32 Ligos

LigosProwadzeni przez Mogabę skierowaliśmy się ku Ligos, gdzie miałam nadzieję wreszcie odpocząć. Oczywiście Borgil nie byłby sobą, gdyby jechał spokojnie, więc zaproponował wyścig. Jeden z orków przyjął pomysł z entuzjazmem, ale postawił warunek, że obaj panowie dosiądą nie swoich wierzchowców, więc Borgil rzucił mi lejce Piołuna (i nawet pozwolił na nim jechać…), kazał Furii zostać ze mną a sam ruszył przez dżunglę galopem, ścigając się z orkiem. Jednak zaprzyjaźnianie się z niektórymi Dawcami Imion idzie nam całkiem nieźle.

Dobiegało południe gdy naszym oczom ukazało się miasto i przyznam szczerze, że byłam bardzo zaskoczona. Po lewej stronie błyszczała błękitem wstęga rzeki Ligos, przy której rozrósł się spory port. Wokoło rozciągały się pola uprawne i podgrodzie z prawdziwego zdarzenia a nad tym wszystkim górowało miasto otoczone fosą i murami, zza których wystawała spora cytadela. Wokoło panował duży ruch. Widać było kupców, górników, wieśniaków. Otwartą szeroko bramę blokowała olbrzymia postać, z daleka wyglądająca jak gliniany golem. Kiedy się zbliżyliśmy domyśliłam się, że to nie golem a zmanifestowany duch żywiołu ziemi. Potężny, trzy metrowy, szeroki w barach twór, trzymający w ogromnych łapskach okazałą lagę i zwieńczony równie osobliwym stworzeniem. Na głowie ducha stał bowiem blond wietrzniak, o wydatnym brzuszku, ubrany w kolorowe szaty, i coś pokrzykiwał. Ze zdumieniem usłyszeliśmy, wzmocnione magią słowa, z których wynikało, że osoby z żółtą częścią garderoby płacą myto w wysokości jednego miedziaka, bez żółtego koloru w wysokości dziesięciu srebrników zaś te, które nie lubią wietrzniaków w wysokości stu srebrników przy czym o nielubienie wietrzniaków z miejsca oskarżył jakiegoś trolla, a gdy ten zaczął się tłumaczyć, że nieprawda, że on lubi, wietrzniak oznajmił, że to był żart.

– Myślisz, że warto poczekać aż wymieni czarny kolor? – spytałam Borgila, który po wygranym wyścigu dołączył do nas przed bramą.

– Cwaniacy wchodzą za podwójną stawkę. – odkrzyknął w naszym kierunku wietrzniak, który jakimś cudem usłyszał moje pytanie.

– To twój znajomy, Borgil. – odezwałam się głośniej. – Ty weź go spytaj, czy ta podwójna stawka to od miedziaka czy od srebrników.

– Boguś! – wrzasnął wietrzniak niemal w tym samym momencie z wyraźną radością. – Kopę lat!

– A krasnoludy bez brody to za ile wpuszczasz? – spytał Borgil wskazując na Durgola.

– Niepełnosprawnych wpuszczamy za darmo. To twoja kompania? – dopytał patrząc na nas.

Borgil potwierdził i przedstawił nas pobieżnie. Wietrzniak przedstawił się jako Xarion, Mistrz Żywiołów 9 i Czarodziej 4 Kręgu. Już wcześniej Borgil opowiedział nam co nie co o osobach, które tutaj spotkamy, ponieważ kiedyś z nimi podróżował przez pewien okres czasu a Margar, obecny władca miasta, był nawet jego mistrzem. Dlatego wiedzieliśmy, że Xarion brał udział w zestrzeleniu therańskiej baty, że wykładał nawet w szkole Domu V’strimon, że jest doskonałym, acz nieobliczalnym, praktykiem i średnim teoretykiem.

– To jest Puszek. – przedstawił nam w końcu żywiołaka.

– Czemu Puszek? – spytałam.

– No…. Bo jest duży.

– Ale Puszek powinien być bardziej… puchaty. Jak niedźwiedź.

– Może być jaki sobie zażyczę.

– Może być misiem?

Wietrzniak machnął jakimś przedmiotem i na naszych oczach niekształtny stwór zaczął porastać „sierścią”, zyskał długi pysk i wielkie uszy. Kupcy za nami cofnęli się przerażeni.

– Od razu lepiej. – uśmiechnęłam się.

– Ty to nie wyglądasz ale masz poczucie humoru. – pokiwał głową z uznaniem.

– Panie Xarionie. – wtrącił się Durgol. – A pan to by nie mógł naszej Miriel podszkolić?

– Jak zda egzamin z poczucia humoru to może… – wietrzniak przyjrzał się Miriel przez chwilę.

– A może ktoś zdać za nią? – dopytał Durgol po chwili milczenia.

– Dobra. – ukrócił te dywagacje Borgil. – Kolejka się robi za nami. Idziemy do Magrara

– Racja. – poparł go Xarion. – Mogaba was zaprowadzi.

Zostaliśmy wpuszczeni za bramę i pod przewodnictwem Mogaby udaliśmy się do cytadeli górującej nad miastem. Wielka kamienna twierdza nie została jeszcze całkowicie ukończona, widać było porozkładanie materiały budowlane, gdzieniegdzie brakowało zdobień. Była bardzo solidna, budowana na modłę krasnoludzką z najlepszych materiałów, dodatkowo wzmocniona esencją ziemi. Widać było, że gospodarz nie żałował środków na budowę. Co prawda w samej twierdzy było dość klaustrofobicznie, bo taka jest specyfika budowli krasnoludzkich, ale sprawiała wrażenie bardzo eleganckiej. Borgil spytał Buma, który jako jedyny widział warownię w dżungli, czy budowle są podobne, ale wietrzniak odparł, że tamta wygląda jakby budowano ją na podstawie wiedzy sprzed stu lat a ta jest zdecydowanie nowoczesna.

Mogaba oddał nas pod opiekę służącego a sam się oddalił. Zostaliśmy poprowadzeni do sporej komnaty, oświetlonej blaskiem pochodni i ognia na wielkim kominku, przed którym wygrzewał się potężny i mocno podstarzały ork. Miał wydatny brzuszek, podobnie jak Xarion, ale pod skórą nadal wyraźnie rysowały się silne mięśnie.

Margar Krwawy Kieł, Kawalerzysta 8 i Ksenomanta 2 kręgu, okazał się być gościnnym gospodarzem i charyzmatyczną, konkretną i przyjazną osobą. Z miejsca przywitał nas jak swoich i zaprosił na biesiadę. Dostaliśmy też dużo miejsca w przestronnej stajni.

Ucztę podano w sali rycerskiej, której znaczną część zajmował ogromny stół z dwudziestoma czterema krzesłami. Ściany zdobiły rogi różnych zwierząt. Biesiada nie była wyszukana, dużo tłustych mięs i pieczywa, dużo piwa. Margar opowiedział nam o kopalni żywiołu ziemi, którą założyli w mieście dzięki Kalibanowi, ich przyjacielowi, Zbrojmistrzowi, który odkrył w tym miejscu jej złoża. Zapytany o bibliotekę opowiedział także o wielkiej bitwie, która odbyła się podczas odbijania miasta przez ekipę Margara z rąk opętanego przez Horrora burmistrza, i podczas której pożar zniszczył część wiedzy. Oczywiście zakochany w księgach Kaliban ciągle jakieś zwozi i sprowadza, ale ta najbardziej nas interesująca najprawdopodobniej przepadła.

Margar zapytał nas czego, właściwie, szukamy w dżungli, więc Durgol opowiedział mu o konstruktach, znikających statkach, warowni. Bum, oczywiście, dorzucił swoje trzy grosze o tajnej misji, szczęściem nie wnikał w szczegóły. Po chwili namysłu Margar stwierdził, że mu się ta sytuacja zdecydowanie nie podoba, że żadnych warowni sobie nie życzy a i znikające statki to problem dla miasta bo mniejsze zyski, więc ile chcemy za rozwiązanie tych problemów? Odparliśmy, że zajmiemy się tym a nagrodę wybierzemy później, jak już się uda rozwikłać zagadki otaczające Ligos. Ork nawet mistrzów nam zapewnił, gdybyśmy chcieli.

Miriel wykorzystała fakt, że Xarion dołączył do nas wieczorem i zagaiła rozmowę o zawirowaniach magii, które wyczuła na początku naszej podróży przez dżunglę. Wietrzniak nic o nich nie wiedział, ale wyraził natychmiastową gotowość udania się na miejsce i zbadania go. Oczywiście ta „racjonalna” część drużyny z miejsca go poparła i tak Xarion, Miriel, Durgol i Bum polecieli w nocy badać zawirowania magiczne na rzece płynącej przez dżunglę pełną konstruktów… Ja, Borgil i Salazar postanowiliśmy zostać, najeść się, napić i wreszcie wyspać. Wszak zawirowania są tam od dawna i nie znikną nagle, a dwie ostatnie noce spędziliśmy niemal bez snu i odpoczynek był nam zdecydowanie bardzo potrzebny. Grubo po północy opuściłam panów, zabrałam zwierzaki włącznie z Furią i udałam się do stajni odpocząć. Wreszcie ciche, suche, ciepłe i bezpieczne miejsce na nocleg. Z uśmiechem umościłam się na sianie, przytuliłam do Hator i błyskawicznie zapadłam w sen.

Z cudownych majaków sennych wyrwało mnie tupanie i rżenie koni. Przez chwilę usiłowałam zrozumieć co się dzieje i gdzie jestem, aż usłyszałam przeciągłe wycie w dwugłosie dochodzące od wejścia do stajni. Niechętnie wstałam i ruszyłam w tamtą stronę. Tuż za progiem zobaczyłam siedzącą Furię obok Borgila, wyjących razem do księżyca.

– Na wszystkie Pasje! Borgil! – zbeształam orka. – Co ty, u licha, wyprawiasz?!

– Wyjemy sobie. – wybełkotał ork i powtórzył przeciągłe wycie a Furia mu zawtórowała.

– Cisza! – wrzasnęłam wzorem Miriel. Oboje umilkli i spojrzeli na mnie z wyrzutem. Pewna myśl przemknęła mi przez głowę. – Konie płoszycie tymi wrzaskami. – kucnęłam koło Borgila i przyjrzałam się Furii uważniej. – Borgil, skup się, skąd ty wziąłeś tego psa? Tak dokładnie.

– No… Wrzasnąłem i nie uciekł. To wziąłem.

– Ale skąd?

– No… – ork zmarszczył brwi uruchamiając proces myślenia. – Z tej areny w Jerris. Oni tam mieli dużo psów. Wrzasnąłem. Wszystkie uciekły a ta została.

– Ona ma domieszkę krwi wilka.

– Seriooooo? – Borgil jakby nagle wytrzeźwiał. Popatrzył na psa z uznaniem. – Ale ekstra! A dużo?

– Nie wiem. Trzeba to zbadać. Przydałyby się wilki… – zamyśliłam się. Będę musiała popytać czy w okolicy są jakieś wilki, chciałabym się przekonać jak zareagują na Furię a ona na nich.

– Dobrze – dodałam po chwili wstając. – Jedno i drugie spać! I żadnego wycia. Raz dwa.

Niechętnie, ale posłuchali. Do świtu już nic nie mąciło spokojnego snu.

Miriel, Durgol i Bum wrócili koło południa, ledwo trzymając się na nogach ze zmęczenia. Kategorycznie odmówili jakiejkolwiek relacji i padli spać. Poszłam więc na miasto, obejrzeć je dokładniej i zasięgnąć języka a Borgil z Salazarem udali się do portu leczyć kaca i też zbierać informacje.

Miasto okazało się gwarne i przyjazne. Od mieszkańców dowiedziałam się, że Lagos powstało ze zlepienia kilkunastu okolicznych wiosek i cała ludność chwali sobie rządy Margara i jego ekipy. Nie dość, że zlikwidowali oni opętanego burmistrza i uwolnili mieszkańców od Horrora i jego ożywieńców to jeszcze przyczynili się do rozkwitu miasta i zlikwidowali w nim, prawie całkowicie, przestępczość. Oczywiście pojawiły się też negatywne opinie. Margar nie panuje nad swoimi przyjaciółmi i jak nie ma Kalibana Mogaba i Xarion potrafią nieźle zaszaleć. Orkowie, towarzysze Mogaby, słuchają tylko jego i jak zniknie im z oczu też potrafią wzniecać burdy. Otrzymawszy informację, że najstarsze zabudowania w mieście to właśnie port udałam się na poszukiwanie Borgila i Salazara.

Znalazłam ich w tawernie portowej. Dowiedzieli się, że łącznie zaginęły trzy statki ale wrak jednego z nich został odnaleziony. Niestety na miejscu nie ma nikogo, kto by się znał na statkach powietrznych na tyle, żeby stwierdzić co mu się stało, więc ciała pogrzebali, towar który się uratował zabrali a wrak zostawili. Salazar podsłuchał też rozmowę o jakimś wieśniaku o przezwisku Szrama, który wypłynął na połów na Czarnoksięski Zakręt i słuch po nim zaginął. T’skrangowi udało się dowiedzieć, że tajemniczy zakręt cieszy się złą sławą, chociaż ryb jest tam obfitość. Wskazali mu też miejsce na mapie, gdzie się znajduje. Po porównaniu tego z mapą Borgila okazało się, że Czarnoksięski Zakręt jest w pobliżu wraku statku.

Nie licząc na wiele więcej zebraliśmy się do twierdzy Margara na obiad, gdzie, wreszcie, spotkaliśmy naszych towarzyszy. Przy jedzeniu opowiedzieli nam o swoim znalezisku. W miejscu zawirowań odkryli w skalnym brzegu rzeki, podziurawionym przez jaskinie, metalowy właz. W dziwnym metalu zatopiono jakieś kryształki a do kompletu, w przestrzeni astralnej, umieszczono skomplikowany wzór, który ma być kluczem do otwarcia włazu. Niestety sprytna skrytka działa tak, że jeśli ktoś wciśnie złą kombinację cała jej zawartość zostanie zniszczona, możliwe nawet, że wraz z nieszczęśliwcem, który będzie próbował to zrobić. Nie bardzo wiedząc jak ugryźć sprawę dziwnego włazu Miriel zdecydowała, że trzeba odwiedzić bibliotekę tworzoną przez Kalibana i tam też się udała wraz z Durgolem i Bumem, każąc reszcie zbierać informacje.

Niestety dalsze kręcenie się po mieście nie przyniosło nic nowego, więc w końcu, zniechęceni, dołączyliśmy do reszty w bibliotece. Muszę przyznać, że Kaliban faktycznie zadbał o to, żeby uporządkować zwoje i księgi. Jeszcze zanim krasnolud się pojawił Miriel i Durgolowi udało się znaleźć kilka ciekawych informacji. Wioski, które znajdowały się na tych terenach przed Pogromem były bardzo biedne, mieszkańcy nie byli w stanie ich zabezpieczyć w żaden sposób, nie potrafili zbudować kaeru a therańczycy nie zjawili się z propozycją sprzedania im zabezpieczeń. Część mieszkańców uciekła w panice w kierunku jeziora Ban. Pewnego dnia przybył do jednej z wiosek elficki mag, karzący na siebie mówić Karwel. Powiedział, że pomaga takim Dawcom Imion. Zapewnił, że mieszkańcy nie będą potrzebowali takich nakładów finansowych jakich żądają theranie za rytuały ochrony, że nie trzeba łopat ani cieśli a on pomoże im zabezpieczyć się tak, że „nikt ich nie znajdzie.” Autora notatki nieco zaniepokoiło stwierdzenie, że „nikt” a nie że „Horrory” ale zignorował alarmowy dzwonek w swojej głowie pisząc, że „nie ważne są jego intencje, jest naszą jedyną szansą.”

Pod wieczór pojawił się właściciel biblioteki. Kaliban Białobrody, Zbrojmistrz 8 i Mędrzec 4 Kręgu od razu zyskał moją sympatię. W jego spojrzeniu była serdeczność a i maniery miał bardziej dworskie niż orkowe. Chętnie odpowiedział na nasze pytania, choć nie powiedział nam nic nowego. Potwierdził, że część zapisków została spalona a resztę zna na pamięć i nie znajdziemy w nich już wiedzy, której szukamy. Bum pokazał mu rysunek zabezpieczeń z włazu. Kaliban przyjrzał mu się uważnie. Dzięki jego rozległej wiedzy dowiedzieliśmy się, że takie zabezpieczenia robią elficcy magowie, zwykle bardzo zdesperowani, którzy wolą, żeby to, co ukrywają zostało zniszczone niż dostało się w niepowołane ręce. Tylko twórca zna kod otwierający taką skrytkę i nie ma mowy, żeby ktoś wpadł na rozwiązanie tak po prostu.

Wieczór nadszedł kiedy skończyliśmy rozmowę z krasnoludem, więc postanowiliśmy udać się na kolację, uporządkować naszą wiedzę i ustalić czym i w jakiej kolejności musimy się zająć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s