu. Kaliban przyjrzał mu się uważnie. Dzięki jego rozległej wiedzy dowiedzieliśmy się, że takie zabezpieczenia robią elficcy magowie, zwykle bardzo zdesperowani, którzy wolą, żeby to, co ukrywają zostało zniszczone niż dostało się w niepowołane ręce. Tylko twórca zna kod otwierający taką skrytkę i nie ma mowy, żeby ktoś wpadł na rozwiązanie tak po prostu.

Wieczór nadszedł kiedy skończyliśmy rozmowę z krasnoludem, więc postanowiliśmy udać się na kolację, uporządkować naszą wiedzę i ustalić czym i w jakiej kolejności musimy się zająć.

31 Tłumy w dżungli

jungleKorzystając z chwili spokoju w podróży postanowiłam porobić notatki na temat spotkanych wcześniej konstruktów. Jadąc na Śnieżce skupiłam się tylko na tym, dlatego podskoczyłam nerwowo gdy Noir zakrakał mi tuż nad głową informując o krwi i orkach. Przyspieszyliśmy nieco, dość szybko dorównując do robiącego zwiad Borgila. Ork wyszedł na drogę z okolicznych krzaków i oznajmił, że jakieś trzy godziny temu spora grupa Dawców Imion przetrząsała okolicę jakby czegoś szukali. Borgil znalazł też krople krwi oddalające się w głąb dżungli, pokrywające się ze śladem jednego Dawcy Imion, ciągnącego za sobą drugiego. Oczywiście wszyscy uparli się, że trzeba podążyć za tym śladem, ale żeby to zrobić musieliśmy się rozdzielić, nie sposób było iść przez zarośla z końmi. Nie podobał mi się ten pomysł. Zbyt nonszalancko zachowują się w miejscu pełnym konstruktów. Jednak Miriel podjęła decyzję, że trzeba znaleźć uciekającą dwójkę. Borgil, Bum, Furia i Szafir ruszyli więc w dżunglę a reszta została pilnować wierzchowców.

Po niedługim czasie Bum poinformował nas w mowie powietrza, że Furia odkryła zamaskowane siedlisko dwóch orków. A raczej orka i trupa. Choć kilka minut później okazało się, że trup nie jest jednak trupem i panowie postanowili przyprowadzić do nas uciekinierów. Pojawili się kilkanaście minut później. Jeden ork, starszy, szedł o własnych siłach, choć wyglądał na bardzo wycieńczonego, natomiast drugiego, nieprzytomnego, niósł Borgil. Miriel natychmiast zajęła się leczeniem rannych, podczas gdy Borgil referował nam przebieg rozmowy z Bornem, Zwiadowcą czwartego Kręgu. Panowie należeli do nomadów Czarne Strzały, mieszkających na drodze do Ligos. Od razu na wstępie ostrzegli Borgila przed swoimi pobratymcami, którzy dziwnie się zachowują. Born opowiedział, że kilka miesięcy temu do ich plemienia przybył młody ork, Adept Łucznik, niskokręgowy, wyzwał ich wodza na pojedynek i rozbił go w pył. Następnie poprowadził Czarne strzały na sąsiednie obozowisko, Twardorękich, i z ich wodzem zrobił dokładnie to samo. Żeby tego było mało oba plemiona poprowadził do kaeru twierdząc, że jest tam wielka moc. Nasi ranni sprzeciwili się wodzowi i dlatego musieli uciekać przed swoimi braćmi. Spytany o kaer, Born oznajmił, że jest w stanie nam wskazać jego położenie.

– Będę wodzem plemienia! – oznajmił Borgil po zakończonej opowieści.

– Kiedyś na pewno. – rzucił Bum.

– Będę teraz. Wyzwę tego wodza na pojedynek.

– To nie jest dobry pomysł Borgil. – zaprotestowałam.

– Bo…? Uważasz, że go nie pokonam?

– Uważam, że może być naznaczony przez Horrora. Jeśli tak jest to go nie pokonasz. Zginiesz i nic nie osiągniemy.

– No to trzeba to sprawdzić.

– Jak? Nie zbliżymy się do niego na tyle, żeby go obejrzeć. – zamyśliłam się.

– Ty! Born! – zwrócił się Borgil do naszego nowego towarzysza. – A jak oni traktują tam u was posłańców? Może by się podać za wysłanych z Ligos to go sobie wtedy obejrzymy…

– Stare przymierze między Czarnymi Strzałami a Ligos zawierał poprzedni wódz. Nie wiem jak by zareagowali. A nawet jak się tam dostaniecie i się okaże, że wódz jest naznaczony, to reszta plemienia was nie posłucha. Prędzej was zabiją niż uwierzą. Jedynie orkowy Szaman może mieć posłuch w plemieniu.

– Szaman to nie problem. – wtrącił się Bum. – Raven się przebierze, może się przecież narysować i zna magię.

– Dobry pomysł. – poparłam wietrzniaka.

– Więcej nic dla nich nie zrobię. – Miriel odeszła od leżącego orka i podeszła do nas. – Musi odpocząć. Powoli dojdą do siebie. – zwróciła się do Borna. – Daleko jest jeszcze do waszej wioski?

– Ze dwie godziny.

– To ruszmy się stąd. Może uda nam się ją obejrzeć chociaż z zewnątrz.

Ponagleni przez Miriel podjęliśmy przerwany marsz. Borgil, tradycyjnie, zajął miejsce z przodu, wraz z Bumem nad głową, Noir i Furią. Reszta drużyny poruszała się dużo wolniej za nimi. Faktycznie nie minęły dwie godziny, kiedy pojawił się Noir.

– Wioska! Pusta! – zakrakał.

– Borgil znalazł wioskę? – dopytałam.

– Tak.

– Był w niej?

– Nie.

– To skąd wiesz, że jest pusta?

Chwila przedłużającej się ciszy sprawiła, że przyjrzałam się Noir dokładniej.

– Bo jestem kruk zwiadowca. – zakrakał wreszcie i poleciał w kierunku Borgila.

Popędziliśmy konie. Borgila znaleźliśmy kilkaset metrów dalej, stojącego na rozwidleniu dróg. Po lewej stronie dostrzegliśmy ścieżkę prowadzącą gdzieś w dżunglę, zapewne do wspomnianej wioski. Borgil zrobił zwiad i potwierdził wcześniejsze słowa Noir, że wioska jest pusta.

– Co nie oznacza, że nie mają patroli. – podsumowała Miriel. – Nie możemy tak tutaj stać.

– Znajdźmy jakieś w miarę bezpieczne miejsce, żebyśmy my widzieli ich a oni nas nie. – zaproponował Salazar.

– O stary! To pod wodą! – zgasił go Borgil.

Elfce udało się jednak okiełznać drużynę i wreszcie osiedliśmy w pewnym oddaleniu od ścieżki, rozkładając na noc obóz z dala od miejsc patrolowych, które wskazał nam Born. Gdy już usiedliśmy spokojnie a warty zostały rozdysponowane zwróciłam się z prośbą do Borgila.

– Borgil, mów do mnie po orkowemu.

– Co mam mówić?

– Cokolwiek. Po prostu gadaj.

Borgil wzruszył ramionami i zaczął mówić. Skupiłam się na nowym, nieznanym, języku. Powoli zaczęłam rozróżniać słowa, zdania. W końcu odezwałam się płynnym orczym.

– Dziękuję. Już wystarczy.

Borgil patrzył na mnie przez chwilę zdumiony.

– To ci przejdzie, czy już tak zostanie?

– Zostanie. Nauczyłam się właśnie orkowego i już będę rozumiała twój język.

– Ale ty jesteś mądra…

– Tylko się nie zakochaj.

-Wszystko cudnie się układa. – usłyszałam nad głową zadowolony głos Buma.

– Co się układa? – spytałam zaciekawiona.

– Nic. Nic.

Szeroki uśmiech wietrzniaka wyraźnie jednak świadczył, że jego mózg pracuje na przyspieszonych obrotach i nieco się obawiałam co on znowu knuje.

Pierwsza warta, Miriel i Salazara, została zaniepokojona patrolem orkowym. Orkowie przyszli w pobliże, posiedzieli chwilę i ruszyli w drogę powrotną. Miriel poprosiła Noir, żeby ich śledził a kiedy kruk wrócił odebrała od niego raport i zakazała mówić Raven o nocnym zwiadzie. Kiedy nadszedł czas drugiej warty obudzili Buma i Durgola, przekazali informację o zwiadzie i poszli spać. Ale kiedy orkowie pojawili się po raz kolejny Bum budzi Borgila, pokazuje mu patrol i proponuje żeby go śledził. Patrol się jednak orientuje, że coś jest nie tak, więc Bum każe Durgolowi budzić wszystkich a sam leci pomóc Borgilowi odciągnąć uwagę patrolu od obozu.

Zostałam obudzona dość gwałtownie w środku nocy. Durgol powiedział o patrolu orkowym, który prawie odkrył nasz obóz. Szczęściem działania Borgila i Buma sprawiły, że orkowie uciekli nie sprawdzając, co ich zaniepokoiło. Na wszelki wypadek gdyby mieli wrócić postanowiliśmy zmienić miejsce obozowania. Za zgodą Miriel Bum został obserwować wioskę, na wypadek, gdyby orkowie wrócili.

Rankiem przyleciał zawiedziony Bum i oznajmił, że nic się nie działo. Kolejna burzliwa dyskusja do niczego nas nie doprowadziła. W tej podróży przez dżunglę mamy same niewiadome i masę pytań. Postanowiliśmy dozbroić naszych uciekinierów i wysłać ich do Ligos zaś sami chcieliśmy zbadać okolice wioski i spróbować dostać się do kaeru, a przynajmniej w jego pobliże. Przy okazji okazało się, że Born jest w posiadaniu niezwykłej trollowej szabli, pochodzącej z Gór Grzmotu. Stal, z której ją wykonano została wzmocniona żywiołem ziemi, nie rdzewieje i nie trzeba jej ostrzyć. Dodatkowo szabla jest niezwykle ciężka i trwała, dzięki czemu można jej używać jako łamacza broni. Durgol zaproponował, żeby Born oddał ją Borgilowi w ramach podziękowania za uratowanie życia, co ork przyjął z dużym entuzjazmem, bo sam nie miał pomysłu jak mógłby się odwdzięczyć. W ramach wymiany panowie dostali zaś łuki i sztylety, żeby mogli się bronić jakby ich coś napadło w drodze. Wreszcie rozstaliśmy się. Orkowie zniknęli między drzewami a my ruszyliśmy w kierunku domniemanego umiejscowienia kaeru.

Jadąc powoli na Śnieżce dostrzegłam niezwykłą rzecz. Bum podleciał do jedzącej resztki śniadania Hator i ją pogłaskał! W dodatku mój mały zabójca kompletnie na to nie zareagował. Co się dzieje z tym kotem? Zaniepokoiłam się. Noir za śliwki da się przekupić każdemu a zabójczy krojen pozwala się głaskać przy jedzeniu i nawet nie warknie. Władca Zwierząt traci kontrolę nad swoimi podopiecznymi. Równie to frustrujące jak i niebezpieczne. To jakby wietrzniak stracił zdolność lotu… Nie mogłam na to pozwolić. Zbyt wiele kosztuje mnie nawiązywanie więzi ze zwierzętami, żeby tak zwyczajnie ją zaprzepaścić. Przywołałam Noir i Szafir na ramię a Hator do Śnieżki. Kiedy Bum podleciał i wyciągnął w stronę kotki kawałek mięsa rzuciłam tylko krótkie „Nie!”. Hator zawahała się i to wahanie kotki upewniło mnie w decyzji, że muszę lepiej panować nad swoimi zwierzętami. Wyczuła chyba moje zdecydowanie, bo odwróciła łeb i ruszyła grzecznie truchtem przy Śnieżce. Pochwaliłam ją i podrzuciłam kawałek mięsiwa. Czas przywrócić równowagę między zwierzętami a ich opiekunem. Dobrze, że chociaż z Łuską nikt się nie próbuje zaprzyjaźnić, to zdecydowanie mogłoby się skończyć śmiercią.

Bum parsknął niezadowolony i poleciał do przodu jakby go coś goniło. Nie rozumiałam dlaczego się tak ofukał ale skupiona na zwierzakach szybko wyrzuciłam ten incydent z myśli. Jak się później okazało niesłusznie.

Mniej więcej w połowie dnia Bum podleciał do Miriel i oznajmił, że dostrzegł z góry dziwną warownię stworzoną przez orków. Obóz wygląda na doskonale obwarowany, jakby krasnoludzki inżynier powiedział orkom co mają budować i w jaki sposób. Mieszkańcy są bardzo czujni i dobrze uzbrojeni. Dodatkowo po okolicy chodzą uzbrojone patrole. Długo dyskutowaliśmy co w tej sytuacji powinniśmy zrobić.

– Słuchajcie. – wtrąciłam się w pewnej chwili do rozmowy bo coś mi przyszło do głowy kiedy słuchałam ich dywagacji nad porwaniem patrolu i przeniknięciem do środka warowni. – Gdybym wiedziała jakimi ścieżkami chodzą patrole mogłabym wykorzystać Hator żeby ich podsłuchać.

– Czy to nie jest dla niej niebezpieczne? – spytała Miriel.

– To jest dżungla, naturalne środowisko krojenów. Każdy mieszkaniec dżungli je kojarzy i wie, że chodzą stadami, dlatego nikt ich nie atakuje.

– No dobrze. To tak zróbmy, może uda się coś usłyszeć. – zgodziła się Miriel.

– Bum. – zwróciłam się do wietrzniaka. – Powiedz gdzie dokładnie przechodzi najbliższy patrol.

– Ktoś coś mówił? – zignorował mnie wietrzniak.

Westchnęłam poirytowana.

– Miriel, czy możesz spytać Buma, gdzie jest patrol? – zwróciłam się do elfki.

Dopiero kiedy ona zadała pytanie wietrzniak łaskawie udzielił odpowiedzi. Naprawdę nie mam cierpliwości do Dawców Imion.

Zwiad przyniósł kolejne pytania. Dwa zdania mnie zaciekawiły. Wypowiedziane z troską „Ciekawe, czy oni jeszcze żyją” oraz „Czy słyszałeś, kiedy padnie rozkaz szturmu?” Po tych rewelacjach uznaliśmy, że jednak trzeba iść najpierw do Ligos i zebrać więcej informacji na temat okolicy. Nawet jeśli niczego się nie dowiemy nie będziemy żałować, że nie próbowaliśmy.

Zostawiliśmy za sobą warownię i ruszyliśmy już prostą drogą do miasta. Bum postanowił znowu wyprowadzić z równowagi tak mnie, jak i Hator, idąc krok w krok za kocicą i nawet machając tym swoim smoczym ogonem w sposób naśladujący ruchy ogona krojena.

– Bum, igrasz z krojenem. – ostrzegłam. – To się źle skończy…

Wietrzniak zignorował mnie totalnie a Hator zaczęła się nerwowo oglądać za siebie, nie rozumiejąc co się dzieje. Widząc, że nie trafię do Buma w żaden sensowny sposób kazałam kotce wskoczyć na łęk siodła.

– Możecie się uspokoić?! – krzyknęła w naszą stronę Miriel.

– Ale ja nic nie… – zaczęłam.

– Nie obchodzi mnie kto jest winny! Macie się natychmiast uspokoić.

– Aha… – mruknęłam tylko darowując sobie dalsze próby wytłumaczenia szefowej zaistniałej sytuacji.

Wycofałam się nieco na tył drużyny i zagłębiłam we własnych myślach. Szkoda mi było energii na kompletnie niezrozumiałą przeze mnie sytuację. Swoją drogą elfy mają ciekawe podejście do konfliktów i ich rozwiązywania. Krzyczą po równo na wszystkich niezależnie od tego, kto zawinił. Ciekawe, czy to się sprawdza u elfów. W mojej rodzinnej wsi zawsze Starszy dociekał do źródła danego konfliktu, próbował zrozumieć obie strony i załagodzić spór. Może dlatego ludzie i t’skrangi tak dobrze się dogadują a elfy siedzą zamknięte w swojej Puszczy. Przeciętnemu Dawcy Imion ciężko zrozumieć ich pokrętną filozofię.

Niestety licząc na spokojną noc, chociaż jedną w tym miejscu, znów się przeliczyliśmy. Najpierw wzbudził naszą czujność głuchy pogłos, jakby przewróciło się potężne drzewo, nieco później daleki tętent kazał się domyślać przebieżki dajrów przez dżunglę ale następujący po nim odgłos wybuchu, przypominający działo ogniste albo wybuch żywiołu zdecydowanie poderwał nas na nogi i zaniepokoił.

Bum poleciał na zwiad. Wrócił błyskawicznie, łapiąc nas już na wierzchowcach w drodze na miejsce hałasu i oznajmił, że ktoś morduje dajry. Grupa niskich orków rzuca włóczniami w konstrukty a jakaś malutka postać miota kulami ognia. Borgil rzucił, że chyba wie kto to i trzeba im pomóc. Ponoć miało to nam zapewnić przychylność władcy Ligos, niejakiego Margara, który okazał się być znajomym Borgila. Ork, niewiele myśląc, złapał Miriel, przerzucił ją do siebie na siodło i pognał w stronę, widocznego już, ognia. Chwyciłam wodze Grandy, na której został spanikowany tym faktem Durgol, i pognałam konia za Kawalerzystą, prosto w korytarz wydeptany przez dajry, teraz płonący niemal na całej długości.

Widziałam jak Miriel rzuca kryształowe pociski w nadbiegającego dajra, ale nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Bum cisnął włócznią, trafiając konstrukt w nogę, co spowodowało jego upadek. Niestety znalazł się na kolizyjnym z Borgilem i przez chwilę miałam wrażenie, że pędząca masa zmiecie Borgila i Miriel, ale Kawalerzysta zręcznie wymanewrował wierzchowca, w ostatniej chwili uskakując w bok i cudem utrzymując przed sobą elfkę. Nie zrażony dajr podniósł się, odwrócił i zaszarżował na orka. Zatrzymałam Śnieżkę, wyciągnęłam rękę i krzyknęłam „Stój!” Zwierzę zamarło. Wryło się nogami w ziemię. Ten moment wykorzystał Salazar, jednym, precyzyjnym cięciem pozbawiając dajra kilku par szypułkowych oczu.

Gdzieś za plecami usłyszałam tętent kopyt. Ktoś krzyknął „Ja chcieć świnia!” Dobiegło mnie chrumkanie i przerażone kwiczenie. Spomiędzy drzew wynurzyła się najdziwniejsza postać jaką do tej pory miałam okazję widzieć. Czarnoskóry człowiek, wzrostu niewiele ponad metr, o skórze pokrytej tatuażami, poobwieszany paciorkami i śmierdzący tak intensywnie, że od razu miałam ochotę kichnąć. Za sobą ciągnął na sznurku trzy świnie. Przerażone świnie.

Przed oczami śmignęła mi włócznia. Bum trafił prosto w kręgosłup dajra. Zwierzę zawyło i zwaliło się na ziemię uwalniając trujący gaz, który błyskawicznie zaczął się zajmować ogniem. Ogromne cielsko płonęło paląc się smrodliwym dymem.

Odetchnęliśmy z ulgą.

Dziwaczny człowieczek okazał się być znany Borgilowi. Przedstawił się jako Mogaba, Szaman ósmego kręgu i wykazał całkiem niezłymi manierami, całując Miriel po rękach. Chciał nawet poczęstować Hator świnką wyjaśniając, że ma taki fajny przedmiot, który jak powie „Ja chcieć świnia!” to daje mu świnia i to sztuk trzy. W międzyczasie udało mu się wyjaśnić nam, że Margar go wysłał bić dajry i koniecznie musimy się do szanownego władcy Ligos udać a on chętnie zaprowadzi. Miałam tylko nadzieję, że będziemy szli z wiatrem, inaczej podążanie za naszym nowym przewodnikiem będzie bardzo ciężkie…

Bumowi udało się jeszcze namówić, podstępem, Mogabę żeby sprowadził deszcz, który zaczął gasić dżunglę i byliśmy gotowi wreszcie dotrzeć do sławnego Ligos. Może chociaż tam będzie nieco spokojniej niż w tej strasznie zatłoczonej dżungli.