33 Dotyk śmierci

Jedząc wczesną kolację ustaliliśmy, że najpierw poszukamy orków, których Borgil uratował w dżungli i wysłał do Ligos, później odwiedzimy miejsce, gdzie spadł statek i poszukamy zaginionego rybaka. Bum nie potrafił usiedzieć na miejscu. Nie wiem co się stało temu wietrzniakowi, ale wiercił się niespokojnie i co chwilę pytał, czy jest coś do roboty. W końcu poprosiłam go o zdobycie trzech kilogramów kości, pomyślałam, że mogą mi się przydać podczas wyprawy, więc zachwycony Bum śmignął przez okno i tyle go widzieliśmy.

Nie chcieliśmy zwlekać z poszukiwaniami, więc z Borgilem i Salazarem od razu wybrałam się na miasto. Zaczęliśmy od bramy, gdzie Furia podjęła trop za pomocą pochwy na miecz, który Borgil dostał od starszego z orków. Sunia dobrze się sprawiła i zaprowadziła nas prosto na nabrzeże, gdzie w zapyziałym wyszynku odnaleźliśmy poszukiwaną dwójkę, pijaną na umów. Młodszy spał na stole, pomiędzy kuflami, zaś starszy na podłodze przy ławie. Nie zaryzykowałam wejścia do środka, wydobywający się stamtąd odór dopadł mnie jeszcze kawałek przed wejściem. Borgil z Salazarem nie mieli oporów, obaj wręcz wyglądali jakby zamierzali się tam zadomowić na dłużej i, w dodatku, czegoś napić!

Miałam ich już przywołać do porządku, kiedy pojawił się obok mnie Bum.

– Miriel powiedziała, że poszliście szukać orków to was znalazłem. – oznajmił zadowolony.

– Fantastycznie. Wyciągnij ich stamtąd, dobrze? Bo jeszcze Borgil z Salazarem gotowi są przyłączyć się do tych pijaków.

– Jasne! – wietrzniak śmignął do środka.

Wiedziałam, że wysłanie Buma było dobrym pomysłem, w kilka chwil cała piątka znalazła się na zewnątrz. Młodszy szedł sam natomiast starszego Borgil niósł przewieszonego przez ramię. Usłyszałam jeszcze jak półprzytomny ork dopytuje się po co ich zabieramy zaś Bum tłumaczy mu jak bardzo Miriel go lubi i to pewnie dlatego chce z nim porozmawiać. Na te słowa ork jakby nieco przetrzeźwiał a ja pomyślałam, że nie chcę znaleźć się w pobliżu Miriel jak się tego dowie…

Gdy dotarliśmy do cytadeli zrobiło się już ciemno. Starszego orka Borgil odholował od razu do stajni a młodszego zaprowadziliśmy do naszej przywódczyni. Jeszcze dobrze nie wydukał „dobry wieczór” a już nas przeprosił i popędził gdzieś korytarzem bełkocząc, że zaraz wraca. No i faktycznie wrócił. Mokry, przyodziany w za dużą tunikę, którą najpewniej zwinął komuś ze sznurka i z bukietem kwiatów w dłoni, wyglądającym jakby pozrywał je losowo w ogrodzie. Z szerokim uśmiechem wręczył bukiet Miriel, już nieco przytomniejszym głosem oznajmiając:

– Pani chciała mnie widzieć? To dla Pani, bo Bum powiedział, że Pani mnie lubi i coś…

Próbowałam się wycofać z sypialni widząc błyskawice w oczach elfki, ale ta natychmiast zamknęła drzwi zlepiając je z futryną i zażądała wyjaśnień.

– No chciałaś z nimi pogadać. – wydukałam próbując nie parsknąć śmiechem. – To pytaj.

W zasadzie nie wiem czego Miriel chciała od orków, bo moją uwagę zaprzątnął Bum szepcąc mi, że to mu się świetnie udało i coraz lepiej mu idzie swatanie Miriel.

– Mógłbyś się chociaż trzymać jej rasy. – szepnęłam.

– Bo co, bo jak ork to od razu zły?

– Nie zły, ale z tą samą rasą jest łatwiej.

– Czyli nie lubisz Bogusia?

– A co ma piernik do wiatraka? – zapytałam zdziwiona.

– Nie chciałabyś go za męża bo jest orkiem?

– Rasa tu nie ma nic do rzeczy.

– Ha! Czyli lubisz Bogusia?

– Lubię, ale co to ma….

– Wiedziałem! – wykrzyknął Bum zwracając na nas uwagę reszty.

Miriel odesłała orka do stajni żeby się przespał i wytrzeźwiał zaś Buma opieprzyła za to, że gada głupoty, choć wietrzniak dzielnie się bronił, argumentując, że przecież chciała z nimi rozmawiać a jakby mu nie powiedział, że go lubi, to byśmy go w życiu nie wyciągnęli z tej speluny. W końcu Miriel odpuściła i udało nam się pójść spać.

Przy śniadaniu Miriel przypomniało się, że kiedy wracali wczoraj z Durgolem z miasta trafili na dziwną postać. Zakapturzona, z całkowicie zakrytym ciałem, włącznie z rękami ukrytymi w rękawicach, prowadziła przez miasto, w kierunku twierdzy, grupkę Dawców Imion. Wyglądali jak wieśniacy, ale byli dobrze ubrani i Miriel odniosła wrażenie, że kilku z nich pochodzi z portu, w którym wysiedliśmy kilka dni temu. Zaintrygowani podążyli za grupą i dotarli do cytadeli, gdzie postać kazała wieśniakom poczekać a sama zniknęła w środku. Po chwili ukazała się znowu i nasi towarzysze ze zdumieniem dostrzegli, że jest to krwawy elf. Minęli go później na korytarzu i elf z miejsca ich zaczepił i zaczął wypytywać kim są i co tutaj robią, ale Miriel go zbyła odsyłając do Margara. Zaintrygowana ową postacią Miriel, natychmiast po śniadaniu, poszła do orka spytać kim jest tajemniczy elf. Okazało się, że Rivil, bo tak ma na imię, jest szpiegiem pracującym dla Margara. Przyprowadzeni wieśniacy skarżyli się na przeszukujących okoliczne lasy orków i pojawiające się konstrukty.

Uspokojeni nieco w kwestii krwawego elfa wyruszyliśmy znów w dżunglę, tym razem kierując się na Czarnoksięski Zakręt, gdzie miał zniknąć rybak. Nawet bez mapy trafilibyśmy do tego miejsca bez problemu. Zwierzęta zaczęły się niepokoić a Szafir intensywnie świecić. Miriel ostrzegła, że zawirowania magii są tutaj wyjątkowo silne i mogą być groźne nawet dla Dawców Imion, o czym świadczył całkowity brak zwierząt i śladów życia, prócz jednego śladu Dawcy Imion, który, jak przypuszczaliśmy, pozostawił poszukiwany przez nas rybak. Szybko przekonaliśmy się dlaczego magia tutaj tak szaleje. Doszliśmy bowiem do źródła okolicznych zawirowań magii. W zboczu rzeki dostrzegliśmy trzy włazy a jeden z nich był otwarty. Zamykająca go klapa leżała popękana na dnie rzeki zaś otwór ział pustką. W mule Bum dostrzegł dwa przedmioty wątkowe, naszyjnik i młoteczek geologiczny. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że obydwa przedmioty są naznaczone klątwą. Po konsultacji tego, co zaobserwował, z Durgolem mieliśmy powody przypuszczać, że właz rozpadł się ze starości, zaś zabezpieczenia magiczne są nadal aktywne. To właśnie z grudek dziwnego metalu, zatopionych we włazie, biła magia, która tak wypaczyła żywioły wokoło, że mogła doprowadzić nawet do spadania statków powietrznych.

Nasze rozważania przerwał Salazar, który zwrócił moją uwagę na nienaturalnie się poruszającą kunę. Zwierzę najwyraźniej nas obserwowało i było bardzo szybkie, zbyt szybkie jak na zwierzę. Obejrzałam ją spojrzeniem astralnym, bez trudu dostrzegając zmodyfikowany przez horrora wzorzec. Wydałam komendę „stój!”. Zwierzę zamarło.

– Zabijcie ją. – rzuciłam. – To konstrukt.

Borgilowi, Salazarowi i Bumowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dwa ciosy powaliły stworzenie błyskawicznie. Jednak chwilę później dostrzegłam następną. Tą również zatrzymałam i wydałam Hator rozkaz „zabij!” Kotka rzuciła się do zdobyczy ale uprzedził ją Noir, który ze ślepą furią zaatakował konstrukt. Szczęściem Bum był czujny, bo Noir niewiele był w stanie zdziałać dziobem ale wyrwał kunę z letargu i dał jej szansę na ucieczkę. Wietrzniak dogonił stworzenie i uśmiercił.

– Wyglądały jakby nas obserwowały. – odezwałam się. – Może powinniśmy stąd iść?

– Biegła w stronę tego dziwnego obozu w lesie. – poinformował Bum. – Pewnie chciała zdać raport.

– Słuchajcie, ja mogę wydobyć te przedmioty z wody nie narażając nikogo z nas na klątwę, ale muszę się znaleźć na drugim brzegu, żeby były w zasięgu. – zaproponowałam. – Więc może chodźmy obejrzeć wrak statku a potem przeprawimy się i wyciągniemy to z wody. Nie ma co tu sterczeć bez sensu.

– Tak zróbmy. – poparła mnie Miriel.

Skierowaliśmy się do miejsca katastrofy. Tak jak przypuszczałam niewiele nam to pomogło. Wrak został doszczętnie splądrowany. Wszystko, co wieśniacy byli w stanie zabrać, zostało zabrane. Nawet deski będące jeszcze w dobrym stanie zniknęły. Po tym, co zostało, nie byliśmy w stanie stwierdzić, czemu statek się rozbił.

– Nic tu po nas. – mruknął niezadowolony Borgil. – Zrobię zwiad.

– Po co? – spytałam. – Nic tu nie znajdziemy.

– Poszukam śladów. Może znajdę tego rybaka. Mogę? – zwrócił się do Miriel.

– Zrób. Tylko niezbyt daleko i bez szaleństw.

Popatrzyłam na dżunglę. Nadal uważałam, że poruszanie się samotnie po terenie pełnym konstruktów jest głupotą, ale nie odezwałam się. Ile razy można tłumaczyć, że to niebezpieczne?

– Mogę wziąć Noir? – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.

– Możesz. Weźmiesz też Hator. – cała drużyna natychmiast spojrzała w moją stronę.

– Co? – wyrwało się wszystkim jednocześnie.

Spojrzałam w oczy Borgilowi.

– Hator pójdzie z Tobą. Ma cię chronić, ale żadnych walk. Zrozumiano? Zwiad i powrót. Pomoże ci jeśli będziesz się musiał bronić ale masz nie prowokować bójki.

Ork skinął głową.

– Borgil.

– Tak?

– Ja nie żartuję… Masz okazję udowodnić mi, że nie ufam ci bezpodstawnie…

– Jasne! – potwierdził natychmiast Borgil i wskoczył na wierzchowca. – Furia zostań z Raven. – rozkazał psu i ruszył powoli w kierunku drzew.

– Chroń go Hator. – szepnęłam jeszcze do kotki. Wraz z Noir ruszyła za Borgilem.

Reszta drużyny rozsiadła się na trawie a ja chodziłam wokoło, co jakiś czas, niespokojnie, spoglądając na drzewa.

***

Ork powoli zanurzył się w las. Bez trudu odnalazł miejsce przy rzece, gdzie widzieli wcześniej pojedyncze ślady Dawcy Imion, i znalazłwszy je zaczął badać brzeg rzeki w poszukiwaniu podobnych prowadzących w głąb lasu. Wpatrując się w ziemię stracił poczucie czasu i odległości. Zaniepokoiła go dopiero reakcja zwierząt, które nagle zaczęły się dziwnie zachowywać. Mentalnie zwrócił się do towarzyszy badając co czują. Krojen wysłał mu informacje o nienaturalnym niebezpieczeństwie, które się nie rusza, Noir przekazał, że w jego odczuciu to człowiek ale inny, zaś wierzchowiec wyczuł ogień, więc instynktownie zaczął się cofać.

Kawalerzysta zeskoczył z siodła, kazał zwierzętom zostać a sam ruszył we wskazanym przez nie kierunku, przekradając się cicho. Minął kilka drzew kierując się coraz głośniejszym szumem. Po kilku minutach dotarł do niewielkiej polany, na której dostrzegł miejsce na ognisko, jakiś worek z rzeczami zrzucony pod drzewem i deski wokół ogniska służące za siedziska. Na jednej z nich siedziała płonąca postać. Ludzki mężczyzna siedział nieruchomo cały w płomieniach, jego twarz była wykrzywiona bólem ale nie spalał się. Nagle ogień zgasł. Mężczyzna wyglądał na przerażonego, na jego skórze nie było oparzeń. Cały drżał. Borgil przyjrzał się strojowi. Prosty wieśniak, może rybak. Na nadgarstku połyskiwała srebrem zdobiona bransoleta. Ork wycofał się powoli i wrócił do zwierząt.

– Noir, leć po Buma. Tylko nic nie mów Raven, dobra?

– Dobra. – zakrakał Noir i ruszył w drogę powrotną.

– Choć Hator. Trzeba pomóc temu biedakowi.

Wraz z krojenem i wierzchowcem ruszył znów do miejsca, gdzie zobaczył płonącego człowieka. Mężczyzna siedział tak, jak go ork zostawił przed kilkoma minutami. Dyszał ciężko wpatrzony w wygaszone ognisko.

– Ja zaatakuję od tyłu a ty z drugiej strony. – wskazał krojenowi kierunek. – Tylko poczekaj na mój atak.

Kotka bezszelestnie skierowała się na wskazaną pozycję. Borgil odczekał chwilę, dosiadł wierzchowca i ruszył szarżą prosto na plecy wieśniaka. Cios wydawał się mocny a jednak postać nie padła nieprzytomna, tak jak ork zakładał, a tylko zachwiała się, zerwała na równe nogi i odwróciła w kierunku napastnika. W ułamku sekundy człowiek zamienił się w szalejącą trąbę powietrzną i cisnął Borgilem daleko przez polanę. Ork uderzył w drzewo, trzasnęły łamane kości, osunął się na ziemię. Oszołomiony bólem zobaczył jak Hator rzuca się na dziwny twór. Jej skowyt, kiedy trąba potraktowała ją tak samo jak orka, sprawił, że Borgil, mimo licznych ran i połamanych kości zaczął się zbierać z ziemi. Przywołał wierzchowca, ledwie się na niego wspinając, i widząc, że trąba pędzi w kierunku kotki, która próbowała wstać, krzyknął i popędził konia w tamtą stronę. Trąba zawahała się i zniknęła, znów odsłaniając skrytego pod nią człowieka. Borgil spodziewał się kolejnej przemiany. Przez chwilę pomyślał, że to jest jego szansa, że może zaatakować ponownie i może tym razem się uda. Zanim człowiek się zmieni. Ale zdał sobie sprawę, że ledwo się trzyma w siodle, i że jeśli mu się nie powiedzie zginie a wraz z nim zginie też Hator. Popędził wierzchowca w kierunku kotki. Próbował ją dosięgnąć, ale prawie sam spadł, cudem tylko utrzymując się w siodle. Jęknął z bólu. Mężczyzna zaczął się zmieniać w stwora ulepionego z ziemi, potężną istotę, która rozmiarami dorównywała manifestacjom żywiołu ziemi.

– Kurwa! – zaklął ork. – Choćbym miał paść wyciągnę stąd tego kota! Inaczej nie mam po co wracać do drużyny…

Jeszcze raz spiął konia, zacisnął zęby z bólu i skoczył w kierunku chwiejącej się na nogach Hator. Pasje najwyraźniej mu sprzyjały. Resztką sił chwycił kocicę za skórę na karku i wciągnął, niemal bezwładną, na siodło. Pognał konia, oby dalej od zagrożenia. Dopiero kiedy zorientował się, że wyjechał na otwartą przestrzeń zatrzymał konia, zsunął się z siodła i delikatnie ułożył Hator na ziemi.

– Boguś! – usłyszał nad sobą i zobaczył lądującego obok Buma. – Na Pasje! Kto was tak urządził? Stary, ty żyjesz w ogóle?

– Tam. – Borgil wskazał między drzewa. – Jakiś potwór, konstrukt, nie wiem. Wieśniak. Ale palił się. Chciałem mu pomóc.

– Wieśniak was tak załatwił? Chłopie! Ty weź się połóż bo wyglądasz jakbyś umarł ze dwa razy!

– Umrę jak mnie Raven dorwie. – mruknął ork i przysunął się do swojego konia wyciągając nóż.

– Wybacz stary. – zwrócił się do wierzchowca.

Naciął skórę dłoni i pęcinę konia. Magia przepłynęła przez złączone rany. Koń kwiknął zaskoczony bólem a Borgil poczuł jak wraca mu życie. Podziękował wierzchowcowi, następnie ukląkł przy Hator i powtórzył zabieg, tym razem ściągając obrażenia kotki na siebie. Hator warknęła cicho. Borgil kątem oka dostrzegł w oddali pędzące konie. Z westchnieniem ulgi osunął się na ziemię.

***

Nie wiem ile czasu minęło odkąd zniknął Borgil. Kwadrans, może pół godziny. Ból, strach i całkowite poddanie się losowi uderzyły we mnie nagle z siłą tajfunu. Poczułam jak moje ciało przeszywa zimny dreszcz, paraliżując mnie całą. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Hator umiera. Rzuciłam się w kierunku Śnieżki. Drużyna poderwała się jak oparzona.

– Hator! – krzyknęłam tylko. – Ona umiera!

Śnieżka sama wyczuła moje przerażenie bo wystartowała od razu do cwału. Resztkami przytomności zarejestrowałam moment, kiedy Salazar wskoczył za mnie na siodło. Pędziłam oby szybciej kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. To, że Śnieżka nie połamała sobie nóg w tym szalonym pędzie, zawdzięczamy chyba tylko opatrzności Jaspree. Gdzieś po drodze dopadł do mnie Noir. Był wystraszony. Nawet nie próbował za nami lecieć tylko od razu skulił się na łęku siodła, wciskając się w mój brzuch.

Dostrzegłam ich z daleka. Piołun spokojnie skubał sobie trawę zaś Borgil pochylał się nad czarnym kształtem leżącym tuż obok. Byłam jeszcze daleko, ale kiedy ork opadł na ziemię a przejmujące mnie uczucie porażki osłabło domyśliłam się co właśnie zrobił.

Gwałtownie wyhamowałam tuż obok nich. Zsunęłam się z siodła i opadłam tuż obok Hator natychmiast starając się ustalić jak duże są jej obrażenia. Kotka nie miała ran zewnętrznych, prócz niewielkiego nacięcia na łapie, które zrobił Borgil żeby ją uleczyć, ale wewnątrz… Po raz pierwszy od lat czułam jak po policzkach płyną mi łzy. Opatrzyłam ją najlepiej jak umiałam. Dopiero kiedy leżała usztywniona, przytulona do mnie, a jej oddech stał się spokojniejszy byłam w stanie skupić się na tym, co działo się obok mnie.

– Lecę tam! Nie będzie mi jakiś potwór bił Bogusia! – usłyszałam oburzony głos Buma i zobaczyłam jak wietrzniak śmiga w kierunku drzew.

– Bum wracaj! – krzyknęła Miriel. – Bum! Raven. – odwróciła się do mnie. – Powiedz mu, żeby wracał. To nie konstrukt ani horror, to jakiś wieśniak, pewnie z klątwą. Może ciebie posłucha.

– Bum. – odezwałam się spokojnie w mowie powietrza. – Zostaw go. To zwykły wieśniak. Trzeba mu pomóc a nie go zabijać. Musimy się dowiedzieć jak zdjąć klątwę ale najpierw trzeba zabrać Borgila i Hator do Ligos, ich stan jest poważny.

– (… ) widziałem jak cały się palił. – kontynuował Borgil. – A potem zgasło i wyglądał jakby cierpiał. Nie był poparzony tylko przerażony. No to zaatakowałem.

– Co zrobiłeś?! – wycedziłam czując jak wzbiera we mnie gniew.

– Chciałem mu pomóc. – bronił się ork. – Myślałem, że go unieprzytomnię i później się wspólnie zastanowimy co z nim zrobić. A on się nagle zmienił w trąbę powietrzną i rzucał nami jak zabawkami. Zanim się zmienił wyglądał jak rybak ale na ręce miał dużą, srebrną bransoletę.

– Tam nie ma żadnej trąby powietrznej. – oznajmił Bum lądując koło nas.

– Bo zmienił się w wielką, ziemną masę.

– Ziemnej masy też nie ma. Ani polany. Jest jezioro.

– Jeśli to nasz zaginiony rybak – zastanowiłam się – to pewnie znalazł te przedmioty w rzece. Wziął sobie jeden, założył i go dziabnęło klątwą. – Wracamy do Ligos! – podniosłam się przekładając ostrożnie Hator na siodło. – Rybak musi poczekać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s