35 U wrót kaeru

Drużyna zagłębiła się w dyskusji, której strzępki co jakiś czas do mnie docierały, a ja próbowałam intensywnie myśleć. Tajemnicze włazy w korycie rzeki, zaginiony kaer, charyzmatyczny ork, który zjednoczył plemiona, konstrukty w całej dżungli i Horror, rzekomo, zamknięty w kaerze musiały się jakoś łączyć. Nie wierzyłam w uwięzienie Horrora. Niektóre konstrukty były dość świeże, podobnie jak ich kokony. Żeby je tworzyć musiał wychodzić na powierzchnię. Z drugiej strony, skoro wychodził to czemu sam nie zmiótł obozu z powierzchni ziemi. Jeśli Sidla nie jest naznaczony to kim jest? A jeśli jest naznaczony to co tu robi skoro Horror ma w posiadaniu kaer? Chyba, że nie ma żadnego kaeru… Musiałam się upewnić przynajmniej w tej kwestii.

– (…) Ja też potrafię coś zlepić. – usłyszałam Miriel.

– To zlep te informacje i powiedz nam co tu jest grane. – odparował Bum.

– Jak duży może być kaer? – weszłam im w słowo.

Zamilkli patrząc na mnie z lekką dezorientacją.

– Myślicie, że jak daleko od obozu może sięgać, jeśli w ogóle tam jest? Korytarze w dżungli Serwos, wykorzystywane na kaery, ciągną się kilometrami. Jeśli tutaj jest podobnie, jeśli kaer jest połączony z dziwnymi włazami w rzece, to możemy sprawdzić, czy on faktycznie tam jest. Przynajmniej jedno słowo Sidli potwierdzimy.

– Jak? – spytała Miriel.

– Chodźcie. Musimy się wrócić kawałek.

Skierowaliśmy się znów do obozu. Starałam się znaleźć miejsce na tyle blisko, żeby była szansa, że pod nami jest kaer i jednocześnie na tyle daleko, żeby moje działania nie ściągnęły na nas uwagi jego mieszkańców. Znalazłam ogromne drzewo. Mogłam śmiało założyć, że jego korzenie sięgają daleko w głąb ziemi. Wyciszyłam się, zmówiłam krótką modlitwę do Matki i poprosiłam „odsuń się”. Moc Jaspree przepłynęła. Majestatyczny posąg przyrody z mozołem wyciągnął z ziemi potężne korzenie i przesunął się kilka metrów w bok.

Uśmiechnęłam się widząc zdumione miny towarzyszy.

– Mamy tylko kilka minut zanim będę je musiała odstawić na miejsce, więc chodźmy zbadać lej. Jeśli kaer tam jest może uda nam się go dostrzec w przestrzeni astralnej.

– To ja was będę asekurować. – rzucił Thar’zitt widząc jak Bum przywiązuje linę do jednego z pni i obwiązuje się w pasie.

Skinęłam tylko głową. Także się obwiązałam i ruszyłam ostrożnie w głąb dziury. Szybko otoczył nas zapach wilgotnej ziemi i przyjazny półmrok. Zsunęłam się na sam dół, czując obok siebie obecność Buma i wejrzałam w przestrzeń astralną. Nie było to przyjemne doświadczenie bo przestrzeń była tutaj spaczona. Pasma czerni zasłaniały widok, przepływały wokoło zniekształcając obraz. Mimo to dostrzegłam to, co spodziewałam się tutaj znaleźć, kaer. Sufit budowli był pełen dziur i całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zabezpieczeń magicznych. Wewnątrz dostrzegłam zniszczone wnętrze, którego historię napisano walką. Osmalone ściany, głębokie bruzdy w kamieniu, zaschnięte plamy krwi, walające się wszędzie kości i ślady uszkodzeń murów sprawiły, że widok spacerujących po kaerze konstruktów zdawał się być zupełnie naturalny.

Po dokładnym obejrzeniu wnętrza wróciliśmy z Bumem na górę. Przesunęłam drzewo na miejsce dziękując Jaspree za dar jej mocy. Opowiedzieliśmy Thar’zittowi i Miriel o zwiadzie, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba zbadać rzekę. Wszak, według Sidli, do następnego ataku mamy trochę czasu.

Drugiego dnia spokojnej, niczym nie zakłócanej podróży, nasz zwiad powietrzny w postaci wietrzniaka odkrył niezwykłe miejsce magiczne. Za barierą utkaną z magii dostrzegł wzorzec wielkiego cierpienia. To, co się działo w tym miejscu, sprawiło, że zyskało ono prawdziwy wzorzec. Gdy wyszliśmy spomiędzy drzew dostrzegliśmy spory obszar zniszczeń, popalonej ziemi, zwęglonych drzew. W centrum tego wszystkiego leżał trup, rozerwany od środka, zaś po ziemi, z dużą prędkością, sunęła zdobiona bransoleta, szarżując prosto na Buma, wyciągającego w jej kierunku jedną ze swoich magicznych kuleczek.

– Rzuć w nią tą kulką! – krzyknęłam, oceniając prędkość bransolety na zbyt dużą, żeby zdążył ją bezpiecznie zamknąć gdy się zbliży na wyciągnięcie dłoni.

Bum posłuchał natychmiast. Krzycząc hasło cisnął kulkę w nadlatującą biżuterię. Trafił idealnie. Kulka wessała przedmiot i zamknęła się. Wietrzniak wziął ją ostrożnie w rękę. Zobaczyłam jak kulka szarpie się wściekle, jakby przedmiot próbował się wydostać. Bum wyjął jeszcze dwie pozostałe i powrzucał jedna w drugą. Ruch w końcu zamarł.

– To chyba nasz wieśniak. – Miriel wskazała na zwłoki.

– Co ludzie robią z ciałami po śmierci? – spytał mnie Thar’zitt.

– Grzebią.

– No, to trzeba go pogrzebać. – rzucił Bum i wyciągnąwszy saperkę wziął się do roboty.

Popatrzyłam chwilę na narzędzie w rękach wietrzniaka, które dla mnie mogłoby być zaledwie łyżką.

– Pomóżmy mu. – zaproponowałam. – Inaczej noc nas tu zastanie.

Wspólnymi siłami pogrzebaliśmy zwłoki. Zrobiłam też tabliczkę upamiętniającą nieszczęsnego rybaka.  Po zakończonej pracy ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie minęła godzina, kiedy Bum nagle wyciągnął kulkę z bransoletą.

– Raven, weź no ją obejrzyj w astralu bo coś się ciepła robi.

Wejrzałam w przedmiot.

– To coś topi twoje kulki. Wewnętrzna jest już całkowicie zniszczona i właśnie wzięło się za drugą.

– Jasny pieron! – zaklął t’skrang. – Trzeba się tego pozbyć. Tylko jak?

– Tylko jedno mi przychodzi do głowy. Zakopać. – podeszłam do najbliższego drzewa i poprosiłam je o przesunięcie się. – Wrzucaj. – wskazałam głową na dół.

Bum podleciał, podał hasło do zewnętrznej kulki wyciągając ją nad dół. Środek, mocno już rozgrzany, wypadł, staczając się po zboczach leja głęboko w ziemię. Przesunęłam drzewo na miejsce.

– Myślicie, że to wystarczy? – zapytał wietrzniak patrząc z niepokojem na drzewo.

– Musi. – mruknęłam. – Nic innego nie wymyślimy. Chodźmy stąd.

Zaznaczyliśmy drzewo kryjące przeklęty skarb, wkrótce zostawiając je za plecami. Do rzeki dotarliśmy późnym popołudniem. Miriel dokładnie obejrzała włazy upewniając się, że nic się nie zmieniło od ich ostatniej wizyty po czym pozwoliła Thar’zittowi zanurzyć się pod wodę, żeby je sobie dokładnie obejrzał. Bumowi zaś, w tym krótkim czasie, udało się obrazić Noir, rzucając o Jaspree  „Pozdrów go ode mnie” Uspokoiłam kruka ale odmówił przyjęcia od Buma pojednawczej śliwki, odwracając się do niego ogonem. Wzburzonego Noir jeszcze nie miałam okazji widzieć i muszę przyznać, że widok ten był wielce intrygujący. Jego emocje dało się zauważyć nawet nie będąc Władcą Zwierząt.

– Uwaga! – krzyk Buma wyrwał mnie z zamyślenia. – Mamy towarzystwo.

Obydwie z Miriel odwróciłyśmy się jak na komendę. Z lasu biegły na nas olbrzymie małpy. Zmodyfikowane małpy. Schyliłam się błyskawicznie, chwyciłam z ziemi kamyk i zaczęłam tkać wątek. Miriel też wzięła się za tkanie a Bum ruszył do ataku z powietrza. Zobaczyłam jak Thar’zitt wynurza się na powierzchnię i przygotowuje do odparcia ewentualnego ataku kosturem.

– Rzucaj Miriel. – krzyknęłam, widząc, że skończyła tkanie.

Złożyła dłonie, wyciągnęła je w kierunku dwóch najbliższych małp i wykonała gest jakby chciała oderwać jedną dłoń od drugiej. Małpy skleiły się ze sobą, przewróciły i przekoziołkowały razem jeszcze kilka metrów. Otoczyłam nas aksamitną ciemnością tuż przed tym jak dwie kolejne, najeżone kłami, paszcze rzuciły się w kierunku naszych twarzy. Zdezorientowane zwierzęta opadły na ziemię i zaczęły węszyć.

– Tkaj. – szepnęłam do Miriel. – Jak skończysz zrób krok do tyłu i dwa w lewo, wyjdziesz z ciemności.

Widziałam jak potaknęła. Odsunęłam się nieco, wyciągnęłam dłoń i ściągając energię z przestrzeni astralnej dotknęłam zwierzęcia. Raniący dotyk sprawił, że małpa kwiknęła cicho i natychmiast odwinęła się, żeby mi oddać. Szczęściem na oślep nie wyszło jej to najlepiej.

Tymczasem Bum eliminował kolejnych przeciwników osłaniając także Thar’zitta. Kolejne ciosy i czary sprawiły, że ocalałe dwa konstrukty rzuciły się do ucieczki zostawiając za sobą ciała towarzyszy. Cisnęłam za nimi kamień niosący na sobie kulę mroku, co wyhamowało zwierzęta pozwalając Bumowi dokończyć rzeź.

Rozejrzeliśmy się po polu bitwy.

– Patrzcie jaki zwiad upolowałem. – Bum z dumą pokazał nam leżącego na ziemi jastrzębia z wystającą z piersi strzałką.

Obejrzałam zwierzę dokładnie. Był to konstrukt ale kiedyś miał więź z Dawcą Imion.

– Mogę go śledzić w powietrzu. – zaoferował Bum. – Zobaczymy skąd przyleciał, może nas gdzieś doprowadzi.

– Thar’zitt, skończyłeś już? – zwróciła się Miriel do t’skranga, który nadal siedział w rzece, jakby nie zamierzał jej opuszczać.

– Taaaak… – odparł z wahaniem. – W zasadzie tak.

– Czego się dowiedziałeś?

– Te kamienie we włazie to zakazana magia. Łączy w sobie magię horrorów i orichalk. Miała maskować kaery przed wzrokiem Horrorów. – t’skrang wylazł z rzeki i zaczął się wycierać.

– Cudnie. – skomentowała Miriel. – Prowadź Bum, zobaczmy gdzie nas doprowadzi to ptaszysko.

Ptaszysko doprowadziło nas do miejsca, do którego i tak mieliśmy pójść, a mianowicie do jedynego otwartego włazu, źródła wszelkich zawirowań magicznych w okolicy. Znaleźliśmy tam świeży kokon, którego zawartością był najprawdopodobniej nasz jastrząb oraz dziwne ślady, przypominające orka o idealnie symetrycznym ciele a później zmieniające się w coś bliżej niezidentyfikowanego. Ślady prowadziły do rzeki. Zupełnie jakby Horror z niej wyszedł, wypuścił jastrzębia, i do niej wrócił.

– Można popytać rośliny czy ich duchy coś widziały. – zaproponowałam.

– Baronie. – zwrócił się Thar’zitt do swojej paprotki. – Spróbuj spytać swoich kuzynów czy widzieli tą postać i jak wyglądała.

– Mówią, że podobna do obsydianina bo nie miała twarzy. – odezwał się po chwili Baron.

– No. To mamy swojego Horrora. – rozejrzałam się kontrolnie.

– Wyczuwam dużo esencji żywiołu ziemi. – Thar’zitt przymknął oczy. – Jakby był w pobliżu żywiołak.

– Spróbuj zagadać. Może odpowie. – zaproponowała Miriel.

Po dłuższej chwili dostrzegliśmy jak koryto rzeki drży nieznacznie i osypują się z niego drobne kamyki.

– Thar’zitt? – zapytała Miriel.

– Nic się nie bójcie. – t’skrang niemal się roześmiał. – Tu jest żywiołak ziemi. Zamknięty. Coś go tu trzyma i nawet nie pozwala mu się komunikować ze mną. Stąd ta drobna lawina. Obiecałem, że go uwolnimy. Ale to muszę popłynąć do tej wnęki żeby być bliżej.

– Przedostańmy się na drugą stronę. Mam pomysł jak odsunąć te przeklęte przedmioty nie narażając żadnego z nas na niebezpieczeństwo. – poprosiłam.

Ruszyliśmy więc w górę rzeki. Kilkadziesiąt metrów dalej Miriel rzuciła gołoledź zamrażając nam mostek, po którym mogliśmy się przedostać na drugi brzeg. Przewiązałyśmy się liną, trzymaną przez Buma, i ostrożnie weszłyśmy na lód. Oczywiście zachowanie równowagi na śliskiej powierzchni nie jest moją mocną stroną, więc błyskawicznie wylądowałam na tyłku. Wietrzniak nie omieszkał tego wykorzystać.

– Nie wstawaj bo zrobisz sobie krzywdę. – krzyknął i ruszył przed siebie ciągnąc nas obie za sobą.

Miriel ma smykałkę do bycia łyżwiarką i nawet ta nieoczekiwana jazda sprawiła jej sporą przyjemność, natomiast przed „jazdą” po lodzie na tyłku raczej was ostrzegam. Nie jest to coś, co chciało by się robić codziennie.

Znalazłwszy się wreszcie bezpiecznie po drugiej stronie rzeki wróciliśmy do miejsca, gdzie otworzył się właz. Wyjęłam zapas kości, które tak ochoczo dostarczył mi ostatnio Bum i zaczęłam układać krąg. Moi towarzysze patrzyli z zaciekawieniem jak krąg zaczyna się jarzyć białym światłem i jak kupka kości pośrodku unosi się, wiruje w powietrzu, i wreszcie układa w humanoidalny kształt.

– Chodź ze mną. – poprosiłam istotę. Chybocząc się lekko ruszyła za mną na brzeg rzeki. – Weź właz i odciągnij najdalej jak tylko jesteś w stanie. To samo zrób z pozostałymi dwoma przedmiotami.

Patrzyliśmy zafascynowani jak szkielet zanurza się pod wodę i zaczyna przenosić po dnie wskazane przedmioty.

– Kiedy się tego nauczyłaś? – spytał Bum nie odrywając wzroku od szkieletu.

– To wiedza z trzeciego kręgu Ksenomanty.

– Ładnie to to nie wygląda ale skoro jest pożyteczne to ujdzie. – skomentowała Miriel.

Kiedy duch skończył swoje zadanie wskazałam ręką właz.

– Proszę, Thar’zittcie, możesz badać.

T’skrangowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Chlupnął do wody i skupił się na otworze. Nie zabawił pod wodą długo.

– Ta ściana, która zamyka niszę to nie żadna ściana, to żywiołak, w dodatku zamknięty czarem. Trzeba to rozproszyć. – wyrzucił z siebie jednym tchem.

– Ale to chcemy tak teraz? Tak już? – dopytywał Bum. – Tak żeby nam Horror tutaj wylazł?

– Chcieliśmy do Horrora. – wtrąciłam. – To możemy przecież tylnym wejściem.

– Rozpraszaj. – poprosiła Miriel.

Thar’zitt wyciszył się, na jego pysku widać było powagę i skupienie. W końcu magia przepłynęła zaś powagę zastąpiło rozczarowanie.

– Nie udało się. – jęknął zasmucony.

– Naucz mnie tego czaru. – poprosiła Miriel. – Jakoś musimy się tam dostać.

Rozsiedliśmy się na brzegu. Bum obserwował czujnie otoczenie, ja delektowałam się bliskością cichej przyrody zaś Miriel i Thar’zitt w skupieniu studiowali zwój z formułą czaru rozpraszającego magię. Minęło może pół godziny, może więcej, zanim Miriel podniosła się i, podobnie jak wcześniej t’skrang, posłała w kierunku żywiołaka strumień magii. Brak efektu powiedział nam równie szybko jak jej mina, że i jej się nie powiodło.

– Co teraz? – spytałam

Magowie popatrzyli po sobie niezadowoleni.

– Została nam już chyba tylko medytacja. – odezwał się niechętnie Thar’zitt. – Później możemy spróbować ponownie.

– Osiem godzin medytacji. – mruknęłam wpatrując się w wodę. – Cóż, jeśli nie ma innego wyjścia to medytujcie. Najwyżej sam do nas przyjdzie.

– A wtedy spuścimy mu manto! – entuzjastycznie zakrzyknął Bum.

– Albo on nam. – szepnęłam sama do siebie szukając wygodniejszej pozycji do siedzenia na czas tych ośmiu godzin medytacji naszych magów.

34 Kolejne pytania i żadnych odpowiedzi

Byliśmy już  gotowi do drogi kiedy zorientowałam się, że Bum wraz z Szafir lecą w kierunku drzew. Natychmiast przywołałam Szafir do siebie. Ważka zawahała się ale stanowczość powtórzonej komendy sprawiła, że wróciła grzecznie nad Śnieżkę, skupiona już tylko na mnie.

– Ale ja tylko chciałem zerknąć… – zaczął się tłumaczyć Bum.

– Nie. – skierowałam Śnieżkę ku Ligos. – Borgil i Hator potrzebują medyka. – ponagliłam wierzchowce.

Bum jeszcze coś mruczał pod nosem ale już nie oponował przeciwko powrotowi.

Do miasta dotarliśmy o zmierzchu. Ku naszemu zdumieniu, tuż przed fortecą, wpadliśmy na Thar’zitta, który, jak się okazało, przybył do miasta w jakichś interesach, przy okazji licząc, że trafi na nas gdzieś na szlaku. Szybko pożegnałam t’skranga i skierowałam się do stajni odprowadzana ożywioną rozmową między Thar’zittem i Durgolem. Już na miejscu ułożyłam Borgila i Hator na posłaniach i kazałam stajennemu posłać po medyka. Muszę przyznać, że sprowadził go błyskawicznie. Starszy mężczyzna dobrze znał się na swojej profesji, profesjonalnie opatrzył tak Borgila jak i Hator i zostawiwszy mi instrukcje dotyczące opieki nad nieszczęsną dwójką, pożegnał się znikając w ciemnościach nocy.

Nie zdążyłam się jeszcze ułożyć do snu gdy do stajni wpadł Bum, był wyraźnie wzburzony ale zamaskował to pytając o stan zdrowia naszych towarzyszy i szybko kładąc się spać. Nie miałam głowy do wnikania w powody zdenerwowania wietrzniaka, wtuliłam się w futerko Hator i szybko zasnęłam ukołysana jej kocim mruczeniem, dziękując Jaspree za to, że nadal mogę czuć jej ciepło i delektować się więzią, która nas łączy.

Rankiem czekała mnie niespodzianka. Bum postanowił poprawić sobie humor egzekwując obietnicę, którą mu kiedyś złożyłam, i udał się na nocne latanie na Szafir. Czym nie omieszkał mi się pochwalić jak tylko otworzyłam oczy.

– Fajnie było? – spytałam nieco roztargniona doglądając chorych.

– Fantastycznie! Jak ona lata! A jak szybko! Mogę to kiedyś powtórzyć?

– Może… Co się wczoraj stało? Wydawałeś się zdenerwowany.

– A bo Thar’zitt chciał olać Smoczycę. Wyobrażasz to sobie? Ja mu mówię, że Smoczyca chora, a on mi na to, że może on sobie w ogóle pójdzie. Jak tak można?

– Hm… Może miał jakiś inny powód żeby tak powiedzieć?

– Coś tam marudził, że go Durgol o szpiegostwo podejrzewa, bo się zjawia i znika niespodziewanie. No ale to nie powód, żeby porzucać Smoczycę prawda?

– Ale w końcu został, tak?

– No… Został. – przyznał niechętnie wietrzniak.

– W takim razie myślę, że można mu wybaczyć.

Skupiłam się na chwilę i poprosiłam Thar’zitta, Miriel i Durgola, w mowie powietrza, żeby wzięli śniadanie i przyszli z nim do stajni, trzeba było ustalić co robimy dalej z tym całym bałaganem.

– Raven wiesz co? – zagaił Bum kiedy go poinformowałam, że śniadanie nam przyniosą. – A mógłby mój znajomy też polatać na Szafir?

– Szafir nie służy do wożenia wszystkich wietrzniaków w okolicy Bum.

– Nie wszystkich. Tylko jeszcze jednego. Wiesz, on od dziecka o tym marzył. Mówił mi to.

– Czemu mnie tego nie powie?

– Bo on się ciebie trochę boi.

– Boi? – popatrzyłam na Buma zdziwiona. – Co to za wietrzniak?

– Xarion.

Moje zdumienie jeszcze wzrosło.

– Sugerujesz, że Xarion się mnie boi???

– Pozwól mu polatać. Będzie nam winien oooooooogromną przysługę.

Dostrzegłam naszą drużynę kierującą się w stronę stajni.

– Dobrze, pozwolę, jak mnie o to sam poprosi. Umie chyba mówić?

– Dzięki! – Bum wystrzelił w powietrze natychmiast ruszając na poszukiwanie Xariona.

– Bum! Ty gdzie? – usłyszałam krzyk Thar’zitta. – Rysunki tych znaków z włazów mi miałeś pokazać!

– Są pod skrzynią. – odkrzyknął wietrzniak i zniknął nam z oczu.

Rozłożyliśmy śniadanie i posilając się próbowałam opowiedzieć Thar’zittowi, w miarę sensownie, wszystko czego doświadczyliśmy w dżungli. Dowiedziałam się przy okazji, że w nocy relację zdawał mu Durgol, więc sporo wysiłku musiałam włożyć w wyprostowanie wszelkich teorii spiskowych przedstawionych przez krasnoluda. Thar’zitt obejrzał też szkice, które zrobił Bum, przedstawiające  znaki magiczne zapisane w przestrzeni przy tajemniczych włazach. Kończyłam właśnie relację kiedy nadleciał Bum z Xarionem. Oszczędzę sobie opisywania tego żenującego zachowania jakie zaprezentował Thar’zitt z Xarionem, którzy szybko znaleźli wspólny język. Czasami odnoszę wrażenie, że przebywam w towarzystwie bardzo rozkapryszonych dzieci, które, w dodatku, ciągle się wściekle kłócą….

Zostawiwszy Borgila i Hator w cytadeli ruszyliśmy ponownie w dżunglę. Postanowiliśmy udać się nad rzekę żeby Thar’zitt mógł obejrzeć sobie zawirowania magii żywiołów na żywo, liczyliśmy, że może on na coś wpadnie po analizie tych dziwnych miejsc.

Pierwszej nocy ostatnią wartę zaniepokoiły dobiegające z dżungli odgłosy. Thar’zitt usłyszał padające drzewo, więc poleciał na zwiad jako sokół. Przyleciał dość szybko informując, że orkowy obóz warowny broni się przed falą konstruktów. Miriel postawiła nas na nogi. Szybko się zebraliśmy i ruszyliśmy w kierunku obozu. Bum poleciał sprintem. Po powrocie oznajmił, że orkowie sobie dobrze radzą w walce, używają taktyki i ukształtowania terenu. Jeden z nich walczy na wierzchowcu, porusza się błyskawicznie, posyłając co jakiś czas płonące strzały. Podjęliśmy natychmiast decyzję żeby wspomóc obóz w walce, tym samym zaskarbiając sobie sympatię dowódcy, co pozwoli nam zbliżyć się do niego i zbadać jego wzorzec.

Niestety kiedy podjechaliśmy bliżej okazało się, że obóz już sobie poradził. Konstrukty zniknęły zaś orkowie wzięli się za palenie trupów. Wykorzystaliśmy sytuację i jawnie ruszyliśmy do obozu. Dowódca był czujny, nie wyszliśmy jeszcze spomiędzy drzew a już zabrzmiało donośne „Stój! Kto idzie?” wykrzyczane w orkowym. Odpowiedziałam w tym samym języku. Wódz przedstawił się jako Sidla, Łucznik szóstego kręgu, wódz połączonych plemion. Po krótkiej rozmowie oznajmił nam, że pod obozem jest kaer, do którego wejścia pilnują. Konstrukty próbują się dostać do środka a orkowie starają się do tego nie dopuścić. Co więcej, szykują się do wejścia do kaeru żeby podjąć walkę z zamkniętym tam horrorem. Może nawet zaufałabym Sidli w czystość jego intencji, ale kiedy próbowałam wejrzeć w jego wzorzec zaczęłam odnosić wrażenie, że nie mogę się skupić, jakby coś rozpraszało moje myśli. Spróbowałam ponownie wykorzystując zdolność Noir do widzenia aury ale efekt był identyczny. Zaniepokoiło mnie to mocno. Zwłaszcza, że zaproponowaliśmy orkowi pomoc w walce z horrorem i zejście do kaeru wraz z nim a wolałabym w takiej sytuacji nie mieć wroga za plecami. Ucięłam więc rozmowę oznajmiając orkowi, że i tak musimy udać się najpierw nad rzekę, bo są tam miejsca, które nas niepokoją a mogą mieć powiązanie z horrorem. Sidla nie miał nic przeciwko. Według niego kolejny atak nie nastąpi tak od razu i możemy mieć kilka dni spokoju. Pożegnaliśmy się szybko oddalając się od obozu na tyle, żeby nie być słyszanymi. Dopiero kiedy upewniłam się, że nikt nas nie śledzi ani nie podsłuchuje zatrzymałam drużynę i opowiedziałam im o swoim wrażeniu podczas badania wzorca. Trochę nas to zdezorientowało. Spotkanie z Sidlą dorzuciło kilka pytań do naszej puli niewiadomych a nie dało ani jednej odpowiedzi. Znów trzeba było podjąć decyzję co dalej…

Festiwal Fantastyki Cytadela

Cytadela-logo

Jak już wiecie zaangażowałam się w tym roku w tworzenie nowej imprezy fantastyczno-konwentowej jaką jest Festiwal Cytadela. Odbył się on w dniach 26 – 28 maja 2017 po raz pierwszy w zabytkowej Twierdzy Modlin (Nowy Dwór pod Warszawą). Cytadela jest siostrą Twierdzy, o której już Wam pisałam, tyle że wyszła jakaś taka większa 😉

Sam obiekt to już magia sama w sobie.  Ogromny teren ograniczony starymi koszarami, w których postapo wygląda na każdym kroku. Niesamowity klimat zniszczonych wnętrz.

Cytadela02

Zachęcam Was bardzo do zainteresowania się tym wydarzeniem ponieważ znajdziecie tam masę atrakcji. Na Cytadeli odbył się zlot Fabrycznej Zony, były bloki literackie, komiksy, wystawcy, sesje RPG i LARPy. Jeśli zainteresuje Was program zapraszam na stronę festiwalu <tutaj> oraz na profil na fb <tutaj> 

W programie były także koncerty, pokaz laserów, pokaz mody oraz tancerze z ogniem. Co prawda nie miałam nawet szans zapoznać się z całością programu ponieważ opiekowałam się blokiem literackim i naszymi wspaniałymi gośćmi, ale z opowieści zasłyszanych przy integracyjnym ognisku wiem, że uczestnicy byli zadowoleni z ogromnego wyboru atrakcji.

Cytadela04

Czemu Wam o tym piszę? Cytadela jest robiona, podobnie jak Twierdza, przez ludzi z pasją, zakochanych w RPGach, w fantastyce. To jedyny taki konwent w centrum Polski, na dużym, niezwykłym terenie, z pełną integracją przy wieczornych ogniskach. Chcemy, żeby się rozrastał, żeby przyciągał miłośników fantastyki z całej Polski.

Zajrzyjcie za rok. Warto 🙂

Cytadela03

33 Dotyk śmierci

Jedząc wczesną kolację ustaliliśmy, że najpierw poszukamy orków, których Borgil uratował w dżungli i wysłał do Ligos, później odwiedzimy miejsce, gdzie spadł statek i poszukamy zaginionego rybaka. Bum nie potrafił usiedzieć na miejscu. Nie wiem co się stało temu wietrzniakowi, ale wiercił się niespokojnie i co chwilę pytał, czy jest coś do roboty. W końcu poprosiłam go o zdobycie trzech kilogramów kości, pomyślałam, że mogą mi się przydać podczas wyprawy, więc zachwycony Bum śmignął przez okno i tyle go widzieliśmy.

Nie chcieliśmy zwlekać z poszukiwaniami, więc z Borgilem i Salazarem od razu wybrałam się na miasto. Zaczęliśmy od bramy, gdzie Furia podjęła trop za pomocą pochwy na miecz, który Borgil dostał od starszego z orków. Sunia dobrze się sprawiła i zaprowadziła nas prosto na nabrzeże, gdzie w zapyziałym wyszynku odnaleźliśmy poszukiwaną dwójkę, pijaną na umów. Młodszy spał na stole, pomiędzy kuflami, zaś starszy na podłodze przy ławie. Nie zaryzykowałam wejścia do środka, wydobywający się stamtąd odór dopadł mnie jeszcze kawałek przed wejściem. Borgil z Salazarem nie mieli oporów, obaj wręcz wyglądali jakby zamierzali się tam zadomowić na dłużej i, w dodatku, czegoś napić!

Miałam ich już przywołać do porządku, kiedy pojawił się obok mnie Bum.

– Miriel powiedziała, że poszliście szukać orków to was znalazłem. – oznajmił zadowolony.

– Fantastycznie. Wyciągnij ich stamtąd, dobrze? Bo jeszcze Borgil z Salazarem gotowi są przyłączyć się do tych pijaków.

– Jasne! – wietrzniak śmignął do środka.

Wiedziałam, że wysłanie Buma było dobrym pomysłem, w kilka chwil cała piątka znalazła się na zewnątrz. Młodszy szedł sam natomiast starszego Borgil niósł przewieszonego przez ramię. Usłyszałam jeszcze jak półprzytomny ork dopytuje się po co ich zabieramy zaś Bum tłumaczy mu jak bardzo Miriel go lubi i to pewnie dlatego chce z nim porozmawiać. Na te słowa ork jakby nieco przetrzeźwiał a ja pomyślałam, że nie chcę znaleźć się w pobliżu Miriel jak się tego dowie…

Gdy dotarliśmy do cytadeli zrobiło się już ciemno. Starszego orka Borgil odholował od razu do stajni a młodszego zaprowadziliśmy do naszej przywódczyni. Jeszcze dobrze nie wydukał „dobry wieczór” a już nas przeprosił i popędził gdzieś korytarzem bełkocząc, że zaraz wraca. No i faktycznie wrócił. Mokry, przyodziany w za dużą tunikę, którą najpewniej zwinął komuś ze sznurka i z bukietem kwiatów w dłoni, wyglądającym jakby pozrywał je losowo w ogrodzie. Z szerokim uśmiechem wręczył bukiet Miriel, już nieco przytomniejszym głosem oznajmiając:

– Pani chciała mnie widzieć? To dla Pani, bo Bum powiedział, że Pani mnie lubi i coś…

Próbowałam się wycofać z sypialni widząc błyskawice w oczach elfki, ale ta natychmiast zamknęła drzwi zlepiając je z futryną i zażądała wyjaśnień.

– No chciałaś z nimi pogadać. – wydukałam próbując nie parsknąć śmiechem. – To pytaj.

W zasadzie nie wiem czego Miriel chciała od orków, bo moją uwagę zaprzątnął Bum szepcąc mi, że to mu się świetnie udało i coraz lepiej mu idzie swatanie Miriel.

– Mógłbyś się chociaż trzymać jej rasy. – szepnęłam.

– Bo co, bo jak ork to od razu zły?

– Nie zły, ale z tą samą rasą jest łatwiej.

– Czyli nie lubisz Bogusia?

– A co ma piernik do wiatraka? – zapytałam zdziwiona.

– Nie chciałabyś go za męża bo jest orkiem?

– Rasa tu nie ma nic do rzeczy.

– Ha! Czyli lubisz Bogusia?

– Lubię, ale co to ma….

– Wiedziałem! – wykrzyknął Bum zwracając na nas uwagę reszty.

Miriel odesłała orka do stajni żeby się przespał i wytrzeźwiał zaś Buma opieprzyła za to, że gada głupoty, choć wietrzniak dzielnie się bronił, argumentując, że przecież chciała z nimi rozmawiać a jakby mu nie powiedział, że go lubi, to byśmy go w życiu nie wyciągnęli z tej speluny. W końcu Miriel odpuściła i udało nam się pójść spać.

Przy śniadaniu Miriel przypomniało się, że kiedy wracali wczoraj z Durgolem z miasta trafili na dziwną postać. Zakapturzona, z całkowicie zakrytym ciałem, włącznie z rękami ukrytymi w rękawicach, prowadziła przez miasto, w kierunku twierdzy, grupkę Dawców Imion. Wyglądali jak wieśniacy, ale byli dobrze ubrani i Miriel odniosła wrażenie, że kilku z nich pochodzi z portu, w którym wysiedliśmy kilka dni temu. Zaintrygowani podążyli za grupą i dotarli do cytadeli, gdzie postać kazała wieśniakom poczekać a sama zniknęła w środku. Po chwili ukazała się znowu i nasi towarzysze ze zdumieniem dostrzegli, że jest to krwawy elf. Minęli go później na korytarzu i elf z miejsca ich zaczepił i zaczął wypytywać kim są i co tutaj robią, ale Miriel go zbyła odsyłając do Margara. Zaintrygowana ową postacią Miriel, natychmiast po śniadaniu, poszła do orka spytać kim jest tajemniczy elf. Okazało się, że Rivil, bo tak ma na imię, jest szpiegiem pracującym dla Margara. Przyprowadzeni wieśniacy skarżyli się na przeszukujących okoliczne lasy orków i pojawiające się konstrukty.

Uspokojeni nieco w kwestii krwawego elfa wyruszyliśmy znów w dżunglę, tym razem kierując się na Czarnoksięski Zakręt, gdzie miał zniknąć rybak. Nawet bez mapy trafilibyśmy do tego miejsca bez problemu. Zwierzęta zaczęły się niepokoić a Szafir intensywnie świecić. Miriel ostrzegła, że zawirowania magii są tutaj wyjątkowo silne i mogą być groźne nawet dla Dawców Imion, o czym świadczył całkowity brak zwierząt i śladów życia, prócz jednego śladu Dawcy Imion, który, jak przypuszczaliśmy, pozostawił poszukiwany przez nas rybak. Szybko przekonaliśmy się dlaczego magia tutaj tak szaleje. Doszliśmy bowiem do źródła okolicznych zawirowań magii. W zboczu rzeki dostrzegliśmy trzy włazy a jeden z nich był otwarty. Zamykająca go klapa leżała popękana na dnie rzeki zaś otwór ział pustką. W mule Bum dostrzegł dwa przedmioty wątkowe, naszyjnik i młoteczek geologiczny. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że obydwa przedmioty są naznaczone klątwą. Po konsultacji tego, co zaobserwował, z Durgolem mieliśmy powody przypuszczać, że właz rozpadł się ze starości, zaś zabezpieczenia magiczne są nadal aktywne. To właśnie z grudek dziwnego metalu, zatopionych we włazie, biła magia, która tak wypaczyła żywioły wokoło, że mogła doprowadzić nawet do spadania statków powietrznych.

Nasze rozważania przerwał Salazar, który zwrócił moją uwagę na nienaturalnie się poruszającą kunę. Zwierzę najwyraźniej nas obserwowało i było bardzo szybkie, zbyt szybkie jak na zwierzę. Obejrzałam ją spojrzeniem astralnym, bez trudu dostrzegając zmodyfikowany przez horrora wzorzec. Wydałam komendę „stój!”. Zwierzę zamarło.

– Zabijcie ją. – rzuciłam. – To konstrukt.

Borgilowi, Salazarowi i Bumowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dwa ciosy powaliły stworzenie błyskawicznie. Jednak chwilę później dostrzegłam następną. Tą również zatrzymałam i wydałam Hator rozkaz „zabij!” Kotka rzuciła się do zdobyczy ale uprzedził ją Noir, który ze ślepą furią zaatakował konstrukt. Szczęściem Bum był czujny, bo Noir niewiele był w stanie zdziałać dziobem ale wyrwał kunę z letargu i dał jej szansę na ucieczkę. Wietrzniak dogonił stworzenie i uśmiercił.

– Wyglądały jakby nas obserwowały. – odezwałam się. – Może powinniśmy stąd iść?

– Biegła w stronę tego dziwnego obozu w lesie. – poinformował Bum. – Pewnie chciała zdać raport.

– Słuchajcie, ja mogę wydobyć te przedmioty z wody nie narażając nikogo z nas na klątwę, ale muszę się znaleźć na drugim brzegu, żeby były w zasięgu. – zaproponowałam. – Więc może chodźmy obejrzeć wrak statku a potem przeprawimy się i wyciągniemy to z wody. Nie ma co tu sterczeć bez sensu.

– Tak zróbmy. – poparła mnie Miriel.

Skierowaliśmy się do miejsca katastrofy. Tak jak przypuszczałam niewiele nam to pomogło. Wrak został doszczętnie splądrowany. Wszystko, co wieśniacy byli w stanie zabrać, zostało zabrane. Nawet deski będące jeszcze w dobrym stanie zniknęły. Po tym, co zostało, nie byliśmy w stanie stwierdzić, czemu statek się rozbił.

– Nic tu po nas. – mruknął niezadowolony Borgil. – Zrobię zwiad.

– Po co? – spytałam. – Nic tu nie znajdziemy.

– Poszukam śladów. Może znajdę tego rybaka. Mogę? – zwrócił się do Miriel.

– Zrób. Tylko niezbyt daleko i bez szaleństw.

Popatrzyłam na dżunglę. Nadal uważałam, że poruszanie się samotnie po terenie pełnym konstruktów jest głupotą, ale nie odezwałam się. Ile razy można tłumaczyć, że to niebezpieczne?

– Mogę wziąć Noir? – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.

– Możesz. Weźmiesz też Hator. – cała drużyna natychmiast spojrzała w moją stronę.

– Co? – wyrwało się wszystkim jednocześnie.

Spojrzałam w oczy Borgilowi.

– Hator pójdzie z Tobą. Ma cię chronić, ale żadnych walk. Zrozumiano? Zwiad i powrót. Pomoże ci jeśli będziesz się musiał bronić ale masz nie prowokować bójki.

Ork skinął głową.

– Borgil.

– Tak?

– Ja nie żartuję… Masz okazję udowodnić mi, że nie ufam ci bezpodstawnie…

– Jasne! – potwierdził natychmiast Borgil i wskoczył na wierzchowca. – Furia zostań z Raven. – rozkazał psu i ruszył powoli w kierunku drzew.

– Chroń go Hator. – szepnęłam jeszcze do kotki. Wraz z Noir ruszyła za Borgilem.

Reszta drużyny rozsiadła się na trawie a ja chodziłam wokoło, co jakiś czas, niespokojnie, spoglądając na drzewa.

***

Ork powoli zanurzył się w las. Bez trudu odnalazł miejsce przy rzece, gdzie widzieli wcześniej pojedyncze ślady Dawcy Imion, i znalazłwszy je zaczął badać brzeg rzeki w poszukiwaniu podobnych prowadzących w głąb lasu. Wpatrując się w ziemię stracił poczucie czasu i odległości. Zaniepokoiła go dopiero reakcja zwierząt, które nagle zaczęły się dziwnie zachowywać. Mentalnie zwrócił się do towarzyszy badając co czują. Krojen wysłał mu informacje o nienaturalnym niebezpieczeństwie, które się nie rusza, Noir przekazał, że w jego odczuciu to człowiek ale inny, zaś wierzchowiec wyczuł ogień, więc instynktownie zaczął się cofać.

Kawalerzysta zeskoczył z siodła, kazał zwierzętom zostać a sam ruszył we wskazanym przez nie kierunku, przekradając się cicho. Minął kilka drzew kierując się coraz głośniejszym szumem. Po kilku minutach dotarł do niewielkiej polany, na której dostrzegł miejsce na ognisko, jakiś worek z rzeczami zrzucony pod drzewem i deski wokół ogniska służące za siedziska. Na jednej z nich siedziała płonąca postać. Ludzki mężczyzna siedział nieruchomo cały w płomieniach, jego twarz była wykrzywiona bólem ale nie spalał się. Nagle ogień zgasł. Mężczyzna wyglądał na przerażonego, na jego skórze nie było oparzeń. Cały drżał. Borgil przyjrzał się strojowi. Prosty wieśniak, może rybak. Na nadgarstku połyskiwała srebrem zdobiona bransoleta. Ork wycofał się powoli i wrócił do zwierząt.

– Noir, leć po Buma. Tylko nic nie mów Raven, dobra?

– Dobra. – zakrakał Noir i ruszył w drogę powrotną.

– Choć Hator. Trzeba pomóc temu biedakowi.

Wraz z krojenem i wierzchowcem ruszył znów do miejsca, gdzie zobaczył płonącego człowieka. Mężczyzna siedział tak, jak go ork zostawił przed kilkoma minutami. Dyszał ciężko wpatrzony w wygaszone ognisko.

– Ja zaatakuję od tyłu a ty z drugiej strony. – wskazał krojenowi kierunek. – Tylko poczekaj na mój atak.

Kotka bezszelestnie skierowała się na wskazaną pozycję. Borgil odczekał chwilę, dosiadł wierzchowca i ruszył szarżą prosto na plecy wieśniaka. Cios wydawał się mocny a jednak postać nie padła nieprzytomna, tak jak ork zakładał, a tylko zachwiała się, zerwała na równe nogi i odwróciła w kierunku napastnika. W ułamku sekundy człowiek zamienił się w szalejącą trąbę powietrzną i cisnął Borgilem daleko przez polanę. Ork uderzył w drzewo, trzasnęły łamane kości, osunął się na ziemię. Oszołomiony bólem zobaczył jak Hator rzuca się na dziwny twór. Jej skowyt, kiedy trąba potraktowała ją tak samo jak orka, sprawił, że Borgil, mimo licznych ran i połamanych kości zaczął się zbierać z ziemi. Przywołał wierzchowca, ledwie się na niego wspinając, i widząc, że trąba pędzi w kierunku kotki, która próbowała wstać, krzyknął i popędził konia w tamtą stronę. Trąba zawahała się i zniknęła, znów odsłaniając skrytego pod nią człowieka. Borgil spodziewał się kolejnej przemiany. Przez chwilę pomyślał, że to jest jego szansa, że może zaatakować ponownie i może tym razem się uda. Zanim człowiek się zmieni. Ale zdał sobie sprawę, że ledwo się trzyma w siodle, i że jeśli mu się nie powiedzie zginie a wraz z nim zginie też Hator. Popędził wierzchowca w kierunku kotki. Próbował ją dosięgnąć, ale prawie sam spadł, cudem tylko utrzymując się w siodle. Jęknął z bólu. Mężczyzna zaczął się zmieniać w stwora ulepionego z ziemi, potężną istotę, która rozmiarami dorównywała manifestacjom żywiołu ziemi.

– Kurwa! – zaklął ork. – Choćbym miał paść wyciągnę stąd tego kota! Inaczej nie mam po co wracać do drużyny…

Jeszcze raz spiął konia, zacisnął zęby z bólu i skoczył w kierunku chwiejącej się na nogach Hator. Pasje najwyraźniej mu sprzyjały. Resztką sił chwycił kocicę za skórę na karku i wciągnął, niemal bezwładną, na siodło. Pognał konia, oby dalej od zagrożenia. Dopiero kiedy zorientował się, że wyjechał na otwartą przestrzeń zatrzymał konia, zsunął się z siodła i delikatnie ułożył Hator na ziemi.

– Boguś! – usłyszał nad sobą i zobaczył lądującego obok Buma. – Na Pasje! Kto was tak urządził? Stary, ty żyjesz w ogóle?

– Tam. – Borgil wskazał między drzewa. – Jakiś potwór, konstrukt, nie wiem. Wieśniak. Ale palił się. Chciałem mu pomóc.

– Wieśniak was tak załatwił? Chłopie! Ty weź się połóż bo wyglądasz jakbyś umarł ze dwa razy!

– Umrę jak mnie Raven dorwie. – mruknął ork i przysunął się do swojego konia wyciągając nóż.

– Wybacz stary. – zwrócił się do wierzchowca.

Naciął skórę dłoni i pęcinę konia. Magia przepłynęła przez złączone rany. Koń kwiknął zaskoczony bólem a Borgil poczuł jak wraca mu życie. Podziękował wierzchowcowi, następnie ukląkł przy Hator i powtórzył zabieg, tym razem ściągając obrażenia kotki na siebie. Hator warknęła cicho. Borgil kątem oka dostrzegł w oddali pędzące konie. Z westchnieniem ulgi osunął się na ziemię.

***

Nie wiem ile czasu minęło odkąd zniknął Borgil. Kwadrans, może pół godziny. Ból, strach i całkowite poddanie się losowi uderzyły we mnie nagle z siłą tajfunu. Poczułam jak moje ciało przeszywa zimny dreszcz, paraliżując mnie całą. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Hator umiera. Rzuciłam się w kierunku Śnieżki. Drużyna poderwała się jak oparzona.

– Hator! – krzyknęłam tylko. – Ona umiera!

Śnieżka sama wyczuła moje przerażenie bo wystartowała od razu do cwału. Resztkami przytomności zarejestrowałam moment, kiedy Salazar wskoczył za mnie na siodło. Pędziłam oby szybciej kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. To, że Śnieżka nie połamała sobie nóg w tym szalonym pędzie, zawdzięczamy chyba tylko opatrzności Jaspree. Gdzieś po drodze dopadł do mnie Noir. Był wystraszony. Nawet nie próbował za nami lecieć tylko od razu skulił się na łęku siodła, wciskając się w mój brzuch.

Dostrzegłam ich z daleka. Piołun spokojnie skubał sobie trawę zaś Borgil pochylał się nad czarnym kształtem leżącym tuż obok. Byłam jeszcze daleko, ale kiedy ork opadł na ziemię a przejmujące mnie uczucie porażki osłabło domyśliłam się co właśnie zrobił.

Gwałtownie wyhamowałam tuż obok nich. Zsunęłam się z siodła i opadłam tuż obok Hator natychmiast starając się ustalić jak duże są jej obrażenia. Kotka nie miała ran zewnętrznych, prócz niewielkiego nacięcia na łapie, które zrobił Borgil żeby ją uleczyć, ale wewnątrz… Po raz pierwszy od lat czułam jak po policzkach płyną mi łzy. Opatrzyłam ją najlepiej jak umiałam. Dopiero kiedy leżała usztywniona, przytulona do mnie, a jej oddech stał się spokojniejszy byłam w stanie skupić się na tym, co działo się obok mnie.

– Lecę tam! Nie będzie mi jakiś potwór bił Bogusia! – usłyszałam oburzony głos Buma i zobaczyłam jak wietrzniak śmiga w kierunku drzew.

– Bum wracaj! – krzyknęła Miriel. – Bum! Raven. – odwróciła się do mnie. – Powiedz mu, żeby wracał. To nie konstrukt ani horror, to jakiś wieśniak, pewnie z klątwą. Może ciebie posłucha.

– Bum. – odezwałam się spokojnie w mowie powietrza. – Zostaw go. To zwykły wieśniak. Trzeba mu pomóc a nie go zabijać. Musimy się dowiedzieć jak zdjąć klątwę ale najpierw trzeba zabrać Borgila i Hator do Ligos, ich stan jest poważny.

– (… ) widziałem jak cały się palił. – kontynuował Borgil. – A potem zgasło i wyglądał jakby cierpiał. Nie był poparzony tylko przerażony. No to zaatakowałem.

– Co zrobiłeś?! – wycedziłam czując jak wzbiera we mnie gniew.

– Chciałem mu pomóc. – bronił się ork. – Myślałem, że go unieprzytomnię i później się wspólnie zastanowimy co z nim zrobić. A on się nagle zmienił w trąbę powietrzną i rzucał nami jak zabawkami. Zanim się zmienił wyglądał jak rybak ale na ręce miał dużą, srebrną bransoletę.

– Tam nie ma żadnej trąby powietrznej. – oznajmił Bum lądując koło nas.

– Bo zmienił się w wielką, ziemną masę.

– Ziemnej masy też nie ma. Ani polany. Jest jezioro.

– Jeśli to nasz zaginiony rybak – zastanowiłam się – to pewnie znalazł te przedmioty w rzece. Wziął sobie jeden, założył i go dziabnęło klątwą. – Wracamy do Ligos! – podniosłam się przekładając ostrożnie Hator na siodło. – Rybak musi poczekać.

32 Ligos

LigosProwadzeni przez Mogabę skierowaliśmy się ku Ligos, gdzie miałam nadzieję wreszcie odpocząć. Oczywiście Borgil nie byłby sobą, gdyby jechał spokojnie, więc zaproponował wyścig. Jeden z orków przyjął pomysł z entuzjazmem, ale postawił warunek, że obaj panowie dosiądą nie swoich wierzchowców, więc Borgil rzucił mi lejce Piołuna (i nawet pozwolił na nim jechać…), kazał Furii zostać ze mną a sam ruszył przez dżunglę galopem, ścigając się z orkiem. Jednak zaprzyjaźnianie się z niektórymi Dawcami Imion idzie nam całkiem nieźle.

Dobiegało południe gdy naszym oczom ukazało się miasto i przyznam szczerze, że byłam bardzo zaskoczona. Po lewej stronie błyszczała błękitem wstęga rzeki Ligos, przy której rozrósł się spory port. Wokoło rozciągały się pola uprawne i podgrodzie z prawdziwego zdarzenia a nad tym wszystkim górowało miasto otoczone fosą i murami, zza których wystawała spora cytadela. Wokoło panował duży ruch. Widać było kupców, górników, wieśniaków. Otwartą szeroko bramę blokowała olbrzymia postać, z daleka wyglądająca jak gliniany golem. Kiedy się zbliżyliśmy domyśliłam się, że to nie golem a zmanifestowany duch żywiołu ziemi. Potężny, trzy metrowy, szeroki w barach twór, trzymający w ogromnych łapskach okazałą lagę i zwieńczony równie osobliwym stworzeniem. Na głowie ducha stał bowiem blond wietrzniak, o wydatnym brzuszku, ubrany w kolorowe szaty, i coś pokrzykiwał. Ze zdumieniem usłyszeliśmy, wzmocnione magią słowa, z których wynikało, że osoby z żółtą częścią garderoby płacą myto w wysokości jednego miedziaka, bez żółtego koloru w wysokości dziesięciu srebrników zaś te, które nie lubią wietrzniaków w wysokości stu srebrników przy czym o nielubienie wietrzniaków z miejsca oskarżył jakiegoś trolla, a gdy ten zaczął się tłumaczyć, że nieprawda, że on lubi, wietrzniak oznajmił, że to był żart.

– Myślisz, że warto poczekać aż wymieni czarny kolor? – spytałam Borgila, który po wygranym wyścigu dołączył do nas przed bramą.

– Cwaniacy wchodzą za podwójną stawkę. – odkrzyknął w naszym kierunku wietrzniak, który jakimś cudem usłyszał moje pytanie.

– To twój znajomy, Borgil. – odezwałam się głośniej. – Ty weź go spytaj, czy ta podwójna stawka to od miedziaka czy od srebrników.

– Boguś! – wrzasnął wietrzniak niemal w tym samym momencie z wyraźną radością. – Kopę lat!

– A krasnoludy bez brody to za ile wpuszczasz? – spytał Borgil wskazując na Durgola.

– Niepełnosprawnych wpuszczamy za darmo. To twoja kompania? – dopytał patrząc na nas.

Borgil potwierdził i przedstawił nas pobieżnie. Wietrzniak przedstawił się jako Xarion, Mistrz Żywiołów 9 i Czarodziej 4 Kręgu. Już wcześniej Borgil opowiedział nam co nie co o osobach, które tutaj spotkamy, ponieważ kiedyś z nimi podróżował przez pewien okres czasu a Margar, obecny władca miasta, był nawet jego mistrzem. Dlatego wiedzieliśmy, że Xarion brał udział w zestrzeleniu therańskiej baty, że wykładał nawet w szkole Domu V’strimon, że jest doskonałym, acz nieobliczalnym, praktykiem i średnim teoretykiem.

– To jest Puszek. – przedstawił nam w końcu żywiołaka.

– Czemu Puszek? – spytałam.

– No…. Bo jest duży.

– Ale Puszek powinien być bardziej… puchaty. Jak niedźwiedź.

– Może być jaki sobie zażyczę.

– Może być misiem?

Wietrzniak machnął jakimś przedmiotem i na naszych oczach niekształtny stwór zaczął porastać „sierścią”, zyskał długi pysk i wielkie uszy. Kupcy za nami cofnęli się przerażeni.

– Od razu lepiej. – uśmiechnęłam się.

– Ty to nie wyglądasz ale masz poczucie humoru. – pokiwał głową z uznaniem.

– Panie Xarionie. – wtrącił się Durgol. – A pan to by nie mógł naszej Miriel podszkolić?

– Jak zda egzamin z poczucia humoru to może… – wietrzniak przyjrzał się Miriel przez chwilę.

– A może ktoś zdać za nią? – dopytał Durgol po chwili milczenia.

– Dobra. – ukrócił te dywagacje Borgil. – Kolejka się robi za nami. Idziemy do Magrara

– Racja. – poparł go Xarion. – Mogaba was zaprowadzi.

Zostaliśmy wpuszczeni za bramę i pod przewodnictwem Mogaby udaliśmy się do cytadeli górującej nad miastem. Wielka kamienna twierdza nie została jeszcze całkowicie ukończona, widać było porozkładanie materiały budowlane, gdzieniegdzie brakowało zdobień. Była bardzo solidna, budowana na modłę krasnoludzką z najlepszych materiałów, dodatkowo wzmocniona esencją ziemi. Widać było, że gospodarz nie żałował środków na budowę. Co prawda w samej twierdzy było dość klaustrofobicznie, bo taka jest specyfika budowli krasnoludzkich, ale sprawiała wrażenie bardzo eleganckiej. Borgil spytał Buma, który jako jedyny widział warownię w dżungli, czy budowle są podobne, ale wietrzniak odparł, że tamta wygląda jakby budowano ją na podstawie wiedzy sprzed stu lat a ta jest zdecydowanie nowoczesna.

Mogaba oddał nas pod opiekę służącego a sam się oddalił. Zostaliśmy poprowadzeni do sporej komnaty, oświetlonej blaskiem pochodni i ognia na wielkim kominku, przed którym wygrzewał się potężny i mocno podstarzały ork. Miał wydatny brzuszek, podobnie jak Xarion, ale pod skórą nadal wyraźnie rysowały się silne mięśnie.

Margar Krwawy Kieł, Kawalerzysta 8 i Ksenomanta 2 kręgu, okazał się być gościnnym gospodarzem i charyzmatyczną, konkretną i przyjazną osobą. Z miejsca przywitał nas jak swoich i zaprosił na biesiadę. Dostaliśmy też dużo miejsca w przestronnej stajni.

Ucztę podano w sali rycerskiej, której znaczną część zajmował ogromny stół z dwudziestoma czterema krzesłami. Ściany zdobiły rogi różnych zwierząt. Biesiada nie była wyszukana, dużo tłustych mięs i pieczywa, dużo piwa. Margar opowiedział nam o kopalni żywiołu ziemi, którą założyli w mieście dzięki Kalibanowi, ich przyjacielowi, Zbrojmistrzowi, który odkrył w tym miejscu jej złoża. Zapytany o bibliotekę opowiedział także o wielkiej bitwie, która odbyła się podczas odbijania miasta przez ekipę Margara z rąk opętanego przez Horrora burmistrza, i podczas której pożar zniszczył część wiedzy. Oczywiście zakochany w księgach Kaliban ciągle jakieś zwozi i sprowadza, ale ta najbardziej nas interesująca najprawdopodobniej przepadła.

Margar zapytał nas czego, właściwie, szukamy w dżungli, więc Durgol opowiedział mu o konstruktach, znikających statkach, warowni. Bum, oczywiście, dorzucił swoje trzy grosze o tajnej misji, szczęściem nie wnikał w szczegóły. Po chwili namysłu Margar stwierdził, że mu się ta sytuacja zdecydowanie nie podoba, że żadnych warowni sobie nie życzy a i znikające statki to problem dla miasta bo mniejsze zyski, więc ile chcemy za rozwiązanie tych problemów? Odparliśmy, że zajmiemy się tym a nagrodę wybierzemy później, jak już się uda rozwikłać zagadki otaczające Ligos. Ork nawet mistrzów nam zapewnił, gdybyśmy chcieli.

Miriel wykorzystała fakt, że Xarion dołączył do nas wieczorem i zagaiła rozmowę o zawirowaniach magii, które wyczuła na początku naszej podróży przez dżunglę. Wietrzniak nic o nich nie wiedział, ale wyraził natychmiastową gotowość udania się na miejsce i zbadania go. Oczywiście ta „racjonalna” część drużyny z miejsca go poparła i tak Xarion, Miriel, Durgol i Bum polecieli w nocy badać zawirowania magiczne na rzece płynącej przez dżunglę pełną konstruktów… Ja, Borgil i Salazar postanowiliśmy zostać, najeść się, napić i wreszcie wyspać. Wszak zawirowania są tam od dawna i nie znikną nagle, a dwie ostatnie noce spędziliśmy niemal bez snu i odpoczynek był nam zdecydowanie bardzo potrzebny. Grubo po północy opuściłam panów, zabrałam zwierzaki włącznie z Furią i udałam się do stajni odpocząć. Wreszcie ciche, suche, ciepłe i bezpieczne miejsce na nocleg. Z uśmiechem umościłam się na sianie, przytuliłam do Hator i błyskawicznie zapadłam w sen.

Z cudownych majaków sennych wyrwało mnie tupanie i rżenie koni. Przez chwilę usiłowałam zrozumieć co się dzieje i gdzie jestem, aż usłyszałam przeciągłe wycie w dwugłosie dochodzące od wejścia do stajni. Niechętnie wstałam i ruszyłam w tamtą stronę. Tuż za progiem zobaczyłam siedzącą Furię obok Borgila, wyjących razem do księżyca.

– Na wszystkie Pasje! Borgil! – zbeształam orka. – Co ty, u licha, wyprawiasz?!

– Wyjemy sobie. – wybełkotał ork i powtórzył przeciągłe wycie a Furia mu zawtórowała.

– Cisza! – wrzasnęłam wzorem Miriel. Oboje umilkli i spojrzeli na mnie z wyrzutem. Pewna myśl przemknęła mi przez głowę. – Konie płoszycie tymi wrzaskami. – kucnęłam koło Borgila i przyjrzałam się Furii uważniej. – Borgil, skup się, skąd ty wziąłeś tego psa? Tak dokładnie.

– No… Wrzasnąłem i nie uciekł. To wziąłem.

– Ale skąd?

– No… – ork zmarszczył brwi uruchamiając proces myślenia. – Z tej areny w Jerris. Oni tam mieli dużo psów. Wrzasnąłem. Wszystkie uciekły a ta została.

– Ona ma domieszkę krwi wilka.

– Seriooooo? – Borgil jakby nagle wytrzeźwiał. Popatrzył na psa z uznaniem. – Ale ekstra! A dużo?

– Nie wiem. Trzeba to zbadać. Przydałyby się wilki… – zamyśliłam się. Będę musiała popytać czy w okolicy są jakieś wilki, chciałabym się przekonać jak zareagują na Furię a ona na nich.

– Dobrze – dodałam po chwili wstając. – Jedno i drugie spać! I żadnego wycia. Raz dwa.

Niechętnie, ale posłuchali. Do świtu już nic nie mąciło spokojnego snu.

Miriel, Durgol i Bum wrócili koło południa, ledwo trzymając się na nogach ze zmęczenia. Kategorycznie odmówili jakiejkolwiek relacji i padli spać. Poszłam więc na miasto, obejrzeć je dokładniej i zasięgnąć języka a Borgil z Salazarem udali się do portu leczyć kaca i też zbierać informacje.

Miasto okazało się gwarne i przyjazne. Od mieszkańców dowiedziałam się, że Lagos powstało ze zlepienia kilkunastu okolicznych wiosek i cała ludność chwali sobie rządy Margara i jego ekipy. Nie dość, że zlikwidowali oni opętanego burmistrza i uwolnili mieszkańców od Horrora i jego ożywieńców to jeszcze przyczynili się do rozkwitu miasta i zlikwidowali w nim, prawie całkowicie, przestępczość. Oczywiście pojawiły się też negatywne opinie. Margar nie panuje nad swoimi przyjaciółmi i jak nie ma Kalibana Mogaba i Xarion potrafią nieźle zaszaleć. Orkowie, towarzysze Mogaby, słuchają tylko jego i jak zniknie im z oczu też potrafią wzniecać burdy. Otrzymawszy informację, że najstarsze zabudowania w mieście to właśnie port udałam się na poszukiwanie Borgila i Salazara.

Znalazłam ich w tawernie portowej. Dowiedzieli się, że łącznie zaginęły trzy statki ale wrak jednego z nich został odnaleziony. Niestety na miejscu nie ma nikogo, kto by się znał na statkach powietrznych na tyle, żeby stwierdzić co mu się stało, więc ciała pogrzebali, towar który się uratował zabrali a wrak zostawili. Salazar podsłuchał też rozmowę o jakimś wieśniaku o przezwisku Szrama, który wypłynął na połów na Czarnoksięski Zakręt i słuch po nim zaginął. T’skrangowi udało się dowiedzieć, że tajemniczy zakręt cieszy się złą sławą, chociaż ryb jest tam obfitość. Wskazali mu też miejsce na mapie, gdzie się znajduje. Po porównaniu tego z mapą Borgila okazało się, że Czarnoksięski Zakręt jest w pobliżu wraku statku.

Nie licząc na wiele więcej zebraliśmy się do twierdzy Margara na obiad, gdzie, wreszcie, spotkaliśmy naszych towarzyszy. Przy jedzeniu opowiedzieli nam o swoim znalezisku. W miejscu zawirowań odkryli w skalnym brzegu rzeki, podziurawionym przez jaskinie, metalowy właz. W dziwnym metalu zatopiono jakieś kryształki a do kompletu, w przestrzeni astralnej, umieszczono skomplikowany wzór, który ma być kluczem do otwarcia włazu. Niestety sprytna skrytka działa tak, że jeśli ktoś wciśnie złą kombinację cała jej zawartość zostanie zniszczona, możliwe nawet, że wraz z nieszczęśliwcem, który będzie próbował to zrobić. Nie bardzo wiedząc jak ugryźć sprawę dziwnego włazu Miriel zdecydowała, że trzeba odwiedzić bibliotekę tworzoną przez Kalibana i tam też się udała wraz z Durgolem i Bumem, każąc reszcie zbierać informacje.

Niestety dalsze kręcenie się po mieście nie przyniosło nic nowego, więc w końcu, zniechęceni, dołączyliśmy do reszty w bibliotece. Muszę przyznać, że Kaliban faktycznie zadbał o to, żeby uporządkować zwoje i księgi. Jeszcze zanim krasnolud się pojawił Miriel i Durgolowi udało się znaleźć kilka ciekawych informacji. Wioski, które znajdowały się na tych terenach przed Pogromem były bardzo biedne, mieszkańcy nie byli w stanie ich zabezpieczyć w żaden sposób, nie potrafili zbudować kaeru a therańczycy nie zjawili się z propozycją sprzedania im zabezpieczeń. Część mieszkańców uciekła w panice w kierunku jeziora Ban. Pewnego dnia przybył do jednej z wiosek elficki mag, karzący na siebie mówić Karwel. Powiedział, że pomaga takim Dawcom Imion. Zapewnił, że mieszkańcy nie będą potrzebowali takich nakładów finansowych jakich żądają theranie za rytuały ochrony, że nie trzeba łopat ani cieśli a on pomoże im zabezpieczyć się tak, że „nikt ich nie znajdzie.” Autora notatki nieco zaniepokoiło stwierdzenie, że „nikt” a nie że „Horrory” ale zignorował alarmowy dzwonek w swojej głowie pisząc, że „nie ważne są jego intencje, jest naszą jedyną szansą.”

Pod wieczór pojawił się właściciel biblioteki. Kaliban Białobrody, Zbrojmistrz 8 i Mędrzec 4 Kręgu od razu zyskał moją sympatię. W jego spojrzeniu była serdeczność a i maniery miał bardziej dworskie niż orkowe. Chętnie odpowiedział na nasze pytania, choć nie powiedział nam nic nowego. Potwierdził, że część zapisków została spalona a resztę zna na pamięć i nie znajdziemy w nich już wiedzy, której szukamy. Bum pokazał mu rysunek zabezpieczeń z włazu. Kaliban przyjrzał mu się uważnie. Dzięki jego rozległej wiedzy dowiedzieliśmy się, że takie zabezpieczenia robią elficcy magowie, zwykle bardzo zdesperowani, którzy wolą, żeby to, co ukrywają zostało zniszczone niż dostało się w niepowołane ręce. Tylko twórca zna kod otwierający taką skrytkę i nie ma mowy, żeby ktoś wpadł na rozwiązanie tak po prostu.

Wieczór nadszedł kiedy skończyliśmy rozmowę z krasnoludem, więc postanowiliśmy udać się na kolację, uporządkować naszą wiedzę i ustalić czym i w jakiej kolejności musimy się zająć.

Planszówkowo

Zaczął się sezon konwentowy dla mnie, więc wróciła ulubiona rozrywka, czyli planszówki 😀 Dlatego postanowiłam poświęcić ten wpis kilku planszówkom, które, moim skromnym zdaniem, zasługują na szczególną uwagę.

Tajemnicze Domostwo

tdNa pierwszy ogień idzie zdecydowanie mój faworyt skojarzeniowy. Wspominałam o Domostwie już przy okazji wpisu o Zjavie z 2016 roku, ale krótko. Tym razem przybliżę Wam o co w tej grze chodzi.

Jest to gra kooperacyjna, w której grupie graczy tajemniczy duch pomaga odkryć mordercę grasującego w domostwie, w którym nocują. Zadanie jest niełatwe tak dla detektywów jak i dla samego ducha. Duch, bowiem, musi detektywom wskazać właściwe narzędzie zbrodni, osobę mordercy oraz miejsce, w którym zbrodni dokonano, za pomocą snów, a te są, wierzcie mi, dość abstrakcyjne, żeby zadanie to było czasem ekstremalnie trudne.

td02

Karty z niebieskim rewersem to karty gracza, który jest w danej rozgrywce Duchem. Ma on zestaw dla każdego gracza, składający się z karty przedmiotu, osoby i miejsca popełnienia zbrodni. Przed resztą graczy leży szereg kart ukazujących różne narzędzia zbrodni, różne postaci i różne miejsca (zawsze dużo więcej kart niż graczy).

Zadaniem Ducha jest podsuwanie graczom kart snów, które naprowadzą ich na właściwy trop w zaledwie 7 dni. Spójrzcie na zdjęcie poniżej:

td03

Widzicie te latające świeczki nad czerwonymi schodami? Albo stracha na wróble czy fontannę w ogrodzie? To właśnie są karty snów. I teraz wyobraźcie sobie, że przed Wami leżą do wyboru hantel, sznur i pogrzebacz a Duch daje Wam sen ze strachem na wróble, który ma Wam wskazać którego z tych narzędzi użyto… Właśnie stajecie przed najważniejszym zadaniem – domyśleniem się, jakie skojarzenie ma osoba wcielająca się w Ducha. Może dała stracha bo mamy dwa przedmioty metalowe i tylko jeden nie jest z metalu zaś strach metalu nie zawiera, co wskazywałoby na sznur jako narzędzie zbrodni? A może pogrzebacz leży na filetowym kawałku materiału i dlatego padło na stracha bo tylko on, ze wszystkich snów na ręce Ducha, nawiązywał kolorem do narzędzia zbrodni? Pytań jest mnóstwo. Na szczęście możecie działać wspólnie, więc burza mózgów może rzucić nieco światła na tą makabryczną zbrodnię i pomóc w ujęciu mordercy.

Takenoko

takenokoKolejna gra, która zdobyła moje serce. To, w skrócie, gra o uprawie bambusowego ogrodu dla cesarskiej pandy. Gracze muszą wykonywać zadania związane z uprawą bambusa, karmieniem pandy i układaniem mapki w odpowiedniej konfiguracji. Dodatek do gry wprowadza jeszcze panią pandę i małe pandziątka, które dają dodatkowe punkty i zadania. Zwiększa także poziom trudności gry, wprowadzając do zadań dodatkowe warunki. Dla przykładu – w nie poprawionej podstawce żeby zrobić zadanie z mapą trzeba było, zwyczajnie, położyć kafelki mapy w odpowiedniej konfiguracji, natomiast poprawiona wersja wymaga, żeby każdy ułożony kafelek był nawodniony, co już jest dużo trudniejsze do uzyskania.

Spójrzmy na rozłożoną grę:

takenoko02

Na pierwszym planie widzicie kartę dla gracza, dwa żetony ruchu (te brązowe kółka), nawodnienie (niebieski patyczek) i kawałek zjedzonego przez pandę bambusa. Po lewej stronie leżą karty zadań, czyli nasza rysunkowa instrukcja o co w tym wszystkim chodzi 😉

A o co chodzi? Zaczynamy prosto, od położenia na stole mapy przedstawiającej główny staw i postawieniu na nim ogrodnika i pandy, następnie każdy z graczy bierze po jednym zadaniu każdego typu (mapa, ogrodnik, panda) i rozpoczynamy rozgrywkę. Każdy z graczy ma dwa ruchy, ale nie mogą to być takie same ruchy (chyba że rzut kością da nam taki bonus). Możemy, na przykład, dobrać mapę i dołożyć ją do stawu oraz dobrać sobie zadanie. Możemy też przesuwać pandę (tylko w linii prostej), dobierać patyczki nawodnienia (na nie nawodnionym terenie bambus nie będzie rosnąć) albo ruszyć ogrodnika (tylko w linii prostej), który swoją ciężko pracą przyspiesza wzrost bambusa.

Losowości grze nadaje rzut kością, stosowany od drugiej rundy, która daje ciekawe bonusy – pozwala przesunąć pandę w dowolne miejsce na planszy, powoduje opad deszczu, czyli wzrost bambusa na wskazanym przez nas, nawodnionym, polu, daje nam możliwość wykonania trzech akcji w swojej rundzie, zamiast dwóch czy też możliwość wykonania dwóch takich samych akcji.

Czy można się oprzeć takiej słodkiej parce? ❤

takenoko03

Yggdrasil

ygZagrałam raz i się zakochałam 🙂

Pradawne Drzewo jest zagrożone, zbliża się bowiem Ragnarök, koniec czasów. Gracze wcielają się w nordyckich bogów i próbują zapobiec zniszczeniu Asgardu przez siły zła. Yggdrasil jest grą kooperacyjną. Każdy z dobrych bogów ma swoje specjalne zdolności, podobnie jak każdy ze złych. Loki, na przykład, z każdym ruchem wystawia lodowych gigantów, którzy blokują zdolności graczy albo lokacje pomagające w rozgrywce, są też dodatkowym przeciwnikiem do pokonania.

yg03Z każdą turą gracze losują jedną kartę atakujących (widać je po prawej stronie planszy, tak, ten przystojniak to Loki a nad nim jego usłużni giganci 😉 ). Karta ta porusza jednym ze złych bogów na ścieżce prowadzącej do Asgardu. Zadaniem graczy jest przerzucić cały stos kart nie dopuszczając do zniszczenia Pradawnego Drzewa. Co, wierzcie mi, nie jest proste jeśli się dobrze nie nakombinuje. Gra ma trzy stopnie trudności. Grałam na podstawowym i było ciężko, kolejny dodaje karty, które przesuwają kilku złych bogów na raz a ostatni dodaje karty Ragnarök, czyli prawdziwie ciężkie do pokonania kataklizmy. Ale zabawa jest przednia. Polecam z czystym sumieniem.

yg02

Battlestar Galactica

bgRzadko się zdarza, żeby ktoś nie znał tego tytułu. Jeśli nawet nie oglądał serialu to obiło mu się o uszy. Ja uwielbiam i serial i planszówkę i serdecznie polecam obie.

Dla mniej zorientowanych – ludzkość wymyśliła sobie inteligentne roboty (nie pierwszy raz zresztą 😛 ) te zaś zbuntowały się, zrobiły przewrót i wybiły sporą ilość swoich twórców. Ci którzy ocaleli załadowali się na statki kosmiczne i polecieli w dal szukając dla siebie bezpieczniejszego miejsca. W międzyczasie roboty, zwane przez ludzi Cylonami, wyewoluowały i nauczyły się jak wyglądać jak ludzie. I to dosłownie. Włącznie z krwią i zachodzeniem w ciążę (to dość istotny aspekt historii). W tym punkcie zaczyna się jazda bez trzymanki – Cyloni umieszczają swoich uśpionych agentów w szeregach ludzi i nagle zaczynają ich rozbudzać. Na statkach zaczynają się sabotaże a nawet zamachy a kiedy do ludzi wreszcie dociera, że nawet ich najbliższy może okazać się Cylonem robi się gorąco. Intrygi, oskarżenia, podejrzenia, egzekucje, puszczające nerwy a także Cylońska walka o człowieczeństwo sprawiają, że od serialu nie można się oderwać.

bg02

Gra daje nam namiastkę tego wszystkiego co pokazał serial. Na początku każdy z graczy losuje kartę „rasy”, która jest tajna. Musi, a przynajmniej powinien, działać w zgodzie z tą kartą. Jeśli jest człowiekiem ma łatwiejsze zadanie – robić wszystko żeby flota przetrwała, natomiast jeśli jest Cylonem musi tak grać, żeby nie wzbudzić podejrzeń innych graczy a jednocześnie powoli acz nieuchronnie prowadzić flotę na stracenie. Podczas rozgrywki dużo się bowiem dzieje. Mamy karty ataku Cylonów, ale też przyjaznych planet. Możemy zsyłać innych graczy do aresztu, skąd oczywiście nie mogą działać, jeśli podejrzewamy ich o bycie Cylonem, ale może się to na nas zemścić, jeśli okaże się, że nie mieliśmy racji i nie ma komu odeprzeć ataku Cylonów bo jedyny pilot siedzi niesłusznie w areszcie… Statek może zostać uszkodzony, może nam braknąć wody lub paliwa. Możliwości jest masa.

bg03

bg05

To gra na długie godziny w większym gronie – polecam na 6 graczy. Na pewno nie zawiedzie miłośników serialu.

A jak już Wam się znudzi podstawka to wyszły jeszcze dodatki. Kosmicznie zajefajne 😉

Ghost Stories

gsKolejna kooperacyjna gra, która urzekła mnie grafiką i samą rozgrywką.

„Wielu poległo kładąc kres rządom Wu-Fenga, Władcy Dziewięciu Piekieł. Urna zawierająca jego prochy została pochowana na cmentarzu w niewielkiej wiosce w Środkowym Cesarstwie. Lata mijały, a przeklęte dziedzictwo popadło w zapomnienie pośród żywych. Ukryty w głębiach piekieł Wu-Feng nie zapomniał niczego. Niestrudzone poszukiwania w końcu doprowadziły go do miejsca, gdzie ukryto urnę. Cień jego poprzedniej inkarnacji już rozciąga się nad wieśniakami, nieświadomymi grożącego im niebezpieczeństwa.

Na szczęście Fat-Si (kapłani taoistyczni) trzymają straż, strzegąc granicy pomiędzy światami żywych i umarłych. Uzbrojeni w odwagę, wiarę i moce, spróbują odesłać reinkarnację Wu-Fenga z powrotem do piekła.”

Gramy przeciwko grze usiłując odeprzeć duchy, które nawiedzają miasteczko. W tej grze kooperacja między graczami musi być bardzo silna bo zagrożeń i nawiedzeń jest cała masa. Przez całą rozgrywkę trzeba dokładnie ustalać kto co robi, jakie moce wykorzysta i jaki będzie następny ruch gracza. Do tego gra posiada cztery poziomy trudności, więc każda kolejna rozgrywka może się diametralnie różnić od poprzedniej. Każda lokacja w wiosce ma swoje właściwości, z których gracze mogą korzystać, dlatego jeśli dopuścimy do Nawiedzenia którejś z nich tracimy możliwość korzystania z jej właściwości. To bardzo klimatyczna gra i też dość trudna.

gs02

Oto rozłożona plansza. Kafelki pośrodku (3 x 3) to nasza wioska, którą spróbujemy obronić przed duchami. Cztery karty po bokach to karty graczy. Każdy duch najpierw pojawia się na karcie gracza i z niej uprzykrza graczom życie. Może to być „zwykły” duch, który ma reperkusje w postaci kradzieży mocy gracza, lub każe nam wyciągać z talii kolejnego ducha, ale może to być także duch ciągnący za sobą nawiedzenie (czarna figurka na niebieskiej karcie gracza, na dole zdjęcia). Nawiedzenie to bardzo niebezpieczna forma ducha, przesuwa się do przodu co rundę (a nawet częściej jeśli inny duch ma właściwości przesuwania Nawiedzenia) i kiedy dotrze do krawędzi wioski ta lokacja zostaje natychmiast wyłączona z użytku. Przekręcamy ją na drugą stronę i musimy wyegzorcyzmować żeby ją odzyskać i znów móc skorzystać z jej właściwości.

Tajniacy

tajniacy01A jeśli jest Was większe grono niż 3 osoby możecie pograć w Tajniaków. Prosta, przyjemna gra drużynowa na skojarzenia.

Dzielimy się na dwie drużyny (czerwonych i niebieskich) i z każdej z nich wybieramy szefa. Obaj szefowie siadają po jednej stronie stołu zaś reszta członków drużyn po drugiej (to są, właśnie, tajniacy). Wybieramy, losowo, 25 kart kryptonimów i rozkładamy je na stole w kwadrat 5 x 5. Przed szefami kładziemy karty agentów (czerwone i niebieskie), kartę podwójnego agenta, kartę zabójcy oraz postronnych obserwatorów. Na koniec szefowie losują kartę klucza, którą widzą tylko oni, i która wskazuje im gdzie kryje się morderca i jaki jest rozkład agentów na planszy.

Tak to wygląda od strony szefów:

tajniacy02

A tak wygląda klucz:

tajniacy_klucz

Te cztery czerwone „światełka” wokół karty klucza wskazują drużynę, która zaczyna rozgrywkę. Drużyna rozpoczynająca musi poprawnie wskazać 9 kryptonimów zaś druga drużyna 8.

Skoro plansza już gotowa można zaczynać. Wasz szef wie, pod jakimi kryptonimami znajdują się Wasi agenci i musi ich wskazać JEDNYM słowem a do pomocy ma jeszcze liczbę. Jeśli dwaj agenci kryją się pod kryptonimami śmierć i noc szef może powiedzieć Wampir 2 – wiecie już, że są dwaj agenci ukryci pod pseudonimami kojarzącymi się szefowi z wampirem, Waszym zadaniem jest wskazać które to kryptonimy. Oczywiście możecie dyskutować w drużynie na ten temat zanim podejmiecie ostateczną decyzję, ale szef już nie może Wam pomagać. Dopiero kiedy jeden z Was dotknie karty uznaje się ją za ostateczną odpowiedź.

Jeśli tajniak dotknie karty należącej do jego bądź jej drużyny, szef zasłania to słowo kartą agenta odpowiedniego koloru.Drużyna może zgadywać drugie słowo (ale nie dostaje nowej wskazówki).
Jeśli tajniak dotknie niewinnego obserwatora, szef zasłania go kartą niewinnego obserwatora. Kończy to turę tej drużyny.
Jeśli tajniak dotknie karty należącej do drugiej drużyny, słowo zostaje zasłonięte kartą agenta przeciwnej drużyny. Kończy to turę tej drużyny. (Oraz przybliża przeciwną drużynę do zwycięstwa.)
Jeśli tajniak dotknie zabójcy, słowo zostaje zasłonięte kartą zabójcy. To koniec gry! Drużyna, która skontaktowała się z zabójcą, przegrywa. Natomiast wygrywa ta, która pierwsza odgadnie wszystkich swoich agentów.
A tak wygląda plansza podczas rozgrywki:
tajniacy03

To, na razie, wszystkie gry, do których wracam z ogromną przyjemnością, i w które zawsze chętnie zagram. Was też do tego zachęcam – nie ma to jak wieczór przy dobrej planszówce w zacnym gronie 🙂

Zdjęcia zostały wykonane przez Bastiego, któremu serdecznie dziękuję za pół dnia rozkładania i składania planszówek z własnych zbiorów 😉

28 Złe dobrego początki

Nasza historia w Jerris zaczęła się źle – od zabójstwa nieznajomego elfa, toczyła się coraz gorzej – poprzez porwanie i tortury Miriel, spalenie eleganckiej karczmy wraz z szalejącym po niej konstruktem i zrównanie z ziemią domu radcy miejskiego, wraz z jego nieskromną osobą, a zakończyła się jeszcze większym chaosem – wizytą floty Kryształowych Łupieżców gotowych obrócić to urocze miasto w proch, która to wizyta niemal wpędziła do grobu naszego zleceniodawcę.

Ale po kolei.

Plan wypalił. Chyba po raz pierwszy bez większych problemów. Spędziliśmy dwa dni w miejskim więzieniu po czym wróciliśmy do naszego pracodawcy, gdzie czekała reszta naszej drużyny. Po krótkim odpoczynku zostaliśmy zawołani do Altanaela, który poinformował nas, że Arval jednak został burmistrzem. Obiecał obsydianinowi zrzec się tej funkcji jak tylko zrobi porządek w mieście. O Królowej słuch zaginął. Przypuszczam, że wyniosła się z Jerris i mam nadzieję, że do niego nie wróci. Uspokojeni i zadowoleni, że w mieście znów zapanuje względny spokój, postanowiliśmy zrobić zakupy i następnego dnia wyruszyć do Domu V’strimon żeby odwiedzić córeczkę Buma.

Udałam się do miasta żeby wreszcie kupić wymarzonego wierzchowca dla siebie i Miriel. Znalazłam dwie piękne klacze, dokładnie takie, o jakich z Miriel marzyłyśmy. Moje śnieżnobiałe cudeńko nazwałam Śnieżką i już się cieszyłam na chwile spędzone na jej tresurze. Spokój i dobry nastrój prysnęły jak bańka mydlana kiedy tylko przekroczyłam próg domu Altanaela. Nasz gospodarz wpadł do rezydencji kilka chwil po mnie w stanie takiego wzburzenia, że zaczęłam się obawiać o jego życie. Gdyby miał włosy na głowie zapewne właśnie by je, garściami, wyrywał.

– Na Pasje! Co się stało? – spytałam, rozglądając się nerwowo za Uzdrowicielem.

– Łupieżcy! – wykrzyczał obsydianin. – Kryształowi Łupieżcy! Cała flota! Wojskowa!

– Jaka flota? Gdzie?

– W porcie Jerris! Skąd się tu wzięli? – popatrzył na mnie groźnie. – Arval zrzekł się burmistrzowania i szykuje obronę miasta! Cały ten bałagan na mojej głowie!

– Nie mam pojęcia… – mruknęłam, choć już się domyśliłam kogo winić za obecność trolli. – Panie. – położyłam mu rękę na ramieniu uspokajająco i uśmiechnęłam się. – Nic się nie martw. Załatwimy to.

Na szczęście w korytarzu pojawił się Tharif i widząc co się dzieje natychmiast zabrał obsydianina gdzieś na górę.

– Niech ja tylko dorwę tego wietrzniaka w swoje ręce! – wycedziłam przez zęby odwracając się w kierunku drzwi i wpadając na wchodzącą Miriel.

– Coś się stało?

– Bum sprowadził do miasta Kryształowych Łupieżców. – poinformowałam. – Całą flotę.

– Co zrobił?!

– Chodź. Nie ma czasu.

Pędząc w kierunku portu zrelacjonowałam Miriel co się stało. Wytrzymanie na dłuższą metę z wietrzniakami jest chyba ponad siły elfów. Zresztą, zaczynam dochodzić do wniosku, że ponad siły ludzi również.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się że Bum i Thar’zitt już są na statku dowódcy. Przyznam, że flota wyglądała imponująco. Statki wisiały tuż za murami miasta zaś na murach zgromadziło się chyba całe wojsko i straż jaką Jerris posiadało. W tłumie dojrzałam nawet Alvara. Panowała nerwowa atmosfera, zwłaszcza, że z pokładu jednego z drakkarów dobiegały niepokojące odgłosy wybuchów (jak się później okazało wybuchy zawdzięczaliśmy Thar’zittowi, który chciał pokazać trollom coś co nazywał fajerwerkami… ponoć miało to wybuchać na kolorowo i być fajne) .

Oszczędzę sobie opisywania naszych prób uspokojenia tak wojska jak i trolli. Jakimś cudem udało się Bumowi nakłonić trolle do oddalenia się od miasta na chwilę a mnie i Miriel skłonić Norgo, krasnoluda, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa maga, a który teraz był najstarszy rangą, jako że Arval zrezygnował także z pełnienia funkcji szefa straży, do powstrzymania wojska od wrogich działań skierowanych w kierunku trollowych statków oraz do udania się do Altanaela w celu uzyskania rozkazów.

Obsydianin doszedł już do siebie na tyle, że był w stanie odbyć takie spotkanie, mimo że Tharif zdecydowanie mu to odradzał. Tym razem to troll był wzburzony a w domu pachniało melisą. Kazałam Tharifowi głaskać Hator, w obawie o jego nerwy, i rzeczywiście po chwili uspokoił się nieco i nawet uśmiechnął.

Spotkanie odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Z naszej drużyny Altanael poprosił jedynie Thar’zitta o obecność. Ustalono, że trolle mogą cumować w przystani ale mają nie schodzić na ląd a rankiem odlecieć. Wojsko zostanie wycofane, jedynie pozostaną patrole straży na murach.  Thar’zitt zobowiązał się, że nakarmimy trolle i przypilnujemy, żeby nie narobiły kłopotów. Liczyłam bardzo, że faktycznie jest w stanie tych Łupieżców okiełznać…

Wreszcie mogliśmy odetchnąć. Wraz z Miriel i Durgolem postanowiłam noc spędzić poza statkiem, na którym Thar’zitt, Bum i Salazar urządzili potężną imprezę. Przez pewien czas siedzieliśmy we trójkę na murach, słuchając odgłosów dochodzących ze statku, ale kiedy impreza przeniosła się do niedalekiego zagajnika i dostrzegliśmy w nim żywą pochodnię Miriel stwierdziła, że nie zamierza dłużej na to patrzeć, więc przenieśliśmy się do rezydencji na resztę nocy.

Rankiem mieliśmy się zapakować na statek Auryka, przywódcy przymierza, i odlecieć do V’strimon. Miałam nadzieję, że nie polecimy tam całą flotą, wszak pierwsze wrażenie zostaje na długo…

Skoro świt pożegnaliśmy naszego pracodawcę, życząc sobie nie spotykać się więcej w tak niesprzyjających okolicznościach i zaokrętowaliśmy się na statku. Miriel wcisnęła się w jakiś kąt, starając się trzymać z daleka od trolli a ja stanęłam przy burcie, żeby móc podziwiać widoki. Latanie jest jednym z cudowniejszych uczuć. Chyba tego najbardziej zazdroszczę wietrzniakom.

Statki odcumowały. Jerris zostało za nami. Może nie nowe, ale bez Królowej i jej intryg na pewno lepsze. Ciekawe, czy będzie nam dane jeszcze kiedyś tutaj zawitać.

27 Mistrzowie planowania

Oczywiście nie zdążyliśmy nawet wyjść z domu, bo kiedy się przebrałam okazało się, że drużyna zmieniła zdanie i uznała, że nie ma sensu przeszukiwać ruin, natomiast Bum wpadł na inny pomysł. Zaproponował żeby użyć szkicownika, który dostał od Fildara, zmieniającego wygląd postaci.

– No wiecie, bo można się narysować i zmienić w kogoś innego, na przykład w Królową. – argumentował.

– Ale po co? – spytałam nieco zdezorientowana. Nie bardzo nadążałam za sednem tego pomysłu.

– Żeby zrobić zamęt. Polatać po mieście, robić dziwne rzeczy. Takie tam.

– Nadal nie wiem o co chodzi w tym planie.

– Ja sam nie wiem o co mi chodzi.

Nie doczekałam się wyjaśnień, gdyż rozmowę przerwało pukanie. Jeden z lokajów wniósł niewielką paczkę i podał ją Bumowi. Kiedy wietrzniak zaczął ją otwierać wszyscy, instynktownie, się odsunęliśmy. Na wypadek gdyby coś wybuchło. Na szczęście paczka okazała się prezentem od Fildara. Znajdował się w niej naszyjnik w kształcie tarczy, z niewielką kulką w środku, w której kłębił się błękitno-zielony dym.

– Co to jest? – spytała Miriel.

– Nie wiem. Prezent. – Bum założył wisiorek na szyję.

Pukanie znów wyrwało nas znad dywagacji dotyczących tajemniczego prezentu. Coś tu straszny ruch się zrobił w tym domu. Ten sam lokaj podał Bumowi kolejną przesyłkę. Tym razem był to list. Wietrzniak zabrał się do czytania a my znów wróciliśmy do dyskusji na temat planu. Ustaliliśmy, że przebiorę się za Królową i pójdę do zamtuza Arastosa narobić zamieszania. Liczyliśmy na to, że plotki dotrą do Królowej i postanowi wysłać na mnie swojego Ksenomatę żeby mnie zabić. Wtedy drużyna będzie już gotowa do działania i spróbuje go porwać.

W pewnej chwili dostrzegliśmy jak twarz Buma zmienia się gwałtownie przybierając wyraz pomiędzy przerażeniem a chęcią płaczu. Wietrzniak popatrzył na nas dziwnym spojrzeniem skrzywdzonego dziecka, po czym zmiął wiadomość, wsadził sobie do ust i zaczął przeżuwać.

– Lecę do Królowej! – poderwał się gwałtownie po chwili.

– Nie! – krzyknęła Miriel. – Zwariowałeś?

Wietrzniak usiadł.

– Ale Bum… – Durgol poklepał go lekko po ramieniu. – Co się stało?

– Nic. – odburknął. – Nie dotykaj mnie. – dodał płaczliwie odsuwając się. – Lecę do szefa. – znów się poderwał i zniknął za drzwiami.

Popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani.

Nie minęła chwila kiedy Bum wleciał znów do pokoju taszcząc przed sobą butelki z alkoholem, które ustawił pieczołowicie na stoliku przed nami.

– Ktoś umarł? – spytałam zaciekawiona, gdyż mina Buma w połączeniu z butelkami wyraźnie świadczyła, że stało się coś złego.

– Nie. Tak jakby odwrotnie.

– Ktoś się urodził?

– Mam córkę. Dwuletnią.

– Och. Gratuluję. – uśmiechnęłam się do Buma.

– O kurwa! – jednocześnie zakrzyknął Salazar.

Ponieważ chwilę później pojawił się Borgil skupiliśmy się na piciu zdrowia córeczki Buma i wymyślaniu dla niej stosownego imienia, o ile jeszcze nie ma żadnego, co optymistycznie założył wietrzniak. Nie mogliśmy tego jednak ciągnąć w nieskończoność. Czas się kończył i trzeba było opracować jakiś plan.

Ustaliliśmy, że pójdę do Arastosa, jako Królowa, i oznajmię mu, że Szara Dłoń przejmuje jego zamtuzy, i że ma to błyskawicznie przygotować bo przyjdę to sprawdzić. Bum zaś miał polecieć do Wizgina żeby kupić skuteczną miksturę usypiającą i odtrutkę na jad żmii, na wypadek, gdyby ksenomanta potraktował mnie tym samym czarem, którego użył na magu. Poprosiliśmy też Buma żeby się dowiedział, w którym zamtuzie przebywa Arastos. Wietrzniak wykorzystał okazję i błyskawicznie się zmył.

Kiedy Bum wrócił byliśmy gotowi. Najpierw narysowałam im dokładny portret Królowej, żeby każdy wiedział jak wygląda a następnie poczekałam aż dotrą na wyznaczone wcześniej miejsca w okolicy „Kwiatu Marzeń”, zamtuza w którym najczęściej przebywał elf, po czym zmieniłam się w Królową i ruszyłam.

Muszę przyznać, że wszystko szło jak z płatka. Przynajmniej początkowo… Kwiat Marzeń znajdował się w lepszej dzielnicy, przy szerokiej ulicy, którą spokojnie mogły jechać dwa wozy obok siebie. Piętrowy budynek na dole miał restaurację, na górze zamtuz, z tyłu zrobiono spore patio, na którym siedział Borgil przy kawiarnianym stoliku. Po lewej stronie znajdował się ładny, nieduży park, w którym dostrzegłam Durgola czytającego książkę na ławce. Wiedziałam, że naprzeciwko Kwiatu, w przerwach pomiędzy kamienicami, ukrywali się Miriel, z Hator na rękach oraz Salazar, zaś nad swoją głową dostrzegłam sokoła. Wiedziałam, że Bum też gdzieś tutaj jest.

Wzięłam głęboki oddech i pewnym krokiem weszłam do budynku. Królowa ubierała się bardzo odważnie, więc w wydekoltowanej sukni z odsłoniętymi ramionami czułam się strasznie nieswojo.  Nie wiem czy strażnik mnie poznał. Miał nieco zdziwioną minę kiedy go mijałam. Przeszłam całą salę i udałam się na górę, gdzie dostrzegłam krasnoluda, który wyglądał jakby tam dowodził. Skierowałam kroki prosto do niego. Spojrzał na mnie, widziałam jak jego mina się zmienia.

– Pani… – jęknął i zgiął się w ukłonie. – Co Cię tutaj sprowadza?

– Gdzie ten obibok Arastos? – zapytałam władczym tonem. – Chcę go tutaj natychmiast widzieć.

– Tak. Tak. Już wołam.

Spanikowany mężczyzna rzucił się w korytarz. Rozejrzałam się po lokalu, ale nawet nie dostrzegłam jego szczegółów, tak bardzo byłam skupiona na udawaniu Królowej. W końcu usłyszałam otwierane drzwi i zobaczyłam zdenerwowanego elfa, który usiłował jednocześnie zawiązać troczki od spodni i wyglądać godnie, maskując swoje zdenerwowanie. Nawet mi się nie przyjrzał uważnie. Królowa musiała go potraktować bardzo paskudnie skoro jej widok wywoływał w nim taką panikę.

– Pani, czemu zawdzięczam….

– Twoja skuteczność jest bliska zeru. – weszłam mu w słowo. – Od dzisiaj wszystkie twoje zamtuzy przechodzą na własność Szarej Dłoni.

– Co?! Ale…

– Bez ale! Masz przygotować wszystko do przejęcia interesu. Przyjdę to sprawdzić.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do schodów. Próbował mnie jeszcze zatrzymać pytaniami ale warknęłam tylko żeby nie marnował mojego czasu i wyszłam. Upewniłam się, że nikt mnie nie obserwuje i zniknęłam w jednej z uliczek.

Czekaliśmy.

Minęły może dwie godziny, kiedy nagle, na głównej ulicy, dostrzegliśmy Szarą Dłoń idącą na czele oddziału trolli. Arastos już na nią czekał przed wejściem do Kwiatu Marzeń. Orczyca podeszła do niego i strzeliła go w pysk, po czym weszli do środka. Byłam pewna, że to sprawka Buma ale wyjątkowo popierałam jego pomysł. Uwiarygodnił przejęcie, a przecież obiecałam Szarej Dłoni, że jak skończymy z tym miastem zamtuzy Arastosa będą należały do niej. Obok mnie wyrósł nagle Borgil.

– Raven, a gdybym tak połaził po zamtuzach jako ten elf to by się to nie przydało, żeby zrobić więcej zamieszania?

Zastanowiłam się przez chwilę.

– Mógłbyś. Ktoś w końcu powie Królowej co się tutaj dzieje.

– To weź mi go narysuj.

– Sam musisz. – podałam mu szkicownik.

Ork patrzył na niego przez chwilę z zastanowieniem. W końcu wziął przedmiot i zaczął rysować.

– I jak? – spytał kiedy skończył.

– Wspaniale. Wyglądasz zupełnie jak on. Tylko ten głos…

– Zawsze go można kopnąć w jajka. – podsunął usłużnie Bum, który najwyraźniej przysłuchiwał się naszej rozmowie z góry. – Ale ja tego nie zrobię. – dodał natychmiast.

– Zapijaczony elf, zapijaczony ork, żadna różnica. – mruknął Borgil, schował szkicownik i ruszył na obchód zamtuzów.

– Uwaga! Straż miejska! – usłyszeliśmy wszyscy głos Thar’zitta.

Wyjrzałam w uliczkę. Faktycznie szedł nią spory oddział straży miejskiej, zdążający wprost do zamtuza.

– Trolle. – usłyszałam zbolałe jęknięcie Miriel.

– Lecę po Iskrę! – natychmiast oświadczył Bum.

Straż weszła do budynku. Widziałam jak wpada tam Iskra a chwilę po niej wślizguje się Bum. Gdy tylko wyszedł zapytaliśmy co się dzieje w środku.

– Aresztują Szarą Dłoń, odwołałem trolle.

Grupa wyszła przed zamtuz i ruszyła w kierunku miasta.

– Miriel! – zawołałam w mowie powietrza. – Mogę ją stamtąd wyciągnąć ciemnością. Czy mam to zrobić?

– Tak! – padła błyskawiczna odpowiedź.

Kulą ciemności pokryłam całą grupę, wskoczyłam do niej, wyciągnęłam orczycę i przepchnęłam w jedną z uliczek, żeby zejść z oczu strażnikom gdy czar się skończy. Oddaliliśmy się od zamtuza i wreszcie spotkaliśmy wszyscy razem.

Szara Dłoń powiedziała nam, że wysłała Arastosa do pozostałych zamtuzów, żeby ogłosił ich przejęcie, i że zaproponowała mu współpracę. Kazaliśmy się jej na razie ukryć, gdyż dwóch strażników wróciło do zamtuza i tam zostało a sami polecieliśmy zgarnąć Borgila, żeby się nie spotkał z tym właściwym Arastosem, i zastanowić się co dalej.

– Mam tego dość! – oznajmiła Miriel kiedy tylko zostaliśmy sami. – Porywamy Arvala!

Konsternacja uciszyła nas wszystkich na chwilę.

– Jeszcze niedawno twierdziliście, że mój pomysł z porwaniem kapitana straży jest niedorzeczny. – zaczęłam ostrożnie. – Co się zmieniło?

– Nie ma mowy żebyśmy sprowokowali Królową aż tak, w tak krótkim czasie. – odparła zrezygnowana Miriel. – Zostało nam już tylko porwanie.

– Może zacznijmy od rozmowy? Tak jak proponowałam w drugiej wersji tego planu. Najpierw mu powiemy wszystko, w obecności Głosiciela Mynbruje, a jeśli nam nie uwierzy i będzie chciał nam zrobić krzywdę wtedy dopiero go porwiemy.

Miriel tylko skinęła głową. Najwyraźniej do naszej przywódczyni dotarło wreszcie, że naprawdę nie mamy nic do stracenia porywając kapitana straży. Możemy tylko zyskać.

Udaliśmy się więc bocznymi drogami na poszukiwanie Głosiciela. Stateczny krasnolud wysłuchał nas, stwierdził, że mówimy prawdę i że pójdzie z nami do Arvala. Usłużnie dał nam jeszcze kilka wskazówek na temat charakteru kapitana i jego manier, które to wskazówki miały sprawić, że nie wkurzymy go od razu na wejściu.

Zaanonsowaliśmy się ochronie stojącej na dole, a właściwie zrobił to Bum z właściwym sobie wdziękiem, oznajmiając, że oto przybył Bum Złotoskrzydły i jego świta. Nawet nam kazał stanąć na baczność ale tylko Borgil odruchowo wykonał rozkaz. Po krótkiej naradzie wewnątrz w końcu wyszedł strażnik i oznajmił, że kapitan wie kim jesteśmy i nie wpuści nikogo więcej prócz Buma i dwóch osób towarzyszących. Jasnym było, że powinna iść Miriel, jako najbardziej poszkodowana przez Królową oraz Durgol, który był naszą nadzieją na przekazanie trollowi informacji bez obrażania go przy okazji. Cała trójka, w asyście Głosiciela, weszła do środka, zaś reszta została na zewnątrz. Miriel obiecała relacjonować nam na bieżąco co się tam dzieje, więc słuchałam relacji na żywo powtarzając ją Salazarowi, gdyż Borgil znudził się po kilku minutach i poszedł do karczmy naprzeciwko, pić.

Pomysł okazał się trafiony. Opowieść Buma, którego udało mi się przed wejściem nauczyć żeby nie wchodził w słowo tylko czekał aż rozmówca skończy i wtedy mówił (aż mi się łezka w oku zakręciła kiedy później zganił Salazara mówiąc „nie przerywaj jak ktoś mówi, trzeba poczekać aż skończy…”) popartej konkretnymi i rzeczowymi słowami Durgola oraz barwnym opisem tortur, którym Miriel zakończyła rozmowę sprawiła, że kapitan uwierzył w naszą wersję. Reszta z nas została zaproszona w końcu do środka.

Alvar okazał się rzeczowym trollem, z dość racjonalnym podejściem do sprawy. Podzielił się z nami informacją, że Królowa obiecała mu, że w dniu wyborów, w godzinę udostępni mu swoją armię. I to nie byle jaką armię a wojsko złożone z niskokręgowych Adeptów.

– Czy to w ogóle możliwe żeby z Iopos, w godzinę, przybyła tutaj armia? – zapytał w końcu.

– Możliwe. – odparłam. – Jest Ksenomantką, ma Ksenomantę na usługach. Wystarczy im krąg ksenomancki, który połączy oba miasta i armia pojawi się tutaj w mgnieniu oka.

– A gdyby zniszczyć krąg? – zapytał Durgol. – Da się?

– Tak, pomyślałam o tym, żeby go zlokalizować i zniszczyć. Ale po co?

– Jeśli Królowa się dowie, że straciła moje poparcie. – wyjaśnił Arval. – Gotowa rzucić tą armię na Jerris.

– Nie zrobi tego. – zaprzeczyłam. – Pomyślcie. Miała wszystko pokojowo i po cichu. Jeśli zaatakuje zbrojnie będzie miała przeciwko sobie Imperium Therańskie, któremu już się nie podoba, że Iopos się od nich odsuwa i na pewno nie pozwoli na przejęcie Jerris. Nawet Throal nie pozostanie obojętny na zbrojną agresję. Uhl Denairastas nigdy się na to nie zgodzi.

– Zapewne masz rację. – poparł mnie Arval. – Nadal pozostaje problem zaprowadzenia porządku w tym mieście.

– Dogadaj się z naszym pracodawcą. – zawołał radośnie Bum. – No przecież obaj chcecie tego samego. On zostanie Burmistrzem, ty zostaniesz szefem straży czy jakimś tam ministrem wojny i raz dwa zrobicie tutaj porządeczek.

– I tak chciałbym porozmawiać z waszym pracodawcą.

– Ale to musimy cię chronić. – natychmiast zarządził Bum.

– Umiem o siebie zadbać. – burknął kapitan.

– Ej, ona zabiła maga! Potężnego maga. Jak się skapnie, że nie jesteś po jej stronie to cię prędziutko sprzątnie. No chyba, że umiesz dobrze udawać.

– Nie umiem udawać. – zasępił się Alvar. – Co w myśli to i na twarzy, że tak powiem.

– Nie masz potrzeby. – wtrąciłam się. – Aresztuj nas.

– Co?! – wyrwało się jednocześnie wszystkim zebranym w pokoju.

– Aresztuj nas. Wsadzisz nas do więzienia na te dwa dni. Ogłosisz, że aresztowałeś osoby podejrzane o bałagan w Jerris, Królowa nie nabierze podejrzeń co do Twojej lojalności a ty, Panie, jeszcze zyskasz w oczach radnych. Kiedy wygrasz przekażesz władzę naszemu pracodawcy a my znikniemy.

Ciszę, która zapadła po moich słowach przerwało jęknięcie Buma.

– Ja nie chcę za kratki… Do klatki… Nie dam się aresztować… Ile kosztuje nowe okno? – zapytał już głośniej.

– Bum i Thar’zitt uciekną, zaanonsują Cię naszemu pracodawcy a później pozostaną w cieniu. – dodałam. – To, moim zdaniem, najlepsze wyjście.

– Zgadzam się z Raven. – poparł mnie Durgol.

Miriel i Salazar także skinęli potakująco.

Alvar zawołał strażników, gdy kazał im nas aresztować Bum śmignął przez okno. Daliśmy się skuć. Na zewnątrz zerknęłam na karczmę i dostrzegłam Borgila, który właśnie podrywał się zza stołu i sięgał po broń.

– Borgil stój! – odezwałam się w mowie powietrza. – Sytuacja jest pod kontrolą. Wróć do domu zleceniodawcy, Bum i Thar’zitt wszystko ci wyjaśnią.

Uspokojony ork usiadł spowrotem i jakby nigdy nic wziął się za dopijanie trunku a my daliśmy się grzecznie odprowadzić do miejskiego więzienia. To był chyba nasz najdziwniejszy plan jak do tej pory.

26 Nieoczekiwany gracz

Najłatwiej się wyciszam robiąc rytuał karmiczny. Usiadłam więc w ogrodzie, żeby w ciszy pomedytować, porozkoszować się brakiem zagrożenia i walki, uspokoić nerwy. Rytuał dobiegł końca a ja wciąż siedziałam na ziemi patrząc się w przestrzeń. Nagle tuż przede mną, na trawie, wylądował sokół. Przyjrzał mi się uważnie i skłonił głowę. Odkłoniłam mu się machinalnie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że coś mnie strasznie latające zwierzęta lubią. Sokół wskazał na moje ramię. Zdziwiona zaprosiłam go gestem. Wylądował zgrabnie i dumnie zaprezentował swoje wdzięki. Pogłaskałam go odruchowo. Przyjrzałam się uważnie zastanawiając się, czy go przypadkiem w astralnej nie obejrzeć gdy znienacka odezwał się w mojej głowie głos Thar’zitta.

– I co się gapisz? Sokoła nie widziałaś?

– Thar’zitt? – na całe szczęście odruchowo odpowiedziałam także w mowie powietrza. – Co Ty tu robisz? Nie odmieniaj się na razie, dobrze? Musimy najpierw pogadać. Mogę pióro? – nie czekając na odpowiedź wyłuskałam jedno z luźniejszych piór. – Ciekawi mnie, czy zniknie jak się odmienisz. – zignorowałam dziwaczny skrzek ptaka, który chyba miał oznaczać „ała”.

Podniosłam się i ruszyłam z powrotem do domu, z sokołem na ramieniu. Miriel popatrzyła na mnie zdumiona kiedy weszłam.

– Nowe zwierzątko? – usłyszeliśmy głos Tarifa zanim zdążyłam wyjaśnić towarzyszom kim jest sokół.

– Tak… – odparłam z pewnym wahaniem.

Sokół znów zaskrzeczał dziwacznie, przekręcił łepek pod dziwnym kątem i zamachał skrzydłami niemal tracąc równowagę.

– Na Pasje! Thar’zitt! – niemal jęknęłam w mowie powietrza. – Zachowuj się.

– No co? Jestem sokołem! Tak się zachowują sokoły.

– Czy wszystko z nim w porządku? – dopytał Tarif patrząc na ptaka wyraźnie zaniepokojony. – Wygląda na chorego.

– Nie jest jeszcze oswojony i ma problem z gardłem.

– Na gardło najlepsze są ziarna pieprzu. – usłużnie poinformował mnie troll.

– Świetny pomysł. – pogładziłam sokoła po głowie. – Później go nimi napasę. Coś się stało?

– A właśnie. – Tarif jakby sobie przypomniał po co przyszedł. – Pan Altanael musi się pilnie udać na zebranie Rady. Zwołano je właśnie, w trybie nadzwyczajnym. Oczywiście udamy się z nim. Nie może się ruszać bez ochrony, więc pomyśleliśmy, że najlepiej dla was by było, gdybyście zostali w rezydencji. Rozumiecie, raz, że lepiej żebyście się nie pokazywali na razie na mieście a dwa, że posiadłości przyda się ochrona.

– Jak to nie pokazywać się na mieście? – niemal zakrzyknął Bum. – A misja?

– To zebranie… – troll zawiesił głos.

– Zebranie jest z naszego powodu. – domyśliła się Miriel.

Tarif tylko skinął głową.

Obiecaliśmy się nie ruszać z domu, poza szybkim wypadem po rzeczy Thar’zitta, które zostały w karczmie niedaleko, zaś do odzyskania naszych wykorzystaliśmy  Altina. O ile jakieś uratowały się z pożaru. Do karczmy, w której zatrzymał się t’skrang poszłam sama z Thar’zittem i przez całą drogę miałam wrażenie, że mijani Dawcy Imion patrzą na mnie strasznie wrogo. W zasadzie byłam tego wręcz pewna.

Zabraliśmy się, w końcu, w jednym z przydzielonych pokoi i dopiero wtedy Thar’zitt mógł przybrać znów normalną postać, w szafie, żeby go ktoś nie dostrzegł z zewnątrz, i natychmiast zażyczył sobie solidną porcję jedzenia. Kiedy jadł wyjaśniłam mu całą sytuację, opowiadając wszystko ze szczegółami, zadowolona, że się pojawił w takim momencie, bo to jedyna osoba, której Królowa nie powiąże z nami. Natychmiast gdy zamilkłam Miriel postanowiła wyjaśnić z Bumem sprawę napaści trolli na dom radnego. Początkowo wietrzniak zapierał się, że nic o tym nie wie, żeby w końcu, pod presją wyraźnie wkurzonej elfki wyznać, że faktycznie, być może, wspomniał co nieco, że może dałoby się ostrzelać ową rezydencję.

– Czemu nam nie powiedziałeś od razu? – zapytała jeszcze Miriel.

– Bo się bałem! Bo ty zaraz krzyczysz…

– Bum. Jesteśmy drużyną. Musimy sobie mówić prawdę.

– W poprzedniej drużynie sobie mówiliśmy…

– I co? – dopytała elfka kiedy wietrzniak zamilkł.

– No i wszyscy nie żyją.

Fascynującą wymianę zdań przerwał nam powrót gospodarza. Od razu poszliśmy spytać, jakie są efekty obrad. Obsydianin oznajmił, że spotkanie obfitowało w niespodzianki. Na początku pojawił się nowy członek Rady. Tragicznie zmarłego krasnoluda zastąpił nowy szef gildii jubilerów, także krasnolud, Andaran Thag, który do tej pory pozostawał w cieniu.

Następnie głos zabrał Arval, komendant Straży Miejskiej, który uderzył w dramatyczne tony w swojej przemowie. Zwrócił uwagę na brak porządku w mieście, brak bezpieczeństwa obywateli i podkreślił pogorszenie tego stanu ostatnimi czasy. Odmalował miasto bezprawia, gdzie trolle atakują porządne lokale demolując je, gdzie adepci przywołują konstrukty Horrorów i tracą nad nimi panowanie (telepnęło mną na te słowa tak silnie, że aż Miriel zaczęła mnie uspokajać), gdzie dochodzi do zuchwałych kradzieży i mordowania zacnych obywateli w ich własnych domach.

Po tej kwiecistej przemowie, która wyraźnie trafiła do serc większości radnych, Alvar oświadczył, że zgłasza swoją kandydaturę na burmistrza.  Jego program zawiera rekrutację silnej straży miejskiej, rozbudowę floty Jerris i, co ciekawe, wprowadzenie stanu wyjątkowego na trzy miesiące, żeby to wszystko wprowadzić w życie. Zasugerował wybory za trzy dni i natychmiast zyskał aprobatę przeważającej większości radnych.

Altanael był zaskoczony na równi z resztą. Do tej pory nikt nie podejrzewał Arvala o ambicje polityczne. Jednak mówił dokładnie to, co chcieli usłyszeć przerażeni patrycjusze. Udało mu się perfekcyjnie trafić do ich serc.

– W związku z zaistniałą sytuacją. – zakończył obsydianin. – Nie będę miał wam za złe jeśli zrezygnujecie z dalszego udziału w tej sprawie.

– Nie ma mowy! – aż wstałam. – Mordują, knują, nasyłają na nas konstrukty i zwalają za nie winę na nasze barki! Nie daruję im tego!

– Nie chiałbym mieć waszego życia na sumieniu. Większość rady i tak jest po stronie Alvara, nie mamy już szans.

– Nie no, nie zostawimy cię przecież z problemem samego. – odezwał się Bum.

– Nasze życie i tak już jest zagrożone. – poparłam wietrzniaka. – Mamy trzy dni. Coś wymyślimy.

– Musimy jakoś zburzyć zaufanie Dawców Imion do Alvara. – odezwał się Durgol. – Przecież to nie my jesteśmy odpowiedzialni za te morderstwa tylko ci, z którymi on współpracuje. Możemy zeznawać jak będzie trzeba. Mamy czyste ręce przecież.

– Czy są w Jerris Głosiciele Mynbruje? – zapytałam wchodząc Durgolowi w słowo, bo coś mi przyszło do głowy.

– Są. Oczywiście że są. – potwierdził gospodarz.

– A służą, tak jak w innych miastach, jako sędziowie? Gdyby odbył się proces mogliby pełnić funkcję sędziów?

– Myślę że tak. Czasem pełnią takie funkcje.

– Świetnie! – ucieszył się Durgol. – Wiemy kto zabił. Łapiemy Ksenomantę, stawiamy pod sąd, składamy zeznania, Głosiciele nas przesłuchują, jego przesłuchują i wszystko jasne! Udowodnimy naszą niewinność i tym samym zdyskredytujemy Alvara mówiąc, że my znaleźliśmy mordercę błyskawicznie a on zajmował się w tym czasie oczernianiem niewinnych. Jakby jeszcze Ksenomanta sypnął Królową, z którą pewnie Alvar współpracuje, to w ogóle byłoby miodnie.

– Trzeba to przemyśleć. – wtrąciła Miriel. – Najpierw potrzebujemy informacji.

Poprosiliśmy Altina żeby sprawdził dla nas teren willi Theomy oraz okolice sklepu maga, czy dużo straży się tam kręci, a sami udaliśmy się do pokoju na naradę.

Nie zdążyliśmy się porządnie zastanowić nad nowym obrotem sprawy, gdy do naszych drzwi zapukał Tarif i oznajmił nam, że do Buma przybył gość i życzy sobie rozmawiać z nim na osobności. Thar’zitt pod postacią sokoła wyleciał na ogród obserwować okolicę, Bum poleciał sprawdzić kto to a ja przekradłam się, żeby zerknąć na gościa spojrzeniem astralnym. Szybko tego pożałowałam. Elf, którego zobaczyłam w hollu, był obwieszony przedmiotami magicznymi, z których jeden miał go strzec przed analizą wzorca. Owszem, udało mi się dostrzec jego dyscypliny, a nawet, w przybliżeniu, kręgi, ale magia sowicie mi oddała, posyłając mnie na podłogę.

Okazało się, że to faktycznie dawny znajomy Buma i Thar’zitta, Fildar, ósmokręgowy Leśnik i czwartokręgowy Szpieg. Fildar jest postacią znaną w Barsawii, zabił wiele Horrorów i jest fanatykiem przedmiotów magicznych. Ponoć jest też niesamowicie bogaty i pracuje dla Imperium Therańskiego. Ta ostatnia informacja wyraźnie zszokowała Buma. Fildar przyznał się, że przez wszystkie lata znajomości oszukiwał przyjaciela. Przybył jednak do nas z ważnymi informacjami, gdyż wie w co się wplątaliśmy i może pomóc. Bum odłożył więc na bok, przynajmniej na chwilę, żywioną urazę a ja zaryzykowałam i pozwoliłam Fildarowi uleczyć moje rany, które zadał mi jego dziwaczny przedmiot.

Elf powiedział nam, że wywiad therański się niepokoi, bo Iopos próbuje im się zerwać ze smyczy i zaczyna robić dym. Królowa jest najprawdopodobniej Ksenomantką, możliwe też, że to młodsza z córek samego Uhla Denairastas, pana Iopos. Fildar zna też kryjówkę Królowej, to nie rzucająca się w oczy kamienica na obrzeżach, której adres chętnie nam podał.

Opowiedział nam także co nie co o Arvalu. To weteran wojenny, ochroniarz, Wojownik siódmego kręgu. Ma bardzo duże doświadczenie wojskowe, jest pedantyczny i najchętniej cały świat urządziłby jak jeden wielki obóz. Nie jest głupi ale podatny na manipulację. Jedyna biała plama na jego życiorysie to okres wizyty w Iopos. O tym okresie w życiu Arvala wiadomo tylko tyle, że był tym miastem zachwycony. W zasadzie nie ma się co dziwić. Ponoć w Iopos panuje władza absolutna rodziny rządzącej i nawet kichnąć na portret Uhla nie można bo grozi za to kara śmierci.

– To może, skoro wywiad therański jest tak dobrze poinformowany o wszystkim. – odezwał się milczący dotąd Bum. – Przeszukaliście już ruiny domu Theomy i wiecie co się w nich znajduje. Nie trzeba będzie tam latać.

– Nie. Nie interesowaliśmy się ruinami.

– Taaa… Jaki kraj taki wywiad. – burknął wietrzniak.

– Panowie chyba muszą sobie coś wyjaśnić. – zasugerowała Miriel.

– Tak. – poparł ją Fildar. – Bumowi należą się wyjaśnienia.

– To chodźmy na zewnątrz. – wspaniałomyślnie zgodził się Bum i obydwaj opuścili pokój.

Wrócili po kilkunastu minutach. Bum miał tak zadowoloną minę, że byłam pewna, że coś się święci. Uzgodniliśmy z elfem, że jeśli będziemy potrzebować pomocy albo informacji to się z nim skontaktujemy a tymczasem musimy się naradzić co dalej.

Dyskusja była burzliwa jak już dawno nie. Czas naglił a pomysłów mieliśmy jak na lekarstwo. Bum się uparł, żeby wystawić samego siebie jako żywą przynętę dla Ksenomanty Królowej i pojmać go, kiedy przyjdzie go zabić. Podstawową dziurą tego planu było założenie, że Królowa w ogóle się pofatyguje żeby go próbować zabić. Wszak za trzy dni odbędą się wybory, Alvar je wygra i jako marionetka Królowej będzie rządził jak ona mu każe. Moim zdaniem nie miała absolutnie żadnego interesu, żeby się teraz wychylać.

Zaproponowałam w zamian żeby porwać Alvara. Komendant jest dla niej cenny. Bez niego nie będzie wyborów, więc kobieta zapewne zrobiła by coś, żeby go odzyskać. Choćby nasłała Ksenomantę, co doprowadza nas do celu, czyli próby pojmania go. Ten pomysł nie spodobał się jednak Durgolowi. Argumentował, że jeśli jednak, jakimś cudem, okaże się, że Arval wcale nie współpracuje z Królową i nikogo po niego nie wyślą to grozi nam kara śmierci za porwanie komendanta straży (jakby już nam nie groziła… tyle że z rąk ioposów…).

Wymyślono więc nowy, idealny, plan czyli desant na siedzibę Królowej… Bez komentarza. Do mojej drużyny, po tym pomyśle, przestały trafiać jakiekolwiek argumenty. Oni naprawdę uważają, że mamy szansę wejść do kamienicy i pokonać magów z Iopos. Nawet ja słyszałam wielokrotnie legendy o magii tego miasta, o sile rodziny panującej, widziałam, kilka godzin temu, jak nasłany przez nich JEDEN konstrukt niemalże nas zmiótł. A oni chcą tam wejść i… w zasadzie to nie wiem co chcą dalej. Zabić Królową? Zabić Ksenomantę? Bo raczej żadne z nich nie da się pojmać i postawić przed sąd.

Absurdalność tego planu i niezachwiana pewność drużyny, że jesteśmy w stanie to zrobić sprawiły, że przestałam już słuchać dalszych rozmów. Z zamyślenia wyrwały mnie dopiero zachwyty nad Bumem. Zrozumiałam wtedy dlaczego wietrzniak wrócił z rozmowy taki zadowolony. Elf dał mu na przeprosiny szkicownik, który sprawiał, że to co się w nim narysowało stawało się na jakiś czas realne. Bum narysował siebie zupełnie zmienionego, z normalnymi skrzydłami, bez ogona, z czarnymi strąkami dredów na głowie. I taki właśnie stał teraz przed nami.

Dlatego kiedy Altin przyleciał z raportem, że ruiny nie są pilnowane przez straż, tylko przez kilku ochroniarzy wynajętych przez synów Theomy, zaś sklep maga też jest wolny od straży i działa normalnie, Miriel pozwoliła Bumowi, w towarzystwie sokoła Thar’zitta polecieć na zwiad.

Wrócili po godzinie, może nieco później. Bum obejrzał mieszkanie Alvara. Żyje skromnie, wręcz ascetycznie, ma tylko jednego ochroniarza. Posiada przedmiot magiczny, którego Bum nie był w stanie dokładnie zbadać, ale jest przekonany, że ma on pomagać w opanowywaniu się. Zajrzeli także do maga, gdzie nadal znajduje się bransoleta, którą Miriel miała na sobie oraz w ruiny, w których Bum dostrzegł skrzynkę, zawierającą wcześniej dokumenty Szarego, niestety pustą. Na koniec panowie obejrzeli sobie kamienicę, która jest siedzibą Królowej. Kamienicę obłożono zaklęciem, które zniechęca do podchodzenia do niej. Dostrzegli tam dwóch ochroniarzy i wchodzącego niskokręgowego Adepta.

Zaaferowani swoimi odkryciami, wspólnie z Miriel, uradzili po powrocie, że potrzebujemy zdobyć bransoletę, żeby móc nią unieruchomić Ksenomantę, oraz że musimy udać się do ruin i je przeszukać, bo może wyjęli dokumenty i schowali je w innym miejscu domu, dzięki czemu uda nam się je odnaleźć. Miriel skontaktowała się z Findasem a kiedy się zjawił poprosiła go o odkupienie bransolety i użyczenie nam jej do czasu złapania Ksenomanty. Jak sprawa się zakończy obiecała mu ją oddać, na co elf chętnie przystał, gdyż takiego cuda jeszcze nie posiadał w swojej kolekcji.

Findas odszedł a drużyna zaczęła się szykować do wizyty w ruinach. Na szczęście mogłam wcześniej skorzystać z usług jednego ze służących i zamówić sobie nowe ubrania, więc nie musiałam latać po mieście w strojnej, podartej sukni. Uważałam, że wyprawa do ruin nic nam nie da. Kto normalny wyjmuje dokumenty obciążające samego siebie z magicznie zabezpieczonej skrzyni i wkłada je do własnej szafy? I to dokumenty, za które zabił! Odnoszę wrażenie, że gubimy główny cel naszej bytności w Jerris i ganiamy jak pies za własnym ogonem zupełnie bez sensu.

Czas pokaże.

Drużyna zdecydowała, więc nie pozostało mi nic innego jak zostawić Noir w domu wraz z Szafir, gdyż kruk nadal nie może latać a ważka zbyt rzuca się w oczy i pójść wraz z nimi. Jakkolwiek uważam, że popełniamy błąd to jednak nie puszczę ich samych na pewną śmierć, jeszcze gotowi z tych ruin polecieć prosto do Królowej i przypuścić szturm na jej kamienicę…

Dawno, dawno temu…

dawno-dawno-temu

„Dawno, dawno temu, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem… Tak, Ty Mistrzu Gry. Czemu tak na mnie patrzysz z niedowierzaniem? Wszak byłeś, prawda? Kwestia dyskusyjna czy było to dawno czy jeszcze dawniej ale być, niewątpliwie, musiałeś.

Wracając do tematu. Dawno, dawno temu, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem miałeś dostęp do wspaniałej krainy zwanej Nierzeczywistością. Krainy, gdzie niemożliwe stawało się możliwe, gdzie zwykły patyk przeradzał się w miecz a potrzebujące ratunku księżniczki tylko czekały na swojego rycerza… No nie śmiej się, bardzo cię proszę. Sprawa jest poważna. Nierzeczywistość istnieje i nie składa się tylko z sielankowych obrazków przedstawiających cukierkowe zamki i piękne jednorożce. W zasadzie jest daleka od tego. Zło zawładnęło krainami Nierzeczywistości. Szaruga rozpanoszyła się tam, gdzie smutek i nuda wdzierają się do życia, Łzawiciel zbiera łzy niewinnych a Pazernica tylko czyha żeby powiększyć swoje wpływy i zagarnąć wszystko co piękne i drogocenne. Dlatego musisz poprowadzić tą grupkę Cudaków w niebezpieczną podróż, od powodzenia której zależą losy Rzeczywistości. Rozsiądź się więc wygodnie a ja Ci opowiem jak odpowiedzialne zadanie na Tobie ciąży.”

Tak zaczyna się scenariusz, który napisałam do 7-go numeru Magii i Miecz. Jest pisany do systemu, do którego mam niesamowity sentyment, a o którym pisałam <tutaj>

Jakby ktoś nie doczytał w stopce to „rysunki” nie są mojego autorstwa 😉

Poprowadzicie? Jeśli tak podzielcie się opiniami 🙂