37. Nieoczekiwany zwrot akcji

fantasy-2824654_640Zaczęłam już splatać magię ale rozproszyły mnie dyskusje Borgila z jednym z orków. Przyjrzałam się więc kamiennej kopule, zastanawiając się, czym może być. Wyglądała niecodziennie, złożona z kamiennych płytek, które można było wciskać. Na każdej z nich widniały elfickie litery, przemieszane ze znakami z włazów. Pośrodku tej dziwnej konstrukcji był trójkątny otwór. Miejsce na jakiś klucz zapewne. Muszę przyznać, że autor tego kaeru miał łeb na karku. Spojrzałam w przestrzeń astralną. Dostrzegłam silną magię zabezpieczającą, pustą przestrzeń pod kopułą oraz korytarz, prowadzący w dół. Co ciekawe, przestrzeń pod kopułą była czystsza niż ta nad nią. Jakim więc cudem w środku może być zamknięty Horror?

Poczułam jak Noir stuka mnie dziubkiem.

– Raven patrz. – wykrakał mi do ucha i machnął łebkiem w kierunku sklepienia.

Zerknęłam do góry. W rogu sufitu dostrzegłam oczko. Patrzyłam na nie zdumiona, kiedy nagle wypadła stamtąd mała kulka pergaminu, prosto pod moje stopy. Zerknęłam czy nikt nie patrzy, podniosłam zwitek i rozwinęłam.

„Na zewnątrz dwa Horrory. Ja nie jestem Horrorem. Musimy wzajemnie sobie pomóc. Zaufajcie mi.”

Przywołałam drużynę. Na szczęście Borgil pozbył się już orka. Pokazałam im wiadomość i uspokoiłam, że oczko na suficie jest efektem czaru a nie mocą Horrora. Nabazgrałam na pergaminie pytanie jak mamy się tam dostać. Odpowiedź przyszła w takiej samej formie.

„Przeniosę was. Wyraźcie zgodę.”

Popatrzyliśmy po sobie niepewnie. Opcje były dwie – albo na dole jest Horror i wciąga nas w pułapkę, albo siedzi tam sam twórca tego wszystkiego, co nas otacza, i faktycznie trzeba mu pomóc. W zasadzie nie mieliśmy zbyt wiele do stracenia. Za naszymi plecami narastały głosy, zbliżał się Sidla, którego współpracę z Horrorem podejrzewaliśmy od samego początku, w dodatku w asyście jakiegoś Szamana, zaś pod nami ewidentnie żył jakiś mag, być może właśnie ten, którego dzieła szukaliśmy. Decyzja była szybka. Tak czy tak musieliśmy pokonać Horrora, jeśli to była pułapka załatwimy to szybciej.

Odpisałam „Zgoda!” Tuż przed tym jak ogarnęła nas ciemność dostrzegliśmy wchodzących do komnaty orków.

Znaleźliśmy się w kwadratowym pomieszczeniu, wielkości około dziesięć na dziesięć metrów, kamiennym, kompletnie wyczyszczonym z wszelkich sprzętów poza jednym. Pośrodku komnaty, dość ciemnej, stał starczy, głęboki fotel, na którym dostrzegliśmy postać bardzo wiekowego elfa. Jego szaty mieniły się animacjami, był obwieszony artefaktami zaś na skroniach miał diadem z pulsującymi kamieniami.

Znano go pod różnymi imionami, ale nam przedstawił się jako Tarvanal Ptah, które to imię miało być tym prawdziwym. Okazał się być Ksenomantą jedenastego Kręgu i Iluzjonistą siódmego. Od razu przed oczami stanęła mi jego księga czarów. Jakąż on musi mieć tam potęgę po tylu Kręgach i latach… Tarvanal szczerze odpowiadał na nasze pytania. Jako młody mag używał magii krwi w sposób, w jaki używają jej Theranie i zamiast tępić Horrory próbował się z nimi dogadywać. Niemal cała jego rodzina, cały ród, ścigały go, bo przywołał jakiegoś Horrora, który wymknął mu się spod kontroli i wybił większość jego rodziny. Kiedy dotarł w okolice Lagos faktycznie był przekonany, że jest w stanie obronić mieszkańców przed Pogromem. Zabezpieczenia, które zastosował, zadziałały, ale nie był w posiadaniu zegara żywiołów, więc nie mógł stwierdzić, kiedy Pogrom się skończy. Właśnie dlatego postanowił stworzyć klucz, który pozwoli otworzyć kaer z zewnątrz, i ukrył go w kopalni pod Lagos.

Nie było trudno połączyć fakty. To o tym kluczu wiedział Szaman i nim zamierzał otworzyć kopułę. Ale gości kaer miał już wcześniej. Pierwsi byli orkowie. Nie byli nastawieni pokojowo. Zaatakowali mieszkańców, spychając ich do podziemnego Bastionu, czyli miejsca, w którym właśnie się znaleźliśmy. Wtedy nastąpił kolejny atak. W pozostałej części kaeru starły się dwa Horrory, jednym z nich był Kreator, którego pokonaliśmy w komnacie z błonami, i którego naturę Tarvanal zbadał dość dokładnie, zaś drugi okazał się mistrzem manipulacji, którego wzorzec pozostał dla Tarvanala tajemnicą. W Bastionie elf czuł się bezpiecznie, ale przebywa w nim jeszcze sporo Dawców Imion a kończy się jedzenie. Tarnaval nie czuł się na siłach, żeby móc wyprowadzić mieszkańców. Potrzebował pomocy.

– Nie mamy zbyt wiele czasu. – zakończył swoją opowieść. – Są nad nami. Mają klucz.

– A nie możesz ich tu ściągnąć? – zapytałam. – Tak jak nas? Przynajmniej Szamana z kluczem.

– Mógłbym spróbować go ściągnąć, ale mam bardzo mało siły, nie wiem, czy wystarczy.

– Nie zrozum mnie źle… – zaczęłam niepewnie. – Jesteś wysokokręgowym magiem, na pewno posiadasz czary, które mogłyby nam pomóc w walce. Może byłbyś w stanie mi je pokazać?

– A właśnie! – wtrącił się Bum. – No bo wiesz, myśmy tu w zasadzie to przyszli w innym celu. Szukamy dla naszej przyjaciółki takiego eliksiru, który ponoć zrobiłeś, co przedłuża życie. Bo ona jest smoczycą ale jest chora i umiera i to by mogło ją uratować, więc chętnie pomożemy z Horrorem, ale może moglibyśmy go dostać w zamian?

Elf milczał przez chwilę, po czym skinął głową.

– Tak, mogę ci udostępnić czary. Niestety jeśli chodzi o eliksir to muszę was rozczarować…

– Nie było go tutaj? – Bum wyglądał na zawiedzionego.

– Był. Dlatego jeszcze żyję…

Sens tych słów dotarł do wietrzniaka po dłuższej chwili. Na jego twarzy odmalował się smutek i rezygnacja.

– Czyli dupa. – westchnął. – Pewnie nie ma drugiego, co?

– Tak się składa, że może być. Formułę do niego stworzyli Denairastasi, być może mają jakiś w Iopos.

Twarz Buma się rozjaśniła. I tylko jego. Na dźwięk nazwy miasta cała reszta westchnęła ciężko. Cudowny plan – udać się na kolejne spotkanie z Królową. Przynajmniej ona się z naszej wizyty ucieszy…

Tarvanal obiecał nam jeszcze przedmioty, które wzmocnią naszą obronę magiczną i postanowił nas przedstawić mieszkańcom. Nie mam pojęcia, dlaczego uznaliśmy, że to odpowiedni moment, dlaczego nie uparliśmy się, żeby ściągnąć tego nieszczęsnego Szamana. Po raz kolejny zostawiliśmy wroga za plecami i poszliśmy poznać mieszkańców kaeru.

Elf poprowadził nas prostym korytarzem. Po mniej więcej trzydziestu metrach doszliśmy do ściany pokrytej fraktalami, które otwierały drzwi do. Oszołomiło nas światło i gwar głosów. Dostrzegliśmy t’skrangów, krasnoludy, orków, dużo dzieci i starców, mało Dawców Imion zdatnych do walki. Wyglądali na zmęczonych, byli bardzo szczupli, ale czuć było od nich wspólnotę. Gospodarz poprowadził nas do sali spotkań, gdzie przywitała nas pozostałość Rady Starszych. Dwóch t’skrangów, braci, R’stin Fechmistrz i F’stin Zwiadowca, trzeciego Kręgu, wiekowy krasnolud Gwador, Mędrzec czwartego Kręgu oraz młoda orczyca, Wilczyca, Czarodziejka drugiego Kręgu. Oczywiście Thar’zitt natychmiast zaczął wyczarowywać obiady dla wszystkich zaś walczący w zwarciu członkowie naszej drużyny naprawiać bronie i pancerze, jakbyśmy byli na wakacjach, bez Horrora siedzącego nam nad głową.

Zaczęliśmy się zastanawiać jak rozwiązać sprawę Horrora. Borgil się uparł, żeby wyzwać Sidlę na pojedynek. Plan miał szansę zadziałać. Trzeba było tylko ukazać w jakiś sposób jego poplecznikom, że to nie jest zwykły orkowy przywódca, a Horror, który ich omamił. Nie mogąc dojść do porozumienia, ponieważ część z nas uważała, że jest to głupi pomysł, który ork może przypłacić życiem, ustaliliśmy, że ściągniemy Szamana, przepytamy i wtedy podejmiemy ostateczną decyzję. Sidla pozbawiony klucza nie będzie dla nas stanowił zagrożenia. Przynajmniej przez jakiś czas.

Poszliśmy więc z powrotem do komnaty. Tarvanal ciężko usiadł na swoim fotelu.

– Witajcie. – usłyszeliśmy głos.

Tuż za fotelem zmaterializował się Sidla. Na jego szyi połyskiwał trójkątny przedmiot. Klucz. Uniesiona dłoń, zaopatrzona w nóż, spadła na Tarnavala. Jedynie Bum miał na tyle dobry refleks, że zdążył zareagować, rzucając się na Horrora, żeby zbić cios. Niestety nie był dość szybki. Elf dostał cios w skroń, zalał się krwią i osunął bezwładnie na fotel.

Bum, z cała swoją wściekłością, rzucił się do ataku na Sidlę. Zanim cios wietrzniaka go dosięgnął na orku pojawiła się purpurowa aura obronna. Widząc to Borgil chwycił krzesło z Tarvanalem, poderwał je z podłogi i rzucił się do wyjścia, chcąc ratować elfa. Niestety po kilku krokach się poślizgnął i poleciał do przodu tracąc równowagę. Mebel, wraz magiem, poleciał przez komnatę prosto w Thar’zitta, który właśnie cisnął kryształowymi pociskami. Na Horrorze pojawiła się pierwsza krew od zaklęcia Mistrza Żywiołów. Salazar wyskoczył w kierunku Thar’zitta, żeby przechwycić lecące w niego krzesło, jednak minął się z nim o centymetry, przewracając się na kamienną posadzkę. Dostrzegł to Bum, więc sprintem wpadł na mebel, przechwytując elfa, żeby zamortyzować jego upadek. Niestety Sidla okazał się równie szybki i dosięgnął mieczem wietrzniaka, tnąc go przez plecy, przez co Bum wykonał w powietrzu efektowną spiralę i padł na ziemię, w ostatniej chwili przekręcając się tak, że Tarvanal upadł na niego a nie na posadzkę. Za to krzesło dosięgnęło celu powalając Thar’zitta na podłogę.

Zajęłam się tkaniem wątków do tańca kości. Jedynego czaru, który mógł dać nam szansę unieruchomienia Sidli choć na chwilę. Usłyszałam jak Bum krzyknął:

– Wilczyca i reszta! Mamy tu Horrora!

Po czym pochylił się nad elfem, żeby sprawdzić, czy żyje. Salazar wstał i ruszył na Horrora ale Borgil był pierwszy. Jego cios, który wydawał się silny, ledwo zadrapał przeciwnika. Salazar wyprowadził cios szablą, zanim dosięgnął orka poślizgnął się, poleciał do tyłu, szabla wysunęła mu się z dłoni i poszybowała prosto w Buma. W ostatniej chwili wietrzniak zbił ją tarczą. Poczułam tuż nad głową powiew powietrza, kiedy broń śmignęła nade mną, uderzając o ścianę z brzdęknięciem.

– Tak się nie da skupić. – mruknęłam sama do siebie, splatając kolejny wątek.

Bum chlapnął sobie jakiś eliksir i ze zdwojoną furią rzucił się do walki, ramię w ramię z Borgilem. Niestety Horror poruszał się tak błyskawicznie, że żaden z ciosów nie trafił. Tymczasem do walki włączyła się Wilczyca oraz dwaj t’skrandzcy bracia. Oczy Sidli rozbłysły kolorem aury, która go otaczała. Poczuliśmy się skołowani, jakby coś mąciło nam w głowach. Thar’zitt wygrzebał się spod fotela i zaczął tkać wątki ja zaś rzuciłam czar, ale to, co zrobił nam Horror przed chwilą sprawiło, że moja magia była zbyt słaba, żeby się przebić przez jego obronę magiczną.

Tymczasem Sidla, ponownie, skupił się na atakujących w zwarciu i wyprowadził niezwykle celny cios w Borgila. Ork nie był w stanie go uniknąć, ani sparować, więc broń Horrora pozostawiła krwawy ślad na jego przedramieniu. Oczy Sidli rozjarzyły się ponownie. Komnatę przeciął krzyk Wilczycy. Dostrzegłam jak Salazar pędzi po swoją broń, podnosi ją i uderza w Horrora. Był jednak zbyt daleko i cios nie dosięgnął celu.

Widząc, że Sidla razi mocami Bum podjął jedyną słuszną decyzję, chwycił Tarvanala i zniknął z nim w korytarzu, odstawiając elfa do kaeru, poza zasięg mocy Horrora. Kolejny cios Borgila przebił się przez obronę Horrora, lekko go raniąc, ten zaś, w odwecie, użył chyba strzaskania kości, bo Kawalerzysta krzyknął z bólu, nogi się pod nim ugięły i poleciał na posadzkę. Lekki błysk ognia gdzieś z tyłu powiedział mi, że Thar’zitt próbował tym razem z kulą ognia. Brak efektu był deprymujący.

Gdzieś nad nami coś załomotało. Jakby na górze toczyła się bitwa.

Zdezorientowana nieco beznadziejnością naszych działań, i przestraszona wizją zwycięstwa Sidli, spróbowałam się zastanowić, co mogę wiedzieć o tym Horrorze. Niestety z odmętów umysłu udało mi się wyciągnąć jedynie imię – Aldis, ale kiedy je przekazałam reszcie mową powietrza, moich towarzyszy nieco olśniło. Bum odpowiedział po chwili, że słyszał o nim. Ponoć jest bardzo inteligentny, działał już przed Pogromem zadając straty poprzez manipulację Dawcami Imion za pomocą magii. Lubi patrzeć jak inni zabijają się dla niego. Borgil też dorzucił swoje trzy grosze mówiąc, że Aldis, podobnie jak gospodarz naszego kaeru, musi się mocno koncentrować na manipulacji i rozproszony nie będzie w stanie kontrolować swoich mocy ani talentów.

Sidla nie próżnował. Rozbłysk oczu i Horrora otoczyła powietrzna zbroja. Borgil, który jakimś cudem wstał z tą potrzaskaną nogą, zamachnął się mieczem, dość nieprecyzyjnie, by Sidla mógł się odsunąć i wyprowadzić kontrę, mocno raniąc Kawalerzystę.

– Światła i hałas! – wrzasnął Salazar. – Rozproszmy go!

Cały czas krzycząc rzucił się na przeciwnika, lekko go raniąc. Przed oczami mignął mi Bum, który wpadł do komnaty, chwycił Barona mamrocząc coś o leczeniu elfa, i czym prędzej wrócił do Bastionu. Mam nadzieję że wietrzniak wie co robi, bo za chwilę zostaną po nas tylko truchła. Moje myśli zagłuszył Borgil, który zaczął się drzeć, walić w tarczę i niewybrednie obrażać naszego przeciwnika. Thar’zitt chyba coś tkał, ale sądząc po jego minie nie wyszło.

Miałam już gotowy wątek. Pozostało tylko rzucić czar. Nie chciałam ryzykować zmarnowania kolejnej szansy, więc zaczerpnęłam z magii krwi. Jaka była moja radość, kiedy poczułam jak moja magia przejmuje szkielet orka, w którego ciele zagnieździł się Horror. Ruszyłam tanecznym krokiem przez komnatę a Sidla, zmuszony czarem, zaczął naśladować moje ruchy. Przyznam, że z boku mogło to wyglądać nawet zabawnie, tańczący Horror. Ksenomanta, który jako pierwszy wymyślił ten czar musiał mieć spore poczucie humoru.

Borgil wykorzystał ten moment nieuwagi perfekcyjnie, wbijając miecz głęboko w ciało Sidli. Horror, wkurzony, że nie może zareagować, spojrzał na mnie i nagle poczułam jak budzi się we mnie agresja, której nie jestem w stanie opanować. Zanim się zorientowałam co robię pazury same wysunęły się z moich dłoni i wyprowadziłam cios w Salazara. Szczęściem nie był zbyt precyzyjny i Fechmistrz kompletnie go zignorował wykorzystując moment i wbijając swoją szablę w Sidlę zanim ten zdążył znów aktywować tarczę obronną. Idealny moment wybrał także Bum, sprintem wracając na pole bitwy i uderzając, w niczego się nie spodziewającego horrora, od tyłu. Sidla odwinął się w geście obronnym, ale Bum zripostował cios i w mowie powietrza użył okrzyku bojowego, dezorientując nieco Horrora i lekko go, dzięki temu, raniąc. Swój cios poprawił także Borgil, znów raniąc Sidlę, zaś Salazar zaczął wymanewrowywać Horrora na lepszą pozycję. Niestety Sidla oddał cios Kawalerzyście, znów mocno go raniąc.

Usłyszeliśmy jak Thar’zitt odzywa się w mowie powietrza.

– Co tam się dzieje na górze? Jesteśmy Adeptami, walczymy z Horrorem.

– A my jesteśmy oddziałem pacyfikacyjnym króla Margara! – odezwał się wietrzniacki głos.

– Xarion? Szykuj się, zaraz wam otworzymy przejście. Zabierzcie mu klejnot! – zwrócił się do nas.

Sidla nie próżnował, kolejny cios zranił Buma, ale Salazarowi także udało się dosięgnąć Horrora i upuścić mu nieco krwi. Bum próbował chwycić klucz do przejścia, ale Horror był zbyt szybki. Borgil wciąż napierał. Znów dostrzegłam błysk oczu Horrora i usłyszałam za plecami jak Thar’zitt wybiega z komnaty.

– Mam dość! – warknęłam.

Z cała agresją, na jaką potrafiłam się zdobyć, wbiłam pazury w nogę Sidli. Metaliczny zapach krwi uderzył mnie w nozdrza kiedy skóra ustąpiła pod ciosem.

– Gryź! – wydałam rozkaz.

Łuska wyprysnęła z rękawa sukni. Zęby jadowe żmijki wbiły się w obnażone mięso. Twarz Sidli wykrzywił ból. Borgil bez trudu chwycił klucz i zerwał mu go z szyi a Bum dokończył dzieła, które rozpoczęła trucizna. Na wszelki wypadek, kiedy ciało orka osunęło się na ziemię, rozerwałam jego gardło pazurami, rozkoszując się tryskającą na boki krwią Horrora.

– Jedno zło wcielone mniej. – mruknęłam, gładząc delikatnie Łuskę w podzięce za dar jej jadu.

Borgil podał Bumowi klucz.

– Pędź otworzyć wejście, nie wiadomo co się dzieje na górze.

– Jasne! – wietrzniak chwycił klejnot i popędził w górę szybu.

– A gdzie Thar’zitt? – spytał Borgil rozglądając się po komnacie.

– Pobiegł do kaeru, może po pomoc. – odparłam wstając. – Poczekajmy na Buma.

Reszta drużyny tylko potaknęła.

Tymczasem kilkadziesiąt metrów dalej, w sercu Bastionu, Mistrz Żywiołów, z nieznanych nikomu przyczyn, rzucił czar. Przestrzeń astralna rozdarła się i czerń zaczęła spływać do wnętrza…

36 Niespodzianka

Nie minęło osiem godzin gdy z lasu wynurzył się Borgil w towarzystwie Hator i Iliego, wietrzniaka, którego kilka miesięcy temu spotkaliśmy w kaerze w górach Skolskich. Tak ork jak i moja kotka wyglądali już całkiem dobrze, choć kiedy wtuliłam się w jej futro, czułam, że nie jest jeszcze do końca wyleczona. Ili, zapytany przez Buma skąd się tutaj wziął, oznajmił, że w mieście słyszał plotki o drużynie, która robi jakiś bałagan w dżungli, a że na ulicy wypatrzył Borgila, przyleciał żeby zobaczyć co takiego, znowu, wyprawiamy. Przestałam ich słuchać tuż po tym, jak Bum oznajmił, że każde zwierzę w dżungli to konstrukt Horrora.

– Czego tak siedzicie? – zagadnął mnie Borgil.

– Magowie medytują, nie możemy się dostać do korytarza bo blokuje go uwięziony żywiołak ziemi. Chcą go uwolnić ale ich moc jest zbyt słaba.

– Rozwalić?

– Prędzej żywiołak rozwali nas. Poczekajmy.

– Nuda. – ork walnął się pod drzewem i wyciągnął jakby zamierzał spać.

Czas mijał powoli. Salazar pluskał się w rzece, korzystając z okazji, że ma wody pod dostatkiem, wietrzniaki dyskutowały o włamywaniu się przez drzwi, które nie były drzwiami a żywiołakiem, zaś Borgil pochrapywał cicho pod drzewem. Korzystałam z tych chwil spokoju bawiąc się ze zwierzakami. Przez to ostatnie ciągłe poczucie zagrożenia zaniedbałam je trochę.

Po nieskończenie długim czasie magowie wstali, rzucili czary i… nic się nie stało. Westchnęłam zirytowana.

– Wejdźmy przez sufit. – rzuciłam. – Inaczej orkowie się tam pozabijają zanim wam się uda to rozproszyć.

Mistrzowie Żywiołów popatrzyli na siebie zrezygnowani i wreszcie Miriel oznajmiła, że faktycznie nie ma co tracić czasu na próby rozproszenia tak silnej magii, skoro gdzieś niedaleko szykuje się walka z Horrorem.

Ruszyliśmy niezwłocznie z powrotem w kierunku obozu orków. Niestety był to kawał drogi, więc musieliśmy się zatrzymać na noc. Jak się można domyślać, nie była ona spokojna. Obudził mnie Salazar informując, że słyszy tupot wielu końskich kopyt. Poprosiłam Buma, żeby poleciał to sprawdzić zanim postawimy na nogi cały obóz, jednak wietrzniak, jak to wietrzniak, uznał, że jak on nie śpi to reszta też nie musi. Tym sposobem oba wietrzniaki poleciały sprawdzić niepokojące dźwięki a pozostała część drużyny zaczęła zbierać obóz. Raczej było jasne, że już sobie nie pośpimy tej nocy.

Nasi zwiadowcy wypatrzyli oddział orków, było ich około trzydziestu i wyraźnie starali się nie robić hałasu. Nie zaobserwowali na nich żadnego godła, żadnych barw czy choćby symbolu Ligos, na który liczyliśmy, za to nosili znak żałoby, zapewne po zabitym wodzu. Okazali się też być dobrze wyposażeni, na wzór Kawalerzystów, gdyż ich uprząż była w doskonałym stanie, za to broń w dużo gorszym.

Oddział podjechał do obozu orkowego, złożył hołd Sidli i został wpuszczony do środka. Coraz mniej rozumiałam z tej całej sytuacji… Pilnowaliśmy obozu jeszcze przez jakiś czas, oczywiście trzymając się na dystans. Po mniej więcej godzinie wewnątrz zapanował ruch, wszyscy mieszkańcy wyglądali jakby szykowali się do zejścia do kaeru. Zabezpieczali właśnie konie, kiedy z lasu rzuciły się na obóz konstrukty. Początkowo nie wyglądało to dobrze, ale Bum zapewnił, że oddział sobie świetnie radzi, natomiast konstrukty nie do końca. Atak zmienił w postępowaniu orków tylko to, że postanowili zejść w głąb kaeru razem z końmi.

Podjęliśmy decyzję wejścia do wnętrza, mniej więcej w momencie, w którym wejdą tam orkowie. Obliczyliśmy mniej więcej czas, zabezpieczyliśmy wierzchowce nakazując im powrót do Ligos jeśli nie wrócimy przez dwa dni i używając mocy Jaspree przesunęłam drzewo, które już wcześniej dało nam dostęp do kaeru. Bum, jakąś dziwną miksturą, wypalił w kamiennym suficie sporą dziurę, dzięki czemu przedostaliśmy się do korytarza. Ziemia i kamień, które spadły na ubitą podłogę kaeru nagle wchłonęły się w nią, jakby nasz znajomy żywiołak je posprzątał. Zamarliśmy zdezorientowani. Co jak co, ale wściekłego żywiołaka w ciasnych korytarzach nikt nie chce spotkać.

Miriel stała przez chwilę zamyślona, najwyraźniej próbując rozmawiać z duchem, gdyż po chwili oznajmiła, że możemy bezpiecznie iść. Przesunęłam więc drzewa, zakrywając dziurę nad naszymi głowami, i powoli ruszyliśmy korytarzem.

Przez jakiś czas panowała cisza i spokój. Kamienne, surowe ściany, podłoga z ziemi, wystające gdzieniegdzie korzenie. Zaplecze kaeru, zapewne zapomniane nawet przez jego mieszkańców. W pewnej chwili Hator się zaniepokoiła. Zaczęła węszyć. Zapożyczyłam jej zmysł i zaciągnęłam się zapachem.

– Drapieżnik. – ostrzegłam.

Bum ruszył do przodu nieco uważniej. Kawałek dalej dostrzegliśmy pierwszy kopiec. Przypominał kopiec kreta, ale dużo większy. Jakby zrobiony przez zmiennego quwrila.

– Uważaj Bum. Jeśli to quwril to zaatakuje błyskawicznie i z zaskoczenia.

Nie zdążyłam skończyć zdania, gdy spod ziemi wyskoczyło ogromne cielsko i kłapnęło paszczą, zaopatrzoną w ostre zębiska, tuż pod wietrzniakiem, który jedynie dzięki magii swoich talentów zdołał uniknąć pochwycenia. Zwierzę błyskawicznie zniknęło pod ziemią.

– Raven, co to było? – spytała Miriel.

– Quwril. Konstrukt. Ewidentnie konstrukt.

– To ja tupnę, on wyskoczy a wy go zabijecie. – zakomenderował Bum.

– Nie dacie rady. Jest za szybki. – skomentowałam, ale Bum już wykonał plan.

Uderzył w ziemię, konstrukt wyskoczył, drużyna rzuciła się z bronią i prawie się zderzyli ze sobą, bo zwierz błyskawicznie zniknął.

– Stój! – rozkazałam, wyciągając dłoń w kierunku stwora. Poczułam, że posłuchał. – Nie ruszajcie się. – zwróciłam się do drużyny. – Trzymam go. Każę mu wyjść, wtedy bijcie.

– Czekajcie! Czekajcie! – poparł mnie Bum. – Niech go Raven wyprowadzi.

Skupiłam swoją całą magię. Nakazałam stworowi wyjść. Czuł zagrożenie, więc opierał się z całych sił. Musiałam się mocno skoncentrować, ale w końcu się udało. Konstrukt wysunął ogromne cielsko na powierzchnię i chwilę później już nie żył. Obejrzałam go dokładnie. Okazało się, że ma zęby jadowe, z których łatwo da się ściągnąć truciznę i bardzo twardą skórę, która świetnie się będzie nadawać na pancerz. Z pomocą Durgola szybko oskórowałam stworzenie i zebrałam jad. Truchło zostawiliśmy.

Ledwie kilka kroków udało nam się przejść spokojnie gdy zorientowaliśmy się, że ściany się do nas przybliżają.

– Miriel? – Salazar rozejrzał się niespokojnie.

– Ilość esencji gwałtownie wzrosła. Jakby żywiołak manipulował tutaj ścianami. Uciekajcie.

Nie czekając ruszyliśmy biegiem wzdłuż korytarza. Tylko Borgil z Salazarem zostali nieco w tyle pilnując żeby Miriel nic się nie stało. Dobiegliśmy do ściany. Ślepy korytarz? Odwróciłam się. Miriel stała z rozpostartymi rękami. Ściany wokół niej zaczęły się rozsuwać, drżeć, pękać. Szybko obejrzałam ścianę zamykającą nam przejście. Okazała się drzwiami, ale nie umiałam ich otworzyć. Nagle na ścianie zobaczyłam kształtujący się napis „Pomóżcie”.

– Czego potrzebujesz? – zapytałam w przestrzeń. – Co się dzieje?

– Orichalk. Słabnę. – odpisał duch.

– Macie jakiś orichalk? – zwróciłam się do drużyny.

Zdezorientowane spojrzenia moich towarzyszy nie wróżyły dobrze.

– Jakikolwiek. Pomyślcie. – ponaglałam. – Jakiś przedmiot?

– Skrzyneczka na dokumenty tego elfa z Jerris! – wykrzyknął Bum.

– Przy koniu została. – odparł Borgil. – Przecież nie taszczę ze sobą takich rzeczy.

– Węgiel, grudka żelaza, trochę miedzi… – wyliczał Durgol grzebiąc w torbie.

– Ty! – nagle Borgila olśniło. – A ja mam takie coś, toto chyba jest magiczne, może ma orichalk. – wyciągnął z sakwy zdobny diadem.

Chwyciłam go energicznie i przyjrzałam mu się. W błękitnej poświacie naszych kryształów świetlnych błysnął pomarańcz najcenniejszego z metali.

– Jeśli ci pomożemy otworzysz te drzwi? – rzuciłam w powietrze.

– Tak. Pomóż.

Przytknęłam diadem do ściany. Wchłonął się błyskawicznie. Ściany zamarły, z sufitu przestało się sypać, drzwi przed nami skruszyły się w pył.

– Obecność zniknęła. – powiedziała niepewnie Miriel. – Chyba się uwolnił.

– I całe szczęście! – ucieszył się Bum. – Mamy poważniejsze sprawy na głowie niż niańczenie jakiegoś ducha. Ruszajmy!

Przeszliśmy do właściwego kaeru. Solidne, kamienne ściany, kryształy świetlne i ślady bytności wyraźnie uświadomiły nam, że korytarze są używane. Zaczęliśmy natrafiać na szkielety orkowe, dokładnie objedzone i dość młode, czas ich leżenia tutaj Bum określił najwyżej w miesiącach, a także na nietypowe ślady na posadzce. Z lewej strony, z głębi zakręcającego korytarza usłyszeliśmy dziwne plaskanie.

Bum wychylił się ostrożnie. Dostrzegł trzy humanoidalne istoty, ze szponami zamiast palców i płetwami zamiast stóp, o głowach przypominających kłębowisko węży, w dodatku całe ociekające wodą. Żeby było zabawniej (nikt nie zrozumie poczucia humoru wietrzniaków) Bum wyciągnął swój magiczny szkicownik, odrysował dokładnie ową istotę, zmienił się w nią i w takiej postaci nam się  pokazał. On ma, jednak, więcej szczęścia niż rozumu czasami, gdybyśmy byli bardziej porywczy mógłby nie zdążyć powiedzieć, że to on…

Swoją drogą dochodzę do wniosku, że ten cały Konstruktor jest jednym z najbardziej fascynujących Horrorów, o jakich słyszałam. Zdolności przerabiania wzorców stworzeń, które posiada, stanowią ciekawe zagadnienie do badań. Zaczęłam przypuszczać, że może on posiadać jakieś zdolności ksenomanckie, wszak mistrzowie tej dyscypliny także potrafią modyfikować wzorce. Co doprowadza do niepokojących wniosków, że sama ksenomancja może mieć coś wspólnego z mocą Horrorów. Muszę koniecznie porozmawiać o tym z moim mistrzem.

Tymczasem, zamyślona nad istotą mojej, nowej skądinąd, dyscypliny, straciłam fascynującą dyskusję na temat odciągnięcia uwagi stworów, upolowania stworów czy też jakiegokolwiek innego sposobu na ominięcie stworów, ponieważ za ich plecami znajdowała się niedbale sklecona barykada, która zdecydowanie broniła dostępu do celu naszej wędrówki. Wreszcie Buma olśniło, że posiada w swoich zasobach jakąś miksturę usypiającą, którą błyskawicznie zastosował i tym samym pozbył się problemu, usypiając stwory. Przechodząc koło barykady zabrałam jeszcze jedną orkową czaszkę i trochę kości. Będzie na zapas.

Nie mijając już żadnego patrolu dotarliśmy do centrum kaeru. Korytarz wyprowadził nas do ogromnej, okrągłej i wysokiej sali, rodzaju hallu z czterema odnogami, w postaci czterech, niemal identycznych, korytarzy. Niemal, bo tylko jeden z nich, po naszej prawej stronie, był całkowicie ciemny. W sali znajdowało się całe stado konstruktów. Staliśmy ukryci w cieniu korytarza przyglądając się stworom. Dwie jehuthry, trzy toksyczne dajry, cztery porośnięte łuską, przerośnięte dziki i sześć zmodyfikowanych małp. Niezła gromadka.

Szeptem próbowaliśmy wymyślić jakiś sposób odciągnięcia tej bandy w inne miejsce. Oczywistym było, że naszym celem powinien być ciemny korytarz. Jeśli gdzieś ma być Horror to właśnie tam. Rozwiązanie problemu przyszło samo. Daleko po lewej stronie rozległy się odgłosy walki. Zapewne nasi znajomi orkowie tłukli kolejne konstrukty. Grupa przed nami także zorientowała się w tym, co słyszy, i błyskawicznie ruszyła w stronę walki. Korzystając z okazji przekradliśmy się do zaciemnionego korytarza i zagłębiliśmy się w niego ostrożnie.

Powoli przesuwaliśmy się coraz głębiej, gdy ciszę przedarły trzaski błyskawic uderzających w ściany. To Bum aktywował jakąś dziwną pułapkę. Obejrzałam ją w przestrzeni astralnej. Wyglądała jak moc Horrora ale uszkodzona. Zanim zdążyłam zaprotestować Miriel postanowiła ją rozproszyć. Niestety skutek był odwrotny do zamierzonego i kolejna seria wyładowań trafiła Borgila, który zasłonił Miriel, skupiając się na metalowych częściach jego tarczy ale także raniąc samego orka.

– To reaguje na metal. – odezwał się Durgol. – Konstrukty nie noszą broni.

– Możesz to jakoś zablokować? – spytałam.

– Spróbuję.

Krasnolud podszedł do miejsca, które według niego było źródłem pułapki i używając swoich zdolności zablokował je. Z pewną rezerwą Bum wleciał w obszar jej działania, a kiedy nic się nie stało podążyliśmy za nim.

Minęliśmy szereg pomieszczeń mieszkalnych, pustych, z rozwalającymi się sprzętami i wszechobecnym kurzem. Zaglądałam niespiesznie do środka. Takie wnętrza zawsze napawają mnie pewnym smutkiem. Jaka tragedia musiała się wydarzyć w tych ścianach?

Z zamyślenia wyrwała mnie niecodzienna sytuacja. Natrafiliśmy na ścianę, a raczej jej gruzy, które okazały się być ogromną barykadą zrobioną z czego popadnie, w tym także ze zwłok. I w tej barykadzie właśnie Borgil, Bum i Salazar zawzięcie grzebali, rozrzucając na boki stare śmieci i robiąc taki hałas, że jeśli Horror się jeszcze nie zorientował, że tam jesteśmy to właśnie walą do jego drzwi z całych sił oznajmiając naszą obecność.

– Co wy, u licha ciężkiego, robicie? – zapytałam zdumiona.

– Durgol wyczuł w tej stercie magiczną broń. – odpowiedziała mi oparta o ścianę Miriel, chyba równie zniesmaczona tą sytuacją co ja.

– I to jest powód, żeby anonsować się Horrorowi? Poszaleliście? – zwróciłam się do kopiących. – Nie możecie tego później przekopać?

– Nie… – wysapał Bum zrzucając ze sterty jakiś pogięty hełm, który wylądował mi pod stopami. – To jest magiczne. To się może na Horrora przydać.

Wreszcie, z cichym okrzykiem triumfu, Borgil wyciągnął spod rozpadających się zwłok solidny koncerz. Kompletnie nie znam się na broni białej, ale cała czwórka panów uważnie przestudiowała zdobycz stwierdzając, że idealnie nadaje się dla Kawalerzysty. Co więcej, Durgol zbadał broń i oznajmił, że pochodzi z Kara Fahd i została wykonana najprawdopodobniej przez Zbrojmistrza rodziny królewskiej.

– Już? – ponagliłam. – Możemy iść do Horrora zanim wszystkich orków na górze pozabija i zje nas na deser?

– Bum! Bum! Bum! Bum! – zakrzyknął wietrzniak i ruszył za barykadę.

Zaczynam rozumieć mojego obsydiańskiego mistrza, który podziwia mnie za pozostanie w dobrym zdrowiu psychicznym po tak długim czasie przebywania w towarzystwie niektórych członków tej kochanej drużyny.

– No co? – usłyszałam jeszcze głos wietrzniaka zza barykady. – Przecież i tak wie, że tu jesteśmy. – jakby czytał mi w myślach.

Wzruszyłam tylko ramionami podążając za resztą. Za stosem dostrzegliśmy schody w dół. Powoli zeszliśmy piętro niżej, do solidnych, dużych drzwi. To, przed czym staliśmy, przypominało nieco bastion, choć drzwi częściowo się rozpadły i znaczyły je ślady walki. Za drzwiami dostrzegliśmy kwadratowe pomieszczenie a w każdym jego rogu po jednym krojenie, a raczej konstrukcie zrobionym z krojena.

– No pięknie. – szepnął Bum. – Cztery razy Hator tylko z dodatkową siłą i Pasje wiedzą czym jeszcze. Bardzo toto groźne? – spytał z nutką nadziei w głosie.

Zbliżyłam się do otworu w drzwiach i przyjrzałam stworzeniom, odsyłając uprzednio Hator, której wściekłość przeszkadzała mi się skupić. Co prawda Horror próbował je zmodyfikować, ale nie do końca mu się to udało, wyczułam ból, strach, skołowanie.

– Słuchajcie. – szepnęłam odsuwając się od drzwi. – Zrobimy tak. Utkam dwie ciemności, rzucę po jednej na te dwa najdalej, trzeciego przejmę, czwartego atakujcie. Spróbujemy je zdjąć po jednym.

Drużyna potaknęła. Uszykowała się do ataku. Znalazłam dwa kamyki, utkałam dwie ciemności i upewniając się, że wszyscy są gotowi, cisnęłam kamyki pod łapy krojenów, trzeciego natychmiast przejmując zdolnością zawładnięcia nad zwierzęciem.

Nagle kaer się zmienił. Stoję pośrodku tłumu ludzi i elfów. Władczyni Zwierząt próbuje opanować swoje krojeny. Atakują orkowie. Widzę padające ciosy. Czuję krew. Za nimi pojawia się on. Horror. Zaczyna przekształcać. Przejmuje krojeny, ale nie udaje mu się przejąć ich jaźni, chcą umrzeć, cierpią.

Wyrzucona z wizji poczułam niemal fizyczny ból. Przez załzawione oczy zobaczyłam jak trzymany siłą mojej woli krojen rusza powoli w moją stronę. Dobiegł mnie głos Buma, oddalony, zamglony, jakby dochodził z innej płaszczyzny.

– Czekajcie! Coś jest nie tak. Może ona je przejmie i przeciągnie na naszą stronę. Nie atakujcie na razie.

Krojen podszedł do mnie. Położył się na ziemi. Odsłonił brzuch.

– Czy ktoś ma sztylet? – słowa ledwo wydostały mi się z gardła. Wyciągnęłam dłoń w przestrzeń.

Poczułam rękojeść sztyletu. Cichy szum skrzydełek powiedział mi, że to Bum. Klęknęłam przy krojenie.

– Twoje cierpienie dobiegło końca. – szepczę i wbijam broń prosto w serce zwierzęcia.

Kolejne dwa podchodzą po kolei, kładą się w ten sam sposób. W ten sam sposób je uśmiercam. Czwarty, uwolniony spod ciemności, rozpędza się i uderza głową w ścianę.

Zostałam na klęczkach dłuższą chwilę, patrząc na krew na sztylecie. Borgil włożył mi do ręki bukłak odbierając zakrwawiony sztylet. Pociągnęłam spory łyk zachłystując się piekielnie mocnym bimbrem. Poczułam Noir siadającego na ramieniu i usłyszałam kojący głos Jaspree „Jestem z tobą córko.”

– Co się stało? – spytała Miriel z troską, kucając koło mnie.

– Kiedy przejęłam krojena miałam wizję. Widziałam bitwę w tym kaerze. Orkowie atakowali mieszkających tutaj ludzi i elfy. Władczyni zwierząt, do której najpewniej należały te koty, poległa w walce. Ludzie chyba wygrywali. Przynajmniej do momentu, kiedy pojawił się Horror. Wtedy zaczęła się masakra.

– Horror pomagał orkom? – spytał zdziwiony Salazar.

– Chyba tak. Nie jestem pewna. To działo się tak szybko…

Gdzieś w głębi korytarza, po lewej stronie, rozległy się dźwięki.

– Konstrukty idą. – ostrzegł Bum. – Schowajmy się.

Tylko jeden korytarz się do tego nadawał, po prawej stronie od wejścia. Co prawda był krótki i kończył się zawałem, ale miał całe drzwi, dzięki czemu byliśmy całkowicie ukryci przed wzrokiem konstruktów. Przeszły koło nas, nie zaniepokojone, udając się na górę. Niektóre z nich wyglądały na niedokończone, jakby Horror produkował je na bieżąco i w pośpiechu.

– Idziemy. – zakomenderowała Miriel, kiedy ich kroki ucichły. – Dość już czasu zmarnowaliśmy.

Ruszyliśmy w głąb kaeru. Natrafiliśmy na jakieś opuszczone magazyny, w których pełno było pustych kokonów po konstruktach. Jedne drzwi były zamknięte, więc zostawiliśmy je w spokoju gdyż naszą uwagę przykuła dziwna błona przegradzająca przejście dalej. Bum doleciał do niej, obejrzał ją uważnie, wyciągnął sztylet i zaczął ją przekrawać. W pewnej chwili odskoczył jak oparzony. Spytałam co się stało, ale szybko powiedział, że nic i wrócił do cięcia.

Ból, który we mnie uderzył chwilę później, był nie do opisania. Czułam, jak coś mrocznego wyrywa ze mnie energię karmiczną. Osunęłam się na ziemię. Poczułam jak ciepła krew spływa mi z nosa do ust. Widząc co się dzieje Miriel utkała kulę ognia i cisnęła nią w błonę. Niestety czar nie zadziałał tak, jak powinien, wyzwalając tylko niewielki płomień, który ledwie nadpalił brzegi. Zirytowana zaczęła tkać kolejną. Uderzenie płomieni nastąpiło tuż przed szarżą Borgila, który w międzyczasie przywołał ognistego rumaka.

Bum, Salazar i Borgil wpadli do środka przebijając błonę. Naszym oczom ukazało się duże pomieszczenie, wypełnione dziwnym śluzem, śmierdzące. Pośrodku tej mazi stała istota humanoidalna, ponad dwumetrowej wysokości, bez twarzy, z mieczem zamiast prawej ręki i tarczą zamiast lewej.

Zobaczyłam jak miecz Horrora trafia w Buma a błyskawiczny cios Salazara nie przynosi żadnego efektu. Nawet Durgol próbował wbić włócznię w dziwaczne cielsko, ale mu się nie udało go zranić. W końcu Bum zapikował i jego włócznia żywiołów przebiła się przez pancerz Horrora, powodując, że jego uwaga natychmiast skupiła się na wietrzniaku.

Przyjrzałam się kokonom w przestrzeni astralnej, szczęściem okazały się puste, więc próbowałam przeorać bestię pazurami. Niestety stwór był zbyt szybki. Zignorował mnie zupełnie, atakując w zamian Buma. Wietrzniak zripostował cios, lekko naruszając zewnętrzną powłokę Horrora. Podobną skuteczność miał atak Borgila, który minął mnie szarżując i odbił się od skóry stwora. Kolejny cios Salzara przebił się przez parowanie Horrora, dzięki czemu na jego sinej skórze pojawiło się kolejne zadrapanie. Wykorzystał to wietrzniak, by znów zaatakować, ale jego cios okazał się za słaby i dopiero kryształowe pociski, wypuszczone przez Miriel, wyrwały kawał ciała Horrora, dając nam nadzieję na wygranie tej walki.

– KRA! – usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się. Jeśli kiedykolwiek jeszcze wpadnę na pomysł zostawienia za sobą w kaerze nie sprawdzonego pomieszczenia sama osobiście się ukarzę. Za naszymi plecami pojawiły się dwie jehuthry. Hator zareagowała błyskawicznie, rzucając się w ich kierunku, kompletnie ignorując moje polecenie powrotu. Chcąc nie chcąc, zostawiłam towarzyszy i ruszyłam na pomoc kotce. Kątem oka dostrzegłam, że Borgil także odwraca wierzchowca w stronę zbliżających się konstruktów.

Bum, po raz kolejny, przypuścił atak na Horrora, Konstruktor uniknął go sprawnie, odbijając niemal całkowicie także cios Salazara. Durgol odrzucił włócznię i wyciągnął miecz z Iopos licząc, że metoda z przykładaniem jelca i porażeniem błyskawicami, zadziała i w tym wypadku.

Pędzę do jehuthry, widzę jak Hator wbija w nią swoje pazury, wyszarpując kawał ciała.

W tym czasie Bum odlatuje, więc Horror skupia się na Salazarze, jednym ciosem posyłając go na ziemię, wkurzony wietrzniak pikuje, po raz kolejny wbijając się głęboko w cielsko bestii.

Uderzam w jehuthrę tuż obok Hator. Kotka jest lepsza bo moje pazury tylko ślizgają się po chitynowym pancerzu. Pędem mija mnie Borgil, całą siłę swojego ciosu kierując w drugiego konstrukta. Jehuthry są jednak zwinne, więc i ta uniknęła ciosu, odskakując w bok przed rozpędzonym Kawalerzystą. Dodatkowo odwinęła się jednym z odnóży, raniąc orka.

Trzask kryształowych pocisków i cichy syk Horrora powiedziały mi, że Miriel znów odniosła małe zwycięstwo swoim czarem ale krzyk bólu wietrzniaka sprawił, że się instynktownie obejrzałam. Horror najwyraźniej próbował zmienić Buma, bo jego stopy zaczęły się nienaturalnie wykręcać.

Skupiłam się na jehutrze, skoro nie mogłam jej zranić, mogłam ją przestraszyć, co mi się w końcu udało. Przerażony konstrukt rzucił się do ucieczki a Hator za nim, gryząc i drapiąc. Borgilowi kolejny atak też poszedł bardzo dobrze, zauważyłam, że dobija swojego przeciwnika i odwraca się w kierunku Horrora. Upewniwszy się, że Hator poradzi sobie ze swoją jehuthrą, także skupiłam uwagę na walce za moimi plecami.

Odwróciłam się akurat by zobaczyć jak Horror zamierza się na Buma, Salazar próbował zablokować cios idący w wietrzniaka a Miriel wypuściła kolejne kryształowe pociski, wyrywając kolejne fragment pancerza stwora. Niestety Salazarowi nie udało się zasłonić Buma przed ciosem i zobaczyłam jak wietrzniak uderza w podłogę. Horror poprawił, znów omijając kontrę t’skranga, i Bum znieruchomiał.

Bestia odwróciła się w kierunku Miriel. Wyprowadziła cios. Salazar znów rzucił się pod ostrze, tym razem skutecznie osłaniając elfkę i raniąc bestię. W tą kotłowaninę wbił się Durgol, któremu, po kilku próbach, udało się wreszcie trafić Horrora jelcem. Wyładowania, który wstrząsnęły cielskiem dobiły stwora, sprawiając, że rozlał się po podłodze.

Nie dane nam było delektować się zwycięstwem. Nad naszymi głowami brzmiały już odgłosy walki. Najwyraźniej orkowie spychali konstrukty w głąb kaeru. Rozejrzeliśmy się szybko. Za pokrywającą wszystko mazią odkryliśmy dwa przejścia w głąb. Przywiązałam nieprzytomnego Buma do Szafir, zniszczyliśmy kokony, tak na wszelki wypadek, i prześlizgnęliśmy się za śluzem dalej w kaer.

Ku naszemu zdumieniu trafiliśmy na ciężkie, metalowe drzwi, zabarykadowane od środka. Za nimi dostrzegłam, w przestrzeni astralnej, ośmiu orków, w tym dwóch adeptów. Byli uzbrojeni w łuki i proce i wyraźnie pełnili rolę strażników. Zaniepokoiło mnie to, że w ich wzorcach dostrzegłam moc Horrora, a przecież, skoro stwór nie żył, wszelkie znamiona powinny były zniknąć. Dodatkowo przestrzeń w środku była spaczona.

Po krótkiej naradzie i ocuceniu Buma wzięłam szkicownik, przemalowałam się na orkową szamankę i wraz z Borgilem ruszyłam do barykady.

– Halo! – krzyknęłam. – Wy tam, po drugiej stronie, otwierać.

– A wy to kto? – odezwało się po chwili.

– Przysyła nas Sidla, zabiliśmy Horrora.

– Jak to zabiliście? Przecież Horror jest tutaj.

– Tutaj, czyli gdzie? – zapytałam, mocno już podirytowana.

– No… Pod nami.

– Aha. A ten tam na górze to był dla ozdoby czy zmylenia przeciwnika?

– Ten co to zmieniał zwierzaki?

– Ten właśnie. Nie żyje. Wpuścicie nas wreszcie czy mamy powiedzieć Sidli, że nie wykonujecie jego rozkazów?

Po chwili ciszy dowódca oznajmił, że wpuści nas do środka. Czekaliśmy dobre kilkanaście minut zanim usunęli barykadę i wreszcie znaleźliśmy się po drugiej stronie. Ork, który ze mną rozmawiał, przedstawił się jako Zagar, zastępca wodza, Kawalerzysta szóstego kręgu. Zapytany co tu robią oznajmił, że cofali się pod naporem konstruktów, zabarykadowali się i czekają na Tildę, szamana, który ponoć wie, co zrobić z Horrorem, którego pilnują. Zażądałam więc zaprowadzenia do Horrora, tłumacząc, że nie ma czasu do stracenia, bo walki coraz zacieklejsze i w każdej chwili Horror może się uwolnić. Poprowadzono nas więc do sporego pomieszczenia, gdzie pośrodku dostrzegliśmy magiczną barierę w kształcie kopuły, sięgającą około półtora metra nad ziemię i pokrywającą taką samą kopułę z kamienia, całą pokrytą znakami podobnymi do tych na włazach. Spod spodu czuć było dziwną moc.

– Co robimy? – szepnął do mnie Borgil. – Tylko patrzeć jak ten cały szaman się tu zjawi i może być burda.

Zerknęłam na orków, przyglądających nam się z pewnego dystansu.

– Daj mi pomyśleć.

Poczułam się skołowana. Jedno wiedziałam na pewno, trzeba się pozbyć orków i spróbować ustalić co się znajduje pod kopułą. Jakim cudem pod spodem może być drugi Horror? A jeśli nie Horror to co? Jak i dlaczego wpływa na orków. I czemu ściągnął ich tutaj, żeby go zabili?

– O co tu chodzi? – mruknęłam do siebie.

Zerknęłam na Zagara.

– Zostawcie nas na chwilę samych. Ta magia wyrywa się spod zabezpieczeń, muszę ją zapieczętować zanim zjawi się Tilda, inaczej nikt z nas tego nie dożyje. Pilnujcie wejścia i natychmiast sprowadźcie tu Sidlę jak tylko się pojawi. Postaram się utrzymać bestię w zamknięciu do tego czasu.

Nie czekając na spełnienie mojego rozkazu odwróciłam się do kopuły i zaczęłam tkać wątek do ciemności. Jeśli orkowie nie wyjdą to przynajmniej nie będą widzieli co robię. Czas się przekonać, co kryje pod sobą kopuła, a czasu mamy coraz mniej.

35 U wrót kaeru

Drużyna zagłębiła się w dyskusji, której strzępki co jakiś czas do mnie docierały, a ja próbowałam intensywnie myśleć. Tajemnicze włazy w korycie rzeki, zaginiony kaer, charyzmatyczny ork, który zjednoczył plemiona, konstrukty w całej dżungli i Horror, rzekomo, zamknięty w kaerze musiały się jakoś łączyć. Nie wierzyłam w uwięzienie Horrora. Niektóre konstrukty były dość świeże, podobnie jak ich kokony. Żeby je tworzyć musiał wychodzić na powierzchnię. Z drugiej strony, skoro wychodził to czemu sam nie zmiótł obozu z powierzchni ziemi. Jeśli Sidla nie jest naznaczony to kim jest? A jeśli jest naznaczony to co tu robi skoro Horror ma w posiadaniu kaer? Chyba, że nie ma żadnego kaeru… Musiałam się upewnić przynajmniej w tej kwestii.

– (…) Ja też potrafię coś zlepić. – usłyszałam Miriel.

– To zlep te informacje i powiedz nam co tu jest grane. – odparował Bum.

– Jak duży może być kaer? – weszłam im w słowo.

Zamilkli patrząc na mnie z lekką dezorientacją.

– Myślicie, że jak daleko od obozu może sięgać, jeśli w ogóle tam jest? Korytarze w dżungli Serwos, wykorzystywane na kaery, ciągną się kilometrami. Jeśli tutaj jest podobnie, jeśli kaer jest połączony z dziwnymi włazami w rzece, to możemy sprawdzić, czy on faktycznie tam jest. Przynajmniej jedno słowo Sidli potwierdzimy.

– Jak? – spytała Miriel.

– Chodźcie. Musimy się wrócić kawałek.

Skierowaliśmy się znów do obozu. Starałam się znaleźć miejsce na tyle blisko, żeby była szansa, że pod nami jest kaer i jednocześnie na tyle daleko, żeby moje działania nie ściągnęły na nas uwagi jego mieszkańców. Znalazłam ogromne drzewo. Mogłam śmiało założyć, że jego korzenie sięgają daleko w głąb ziemi. Wyciszyłam się, zmówiłam krótką modlitwę do Matki i poprosiłam „odsuń się”. Moc Jaspree przepłynęła. Majestatyczny posąg przyrody z mozołem wyciągnął z ziemi potężne korzenie i przesunął się kilka metrów w bok.

Uśmiechnęłam się widząc zdumione miny towarzyszy.

– Mamy tylko kilka minut zanim będę je musiała odstawić na miejsce, więc chodźmy zbadać lej. Jeśli kaer tam jest może uda nam się go dostrzec w przestrzeni astralnej.

– To ja was będę asekurować. – rzucił Thar’zitt widząc jak Bum przywiązuje linę do jednego z pni i obwiązuje się w pasie.

Skinęłam tylko głową. Także się obwiązałam i ruszyłam ostrożnie w głąb dziury. Szybko otoczył nas zapach wilgotnej ziemi i przyjazny półmrok. Zsunęłam się na sam dół, czując obok siebie obecność Buma i wejrzałam w przestrzeń astralną. Nie było to przyjemne doświadczenie bo przestrzeń była tutaj spaczona. Pasma czerni zasłaniały widok, przepływały wokoło zniekształcając obraz. Mimo to dostrzegłam to, co spodziewałam się tutaj znaleźć, kaer. Sufit budowli był pełen dziur i całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zabezpieczeń magicznych. Wewnątrz dostrzegłam zniszczone wnętrze, którego historię napisano walką. Osmalone ściany, głębokie bruzdy w kamieniu, zaschnięte plamy krwi, walające się wszędzie kości i ślady uszkodzeń murów sprawiły, że widok spacerujących po kaerze konstruktów zdawał się być zupełnie naturalny.

Po dokładnym obejrzeniu wnętrza wróciliśmy z Bumem na górę. Przesunęłam drzewo na miejsce dziękując Jaspree za dar jej mocy. Opowiedzieliśmy Thar’zittowi i Miriel o zwiadzie, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba zbadać rzekę. Wszak, według Sidli, do następnego ataku mamy trochę czasu.

Drugiego dnia spokojnej, niczym nie zakłócanej podróży, nasz zwiad powietrzny w postaci wietrzniaka odkrył niezwykłe miejsce magiczne. Za barierą utkaną z magii dostrzegł wzorzec wielkiego cierpienia. To, co się działo w tym miejscu, sprawiło, że zyskało ono prawdziwy wzorzec. Gdy wyszliśmy spomiędzy drzew dostrzegliśmy spory obszar zniszczeń, popalonej ziemi, zwęglonych drzew. W centrum tego wszystkiego leżał trup, rozerwany od środka, zaś po ziemi, z dużą prędkością, sunęła zdobiona bransoleta, szarżując prosto na Buma, wyciągającego w jej kierunku jedną ze swoich magicznych kuleczek.

– Rzuć w nią tą kulką! – krzyknęłam, oceniając prędkość bransolety na zbyt dużą, żeby zdążył ją bezpiecznie zamknąć gdy się zbliży na wyciągnięcie dłoni.

Bum posłuchał natychmiast. Krzycząc hasło cisnął kulkę w nadlatującą biżuterię. Trafił idealnie. Kulka wessała przedmiot i zamknęła się. Wietrzniak wziął ją ostrożnie w rękę. Zobaczyłam jak kulka szarpie się wściekle, jakby przedmiot próbował się wydostać. Bum wyjął jeszcze dwie pozostałe i powrzucał jedna w drugą. Ruch w końcu zamarł.

– To chyba nasz wieśniak. – Miriel wskazała na zwłoki.

– Co ludzie robią z ciałami po śmierci? – spytał mnie Thar’zitt.

– Grzebią.

– No, to trzeba go pogrzebać. – rzucił Bum i wyciągnąwszy saperkę wziął się do roboty.

Popatrzyłam chwilę na narzędzie w rękach wietrzniaka, które dla mnie mogłoby być zaledwie łyżką.

– Pomóżmy mu. – zaproponowałam. – Inaczej noc nas tu zastanie.

Wspólnymi siłami pogrzebaliśmy zwłoki. Zrobiłam też tabliczkę upamiętniającą nieszczęsnego rybaka.  Po zakończonej pracy ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie minęła godzina, kiedy Bum nagle wyciągnął kulkę z bransoletą.

– Raven, weź no ją obejrzyj w astralu bo coś się ciepła robi.

Wejrzałam w przedmiot.

– To coś topi twoje kulki. Wewnętrzna jest już całkowicie zniszczona i właśnie wzięło się za drugą.

– Jasny pieron! – zaklął t’skrang. – Trzeba się tego pozbyć. Tylko jak?

– Tylko jedno mi przychodzi do głowy. Zakopać. – podeszłam do najbliższego drzewa i poprosiłam je o przesunięcie się. – Wrzucaj. – wskazałam głową na dół.

Bum podleciał, podał hasło do zewnętrznej kulki wyciągając ją nad dół. Środek, mocno już rozgrzany, wypadł, staczając się po zboczach leja głęboko w ziemię. Przesunęłam drzewo na miejsce.

– Myślicie, że to wystarczy? – zapytał wietrzniak patrząc z niepokojem na drzewo.

– Musi. – mruknęłam. – Nic innego nie wymyślimy. Chodźmy stąd.

Zaznaczyliśmy drzewo kryjące przeklęty skarb, wkrótce zostawiając je za plecami. Do rzeki dotarliśmy późnym popołudniem. Miriel dokładnie obejrzała włazy upewniając się, że nic się nie zmieniło od ich ostatniej wizyty po czym pozwoliła Thar’zittowi zanurzyć się pod wodę, żeby je sobie dokładnie obejrzał. Bumowi zaś, w tym krótkim czasie, udało się obrazić Noir, rzucając o Jaspree  „Pozdrów go ode mnie” Uspokoiłam kruka ale odmówił przyjęcia od Buma pojednawczej śliwki, odwracając się do niego ogonem. Wzburzonego Noir jeszcze nie miałam okazji widzieć i muszę przyznać, że widok ten był wielce intrygujący. Jego emocje dało się zauważyć nawet nie będąc Władcą Zwierząt.

– Uwaga! – krzyk Buma wyrwał mnie z zamyślenia. – Mamy towarzystwo.

Obydwie z Miriel odwróciłyśmy się jak na komendę. Z lasu biegły na nas olbrzymie małpy. Zmodyfikowane małpy. Schyliłam się błyskawicznie, chwyciłam z ziemi kamyk i zaczęłam tkać wątek. Miriel też wzięła się za tkanie a Bum ruszył do ataku z powietrza. Zobaczyłam jak Thar’zitt wynurza się na powierzchnię i przygotowuje do odparcia ewentualnego ataku kosturem.

– Rzucaj Miriel. – krzyknęłam, widząc, że skończyła tkanie.

Złożyła dłonie, wyciągnęła je w kierunku dwóch najbliższych małp i wykonała gest jakby chciała oderwać jedną dłoń od drugiej. Małpy skleiły się ze sobą, przewróciły i przekoziołkowały razem jeszcze kilka metrów. Otoczyłam nas aksamitną ciemnością tuż przed tym jak dwie kolejne, najeżone kłami, paszcze rzuciły się w kierunku naszych twarzy. Zdezorientowane zwierzęta opadły na ziemię i zaczęły węszyć.

– Tkaj. – szepnęłam do Miriel. – Jak skończysz zrób krok do tyłu i dwa w lewo, wyjdziesz z ciemności.

Widziałam jak potaknęła. Odsunęłam się nieco, wyciągnęłam dłoń i ściągając energię z przestrzeni astralnej dotknęłam zwierzęcia. Raniący dotyk sprawił, że małpa kwiknęła cicho i natychmiast odwinęła się, żeby mi oddać. Szczęściem na oślep nie wyszło jej to najlepiej.

Tymczasem Bum eliminował kolejnych przeciwników osłaniając także Thar’zitta. Kolejne ciosy i czary sprawiły, że ocalałe dwa konstrukty rzuciły się do ucieczki zostawiając za sobą ciała towarzyszy. Cisnęłam za nimi kamień niosący na sobie kulę mroku, co wyhamowało zwierzęta pozwalając Bumowi dokończyć rzeź.

Rozejrzeliśmy się po polu bitwy.

– Patrzcie jaki zwiad upolowałem. – Bum z dumą pokazał nam leżącego na ziemi jastrzębia z wystającą z piersi strzałką.

Obejrzałam zwierzę dokładnie. Był to konstrukt ale kiedyś miał więź z Dawcą Imion.

– Mogę go śledzić w powietrzu. – zaoferował Bum. – Zobaczymy skąd przyleciał, może nas gdzieś doprowadzi.

– Thar’zitt, skończyłeś już? – zwróciła się Miriel do t’skranga, który nadal siedział w rzece, jakby nie zamierzał jej opuszczać.

– Taaaak… – odparł z wahaniem. – W zasadzie tak.

– Czego się dowiedziałeś?

– Te kamienie we włazie to zakazana magia. Łączy w sobie magię horrorów i orichalk. Miała maskować kaery przed wzrokiem Horrorów. – t’skrang wylazł z rzeki i zaczął się wycierać.

– Cudnie. – skomentowała Miriel. – Prowadź Bum, zobaczmy gdzie nas doprowadzi to ptaszysko.

Ptaszysko doprowadziło nas do miejsca, do którego i tak mieliśmy pójść, a mianowicie do jedynego otwartego włazu, źródła wszelkich zawirowań magicznych w okolicy. Znaleźliśmy tam świeży kokon, którego zawartością był najprawdopodobniej nasz jastrząb oraz dziwne ślady, przypominające orka o idealnie symetrycznym ciele a później zmieniające się w coś bliżej niezidentyfikowanego. Ślady prowadziły do rzeki. Zupełnie jakby Horror z niej wyszedł, wypuścił jastrzębia, i do niej wrócił.

– Można popytać rośliny czy ich duchy coś widziały. – zaproponowałam.

– Baronie. – zwrócił się Thar’zitt do swojej paprotki. – Spróbuj spytać swoich kuzynów czy widzieli tą postać i jak wyglądała.

– Mówią, że podobna do obsydianina bo nie miała twarzy. – odezwał się po chwili Baron.

– No. To mamy swojego Horrora. – rozejrzałam się kontrolnie.

– Wyczuwam dużo esencji żywiołu ziemi. – Thar’zitt przymknął oczy. – Jakby był w pobliżu żywiołak.

– Spróbuj zagadać. Może odpowie. – zaproponowała Miriel.

Po dłuższej chwili dostrzegliśmy jak koryto rzeki drży nieznacznie i osypują się z niego drobne kamyki.

– Thar’zitt? – zapytała Miriel.

– Nic się nie bójcie. – t’skrang niemal się roześmiał. – Tu jest żywiołak ziemi. Zamknięty. Coś go tu trzyma i nawet nie pozwala mu się komunikować ze mną. Stąd ta drobna lawina. Obiecałem, że go uwolnimy. Ale to muszę popłynąć do tej wnęki żeby być bliżej.

– Przedostańmy się na drugą stronę. Mam pomysł jak odsunąć te przeklęte przedmioty nie narażając żadnego z nas na niebezpieczeństwo. – poprosiłam.

Ruszyliśmy więc w górę rzeki. Kilkadziesiąt metrów dalej Miriel rzuciła gołoledź zamrażając nam mostek, po którym mogliśmy się przedostać na drugi brzeg. Przewiązałyśmy się liną, trzymaną przez Buma, i ostrożnie weszłyśmy na lód. Oczywiście zachowanie równowagi na śliskiej powierzchni nie jest moją mocną stroną, więc błyskawicznie wylądowałam na tyłku. Wietrzniak nie omieszkał tego wykorzystać.

– Nie wstawaj bo zrobisz sobie krzywdę. – krzyknął i ruszył przed siebie ciągnąc nas obie za sobą.

Miriel ma smykałkę do bycia łyżwiarką i nawet ta nieoczekiwana jazda sprawiła jej sporą przyjemność, natomiast przed „jazdą” po lodzie na tyłku raczej was ostrzegam. Nie jest to coś, co chciało by się robić codziennie.

Znalazłwszy się wreszcie bezpiecznie po drugiej stronie rzeki wróciliśmy do miejsca, gdzie otworzył się właz. Wyjęłam zapas kości, które tak ochoczo dostarczył mi ostatnio Bum i zaczęłam układać krąg. Moi towarzysze patrzyli z zaciekawieniem jak krąg zaczyna się jarzyć białym światłem i jak kupka kości pośrodku unosi się, wiruje w powietrzu, i wreszcie układa w humanoidalny kształt.

– Chodź ze mną. – poprosiłam istotę. Chybocząc się lekko ruszyła za mną na brzeg rzeki. – Weź właz i odciągnij najdalej jak tylko jesteś w stanie. To samo zrób z pozostałymi dwoma przedmiotami.

Patrzyliśmy zafascynowani jak szkielet zanurza się pod wodę i zaczyna przenosić po dnie wskazane przedmioty.

– Kiedy się tego nauczyłaś? – spytał Bum nie odrywając wzroku od szkieletu.

– To wiedza z trzeciego kręgu Ksenomanty.

– Ładnie to to nie wygląda ale skoro jest pożyteczne to ujdzie. – skomentowała Miriel.

Kiedy duch skończył swoje zadanie wskazałam ręką właz.

– Proszę, Thar’zittcie, możesz badać.

T’skrangowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Chlupnął do wody i skupił się na otworze. Nie zabawił pod wodą długo.

– Ta ściana, która zamyka niszę to nie żadna ściana, to żywiołak, w dodatku zamknięty czarem. Trzeba to rozproszyć. – wyrzucił z siebie jednym tchem.

– Ale to chcemy tak teraz? Tak już? – dopytywał Bum. – Tak żeby nam Horror tutaj wylazł?

– Chcieliśmy do Horrora. – wtrąciłam. – To możemy przecież tylnym wejściem.

– Rozpraszaj. – poprosiła Miriel.

Thar’zitt wyciszył się, na jego pysku widać było powagę i skupienie. W końcu magia przepłynęła zaś powagę zastąpiło rozczarowanie.

– Nie udało się. – jęknął zasmucony.

– Naucz mnie tego czaru. – poprosiła Miriel. – Jakoś musimy się tam dostać.

Rozsiedliśmy się na brzegu. Bum obserwował czujnie otoczenie, ja delektowałam się bliskością cichej przyrody zaś Miriel i Thar’zitt w skupieniu studiowali zwój z formułą czaru rozpraszającego magię. Minęło może pół godziny, może więcej, zanim Miriel podniosła się i, podobnie jak wcześniej t’skrang, posłała w kierunku żywiołaka strumień magii. Brak efektu powiedział nam równie szybko jak jej mina, że i jej się nie powiodło.

– Co teraz? – spytałam

Magowie popatrzyli po sobie niezadowoleni.

– Została nam już chyba tylko medytacja. – odezwał się niechętnie Thar’zitt. – Później możemy spróbować ponownie.

– Osiem godzin medytacji. – mruknęłam wpatrując się w wodę. – Cóż, jeśli nie ma innego wyjścia to medytujcie. Najwyżej sam do nas przyjdzie.

– A wtedy spuścimy mu manto! – entuzjastycznie zakrzyknął Bum.

– Albo on nam. – szepnęłam sama do siebie szukając wygodniejszej pozycji do siedzenia na czas tych ośmiu godzin medytacji naszych magów.

34 Kolejne pytania i żadnych odpowiedzi

Byliśmy już  gotowi do drogi kiedy zorientowałam się, że Bum wraz z Szafir lecą w kierunku drzew. Natychmiast przywołałam Szafir do siebie. Ważka zawahała się ale stanowczość powtórzonej komendy sprawiła, że wróciła grzecznie nad Śnieżkę, skupiona już tylko na mnie.

– Ale ja tylko chciałem zerknąć… – zaczął się tłumaczyć Bum.

– Nie. – skierowałam Śnieżkę ku Ligos. – Borgil i Hator potrzebują medyka. – ponagliłam wierzchowce.

Bum jeszcze coś mruczał pod nosem ale już nie oponował przeciwko powrotowi.

Do miasta dotarliśmy o zmierzchu. Ku naszemu zdumieniu, tuż przed fortecą, wpadliśmy na Thar’zitta, który, jak się okazało, przybył do miasta w jakichś interesach, przy okazji licząc, że trafi na nas gdzieś na szlaku. Szybko pożegnałam t’skranga i skierowałam się do stajni odprowadzana ożywioną rozmową między Thar’zittem i Durgolem. Już na miejscu ułożyłam Borgila i Hator na posłaniach i kazałam stajennemu posłać po medyka. Muszę przyznać, że sprowadził go błyskawicznie. Starszy mężczyzna dobrze znał się na swojej profesji, profesjonalnie opatrzył tak Borgila jak i Hator i zostawiwszy mi instrukcje dotyczące opieki nad nieszczęsną dwójką, pożegnał się znikając w ciemnościach nocy.

Nie zdążyłam się jeszcze ułożyć do snu gdy do stajni wpadł Bum, był wyraźnie wzburzony ale zamaskował to pytając o stan zdrowia naszych towarzyszy i szybko kładąc się spać. Nie miałam głowy do wnikania w powody zdenerwowania wietrzniaka, wtuliłam się w futerko Hator i szybko zasnęłam ukołysana jej kocim mruczeniem, dziękując Jaspree za to, że nadal mogę czuć jej ciepło i delektować się więzią, która nas łączy.

Rankiem czekała mnie niespodzianka. Bum postanowił poprawić sobie humor egzekwując obietnicę, którą mu kiedyś złożyłam, i udał się na nocne latanie na Szafir. Czym nie omieszkał mi się pochwalić jak tylko otworzyłam oczy.

– Fajnie było? – spytałam nieco roztargniona doglądając chorych.

– Fantastycznie! Jak ona lata! A jak szybko! Mogę to kiedyś powtórzyć?

– Może… Co się wczoraj stało? Wydawałeś się zdenerwowany.

– A bo Thar’zitt chciał olać Smoczycę. Wyobrażasz to sobie? Ja mu mówię, że Smoczyca chora, a on mi na to, że może on sobie w ogóle pójdzie. Jak tak można?

– Hm… Może miał jakiś inny powód żeby tak powiedzieć?

– Coś tam marudził, że go Durgol o szpiegostwo podejrzewa, bo się zjawia i znika niespodziewanie. No ale to nie powód, żeby porzucać Smoczycę prawda?

– Ale w końcu został, tak?

– No… Został. – przyznał niechętnie wietrzniak.

– W takim razie myślę, że można mu wybaczyć.

Skupiłam się na chwilę i poprosiłam Thar’zitta, Miriel i Durgola, w mowie powietrza, żeby wzięli śniadanie i przyszli z nim do stajni, trzeba było ustalić co robimy dalej z tym całym bałaganem.

– Raven wiesz co? – zagaił Bum kiedy go poinformowałam, że śniadanie nam przyniosą. – A mógłby mój znajomy też polatać na Szafir?

– Szafir nie służy do wożenia wszystkich wietrzniaków w okolicy Bum.

– Nie wszystkich. Tylko jeszcze jednego. Wiesz, on od dziecka o tym marzył. Mówił mi to.

– Czemu mnie tego nie powie?

– Bo on się ciebie trochę boi.

– Boi? – popatrzyłam na Buma zdziwiona. – Co to za wietrzniak?

– Xarion.

Moje zdumienie jeszcze wzrosło.

– Sugerujesz, że Xarion się mnie boi???

– Pozwól mu polatać. Będzie nam winien oooooooogromną przysługę.

Dostrzegłam naszą drużynę kierującą się w stronę stajni.

– Dobrze, pozwolę, jak mnie o to sam poprosi. Umie chyba mówić?

– Dzięki! – Bum wystrzelił w powietrze natychmiast ruszając na poszukiwanie Xariona.

– Bum! Ty gdzie? – usłyszałam krzyk Thar’zitta. – Rysunki tych znaków z włazów mi miałeś pokazać!

– Są pod skrzynią. – odkrzyknął wietrzniak i zniknął nam z oczu.

Rozłożyliśmy śniadanie i posilając się próbowałam opowiedzieć Thar’zittowi, w miarę sensownie, wszystko czego doświadczyliśmy w dżungli. Dowiedziałam się przy okazji, że w nocy relację zdawał mu Durgol, więc sporo wysiłku musiałam włożyć w wyprostowanie wszelkich teorii spiskowych przedstawionych przez krasnoluda. Thar’zitt obejrzał też szkice, które zrobił Bum, przedstawiające  znaki magiczne zapisane w przestrzeni przy tajemniczych włazach. Kończyłam właśnie relację kiedy nadleciał Bum z Xarionem. Oszczędzę sobie opisywania tego żenującego zachowania jakie zaprezentował Thar’zitt z Xarionem, którzy szybko znaleźli wspólny język. Czasami odnoszę wrażenie, że przebywam w towarzystwie bardzo rozkapryszonych dzieci, które, w dodatku, ciągle się wściekle kłócą….

Zostawiwszy Borgila i Hator w cytadeli ruszyliśmy ponownie w dżunglę. Postanowiliśmy udać się nad rzekę żeby Thar’zitt mógł obejrzeć sobie zawirowania magii żywiołów na żywo, liczyliśmy, że może on na coś wpadnie po analizie tych dziwnych miejsc.

Pierwszej nocy ostatnią wartę zaniepokoiły dobiegające z dżungli odgłosy. Thar’zitt usłyszał padające drzewo, więc poleciał na zwiad jako sokół. Przyleciał dość szybko informując, że orkowy obóz warowny broni się przed falą konstruktów. Miriel postawiła nas na nogi. Szybko się zebraliśmy i ruszyliśmy w kierunku obozu. Bum poleciał sprintem. Po powrocie oznajmił, że orkowie sobie dobrze radzą w walce, używają taktyki i ukształtowania terenu. Jeden z nich walczy na wierzchowcu, porusza się błyskawicznie, posyłając co jakiś czas płonące strzały. Podjęliśmy natychmiast decyzję żeby wspomóc obóz w walce, tym samym zaskarbiając sobie sympatię dowódcy, co pozwoli nam zbliżyć się do niego i zbadać jego wzorzec.

Niestety kiedy podjechaliśmy bliżej okazało się, że obóz już sobie poradził. Konstrukty zniknęły zaś orkowie wzięli się za palenie trupów. Wykorzystaliśmy sytuację i jawnie ruszyliśmy do obozu. Dowódca był czujny, nie wyszliśmy jeszcze spomiędzy drzew a już zabrzmiało donośne „Stój! Kto idzie?” wykrzyczane w orkowym. Odpowiedziałam w tym samym języku. Wódz przedstawił się jako Sidla, Łucznik szóstego kręgu, wódz połączonych plemion. Po krótkiej rozmowie oznajmił nam, że pod obozem jest kaer, do którego wejścia pilnują. Konstrukty próbują się dostać do środka a orkowie starają się do tego nie dopuścić. Co więcej, szykują się do wejścia do kaeru żeby podjąć walkę z zamkniętym tam horrorem. Może nawet zaufałabym Sidli w czystość jego intencji, ale kiedy próbowałam wejrzeć w jego wzorzec zaczęłam odnosić wrażenie, że nie mogę się skupić, jakby coś rozpraszało moje myśli. Spróbowałam ponownie wykorzystując zdolność Noir do widzenia aury ale efekt był identyczny. Zaniepokoiło mnie to mocno. Zwłaszcza, że zaproponowaliśmy orkowi pomoc w walce z horrorem i zejście do kaeru wraz z nim a wolałabym w takiej sytuacji nie mieć wroga za plecami. Ucięłam więc rozmowę oznajmiając orkowi, że i tak musimy udać się najpierw nad rzekę, bo są tam miejsca, które nas niepokoją a mogą mieć powiązanie z horrorem. Sidla nie miał nic przeciwko. Według niego kolejny atak nie nastąpi tak od razu i możemy mieć kilka dni spokoju. Pożegnaliśmy się szybko oddalając się od obozu na tyle, żeby nie być słyszanymi. Dopiero kiedy upewniłam się, że nikt nas nie śledzi ani nie podsłuchuje zatrzymałam drużynę i opowiedziałam im o swoim wrażeniu podczas badania wzorca. Trochę nas to zdezorientowało. Spotkanie z Sidlą dorzuciło kilka pytań do naszej puli niewiadomych a nie dało ani jednej odpowiedzi. Znów trzeba było podjąć decyzję co dalej…

31 Tłumy w dżungli

jungleKorzystając z chwili spokoju w podróży postanowiłam porobić notatki na temat spotkanych wcześniej konstruktów. Jadąc na Śnieżce skupiłam się tylko na tym, dlatego podskoczyłam nerwowo gdy Noir zakrakał mi tuż nad głową informując o krwi i orkach. Przyspieszyliśmy nieco, dość szybko dorównując do robiącego zwiad Borgila. Ork wyszedł na drogę z okolicznych krzaków i oznajmił, że jakieś trzy godziny temu spora grupa Dawców Imion przetrząsała okolicę jakby czegoś szukali. Borgil znalazł też krople krwi oddalające się w głąb dżungli, pokrywające się ze śladem jednego Dawcy Imion, ciągnącego za sobą drugiego. Oczywiście wszyscy uparli się, że trzeba podążyć za tym śladem, ale żeby to zrobić musieliśmy się rozdzielić, nie sposób było iść przez zarośla z końmi. Nie podobał mi się ten pomysł. Zbyt nonszalancko zachowują się w miejscu pełnym konstruktów. Jednak Miriel podjęła decyzję, że trzeba znaleźć uciekającą dwójkę. Borgil, Bum, Furia i Szafir ruszyli więc w dżunglę a reszta została pilnować wierzchowców.

Po niedługim czasie Bum poinformował nas w mowie powietrza, że Furia odkryła zamaskowane siedlisko dwóch orków. A raczej orka i trupa. Choć kilka minut później okazało się, że trup nie jest jednak trupem i panowie postanowili przyprowadzić do nas uciekinierów. Pojawili się kilkanaście minut później. Jeden ork, starszy, szedł o własnych siłach, choć wyglądał na bardzo wycieńczonego, natomiast drugiego, nieprzytomnego, niósł Borgil. Miriel natychmiast zajęła się leczeniem rannych, podczas gdy Borgil referował nam przebieg rozmowy z Bornem, Zwiadowcą czwartego Kręgu. Panowie należeli do nomadów Czarne Strzały, mieszkających na drodze do Ligos. Od razu na wstępie ostrzegli Borgila przed swoimi pobratymcami, którzy dziwnie się zachowują. Born opowiedział, że kilka miesięcy temu do ich plemienia przybył młody ork, Adept Łucznik, niskokręgowy, wyzwał ich wodza na pojedynek i rozbił go w pył. Następnie poprowadził Czarne strzały na sąsiednie obozowisko, Twardorękich, i z ich wodzem zrobił dokładnie to samo. Żeby tego było mało oba plemiona poprowadził do kaeru twierdząc, że jest tam wielka moc. Nasi ranni sprzeciwili się wodzowi i dlatego musieli uciekać przed swoimi braćmi. Spytany o kaer, Born oznajmił, że jest w stanie nam wskazać jego położenie.

– Będę wodzem plemienia! – oznajmił Borgil po zakończonej opowieści.

– Kiedyś na pewno. – rzucił Bum.

– Będę teraz. Wyzwę tego wodza na pojedynek.

– To nie jest dobry pomysł Borgil. – zaprotestowałam.

– Bo…? Uważasz, że go nie pokonam?

– Uważam, że może być naznaczony przez Horrora. Jeśli tak jest to go nie pokonasz. Zginiesz i nic nie osiągniemy.

– No to trzeba to sprawdzić.

– Jak? Nie zbliżymy się do niego na tyle, żeby go obejrzeć. – zamyśliłam się.

– Ty! Born! – zwrócił się Borgil do naszego nowego towarzysza. – A jak oni traktują tam u was posłańców? Może by się podać za wysłanych z Ligos to go sobie wtedy obejrzymy…

– Stare przymierze między Czarnymi Strzałami a Ligos zawierał poprzedni wódz. Nie wiem jak by zareagowali. A nawet jak się tam dostaniecie i się okaże, że wódz jest naznaczony, to reszta plemienia was nie posłucha. Prędzej was zabiją niż uwierzą. Jedynie orkowy Szaman może mieć posłuch w plemieniu.

– Szaman to nie problem. – wtrącił się Bum. – Raven się przebierze, może się przecież narysować i zna magię.

– Dobry pomysł. – poparłam wietrzniaka.

– Więcej nic dla nich nie zrobię. – Miriel odeszła od leżącego orka i podeszła do nas. – Musi odpocząć. Powoli dojdą do siebie. – zwróciła się do Borna. – Daleko jest jeszcze do waszej wioski?

– Ze dwie godziny.

– To ruszmy się stąd. Może uda nam się ją obejrzeć chociaż z zewnątrz.

Ponagleni przez Miriel podjęliśmy przerwany marsz. Borgil, tradycyjnie, zajął miejsce z przodu, wraz z Bumem nad głową, Noir i Furią. Reszta drużyny poruszała się dużo wolniej za nimi. Faktycznie nie minęły dwie godziny, kiedy pojawił się Noir.

– Wioska! Pusta! – zakrakał.

– Borgil znalazł wioskę? – dopytałam.

– Tak.

– Był w niej?

– Nie.

– To skąd wiesz, że jest pusta?

Chwila przedłużającej się ciszy sprawiła, że przyjrzałam się Noir dokładniej.

– Bo jestem kruk zwiadowca. – zakrakał wreszcie i poleciał w kierunku Borgila.

Popędziliśmy konie. Borgila znaleźliśmy kilkaset metrów dalej, stojącego na rozwidleniu dróg. Po lewej stronie dostrzegliśmy ścieżkę prowadzącą gdzieś w dżunglę, zapewne do wspomnianej wioski. Borgil zrobił zwiad i potwierdził wcześniejsze słowa Noir, że wioska jest pusta.

– Co nie oznacza, że nie mają patroli. – podsumowała Miriel. – Nie możemy tak tutaj stać.

– Znajdźmy jakieś w miarę bezpieczne miejsce, żebyśmy my widzieli ich a oni nas nie. – zaproponował Salazar.

– O stary! To pod wodą! – zgasił go Borgil.

Elfce udało się jednak okiełznać drużynę i wreszcie osiedliśmy w pewnym oddaleniu od ścieżki, rozkładając na noc obóz z dala od miejsc patrolowych, które wskazał nam Born. Gdy już usiedliśmy spokojnie a warty zostały rozdysponowane zwróciłam się z prośbą do Borgila.

– Borgil, mów do mnie po orkowemu.

– Co mam mówić?

– Cokolwiek. Po prostu gadaj.

Borgil wzruszył ramionami i zaczął mówić. Skupiłam się na nowym, nieznanym, języku. Powoli zaczęłam rozróżniać słowa, zdania. W końcu odezwałam się płynnym orczym.

– Dziękuję. Już wystarczy.

Borgil patrzył na mnie przez chwilę zdumiony.

– To ci przejdzie, czy już tak zostanie?

– Zostanie. Nauczyłam się właśnie orkowego i już będę rozumiała twój język.

– Ale ty jesteś mądra…

– Tylko się nie zakochaj.

-Wszystko cudnie się układa. – usłyszałam nad głową zadowolony głos Buma.

– Co się układa? – spytałam zaciekawiona.

– Nic. Nic.

Szeroki uśmiech wietrzniaka wyraźnie jednak świadczył, że jego mózg pracuje na przyspieszonych obrotach i nieco się obawiałam co on znowu knuje.

Pierwsza warta, Miriel i Salazara, została zaniepokojona patrolem orkowym. Orkowie przyszli w pobliże, posiedzieli chwilę i ruszyli w drogę powrotną. Miriel poprosiła Noir, żeby ich śledził a kiedy kruk wrócił odebrała od niego raport i zakazała mówić Raven o nocnym zwiadzie. Kiedy nadszedł czas drugiej warty obudzili Buma i Durgola, przekazali informację o zwiadzie i poszli spać. Ale kiedy orkowie pojawili się po raz kolejny Bum budzi Borgila, pokazuje mu patrol i proponuje żeby go śledził. Patrol się jednak orientuje, że coś jest nie tak, więc Bum każe Durgolowi budzić wszystkich a sam leci pomóc Borgilowi odciągnąć uwagę patrolu od obozu.

Zostałam obudzona dość gwałtownie w środku nocy. Durgol powiedział o patrolu orkowym, który prawie odkrył nasz obóz. Szczęściem działania Borgila i Buma sprawiły, że orkowie uciekli nie sprawdzając, co ich zaniepokoiło. Na wszelki wypadek gdyby mieli wrócić postanowiliśmy zmienić miejsce obozowania. Za zgodą Miriel Bum został obserwować wioskę, na wypadek, gdyby orkowie wrócili.

Rankiem przyleciał zawiedziony Bum i oznajmił, że nic się nie działo. Kolejna burzliwa dyskusja do niczego nas nie doprowadziła. W tej podróży przez dżunglę mamy same niewiadome i masę pytań. Postanowiliśmy dozbroić naszych uciekinierów i wysłać ich do Ligos zaś sami chcieliśmy zbadać okolice wioski i spróbować dostać się do kaeru, a przynajmniej w jego pobliże. Przy okazji okazało się, że Born jest w posiadaniu niezwykłej trollowej szabli, pochodzącej z Gór Grzmotu. Stal, z której ją wykonano została wzmocniona żywiołem ziemi, nie rdzewieje i nie trzeba jej ostrzyć. Dodatkowo szabla jest niezwykle ciężka i trwała, dzięki czemu można jej używać jako łamacza broni. Durgol zaproponował, żeby Born oddał ją Borgilowi w ramach podziękowania za uratowanie życia, co ork przyjął z dużym entuzjazmem, bo sam nie miał pomysłu jak mógłby się odwdzięczyć. W ramach wymiany panowie dostali zaś łuki i sztylety, żeby mogli się bronić jakby ich coś napadło w drodze. Wreszcie rozstaliśmy się. Orkowie zniknęli między drzewami a my ruszyliśmy w kierunku domniemanego umiejscowienia kaeru.

Jadąc powoli na Śnieżce dostrzegłam niezwykłą rzecz. Bum podleciał do jedzącej resztki śniadania Hator i ją pogłaskał! W dodatku mój mały zabójca kompletnie na to nie zareagował. Co się dzieje z tym kotem? Zaniepokoiłam się. Noir za śliwki da się przekupić każdemu a zabójczy krojen pozwala się głaskać przy jedzeniu i nawet nie warknie. Władca Zwierząt traci kontrolę nad swoimi podopiecznymi. Równie to frustrujące jak i niebezpieczne. To jakby wietrzniak stracił zdolność lotu… Nie mogłam na to pozwolić. Zbyt wiele kosztuje mnie nawiązywanie więzi ze zwierzętami, żeby tak zwyczajnie ją zaprzepaścić. Przywołałam Noir i Szafir na ramię a Hator do Śnieżki. Kiedy Bum podleciał i wyciągnął w stronę kotki kawałek mięsa rzuciłam tylko krótkie „Nie!”. Hator zawahała się i to wahanie kotki upewniło mnie w decyzji, że muszę lepiej panować nad swoimi zwierzętami. Wyczuła chyba moje zdecydowanie, bo odwróciła łeb i ruszyła grzecznie truchtem przy Śnieżce. Pochwaliłam ją i podrzuciłam kawałek mięsiwa. Czas przywrócić równowagę między zwierzętami a ich opiekunem. Dobrze, że chociaż z Łuską nikt się nie próbuje zaprzyjaźnić, to zdecydowanie mogłoby się skończyć śmiercią.

Bum parsknął niezadowolony i poleciał do przodu jakby go coś goniło. Nie rozumiałam dlaczego się tak ofukał ale skupiona na zwierzakach szybko wyrzuciłam ten incydent z myśli. Jak się później okazało niesłusznie.

Mniej więcej w połowie dnia Bum podleciał do Miriel i oznajmił, że dostrzegł z góry dziwną warownię stworzoną przez orków. Obóz wygląda na doskonale obwarowany, jakby krasnoludzki inżynier powiedział orkom co mają budować i w jaki sposób. Mieszkańcy są bardzo czujni i dobrze uzbrojeni. Dodatkowo po okolicy chodzą uzbrojone patrole. Długo dyskutowaliśmy co w tej sytuacji powinniśmy zrobić.

– Słuchajcie. – wtrąciłam się w pewnej chwili do rozmowy bo coś mi przyszło do głowy kiedy słuchałam ich dywagacji nad porwaniem patrolu i przeniknięciem do środka warowni. – Gdybym wiedziała jakimi ścieżkami chodzą patrole mogłabym wykorzystać Hator żeby ich podsłuchać.

– Czy to nie jest dla niej niebezpieczne? – spytała Miriel.

– To jest dżungla, naturalne środowisko krojenów. Każdy mieszkaniec dżungli je kojarzy i wie, że chodzą stadami, dlatego nikt ich nie atakuje.

– No dobrze. To tak zróbmy, może uda się coś usłyszeć. – zgodziła się Miriel.

– Bum. – zwróciłam się do wietrzniaka. – Powiedz gdzie dokładnie przechodzi najbliższy patrol.

– Ktoś coś mówił? – zignorował mnie wietrzniak.

Westchnęłam poirytowana.

– Miriel, czy możesz spytać Buma, gdzie jest patrol? – zwróciłam się do elfki.

Dopiero kiedy ona zadała pytanie wietrzniak łaskawie udzielił odpowiedzi. Naprawdę nie mam cierpliwości do Dawców Imion.

Zwiad przyniósł kolejne pytania. Dwa zdania mnie zaciekawiły. Wypowiedziane z troską „Ciekawe, czy oni jeszcze żyją” oraz „Czy słyszałeś, kiedy padnie rozkaz szturmu?” Po tych rewelacjach uznaliśmy, że jednak trzeba iść najpierw do Ligos i zebrać więcej informacji na temat okolicy. Nawet jeśli niczego się nie dowiemy nie będziemy żałować, że nie próbowaliśmy.

Zostawiliśmy za sobą warownię i ruszyliśmy już prostą drogą do miasta. Bum postanowił znowu wyprowadzić z równowagi tak mnie, jak i Hator, idąc krok w krok za kocicą i nawet machając tym swoim smoczym ogonem w sposób naśladujący ruchy ogona krojena.

– Bum, igrasz z krojenem. – ostrzegłam. – To się źle skończy…

Wietrzniak zignorował mnie totalnie a Hator zaczęła się nerwowo oglądać za siebie, nie rozumiejąc co się dzieje. Widząc, że nie trafię do Buma w żaden sensowny sposób kazałam kotce wskoczyć na łęk siodła.

– Możecie się uspokoić?! – krzyknęła w naszą stronę Miriel.

– Ale ja nic nie… – zaczęłam.

– Nie obchodzi mnie kto jest winny! Macie się natychmiast uspokoić.

– Aha… – mruknęłam tylko darowując sobie dalsze próby wytłumaczenia szefowej zaistniałej sytuacji.

Wycofałam się nieco na tył drużyny i zagłębiłam we własnych myślach. Szkoda mi było energii na kompletnie niezrozumiałą przeze mnie sytuację. Swoją drogą elfy mają ciekawe podejście do konfliktów i ich rozwiązywania. Krzyczą po równo na wszystkich niezależnie od tego, kto zawinił. Ciekawe, czy to się sprawdza u elfów. W mojej rodzinnej wsi zawsze Starszy dociekał do źródła danego konfliktu, próbował zrozumieć obie strony i załagodzić spór. Może dlatego ludzie i t’skrangi tak dobrze się dogadują a elfy siedzą zamknięte w swojej Puszczy. Przeciętnemu Dawcy Imion ciężko zrozumieć ich pokrętną filozofię.

Niestety licząc na spokojną noc, chociaż jedną w tym miejscu, znów się przeliczyliśmy. Najpierw wzbudził naszą czujność głuchy pogłos, jakby przewróciło się potężne drzewo, nieco później daleki tętent kazał się domyślać przebieżki dajrów przez dżunglę ale następujący po nim odgłos wybuchu, przypominający działo ogniste albo wybuch żywiołu zdecydowanie poderwał nas na nogi i zaniepokoił.

Bum poleciał na zwiad. Wrócił błyskawicznie, łapiąc nas już na wierzchowcach w drodze na miejsce hałasu i oznajmił, że ktoś morduje dajry. Grupa niskich orków rzuca włóczniami w konstrukty a jakaś malutka postać miota kulami ognia. Borgil rzucił, że chyba wie kto to i trzeba im pomóc. Ponoć miało to nam zapewnić przychylność władcy Ligos, niejakiego Margara, który okazał się być znajomym Borgila. Ork, niewiele myśląc, złapał Miriel, przerzucił ją do siebie na siodło i pognał w stronę, widocznego już, ognia. Chwyciłam wodze Grandy, na której został spanikowany tym faktem Durgol, i pognałam konia za Kawalerzystą, prosto w korytarz wydeptany przez dajry, teraz płonący niemal na całej długości.

Widziałam jak Miriel rzuca kryształowe pociski w nadbiegającego dajra, ale nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Bum cisnął włócznią, trafiając konstrukt w nogę, co spowodowało jego upadek. Niestety znalazł się na kolizyjnym z Borgilem i przez chwilę miałam wrażenie, że pędząca masa zmiecie Borgila i Miriel, ale Kawalerzysta zręcznie wymanewrował wierzchowca, w ostatniej chwili uskakując w bok i cudem utrzymując przed sobą elfkę. Nie zrażony dajr podniósł się, odwrócił i zaszarżował na orka. Zatrzymałam Śnieżkę, wyciągnęłam rękę i krzyknęłam „Stój!” Zwierzę zamarło. Wryło się nogami w ziemię. Ten moment wykorzystał Salazar, jednym, precyzyjnym cięciem pozbawiając dajra kilku par szypułkowych oczu.

Gdzieś za plecami usłyszałam tętent kopyt. Ktoś krzyknął „Ja chcieć świnia!” Dobiegło mnie chrumkanie i przerażone kwiczenie. Spomiędzy drzew wynurzyła się najdziwniejsza postać jaką do tej pory miałam okazję widzieć. Czarnoskóry człowiek, wzrostu niewiele ponad metr, o skórze pokrytej tatuażami, poobwieszany paciorkami i śmierdzący tak intensywnie, że od razu miałam ochotę kichnąć. Za sobą ciągnął na sznurku trzy świnie. Przerażone świnie.

Przed oczami śmignęła mi włócznia. Bum trafił prosto w kręgosłup dajra. Zwierzę zawyło i zwaliło się na ziemię uwalniając trujący gaz, który błyskawicznie zaczął się zajmować ogniem. Ogromne cielsko płonęło paląc się smrodliwym dymem.

Odetchnęliśmy z ulgą.

Dziwaczny człowieczek okazał się być znany Borgilowi. Przedstawił się jako Mogaba, Szaman ósmego kręgu i wykazał całkiem niezłymi manierami, całując Miriel po rękach. Chciał nawet poczęstować Hator świnką wyjaśniając, że ma taki fajny przedmiot, który jak powie „Ja chcieć świnia!” to daje mu świnia i to sztuk trzy. W międzyczasie udało mu się wyjaśnić nam, że Margar go wysłał bić dajry i koniecznie musimy się do szanownego władcy Ligos udać a on chętnie zaprowadzi. Miałam tylko nadzieję, że będziemy szli z wiatrem, inaczej podążanie za naszym nowym przewodnikiem będzie bardzo ciężkie…

Bumowi udało się jeszcze namówić, podstępem, Mogabę żeby sprowadził deszcz, który zaczął gasić dżunglę i byliśmy gotowi wreszcie dotrzeć do sławnego Ligos. Może chociaż tam będzie nieco spokojniej niż w tej strasznie zatłoczonej dżungli.

30 Na ratunek Smoczycy – ku Ligos

Minęło południe gdy drużyna była w stanie zebrać się i w miarę jasno myśleć. Przed imprezą udało się Miriel i Durgolowi dowiedzieć, że dawne Lagos to obecne Ligos nad rzeką Lagos. Osada szybko się rozwija a dominującą rasą w niej są orkowie, którzy niegdyś stoczyli tam walkę z Horrorem i jego konstruktami. Dodatkowo udało im się ustalić, że eliksir, którego szukamy, wzmacnia siły witalne, ale także ma duże skutki uboczne. Ponoć mag, który go stworzył użył do niego dziwnych składników spoza Barsawii. Ze swojej wycieczki wrócił bardzo odmieniony i błyskawicznie narobił sobie wrogów. Ukrył artefakty i słuch o nim zaginął.

Zdecydowaliśmy, że trzeba jeszcze popytać o samo miasteczko, więc Borgil i Salazar poszli dowiedzieć się czegoś o Ligos.

Plotek udało im się zdobyć całkiem dużo. Usłyszeli o dwóch katastrofach statków powietrznych, które zbliżały się do miasteczka, o znikających osadach orkowych nomadów, o znalezionym w pobliskich górach orichalku a nawet o atakujących podróżnych orkach, małpach, jehuthrach i innych niebezpiecznych istotach. Nie odnaleziono jednak żadnego kaeru w okolicy, co było nieco niepokojące zważywszy na fakt, że jeśli gdzieś mieliśmy znaleźć jakieś artefakty to właśnie w kaerze.

Salazar znalazł statek, którym mogliśmy się zabrać, więc niezwłocznie wyruszyliśmy do Ligos. Podróż w okolice miasteczka trwała trzy dni. Zajęłam się szkoleniem zwierzaków, zwłaszcza małej Furii, najwyższy czas, żeby zaczęła opanowywać podstawowe komendy.

Podróż mijała spokojnie i leniwie. Panowie nieco pomagali przy obsłudze statku zaś ja i Miriel odpoczywałyśmy. Zbyt wiele się ostatnio działo, żeby na siłę szukać sobie zajęcia. Miałam przeczucie, że wkrótce znów będziemy mieli pełne ręce roboty.

Trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiej wioski rybackiej. Dalej trzeba było iść piechotą przez dżunglę lub przesiąść się do malutkich łodzi, do których zdecydowanie byśmy się nie zmieścili. Borgil postanowił nieco podrążyć temat katastrof statków i znikających wiosek, i zanim się obejrzeliśmy załatwił nam robotę. Okazało się bowiem, że kupcy z Ligos, których statki nie dotarły do miasta, poszukiwali najemników żeby je odnaleźli. Niestety grupa, która przyszła skuszona łatwym zarobkiem chciała zbyt wygórowaną cenę za swoje usługi, więc Borgil ochoczo oznajmił, że zrobimy to za połowę tej ceny… Dobrze, że chociaż nie za darmo. Ustalił także, że dwie osady nomadów, które zniknęły bez śladu, to Czarne Strzały obozujące między lasem a Ligos, jakiś dzień drogi od miasteczka oraz Twardoręcy, których siedziby znajdowały się pomiędzy wzgórzami a lasem, trzy dni drogi od miasta.

Bogatsi o wiedzę i zlecenie na pracę wybraliśmy drogę traktem przez dżunglę. Nie minęła godzina gdy opuściliśmy savannę zagłębiając się pod baldachim drzew barwnej dżungli. Znów poczułam się jak w domu a i zwierzęta wyraźnie się ożywiły. Nawet Furia biegała radośnie pomiędzy mną a Borgilem, węsząc, nasłuchując i przysiadając co chwilę, zaaferowana nowymi zapachami i odgłosami. Borgil wysforował się naprzód wraz z Noir a Salazar latał na lianach w okolicy szlaku.

Po kilku kwadransach podleciał do mnie Noir i oznajmił:

– Raven chodź. Borgil znalazł fuj!

– Co znalazł? – spytałam wskakując na Śnieżkę żeby było szybciej.

– Fuj!

– Bardzo dokładny opis znaleziska. – mruknęłam.

Ruszyłam za Noir. Kilkadziesiąt metrów dalej kruk skręcił między drzewa. Zeskoczyłam z klaczy i weszłam za nim. Borgil stał pod drzewem przyglądając się czemuś na pniu a Furia niuchała wokoło powarkując od czasu do czasu.

– Co to jest fuj? – spytałam przyglądając się okolicy.

– A o! Jakaś maź tam. – wskazał palcem koronę drzewa. – Furia wyczuła. – dodał z dumą.

Nie trudno było tego nie wyczuć, bo dziwny zapach żywicy zmieszanej z odchodami i swądem rozkładającego się ciała wisiał w powietrzu drażniąc nozdrza. Przyjrzałam się wskazanemu przez Borgila miejscu. Bez trudu dostrzegłam dziwną substancję oblepiającą gruby konar. Od razu nasuwało mi się skojarzenie z kokonem. Pobieżna analiza uświadomiła mi, że to faktycznie miało coś wspólnego z kokonem, w środku dojrzewał konstrukt horrora. Na moje oko jakieś pięć, może sześć dni temu stworzenie się wykluło. Postanowiliśmy zostawić znalezisko w spokoju i iść dalej, zwiększając ostrożność. Zwłaszcza, że Miriel obejrzała przestrzeń astralną i nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Wszystkie żywioły kłębiły się w jednym miejscu, jakby ktoś próbował nimi coś zakryć. Źródłem tej magii wydawała się rzeka.

Ruszyliśmy dalej starając się zachowywać cicho. Po mniej więcej godzinie drogi Furia znów coś wyczuła. Gdy dołączyliśmy do Borgila i Buma zastaliśmy ich gapiących się na potężny kokon. Wewnątrz dostrzegliśmy pęcherze powietrza i coś się poruszyło.

– Nie dotykajcie tego przypadkiem. – ostrzegłam widząc zaciekawienie w oczach wietrzniaka.

Nie zbliżając się do kokonu spróbowałam wejrzeć głębiej. To, co odkryłam nie spodobało mi się. Wewnątrz znajdował się dajr. Ale nie zwykłe, łagodne zwierzę tylko dziwnie zmodyfikowana istota. Wielkie zęby, powyginane dziwacznie rogi, wypustki plujące trującym gazem.

– Kreator. – szepnęłam zafascynowana budową istoty.

– Co tam mruczysz pod nosem? – odezwał się Borgil, najwyraźniej zniecierpliwiony bezczynnością.

– Kreator. – powtórzyłam głośniej. – To taki Horror, który przekształca istoty w konstrukty. Zmienia materię ożywioną. Ciekawy okaz. Ma dużo interesujących umiejętności. No i żywi się magią, na przykład taką emitowaną przez artefakty.

– Czyli jednak ta fiolka może gdzieś tutaj być. – wtrąciła Miriel. – Albo przyciągnęła go ta dziwna kopuła z żywiołów.

– Zakładam, że wkrótce się dowiemy. – rozejrzałam się czujnie. – Na moje oko powinniśmy sobie stąd pójść bo to coś może się wykluć lada chwila.

– Zabijmy to! – zaprotestował Borgil. – Lepiej nie zostawiać za plecami.

– A jak chcesz to zabić? – dopytałam zaciekawiona.

– Ogniem? – zaproponował Bum.

– Mamy jedną szansę. – uświadomiłam im. – To jest gotowe do wyjścia. Jeśli atak się nie uda uwolni się a wtedy wszyscy zginiemy w chmurze trującego gazu. Jeszcze, nie daj Pasje, niech się ten gaz zapali to już w ogóle będzie masakra.

– Ja bym spróbował. – wtrącił Salazar. – Może się uda. Sama mówisz, że to konstrukt, nie można pozwolić żeby coś takiego latało po dżungli.

– Owszem, nie można. – zgodziłam się. – Dlatego trzeba znaleźć jego twórcę i go zabić. Wtedy nie będzie latało.

Zapadła krępująca cisza. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że drużyna patrzy na mnie jak na szaleńca.

– Słyszycie to? – przerwała ciszę Miriel.

Przez chwilę nasłuchiwaliśmy. W oddali niósł się, cichy jeszcze, tętent czegoś dużego. Zbliżał się.

– Wycofujemy się. – zaordynowałam i ruszyłam na szlak. – To pewnie jego kumple.

Szybko wyszliśmy na szlak i ruszyliśmy w odwrotną stronę niż narastający hałas. W pewnej chwili coś przyszło mi do głowy.

– Schowajcie się w dżungli. W gęstwinie. Zaraz do Was dołączę. – rzuciłam.

– Nie ma mowy! – zaoponowała Miriel.

– Nic mi nie będzie. Chcę coś sprawdzić. Nie zobaczą mnie.

– Pójdę z nią. – dodał Salazar.

– Ja spadam. – wtrącił się Durgol. – Jak chce się zabijać niech robi to sama.

– Idźcie. – ponagliłam, i ruszyłam z powrotem w kierunku zbliżających się zwierząt czując za plecami Salazara.

Upewniłam się, że drużyna zniknęła w dżungli, zidentyfikowałam miejsce, w którym znaleźliśmy kokon, znalazłam kamyk i utkałam zaklęcie. Otoczyła mnie aksamitna kula ciemności. Zamachnęłam się i posłałam ją, wraz z kamieniem na który ją rzuciłam, daleko przed siebie na drogę.

– Chowamy się. – popchnęłam Salazara w krzaki, skąd obserwowaliśmy otoczenie.

Po kilku minutach na trakcie pojawiło się stado dajrów podobnych do tego z kokonu. Zwierzęta wyraźnie miały przewodnika stada, więc zachowały chociaż tą cechę. Przewodnik zatrzymał się gwałtownie na widok kuli ciemności. Fukając i węsząc zbliżył się do niej. Obwąchał podejrzliwie po czym rozejrzał się po okolicy. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. Potrząsnął łbem, prychnął i otoczyła go chmura gazu. Na nasze szczęście wiatr wiał w inną stronę. Gdyby nas dosięgnęła mogłoby być nieciekawie.

Po zatruciu okolicy przewodnik porzucił dalsze zainteresowanie kulą i ruszył między drzewa. Nie minęło wiele czasu gdy stado znów wyszło na trakt, powiększone o kolejnego osobnika, po czym wróciło tam, skąd przyszło.

– Ech… – westchnęłam. – Czyli ciemnością się nie ukryjemy a każdą podejrzaną rzecz będą traktować gazem niezależnie czy się rusza czy nie. Wracajmy do reszty.

Ustaliliśmy, że przenocujemy w dżungli. Bum odkrył z góry miejsca stratowane przez dajry, ich ścieżki patrolowe. Ukryliśmy się więc niedaleko takiej ścieżki, wystawiliśmy warty i część położyła się spać.

Wartowałam z Salazarem. Postanowiłam obejść obóz żeby się upewnić, że nie weszliśmy na teren jakiegoś zwierzęcia. Powiedziałam Salazarowi, żeby miał się na baczności bo idę na zwiad i ruszyłam w dżunglę.

Nie odeszłam daleko gdy je dostrzegłam. Znajome ślady w miękkim poszyciu. Krojeny. Kątem oka zarejestrowałam ruch. Czarny kształt przesuwał się pomiędzy krzakami. Bez trudu rozpoznałam Hator, która bez wahania podążała za tropem. Ruszyłam za kotką w pewnym oddaleniu. Nie wiem jak daleko odeszłyśmy zanim je wyczułam a później zobaczyłam. Kilka pięknych krojenów dość nieufnie przyjęło moją towarzyszkę. Widziałam jak dominujący samiec zbliża się do niej z pochylonym łbem. Chyba jednak czar Hator zadziałał bo spotkanie przyjęło obrót, którego się spodziewałam od samego początku…

Wróciłyśmy do obozu razem. Dużo, dużo później. Uśmiechałam się z zadowoleniem. Kto wie, może niedługo będę mamą kilku małych krojenków.

– Gdzieś ty była?! – wyrwał mnie z zamyślenia głos Salazara.

– Mówiłam ci, robiłam zwiad.

– Tyle czasu?! Sama w dżungli pełnej konstruktów?!

– Nie sama. Z Hator. – pogładziłam futerko mojej, wyraźnie zadowolonej, kotki.

– Ale… A zresztą… – Salazar machnął ręką zrezygnowany. – Wszystko w porządku? – spytał jeszcze.

– W jak najlepszym.

Rankiem obudził nas Bum, dość gwałtownie. Przez stratowany pas dżungli szły dajry. Poczekaliśmy aż przejdą, niemalże wstrzymując oddech i zaczęliśmy zbierać obóz. Czas naglił. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do miasteczka.

29 Dom Trzcin

Na statku Borgil poclago_di_corbara_1hwalił nam się swoim nowym nabytkiem, małą, puchatą, słodką psią kuleczką, którą nazwał Furia. Ciekawa jestem jaki będzie efekt wychowania tego słodziaka przez orka. Na wszelki wypadek postanowiłam się z psiakiem nieco pobawić i zaprzyjaźnić, w razie problemów wychowawczych będę mogła interweniować, wolałabym żeby psina nie upodobniła się do swojego nowego właściciela z charakteru, dość już raptusów w drużynie.

Minęliśmy już większość dżungli Serwos, gdy Salazar odszukał nas na pokładzie i poinformował, że według niego statek za bardzo skręca w kierunku Domu K’tenshin. Natychmiast nabrałam złych podejrzeń.

– Ciekawe dlaczego odbijamy w kierunku K’tenshin. – odezwałam się głośno odwracając się w stronę Buma, który już, cichaczem, próbował zniknąć nam z oczu. – Bum?

– Taaaaaaak? – wietrzniak wyglądał na zmieszanego.

– Czemu lecimy do K’tenshin?

– A… No bo wiesz… Czasem są te… no… prądy takie różne i trzeba troszkę zboczyć z kursu.

– Prądy prądami a my odbijamy zdecydowanie za bardzo, według Salazara, więc lepiej nam to wyjaśnij.

– Oj… – Bum zaczął się wiercić nerwowo. – No bo Auryk powiedział, że jak on już tę flotę zebrał i jej obiecał wyprawę wojenną to się tak zupełnie bez wojny obejść nie może…

– Czy ty sugerujesz, że oni chcą ostrzelać Dom K’tenshin?!

– Ale obiecał, że nie będzie ofiar w niewinnych Dawcach Imion! – zapewnił błyskawicznie wietrzniak. – A tam przecież wstrętni Theranie mieszkają.

– Nie tylko Theranie, na Pasje! I jak on, niby, chce odróżnić, z góry, dobrego Dawcę Imion od złego?

– Nie wiem, ale chyba umie, nie? Obiecał przecież.

– Trzeba ich powstrzymać. – wtrąciła się Miriel. – Idę do Auryka! – podniosła się gwałtownie i ruszyła na poszukiwania dowódcy.

Bojąc się wyniku tej rozmowy wszyscy poszliśmy za Miriel.

Auryka znaleźliśmy na dziobie. Humor wyraźnie mu dopisywał, troll był uśmiechnięty od ucha do ucha i nawet podśpiewywał coś pod nosem. Już samo to, że uśmiechnął się do Miriel, kiedy się do niego odezwała, świadczyło o tym, że liczy na solidną bitwę. Zapytany wprost, radośnie oznajmił, że tak, zamierzają napaść na Dom K’tenshin, i żadne argumenty że są tam niewinni Dawcy Imion nie trafiały do Powietrznego Łupieżcy. W pierwszej chwili, podobnie jak reszta drużyny, próbowałam przemówić mu do rozsądku. A później wpadłam na inny pomysł.

– Obiecałeś Bumowi, że nie zginą niewinni. – odezwałam się. – Jak chcesz ich odróżnić od therańczyków? No chyba, że… – zawiesiłam głos upewniając się, że uwaga trolla skupi się na moich słowach. – Zaatakujesz obiekt militarny a nie mieszkalny.

Złapałam naganne spojrzenie Miriel, ale nie zamierzałam zrezygnować z pomysłu, który przyszedł mi do głowy.

– Byłaś w K’tenshin? Znasz to miasto? – Auryk przyjrzał mi się uważnie i z zaciekawieniem.

– Nie, ale znam je z opowieści. Jedynym otwartym obiektem wojskowym, gdzie nie powinno być cywilnych Dawców Imion jest k’tenshińska Szkoła Wojny. Szkolą się tam najlepsi Adepci i wojownicy.

– Wiem gdzie to jest! – wtrącił się Bum. – Narysuję wam mapę.

– Hm… – troll zastanowił się chwilę. – Warto to rozważyć.

– Ostrzelanie miasta przyniesie wam więcej szkody niż pożytku. – kontynuowałam. – Natomiast jeśli zaatakujecie samą szkołę możesz liczyć na walkę z najlepszymi żołnierzami Domu K’tenshin. Taka bitwa przyniesie wam honor, w odróżnieniu od mordowania kobiet i dzieci.

– Masz rację! – ucieszył się Auryk. – W takim razie robimy abordaż!

– Wspaniale. – potaknęłam. – A możesz nas tutaj wysadzić?

Spojrzał na mnie zdezorientowany, po czym zwrócił się do Buma.

– No jak to? Bum Złotoskrzydły nie stanie z nami do tak wspaniałej bitwy?

– Wiesz Auryk, ja to bym chciał, ale obiecałem, że dowiozę ich bezpiecznie do V’strimon a beze mnie to oni sobie nie poradzą.

Troll pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Dobrze, to dam wam swój najmniejszy drakkar, z minimalną załogą, który was zawiezie do Domu V’strimon.

– A będę mógł nim dowodzić? – oczy Buma rozbłysły. – Tylko chwilkę.

– Niech będzie. – zgodził się Auryk.

Tak trafiliśmy na mały drakkar, żegnając się z trollami życzeniami wspaniałej bitwy.

Pod dowództwem Buma odbiliśmy na północ, żeby podlecieć do V’strimon z innej strony niż K’tenshin, na wszelki wypadek, gdyby wieści o napadzie dotarły do Domu Trzcin podczas naszej obecności i pozwoliły mieszkańcom połączyć nasz transport z flotą atakującą sąsiedni Dom.

Po, niedługim już, locie i krótkim spacerze lądem, w akompaniamencie utyskiwań Durgola, że miały być wakacje a zamiast lecieć prosto to kluczymy, latamy naokoło i jeszcze na piechotę, naszym oczom ukazało się chyba najpiękniejsze z t’skrandzkich miast. Z przyjemnością podziwiałam rodzinne miasto mojego mentora i nauczyciela Trassisa Złotoustego, którego rozległa wiedza pozwoliła mi poznać Barsawię kiedy byłam jeszcze dzieckiem.

Pływające miasto Domu V’strimon, zwanego też Domem Trzcin, leży na jeziorze Ban, na przecięciu Wiji i Wężowej. To aropagoi od wieków kontroluje handel na Wiji a dzięki swojemu położeniu na styku dwóch potężnych rzek, stanowi ogromne centrum ekonomiczne i kulturalne. Niezależnie czy chcesz się dostać do Throalu, Urupy czy Domu Syrtis, musisz najpierw trafić do Domu V’strimon. Jest to jedno z najstarszych aropagoi Wężowej. Legenda głosi, że miasto powstało z ziarenka, podarowanego przez syreny pewnemu rybakowi. Pamiętam jak Trassis z dumą opowiadał o dzielnej V’rannie, która całymi tygodniami splatała żywe trzciny, aż uplotła z nich ogromny kosz, pływający do góry dnem na jeziorze Ban. To właśnie on stał się podstawą Pływającego Miasta. Pamiętam nawet zabawny wierszyk, który ją do tego zainspirował:

Gdy bezmyślnie rzucisz ziarnko

Zielsko z niego rośnie wartko

Wypleć zielsko tak jak trzcinę

A wnet bieda Twoja minie.

Historia miasta pełna jest ciekawych epizodów. Przypominam sobie opowieść o shivalahali, która zatopiła całą therańską flotę jednym zaklęciem a także historię Kreesty, poławiaczki ryb, która wraz z shivalahalą uratowała wietrzniacki kaer Almarra przed horrorem i sama została shivalahalą, gdyż ówczesna władczyni poległa w tej walce.

Miasto wygląda przepięknie. Zbudowano je na planie pięciokąta, którego wierzchołki stanowi pięć wież, każda poświęcona innemu żywiołowi. Chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka miasto, ponoć, chroni kopuła żywiołu powietrza zaś pod wodą nieprzenikniony system refselnika, rodzaj magicznej zapory, przez którą tylko mieszkańcy Domu potrafią bezpiecznie przepływać.

Pierwsze co nas uderzyło po zejściu na wyspę to niesamowity gwar, tłum i feeria barw i zapachów. Szybko znaleźliśmy wygodną karczmę, gdzie mogliśmy zostawić swoje rzeczy, i ruszyliśmy zwiedzić kawałek miasta. Oczywiście Bum od razu poleciał do swojej dawnej ukochanej, każąc nam na siebie czekać. Panowie, za namową Borgila (!), poszli do łaźni. Domyślam się, że skusiła ich Łaźnia Dziewięciu Pasji, a konkretnie kąpiel poświęcona Floranuusowi, gdzie nie stroni się od serwowania licznych trunków alkoholowych. Nie wyobrażam sobie innego powodu, dla którego Borgil zdecydowałby się dobrowolnie poddać procesowi kąpieli.

Natomiast ja i Miriel udałyśmy się na zakupy, trzeba było przecież pomyśleć o jakimś prezencie dla córeczki Buma.

Ledwo opuściliśmy karczmę gdy usłyszeliśmy odległy wybuch i nad naszymi głowami, na niebie, wykwitł ogromny, barwny napis „Przepraszam.” Oj, musiał się Bum nieźle kajać przed wkurzoną wietrzniaczką.

Okazało się, że miasto ma aż cztery główne rynki i na każdym można kupić inny rodzaj towaru. Dawców Imion jest tutaj bez liku, wszystkich ras i kolorów. Od zapachu i mnogości towarów aż kręci się w głowie. Udało nam się również dostrzec wieżę ognia, z mieszkającym w niej Duchem Żywiołu, który przyrzekł shivalahali że póki będzie przy władzy, póty on będzie bronił miasta, ponieważ ocaliła go przed potężnym Horrorem oraz zerknąć na centralną, szóstą, wieżę Domu, która stanowi niezłą zagadkę dla uczonych każąc im domniemywać, że symbolizuje jakiś szósty żywioł.

Wreszcie, zmęczone ale zadowolone, wróciłyśmy do karczmy, gdzie reszta naszej drużyny jadła właśnie obiad. W połowie posiłku zobaczyliśmy Buma wlatującego do karczmy ze spuszczoną głową i lalką w ręce. Usiadł przy naszym stole, położył lalkę na blacie i westchnął ciężko.

– I co? – zapytała w końcu Miriel.

– Nic. – wietrzniak wzruszył ramionami. – Nie mam córki. – powiedział smutno. – A byłem takim fajnym tatą…

– Jak to nie masz? – wtrącił Durgol.

– No normalnie. Nie mam. Oszukała mnie ze złości. A w ogóle to jestem na siódmym kręgu.

– Wypijmy za to! – zarządził Borgil polewając wietrzniakowi.

W zasadzie nie wiadomo było za co, czy za brak posiadania córki, czy może za awans, ale Bumowi było chyba wszystko jedno za co pije.

Kiedy smutki zostały wystarczająco utopione w alkoholu Bum oznajmił, że ma do nas ogromną prośbę. Ponoć jego przyjaciółka Smoczyca jest coraz słabsza i Bum boi się, że niedługo umrze, ale można jej pomóc. Smoczyca powiedziała mu, że istnieje pewien artefakt, który może przedłużyć jej życie. Stworzył go jakiś potężny mag, który narobił sobie wrogów i ukrył go w kaerze w okolicach Lagos. Oczywiście ta nazwa nic nam nie mówiła a i sama Smoczyca nie była pewna czym owo Lagos jest. Jedyne, co wiedział Bum, to że kaer znajduje się gdzieś na południe od V’strimon.

Co prawda Durgol natychmiast zaczął marudzić o wakacjach i gwałtownie protestować przeciwko ruszaniu się z Domu V’strimon, ale zgodziliśmy się, że trzeba tej Smoczycy pomóc, w końcu to przyjaciółka naszego towarzysza. Szczęściem sama zainteresowana postanowiła się włączyć do rozmowy i uspokoić, że mimo obaw wietrzniaka to ona się jednak jeszcze nie wybiera umierać i nie musimy pędzić na złamanie karków żeby ją ratować. Oznajmiła także, że skoro Bum awansował na tak wysoki Krąg to jemu też należy się odpoczynek i impreza, która uświetni ten moment. Na organizatora owej imprezy zgłosił się, bez wahania, Borgil, któremu Bum przekazał kulę komunikacji ze Smoczycą, żeby mogła mu pomóc. Nieco się obawiałam tego wydarzenia, ale chyba gorzej niż u trolli nie będzie….

Korzystając z faktu, że do wieczora zostało sporo czasu, Bum chciał jeszcze coś pozałatwiać zaś Durgol i Miriel postanowili poszukać w bibliotece jakichś zapisków dotyczących tajemniczego Lagos, poprosiłam Borgila, żeby pojechał ze mną na Białą Drogę do Serwos i zaczął szkolić z woltyżerki. Skoro już mam Śnieżkę to dobrze by było w tym siodle umieć się utrzymać i nie skręcić sobie karku w razie gdyby koń poniósł czy gdyby ktoś mnie zaatakował. Ork przystał na propozycję z ochotą, więc przeprawiliśmy się na drugi brzeg, zanurzyliśmy się pod baldachim liści mojej rodzimej dżungli i zaczęliśmy ćwiczenia. Zwierzęta puściłam wolno, żeby trochę odetchnęły od dusznej karczmy, Hator poszła polować a ja skupiłam się na nauce. Nie wiedziałam, że jest to takie skomplikowane. Borgil kazał mi jeździć tyłem, bokiem, spadać z konia i w ogóle robić dziwne rzeczy. Wszystko na jego wierzchowcu, podczas gdy on uczył Śnieżkę jak powinien się zachowywać wierzchowiec podczas akrobacji swojego jeźdźca, bo okazało się, że konia też trzeba tej woltyżerki nauczyć.

Wróciliśmy do karczmy przed wieczorem i przyznam, że jedyne na co miałam ochotę to paść na łóżko i już z niego nie wstać. Powstrzymałam się jednak. Obawa, że jak padnę to faktycznie się nie podniosę była zbyt silna. Myślę, że jutro się nie ruszę po tych wszystkich wygibasach.

Wreszcie nadszedł czas wieczornego przyjęcia. Ork zaprosił nas wszystkich na baseny, których ogromny fragment wynajął specjalnie dla nas. Sprosił chyba pół miasta, bo zjawił się całkiem spory tłumek t’skrangów i wietrzniaków. Nie było jedynie Miriel, która chyba zasiedziała się w bibliotece, więc Durgol i Bum po nią polecieli.

Przyjrzałam się sali. Ork się postarał. System basenów wieńczyła potężna fontanna, która bynajmniej nie lała wodą a jakimś alkoholem, stoły uginały się od jedzenia a wystroju dopełniał wielki lodowy zamek przyozdobiony rozlicznymi butelkami zawierającymi najprzeróżniejsze trunki alkoholowe.

Durgol, Bum i Miriel zjawili się dość szybko. Chyba coś musiało się stać, bo słyszałam jeszcze przed ich wejściem jak Durgol poważnym głosem oznajmia „Życie to jedna wielka zasadzka” a Miriel miała dość smutną minę po wejściu. Nie było jednak czasu żeby się nad tym zastanowić, ponieważ Borgil, widząc, że już wszyscy są, rozpoczął imprezę zapowiadając pierwszą atrakcję, w postaci kapeli De Dorsz. Zanim zdążyłam zaprotestować ork wyciągnął mnie do tańca mówiąc, że muszę dużo ćwiczyć zręczność, jeśli chcę dobrze jeździć konno. Na salę wleciały naczynia z kolejną porcją potraw, lewitując pomiędzy Dawcami Imion, co natychmiast wykorzystały wietrzniaki, śmigając między nimi tak, żeby nie zostać trafionymi. Wreszcie Borgil oznajmił, że „o suchym pysku nie można pić!”, cokolwiek by to miało oznaczać, i darował mi dalsze harce skupiając się na swojej ulubionej czynności, czyli piciu.

Ukryłam się na chwilę za jednym z filarów, żeby nieco odsapnąć bo już widziałam jak Salazar rozgląda się w poszukiwaniu kogoś do tańca, gdy nagle za plecami usłyszałam:

– Zasadzka!

Podskoczyłam przestraszona odwracając się gwałtownie. Przede mną stał wyszczerzony w uśmiechu Durgol z dwoma pucharkami w dłoniach.

– Na Pasje! Durgol. – jęknęłam.

– Pij! – wyciągnął pucharek w moją stronę.

Wzięłam go z pewną obawą, powąchałam i spróbowałam. Zawartość okazała się być jakąś owocową nalewką, mocną acz przyjemną w smaku.

– Bo w sumie to chciałem z tobą pogadać. – oznajmił krasnolud wypijając swój pucharek do dna.

– Teraz?

– No.

– To słucham.

– Chodzi o Miriel.

– Co się stało? – zaczęłam słuchać uważniej pełna złych przeczuć.

– Widzisz, bo po tej awanturze w Jerris to ona uważa, że nas zawiodła jako przywódczyni, i w ogóle nas zawiodła, i ona chce odejść z drużyny.

Zamyśliłam się. Nie wiem jak zachowałabym się na miejscu Miriel po tym, co ją spotkało. Cały czas podziwiam jej dystans do wydarzeń w Jerris i jej opanowanie, które, jak teraz zaczęłam przypuszczać, jest udawane.

– Porozmawiam z nią. – obiecałam.

– Nie możemy pozwolić jej odejść. – kontynuował Durgol. – Obiecałem jej, że porozmawiam z wami wszystkimi. Trzeba ją przekonać, żeby została.

– Durgolu. – położyłam mu rękę na ramieniu. – Miriel potrzebuje czasu, musi wiele rzeczy przemyśleć. Porozmawiam z nią i jestem pewna, że nas nie zostawi. Zrobię co w mojej mocy żeby tak się nie stało.

Pokiwał głową zadowolony.

– To jeszcze tylko z Borgilem muszę pogadać. – oznajmił i ruszył z powrotem nad basen.

A tam robiło się coraz weselej. Z kieszeni Borgila wyskoczyła kulka magii i zaczęła latać nad stołami ściągając do swojego wnętrza cały napotkany alkohol. Usłyszałam oburzone „Hej! To moja nalewka!” Salazara. Kulka obleciała wszystkie stoły, śmignęła pod sufit i wybuchnęła zasypując salę alkoholowym „śniegiem”. Widok Borgila z głową zadartą do góry i wystawionym językiem żeby łapać trunkowe płatki pozostanie w mojej pamięci na długo.

Radosną kapelę De Dorsz zastąpiła równie hałaśliwa wietrzniacka orkiestra zwąca się, malowniczo, Topielce. Lewitujące talerze stały się czołową rozrywką wietrzniaków, które wołane przez Salazara żeby uważały z tymi talerzami odkrzyknęły tylko „My tu gramy w łap talerza! To będzie nasz narodowy sport przez trzy dni!”. Jakby tego było mało Borgil ogłosił konkurs na największy plusk. Niestety nie sprecyzował że plusk ma być wykonany za pomocą własnego ciała, w związku z tym do wody trafił najpierw dębowy stół tachany przez wietrzniaki a zaraz za nim pokaźnych rozmiarów wrzeszcząca orczyca, najprawdopodobniej zgarnięta wprost z ulicy. Kiedy zaś na basen wleciała kolejna porcja lataków taszcząc niewielki wóz, w ślad za którym biegł zdenerwowany właściciel Borgil oznajmił, że wietrzniaki wygrały. Szczęściem był na tyle przytomny, że na pytanie „które” odkrzyknął „wszystkie” kończąc tym samym porywanie coraz większych i dziwniejszych przedmiotów z ulic V’strimon. To jednak nie był koniec atrakcji. Zdenerwowana czymś przez Durgola Miriel niewiele myśląc chwyciła najbliższą butelkę i rozbiła mu ją na głowie, co Borgil (oczywiście!) podchwycił jako nową rozrywkę i ochoczo powtórzył na sobie, więc wietrzniaki poszły w jego ślady zasypując okolicę tłuczonym szkłem.

– Muszę się napić! – jęknęła na ten widok Miriel.

Podsunęłam jej to, co ocalało z zapędów do tłuczenia, i sama też łyknęłam sporą porcję alkoholu. Nie da się z nimi imprezować na trzeźwo.

Szaleństwo to chyliło się ku końcowi, kiedy usiadł koło mnie Bum z niezbyt zadowoloną miną.

– Raven… – zaczął, jak to on ma w zwyczaju.

– Hm?

– Bo ty wiesz, że ja lubię Szafir, prawda?

– Yhm. – potwierdziłam machinalnie.

– No i ona chyba też mnie lubi, prawda?

– Myślę, że tak. W końcu ją karmisz. – wysiliłam się na bardziej złożone zdanie, choć miałam ochotę już tylko na sen.

– No więc tak sobie myślę… Czy ja mógłbym na niej polatać?

Dopiero teraz nieco oprzytomniałam.

– Nie możesz latać na Szafir! – zaprotestowałam gwałtownie. – Jesteś za duży. Przecież ona cię nie uniesie.

Bum zrobił smutną minę i spuścił głowę.

– Bo mnie zawsze było tak przykro… – zaczął płaczliwym głosem. – Bo wszyscy tak szybko chodzili a ja się męczyłem i zawsze mnie zostawiali z tyłu i mi było tak smutno… – po twarzy wietrzniaka zaczęły płynąć łzy.

– Ej, ej, no daj spokój. – próbowałam go jakoś pocieszyć. – Możesz pojeździć na Hator jak chcesz. – wypaliłam nie zastanawiając się nad sensem tego, co właśnie palnęłam. – A później kupimy ci jakiegoś zoaka i wytresuję ci i będziesz mógł latać i się nie męczyć. – obiecałam.

– Teraz jak mam te skrzydła to już się nie męczę. Naprawdę mogę pojeździć na Hator? – spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.

– Tak, naprawdę. – nie wiem jak ja to wytłumaczę Hator… – Ale jutro, na trzeźwo, dobrze?

– Ale…

– Bum. – przerwał głos ze smoczej kuleczki. – Myślę, że pora spać.

– Tak mamo… – Bum znowu spuścił głowę zasmucony. – A mogę jeszcze jedną prośbę? – ożywił się nagle.

– No dobrze. – odpowiedziała Smoczyca. – Ostatnią.

– Chcę żeby Raven i Miriel miały wąsy! Takie jak Durgol. Na całe życie!

– Bum! – wrzasnęłyśmy obydwie z Miriel jednocześnie.

– Niech wam będzie, do rana!

Tak oto zakończyło się świętowanie awansu Buma. Gdzieś nad ranem padłyśmy z Miriel do naszych łóżek, mocno nietrzeźwe i z durgolowymi wąsami. Coś czuję, że jutro będzie ciężki dzień…

28 Złe dobrego początki

Nasza historia w Jerris zaczęła się źle – od zabójstwa nieznajomego elfa, toczyła się coraz gorzej – poprzez porwanie i tortury Miriel, spalenie eleganckiej karczmy wraz z szalejącym po niej konstruktem i zrównanie z ziemią domu radcy miejskiego, wraz z jego nieskromną osobą, a zakończyła się jeszcze większym chaosem – wizytą floty Kryształowych Łupieżców gotowych obrócić to urocze miasto w proch, która to wizyta niemal wpędziła do grobu naszego zleceniodawcę.

Ale po kolei.

Plan wypalił. Chyba po raz pierwszy bez większych problemów. Spędziliśmy dwa dni w miejskim więzieniu po czym wróciliśmy do naszego pracodawcy, gdzie czekała reszta naszej drużyny. Po krótkim odpoczynku zostaliśmy zawołani do Altanaela, który poinformował nas, że Arval jednak został burmistrzem. Obiecał obsydianinowi zrzec się tej funkcji jak tylko zrobi porządek w mieście. O Królowej słuch zaginął. Przypuszczam, że wyniosła się z Jerris i mam nadzieję, że do niego nie wróci. Uspokojeni i zadowoleni, że w mieście znów zapanuje względny spokój, postanowiliśmy zrobić zakupy i następnego dnia wyruszyć do Domu V’strimon żeby odwiedzić córeczkę Buma.

Udałam się do miasta żeby wreszcie kupić wymarzonego wierzchowca dla siebie i Miriel. Znalazłam dwie piękne klacze, dokładnie takie, o jakich z Miriel marzyłyśmy. Moje śnieżnobiałe cudeńko nazwałam Śnieżką i już się cieszyłam na chwile spędzone na jej tresurze. Spokój i dobry nastrój prysnęły jak bańka mydlana kiedy tylko przekroczyłam próg domu Altanaela. Nasz gospodarz wpadł do rezydencji kilka chwil po mnie w stanie takiego wzburzenia, że zaczęłam się obawiać o jego życie. Gdyby miał włosy na głowie zapewne właśnie by je, garściami, wyrywał.

– Na Pasje! Co się stało? – spytałam, rozglądając się nerwowo za Uzdrowicielem.

– Łupieżcy! – wykrzyczał obsydianin. – Kryształowi Łupieżcy! Cała flota! Wojskowa!

– Jaka flota? Gdzie?

– W porcie Jerris! Skąd się tu wzięli? – popatrzył na mnie groźnie. – Arval zrzekł się burmistrzowania i szykuje obronę miasta! Cały ten bałagan na mojej głowie!

– Nie mam pojęcia… – mruknęłam, choć już się domyśliłam kogo winić za obecność trolli. – Panie. – położyłam mu rękę na ramieniu uspokajająco i uśmiechnęłam się. – Nic się nie martw. Załatwimy to.

Na szczęście w korytarzu pojawił się Tharif i widząc co się dzieje natychmiast zabrał obsydianina gdzieś na górę.

– Niech ja tylko dorwę tego wietrzniaka w swoje ręce! – wycedziłam przez zęby odwracając się w kierunku drzwi i wpadając na wchodzącą Miriel.

– Coś się stało?

– Bum sprowadził do miasta Kryształowych Łupieżców. – poinformowałam. – Całą flotę.

– Co zrobił?!

– Chodź. Nie ma czasu.

Pędząc w kierunku portu zrelacjonowałam Miriel co się stało. Wytrzymanie na dłuższą metę z wietrzniakami jest chyba ponad siły elfów. Zresztą, zaczynam dochodzić do wniosku, że ponad siły ludzi również.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się że Bum i Thar’zitt już są na statku dowódcy. Przyznam, że flota wyglądała imponująco. Statki wisiały tuż za murami miasta zaś na murach zgromadziło się chyba całe wojsko i straż jaką Jerris posiadało. W tłumie dojrzałam nawet Alvara. Panowała nerwowa atmosfera, zwłaszcza, że z pokładu jednego z drakkarów dobiegały niepokojące odgłosy wybuchów (jak się później okazało wybuchy zawdzięczaliśmy Thar’zittowi, który chciał pokazać trollom coś co nazywał fajerwerkami… ponoć miało to wybuchać na kolorowo i być fajne) .

Oszczędzę sobie opisywania naszych prób uspokojenia tak wojska jak i trolli. Jakimś cudem udało się Bumowi nakłonić trolle do oddalenia się od miasta na chwilę a mnie i Miriel skłonić Norgo, krasnoluda, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa maga, a który teraz był najstarszy rangą, jako że Arval zrezygnował także z pełnienia funkcji szefa straży, do powstrzymania wojska od wrogich działań skierowanych w kierunku trollowych statków oraz do udania się do Altanaela w celu uzyskania rozkazów.

Obsydianin doszedł już do siebie na tyle, że był w stanie odbyć takie spotkanie, mimo że Tharif zdecydowanie mu to odradzał. Tym razem to troll był wzburzony a w domu pachniało melisą. Kazałam Tharifowi głaskać Hator, w obawie o jego nerwy, i rzeczywiście po chwili uspokoił się nieco i nawet uśmiechnął.

Spotkanie odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Z naszej drużyny Altanael poprosił jedynie Thar’zitta o obecność. Ustalono, że trolle mogą cumować w przystani ale mają nie schodzić na ląd a rankiem odlecieć. Wojsko zostanie wycofane, jedynie pozostaną patrole straży na murach.  Thar’zitt zobowiązał się, że nakarmimy trolle i przypilnujemy, żeby nie narobiły kłopotów. Liczyłam bardzo, że faktycznie jest w stanie tych Łupieżców okiełznać…

Wreszcie mogliśmy odetchnąć. Wraz z Miriel i Durgolem postanowiłam noc spędzić poza statkiem, na którym Thar’zitt, Bum i Salazar urządzili potężną imprezę. Przez pewien czas siedzieliśmy we trójkę na murach, słuchając odgłosów dochodzących ze statku, ale kiedy impreza przeniosła się do niedalekiego zagajnika i dostrzegliśmy w nim żywą pochodnię Miriel stwierdziła, że nie zamierza dłużej na to patrzeć, więc przenieśliśmy się do rezydencji na resztę nocy.

Rankiem mieliśmy się zapakować na statek Auryka, przywódcy przymierza, i odlecieć do V’strimon. Miałam nadzieję, że nie polecimy tam całą flotą, wszak pierwsze wrażenie zostaje na długo…

Skoro świt pożegnaliśmy naszego pracodawcę, życząc sobie nie spotykać się więcej w tak niesprzyjających okolicznościach i zaokrętowaliśmy się na statku. Miriel wcisnęła się w jakiś kąt, starając się trzymać z daleka od trolli a ja stanęłam przy burcie, żeby móc podziwiać widoki. Latanie jest jednym z cudowniejszych uczuć. Chyba tego najbardziej zazdroszczę wietrzniakom.

Statki odcumowały. Jerris zostało za nami. Może nie nowe, ale bez Królowej i jej intryg na pewno lepsze. Ciekawe, czy będzie nam dane jeszcze kiedyś tutaj zawitać.

27 Mistrzowie planowania

Oczywiście nie zdążyliśmy nawet wyjść z domu, bo kiedy się przebrałam okazało się, że drużyna zmieniła zdanie i uznała, że nie ma sensu przeszukiwać ruin, natomiast Bum wpadł na inny pomysł. Zaproponował żeby użyć szkicownika, który dostał od Fildara, zmieniającego wygląd postaci.

– No wiecie, bo można się narysować i zmienić w kogoś innego, na przykład w Królową. – argumentował.

– Ale po co? – spytałam nieco zdezorientowana. Nie bardzo nadążałam za sednem tego pomysłu.

– Żeby zrobić zamęt. Polatać po mieście, robić dziwne rzeczy. Takie tam.

– Nadal nie wiem o co chodzi w tym planie.

– Ja sam nie wiem o co mi chodzi.

Nie doczekałam się wyjaśnień, gdyż rozmowę przerwało pukanie. Jeden z lokajów wniósł niewielką paczkę i podał ją Bumowi. Kiedy wietrzniak zaczął ją otwierać wszyscy, instynktownie, się odsunęliśmy. Na wypadek gdyby coś wybuchło. Na szczęście paczka okazała się prezentem od Fildara. Znajdował się w niej naszyjnik w kształcie tarczy, z niewielką kulką w środku, w której kłębił się błękitno-zielony dym.

– Co to jest? – spytała Miriel.

– Nie wiem. Prezent. – Bum założył wisiorek na szyję.

Pukanie znów wyrwało nas znad dywagacji dotyczących tajemniczego prezentu. Coś tu straszny ruch się zrobił w tym domu. Ten sam lokaj podał Bumowi kolejną przesyłkę. Tym razem był to list. Wietrzniak zabrał się do czytania a my znów wróciliśmy do dyskusji na temat planu. Ustaliliśmy, że przebiorę się za Królową i pójdę do zamtuza Arastosa narobić zamieszania. Liczyliśmy na to, że plotki dotrą do Królowej i postanowi wysłać na mnie swojego Ksenomatę żeby mnie zabić. Wtedy drużyna będzie już gotowa do działania i spróbuje go porwać.

W pewnej chwili dostrzegliśmy jak twarz Buma zmienia się gwałtownie przybierając wyraz pomiędzy przerażeniem a chęcią płaczu. Wietrzniak popatrzył na nas dziwnym spojrzeniem skrzywdzonego dziecka, po czym zmiął wiadomość, wsadził sobie do ust i zaczął przeżuwać.

– Lecę do Królowej! – poderwał się gwałtownie po chwili.

– Nie! – krzyknęła Miriel. – Zwariowałeś?

Wietrzniak usiadł.

– Ale Bum… – Durgol poklepał go lekko po ramieniu. – Co się stało?

– Nic. – odburknął. – Nie dotykaj mnie. – dodał płaczliwie odsuwając się. – Lecę do szefa. – znów się poderwał i zniknął za drzwiami.

Popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani.

Nie minęła chwila kiedy Bum wleciał znów do pokoju taszcząc przed sobą butelki z alkoholem, które ustawił pieczołowicie na stoliku przed nami.

– Ktoś umarł? – spytałam zaciekawiona, gdyż mina Buma w połączeniu z butelkami wyraźnie świadczyła, że stało się coś złego.

– Nie. Tak jakby odwrotnie.

– Ktoś się urodził?

– Mam córkę. Dwuletnią.

– Och. Gratuluję. – uśmiechnęłam się do Buma.

– O kurwa! – jednocześnie zakrzyknął Salazar.

Ponieważ chwilę później pojawił się Borgil skupiliśmy się na piciu zdrowia córeczki Buma i wymyślaniu dla niej stosownego imienia, o ile jeszcze nie ma żadnego, co optymistycznie założył wietrzniak. Nie mogliśmy tego jednak ciągnąć w nieskończoność. Czas się kończył i trzeba było opracować jakiś plan.

Ustaliliśmy, że pójdę do Arastosa, jako Królowa, i oznajmię mu, że Szara Dłoń przejmuje jego zamtuzy, i że ma to błyskawicznie przygotować bo przyjdę to sprawdzić. Bum zaś miał polecieć do Wizgina żeby kupić skuteczną miksturę usypiającą i odtrutkę na jad żmii, na wypadek, gdyby ksenomanta potraktował mnie tym samym czarem, którego użył na magu. Poprosiliśmy też Buma żeby się dowiedział, w którym zamtuzie przebywa Arastos. Wietrzniak wykorzystał okazję i błyskawicznie się zmył.

Kiedy Bum wrócił byliśmy gotowi. Najpierw narysowałam im dokładny portret Królowej, żeby każdy wiedział jak wygląda a następnie poczekałam aż dotrą na wyznaczone wcześniej miejsca w okolicy „Kwiatu Marzeń”, zamtuza w którym najczęściej przebywał elf, po czym zmieniłam się w Królową i ruszyłam.

Muszę przyznać, że wszystko szło jak z płatka. Przynajmniej początkowo… Kwiat Marzeń znajdował się w lepszej dzielnicy, przy szerokiej ulicy, którą spokojnie mogły jechać dwa wozy obok siebie. Piętrowy budynek na dole miał restaurację, na górze zamtuz, z tyłu zrobiono spore patio, na którym siedział Borgil przy kawiarnianym stoliku. Po lewej stronie znajdował się ładny, nieduży park, w którym dostrzegłam Durgola czytającego książkę na ławce. Wiedziałam, że naprzeciwko Kwiatu, w przerwach pomiędzy kamienicami, ukrywali się Miriel, z Hator na rękach oraz Salazar, zaś nad swoją głową dostrzegłam sokoła. Wiedziałam, że Bum też gdzieś tutaj jest.

Wzięłam głęboki oddech i pewnym krokiem weszłam do budynku. Królowa ubierała się bardzo odważnie, więc w wydekoltowanej sukni z odsłoniętymi ramionami czułam się strasznie nieswojo.  Nie wiem czy strażnik mnie poznał. Miał nieco zdziwioną minę kiedy go mijałam. Przeszłam całą salę i udałam się na górę, gdzie dostrzegłam krasnoluda, który wyglądał jakby tam dowodził. Skierowałam kroki prosto do niego. Spojrzał na mnie, widziałam jak jego mina się zmienia.

– Pani… – jęknął i zgiął się w ukłonie. – Co Cię tutaj sprowadza?

– Gdzie ten obibok Arastos? – zapytałam władczym tonem. – Chcę go tutaj natychmiast widzieć.

– Tak. Tak. Już wołam.

Spanikowany mężczyzna rzucił się w korytarz. Rozejrzałam się po lokalu, ale nawet nie dostrzegłam jego szczegółów, tak bardzo byłam skupiona na udawaniu Królowej. W końcu usłyszałam otwierane drzwi i zobaczyłam zdenerwowanego elfa, który usiłował jednocześnie zawiązać troczki od spodni i wyglądać godnie, maskując swoje zdenerwowanie. Nawet mi się nie przyjrzał uważnie. Królowa musiała go potraktować bardzo paskudnie skoro jej widok wywoływał w nim taką panikę.

– Pani, czemu zawdzięczam….

– Twoja skuteczność jest bliska zeru. – weszłam mu w słowo. – Od dzisiaj wszystkie twoje zamtuzy przechodzą na własność Szarej Dłoni.

– Co?! Ale…

– Bez ale! Masz przygotować wszystko do przejęcia interesu. Przyjdę to sprawdzić.

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do schodów. Próbował mnie jeszcze zatrzymać pytaniami ale warknęłam tylko żeby nie marnował mojego czasu i wyszłam. Upewniłam się, że nikt mnie nie obserwuje i zniknęłam w jednej z uliczek.

Czekaliśmy.

Minęły może dwie godziny, kiedy nagle, na głównej ulicy, dostrzegliśmy Szarą Dłoń idącą na czele oddziału trolli. Arastos już na nią czekał przed wejściem do Kwiatu Marzeń. Orczyca podeszła do niego i strzeliła go w pysk, po czym weszli do środka. Byłam pewna, że to sprawka Buma ale wyjątkowo popierałam jego pomysł. Uwiarygodnił przejęcie, a przecież obiecałam Szarej Dłoni, że jak skończymy z tym miastem zamtuzy Arastosa będą należały do niej. Obok mnie wyrósł nagle Borgil.

– Raven, a gdybym tak połaził po zamtuzach jako ten elf to by się to nie przydało, żeby zrobić więcej zamieszania?

Zastanowiłam się przez chwilę.

– Mógłbyś. Ktoś w końcu powie Królowej co się tutaj dzieje.

– To weź mi go narysuj.

– Sam musisz. – podałam mu szkicownik.

Ork patrzył na niego przez chwilę z zastanowieniem. W końcu wziął przedmiot i zaczął rysować.

– I jak? – spytał kiedy skończył.

– Wspaniale. Wyglądasz zupełnie jak on. Tylko ten głos…

– Zawsze go można kopnąć w jajka. – podsunął usłużnie Bum, który najwyraźniej przysłuchiwał się naszej rozmowie z góry. – Ale ja tego nie zrobię. – dodał natychmiast.

– Zapijaczony elf, zapijaczony ork, żadna różnica. – mruknął Borgil, schował szkicownik i ruszył na obchód zamtuzów.

– Uwaga! Straż miejska! – usłyszeliśmy wszyscy głos Thar’zitta.

Wyjrzałam w uliczkę. Faktycznie szedł nią spory oddział straży miejskiej, zdążający wprost do zamtuza.

– Trolle. – usłyszałam zbolałe jęknięcie Miriel.

– Lecę po Iskrę! – natychmiast oświadczył Bum.

Straż weszła do budynku. Widziałam jak wpada tam Iskra a chwilę po niej wślizguje się Bum. Gdy tylko wyszedł zapytaliśmy co się dzieje w środku.

– Aresztują Szarą Dłoń, odwołałem trolle.

Grupa wyszła przed zamtuz i ruszyła w kierunku miasta.

– Miriel! – zawołałam w mowie powietrza. – Mogę ją stamtąd wyciągnąć ciemnością. Czy mam to zrobić?

– Tak! – padła błyskawiczna odpowiedź.

Kulą ciemności pokryłam całą grupę, wskoczyłam do niej, wyciągnęłam orczycę i przepchnęłam w jedną z uliczek, żeby zejść z oczu strażnikom gdy czar się skończy. Oddaliliśmy się od zamtuza i wreszcie spotkaliśmy wszyscy razem.

Szara Dłoń powiedziała nam, że wysłała Arastosa do pozostałych zamtuzów, żeby ogłosił ich przejęcie, i że zaproponowała mu współpracę. Kazaliśmy się jej na razie ukryć, gdyż dwóch strażników wróciło do zamtuza i tam zostało a sami polecieliśmy zgarnąć Borgila, żeby się nie spotkał z tym właściwym Arastosem, i zastanowić się co dalej.

– Mam tego dość! – oznajmiła Miriel kiedy tylko zostaliśmy sami. – Porywamy Arvala!

Konsternacja uciszyła nas wszystkich na chwilę.

– Jeszcze niedawno twierdziliście, że mój pomysł z porwaniem kapitana straży jest niedorzeczny. – zaczęłam ostrożnie. – Co się zmieniło?

– Nie ma mowy żebyśmy sprowokowali Królową aż tak, w tak krótkim czasie. – odparła zrezygnowana Miriel. – Zostało nam już tylko porwanie.

– Może zacznijmy od rozmowy? Tak jak proponowałam w drugiej wersji tego planu. Najpierw mu powiemy wszystko, w obecności Głosiciela Mynbruje, a jeśli nam nie uwierzy i będzie chciał nam zrobić krzywdę wtedy dopiero go porwiemy.

Miriel tylko skinęła głową. Najwyraźniej do naszej przywódczyni dotarło wreszcie, że naprawdę nie mamy nic do stracenia porywając kapitana straży. Możemy tylko zyskać.

Udaliśmy się więc bocznymi drogami na poszukiwanie Głosiciela. Stateczny krasnolud wysłuchał nas, stwierdził, że mówimy prawdę i że pójdzie z nami do Arvala. Usłużnie dał nam jeszcze kilka wskazówek na temat charakteru kapitana i jego manier, które to wskazówki miały sprawić, że nie wkurzymy go od razu na wejściu.

Zaanonsowaliśmy się ochronie stojącej na dole, a właściwie zrobił to Bum z właściwym sobie wdziękiem, oznajmiając, że oto przybył Bum Złotoskrzydły i jego świta. Nawet nam kazał stanąć na baczność ale tylko Borgil odruchowo wykonał rozkaz. Po krótkiej naradzie wewnątrz w końcu wyszedł strażnik i oznajmił, że kapitan wie kim jesteśmy i nie wpuści nikogo więcej prócz Buma i dwóch osób towarzyszących. Jasnym było, że powinna iść Miriel, jako najbardziej poszkodowana przez Królową oraz Durgol, który był naszą nadzieją na przekazanie trollowi informacji bez obrażania go przy okazji. Cała trójka, w asyście Głosiciela, weszła do środka, zaś reszta została na zewnątrz. Miriel obiecała relacjonować nam na bieżąco co się tam dzieje, więc słuchałam relacji na żywo powtarzając ją Salazarowi, gdyż Borgil znudził się po kilku minutach i poszedł do karczmy naprzeciwko, pić.

Pomysł okazał się trafiony. Opowieść Buma, którego udało mi się przed wejściem nauczyć żeby nie wchodził w słowo tylko czekał aż rozmówca skończy i wtedy mówił (aż mi się łezka w oku zakręciła kiedy później zganił Salazara mówiąc „nie przerywaj jak ktoś mówi, trzeba poczekać aż skończy…”) popartej konkretnymi i rzeczowymi słowami Durgola oraz barwnym opisem tortur, którym Miriel zakończyła rozmowę sprawiła, że kapitan uwierzył w naszą wersję. Reszta z nas została zaproszona w końcu do środka.

Alvar okazał się rzeczowym trollem, z dość racjonalnym podejściem do sprawy. Podzielił się z nami informacją, że Królowa obiecała mu, że w dniu wyborów, w godzinę udostępni mu swoją armię. I to nie byle jaką armię a wojsko złożone z niskokręgowych Adeptów.

– Czy to w ogóle możliwe żeby z Iopos, w godzinę, przybyła tutaj armia? – zapytał w końcu.

– Możliwe. – odparłam. – Jest Ksenomantką, ma Ksenomantę na usługach. Wystarczy im krąg ksenomancki, który połączy oba miasta i armia pojawi się tutaj w mgnieniu oka.

– A gdyby zniszczyć krąg? – zapytał Durgol. – Da się?

– Tak, pomyślałam o tym, żeby go zlokalizować i zniszczyć. Ale po co?

– Jeśli Królowa się dowie, że straciła moje poparcie. – wyjaśnił Arval. – Gotowa rzucić tą armię na Jerris.

– Nie zrobi tego. – zaprzeczyłam. – Pomyślcie. Miała wszystko pokojowo i po cichu. Jeśli zaatakuje zbrojnie będzie miała przeciwko sobie Imperium Therańskie, któremu już się nie podoba, że Iopos się od nich odsuwa i na pewno nie pozwoli na przejęcie Jerris. Nawet Throal nie pozostanie obojętny na zbrojną agresję. Uhl Denairastas nigdy się na to nie zgodzi.

– Zapewne masz rację. – poparł mnie Arval. – Nadal pozostaje problem zaprowadzenia porządku w tym mieście.

– Dogadaj się z naszym pracodawcą. – zawołał radośnie Bum. – No przecież obaj chcecie tego samego. On zostanie Burmistrzem, ty zostaniesz szefem straży czy jakimś tam ministrem wojny i raz dwa zrobicie tutaj porządeczek.

– I tak chciałbym porozmawiać z waszym pracodawcą.

– Ale to musimy cię chronić. – natychmiast zarządził Bum.

– Umiem o siebie zadbać. – burknął kapitan.

– Ej, ona zabiła maga! Potężnego maga. Jak się skapnie, że nie jesteś po jej stronie to cię prędziutko sprzątnie. No chyba, że umiesz dobrze udawać.

– Nie umiem udawać. – zasępił się Alvar. – Co w myśli to i na twarzy, że tak powiem.

– Nie masz potrzeby. – wtrąciłam się. – Aresztuj nas.

– Co?! – wyrwało się jednocześnie wszystkim zebranym w pokoju.

– Aresztuj nas. Wsadzisz nas do więzienia na te dwa dni. Ogłosisz, że aresztowałeś osoby podejrzane o bałagan w Jerris, Królowa nie nabierze podejrzeń co do Twojej lojalności a ty, Panie, jeszcze zyskasz w oczach radnych. Kiedy wygrasz przekażesz władzę naszemu pracodawcy a my znikniemy.

Ciszę, która zapadła po moich słowach przerwało jęknięcie Buma.

– Ja nie chcę za kratki… Do klatki… Nie dam się aresztować… Ile kosztuje nowe okno? – zapytał już głośniej.

– Bum i Thar’zitt uciekną, zaanonsują Cię naszemu pracodawcy a później pozostaną w cieniu. – dodałam. – To, moim zdaniem, najlepsze wyjście.

– Zgadzam się z Raven. – poparł mnie Durgol.

Miriel i Salazar także skinęli potakująco.

Alvar zawołał strażników, gdy kazał im nas aresztować Bum śmignął przez okno. Daliśmy się skuć. Na zewnątrz zerknęłam na karczmę i dostrzegłam Borgila, który właśnie podrywał się zza stołu i sięgał po broń.

– Borgil stój! – odezwałam się w mowie powietrza. – Sytuacja jest pod kontrolą. Wróć do domu zleceniodawcy, Bum i Thar’zitt wszystko ci wyjaśnią.

Uspokojony ork usiadł spowrotem i jakby nigdy nic wziął się za dopijanie trunku a my daliśmy się grzecznie odprowadzić do miejskiego więzienia. To był chyba nasz najdziwniejszy plan jak do tej pory.

26 Nieoczekiwany gracz

Najłatwiej się wyciszam robiąc rytuał karmiczny. Usiadłam więc w ogrodzie, żeby w ciszy pomedytować, porozkoszować się brakiem zagrożenia i walki, uspokoić nerwy. Rytuał dobiegł końca a ja wciąż siedziałam na ziemi patrząc się w przestrzeń. Nagle tuż przede mną, na trawie, wylądował sokół. Przyjrzał mi się uważnie i skłonił głowę. Odkłoniłam mu się machinalnie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że coś mnie strasznie latające zwierzęta lubią. Sokół wskazał na moje ramię. Zdziwiona zaprosiłam go gestem. Wylądował zgrabnie i dumnie zaprezentował swoje wdzięki. Pogłaskałam go odruchowo. Przyjrzałam się uważnie zastanawiając się, czy go przypadkiem w astralnej nie obejrzeć gdy znienacka odezwał się w mojej głowie głos Thar’zitta.

– I co się gapisz? Sokoła nie widziałaś?

– Thar’zitt? – na całe szczęście odruchowo odpowiedziałam także w mowie powietrza. – Co Ty tu robisz? Nie odmieniaj się na razie, dobrze? Musimy najpierw pogadać. Mogę pióro? – nie czekając na odpowiedź wyłuskałam jedno z luźniejszych piór. – Ciekawi mnie, czy zniknie jak się odmienisz. – zignorowałam dziwaczny skrzek ptaka, który chyba miał oznaczać „ała”.

Podniosłam się i ruszyłam z powrotem do domu, z sokołem na ramieniu. Miriel popatrzyła na mnie zdumiona kiedy weszłam.

– Nowe zwierzątko? – usłyszeliśmy głos Tarifa zanim zdążyłam wyjaśnić towarzyszom kim jest sokół.

– Tak… – odparłam z pewnym wahaniem.

Sokół znów zaskrzeczał dziwacznie, przekręcił łepek pod dziwnym kątem i zamachał skrzydłami niemal tracąc równowagę.

– Na Pasje! Thar’zitt! – niemal jęknęłam w mowie powietrza. – Zachowuj się.

– No co? Jestem sokołem! Tak się zachowują sokoły.

– Czy wszystko z nim w porządku? – dopytał Tarif patrząc na ptaka wyraźnie zaniepokojony. – Wygląda na chorego.

– Nie jest jeszcze oswojony i ma problem z gardłem.

– Na gardło najlepsze są ziarna pieprzu. – usłużnie poinformował mnie troll.

– Świetny pomysł. – pogładziłam sokoła po głowie. – Później go nimi napasę. Coś się stało?

– A właśnie. – Tarif jakby sobie przypomniał po co przyszedł. – Pan Altanael musi się pilnie udać na zebranie Rady. Zwołano je właśnie, w trybie nadzwyczajnym. Oczywiście udamy się z nim. Nie może się ruszać bez ochrony, więc pomyśleliśmy, że najlepiej dla was by było, gdybyście zostali w rezydencji. Rozumiecie, raz, że lepiej żebyście się nie pokazywali na razie na mieście a dwa, że posiadłości przyda się ochrona.

– Jak to nie pokazywać się na mieście? – niemal zakrzyknął Bum. – A misja?

– To zebranie… – troll zawiesił głos.

– Zebranie jest z naszego powodu. – domyśliła się Miriel.

Tarif tylko skinął głową.

Obiecaliśmy się nie ruszać z domu, poza szybkim wypadem po rzeczy Thar’zitta, które zostały w karczmie niedaleko, zaś do odzyskania naszych wykorzystaliśmy  Altina. O ile jakieś uratowały się z pożaru. Do karczmy, w której zatrzymał się t’skrang poszłam sama z Thar’zittem i przez całą drogę miałam wrażenie, że mijani Dawcy Imion patrzą na mnie strasznie wrogo. W zasadzie byłam tego wręcz pewna.

Zabraliśmy się, w końcu, w jednym z przydzielonych pokoi i dopiero wtedy Thar’zitt mógł przybrać znów normalną postać, w szafie, żeby go ktoś nie dostrzegł z zewnątrz, i natychmiast zażyczył sobie solidną porcję jedzenia. Kiedy jadł wyjaśniłam mu całą sytuację, opowiadając wszystko ze szczegółami, zadowolona, że się pojawił w takim momencie, bo to jedyna osoba, której Królowa nie powiąże z nami. Natychmiast gdy zamilkłam Miriel postanowiła wyjaśnić z Bumem sprawę napaści trolli na dom radnego. Początkowo wietrzniak zapierał się, że nic o tym nie wie, żeby w końcu, pod presją wyraźnie wkurzonej elfki wyznać, że faktycznie, być może, wspomniał co nieco, że może dałoby się ostrzelać ową rezydencję.

– Czemu nam nie powiedziałeś od razu? – zapytała jeszcze Miriel.

– Bo się bałem! Bo ty zaraz krzyczysz…

– Bum. Jesteśmy drużyną. Musimy sobie mówić prawdę.

– W poprzedniej drużynie sobie mówiliśmy…

– I co? – dopytała elfka kiedy wietrzniak zamilkł.

– No i wszyscy nie żyją.

Fascynującą wymianę zdań przerwał nam powrót gospodarza. Od razu poszliśmy spytać, jakie są efekty obrad. Obsydianin oznajmił, że spotkanie obfitowało w niespodzianki. Na początku pojawił się nowy członek Rady. Tragicznie zmarłego krasnoluda zastąpił nowy szef gildii jubilerów, także krasnolud, Andaran Thag, który do tej pory pozostawał w cieniu.

Następnie głos zabrał Arval, komendant Straży Miejskiej, który uderzył w dramatyczne tony w swojej przemowie. Zwrócił uwagę na brak porządku w mieście, brak bezpieczeństwa obywateli i podkreślił pogorszenie tego stanu ostatnimi czasy. Odmalował miasto bezprawia, gdzie trolle atakują porządne lokale demolując je, gdzie adepci przywołują konstrukty Horrorów i tracą nad nimi panowanie (telepnęło mną na te słowa tak silnie, że aż Miriel zaczęła mnie uspokajać), gdzie dochodzi do zuchwałych kradzieży i mordowania zacnych obywateli w ich własnych domach.

Po tej kwiecistej przemowie, która wyraźnie trafiła do serc większości radnych, Alvar oświadczył, że zgłasza swoją kandydaturę na burmistrza.  Jego program zawiera rekrutację silnej straży miejskiej, rozbudowę floty Jerris i, co ciekawe, wprowadzenie stanu wyjątkowego na trzy miesiące, żeby to wszystko wprowadzić w życie. Zasugerował wybory za trzy dni i natychmiast zyskał aprobatę przeważającej większości radnych.

Altanael był zaskoczony na równi z resztą. Do tej pory nikt nie podejrzewał Arvala o ambicje polityczne. Jednak mówił dokładnie to, co chcieli usłyszeć przerażeni patrycjusze. Udało mu się perfekcyjnie trafić do ich serc.

– W związku z zaistniałą sytuacją. – zakończył obsydianin. – Nie będę miał wam za złe jeśli zrezygnujecie z dalszego udziału w tej sprawie.

– Nie ma mowy! – aż wstałam. – Mordują, knują, nasyłają na nas konstrukty i zwalają za nie winę na nasze barki! Nie daruję im tego!

– Nie chiałbym mieć waszego życia na sumieniu. Większość rady i tak jest po stronie Alvara, nie mamy już szans.

– Nie no, nie zostawimy cię przecież z problemem samego. – odezwał się Bum.

– Nasze życie i tak już jest zagrożone. – poparłam wietrzniaka. – Mamy trzy dni. Coś wymyślimy.

– Musimy jakoś zburzyć zaufanie Dawców Imion do Alvara. – odezwał się Durgol. – Przecież to nie my jesteśmy odpowiedzialni za te morderstwa tylko ci, z którymi on współpracuje. Możemy zeznawać jak będzie trzeba. Mamy czyste ręce przecież.

– Czy są w Jerris Głosiciele Mynbruje? – zapytałam wchodząc Durgolowi w słowo, bo coś mi przyszło do głowy.

– Są. Oczywiście że są. – potwierdził gospodarz.

– A służą, tak jak w innych miastach, jako sędziowie? Gdyby odbył się proces mogliby pełnić funkcję sędziów?

– Myślę że tak. Czasem pełnią takie funkcje.

– Świetnie! – ucieszył się Durgol. – Wiemy kto zabił. Łapiemy Ksenomantę, stawiamy pod sąd, składamy zeznania, Głosiciele nas przesłuchują, jego przesłuchują i wszystko jasne! Udowodnimy naszą niewinność i tym samym zdyskredytujemy Alvara mówiąc, że my znaleźliśmy mordercę błyskawicznie a on zajmował się w tym czasie oczernianiem niewinnych. Jakby jeszcze Ksenomanta sypnął Królową, z którą pewnie Alvar współpracuje, to w ogóle byłoby miodnie.

– Trzeba to przemyśleć. – wtrąciła Miriel. – Najpierw potrzebujemy informacji.

Poprosiliśmy Altina żeby sprawdził dla nas teren willi Theomy oraz okolice sklepu maga, czy dużo straży się tam kręci, a sami udaliśmy się do pokoju na naradę.

Nie zdążyliśmy się porządnie zastanowić nad nowym obrotem sprawy, gdy do naszych drzwi zapukał Tarif i oznajmił nam, że do Buma przybył gość i życzy sobie rozmawiać z nim na osobności. Thar’zitt pod postacią sokoła wyleciał na ogród obserwować okolicę, Bum poleciał sprawdzić kto to a ja przekradłam się, żeby zerknąć na gościa spojrzeniem astralnym. Szybko tego pożałowałam. Elf, którego zobaczyłam w hollu, był obwieszony przedmiotami magicznymi, z których jeden miał go strzec przed analizą wzorca. Owszem, udało mi się dostrzec jego dyscypliny, a nawet, w przybliżeniu, kręgi, ale magia sowicie mi oddała, posyłając mnie na podłogę.

Okazało się, że to faktycznie dawny znajomy Buma i Thar’zitta, Fildar, ósmokręgowy Leśnik i czwartokręgowy Szpieg. Fildar jest postacią znaną w Barsawii, zabił wiele Horrorów i jest fanatykiem przedmiotów magicznych. Ponoć jest też niesamowicie bogaty i pracuje dla Imperium Therańskiego. Ta ostatnia informacja wyraźnie zszokowała Buma. Fildar przyznał się, że przez wszystkie lata znajomości oszukiwał przyjaciela. Przybył jednak do nas z ważnymi informacjami, gdyż wie w co się wplątaliśmy i może pomóc. Bum odłożył więc na bok, przynajmniej na chwilę, żywioną urazę a ja zaryzykowałam i pozwoliłam Fildarowi uleczyć moje rany, które zadał mi jego dziwaczny przedmiot.

Elf powiedział nam, że wywiad therański się niepokoi, bo Iopos próbuje im się zerwać ze smyczy i zaczyna robić dym. Królowa jest najprawdopodobniej Ksenomantką, możliwe też, że to młodsza z córek samego Uhla Denairastas, pana Iopos. Fildar zna też kryjówkę Królowej, to nie rzucająca się w oczy kamienica na obrzeżach, której adres chętnie nam podał.

Opowiedział nam także co nie co o Arvalu. To weteran wojenny, ochroniarz, Wojownik siódmego kręgu. Ma bardzo duże doświadczenie wojskowe, jest pedantyczny i najchętniej cały świat urządziłby jak jeden wielki obóz. Nie jest głupi ale podatny na manipulację. Jedyna biała plama na jego życiorysie to okres wizyty w Iopos. O tym okresie w życiu Arvala wiadomo tylko tyle, że był tym miastem zachwycony. W zasadzie nie ma się co dziwić. Ponoć w Iopos panuje władza absolutna rodziny rządzącej i nawet kichnąć na portret Uhla nie można bo grozi za to kara śmierci.

– To może, skoro wywiad therański jest tak dobrze poinformowany o wszystkim. – odezwał się milczący dotąd Bum. – Przeszukaliście już ruiny domu Theomy i wiecie co się w nich znajduje. Nie trzeba będzie tam latać.

– Nie. Nie interesowaliśmy się ruinami.

– Taaa… Jaki kraj taki wywiad. – burknął wietrzniak.

– Panowie chyba muszą sobie coś wyjaśnić. – zasugerowała Miriel.

– Tak. – poparł ją Fildar. – Bumowi należą się wyjaśnienia.

– To chodźmy na zewnątrz. – wspaniałomyślnie zgodził się Bum i obydwaj opuścili pokój.

Wrócili po kilkunastu minutach. Bum miał tak zadowoloną minę, że byłam pewna, że coś się święci. Uzgodniliśmy z elfem, że jeśli będziemy potrzebować pomocy albo informacji to się z nim skontaktujemy a tymczasem musimy się naradzić co dalej.

Dyskusja była burzliwa jak już dawno nie. Czas naglił a pomysłów mieliśmy jak na lekarstwo. Bum się uparł, żeby wystawić samego siebie jako żywą przynętę dla Ksenomanty Królowej i pojmać go, kiedy przyjdzie go zabić. Podstawową dziurą tego planu było założenie, że Królowa w ogóle się pofatyguje żeby go próbować zabić. Wszak za trzy dni odbędą się wybory, Alvar je wygra i jako marionetka Królowej będzie rządził jak ona mu każe. Moim zdaniem nie miała absolutnie żadnego interesu, żeby się teraz wychylać.

Zaproponowałam w zamian żeby porwać Alvara. Komendant jest dla niej cenny. Bez niego nie będzie wyborów, więc kobieta zapewne zrobiła by coś, żeby go odzyskać. Choćby nasłała Ksenomantę, co doprowadza nas do celu, czyli próby pojmania go. Ten pomysł nie spodobał się jednak Durgolowi. Argumentował, że jeśli jednak, jakimś cudem, okaże się, że Arval wcale nie współpracuje z Królową i nikogo po niego nie wyślą to grozi nam kara śmierci za porwanie komendanta straży (jakby już nam nie groziła… tyle że z rąk ioposów…).

Wymyślono więc nowy, idealny, plan czyli desant na siedzibę Królowej… Bez komentarza. Do mojej drużyny, po tym pomyśle, przestały trafiać jakiekolwiek argumenty. Oni naprawdę uważają, że mamy szansę wejść do kamienicy i pokonać magów z Iopos. Nawet ja słyszałam wielokrotnie legendy o magii tego miasta, o sile rodziny panującej, widziałam, kilka godzin temu, jak nasłany przez nich JEDEN konstrukt niemalże nas zmiótł. A oni chcą tam wejść i… w zasadzie to nie wiem co chcą dalej. Zabić Królową? Zabić Ksenomantę? Bo raczej żadne z nich nie da się pojmać i postawić przed sąd.

Absurdalność tego planu i niezachwiana pewność drużyny, że jesteśmy w stanie to zrobić sprawiły, że przestałam już słuchać dalszych rozmów. Z zamyślenia wyrwały mnie dopiero zachwyty nad Bumem. Zrozumiałam wtedy dlaczego wietrzniak wrócił z rozmowy taki zadowolony. Elf dał mu na przeprosiny szkicownik, który sprawiał, że to co się w nim narysowało stawało się na jakiś czas realne. Bum narysował siebie zupełnie zmienionego, z normalnymi skrzydłami, bez ogona, z czarnymi strąkami dredów na głowie. I taki właśnie stał teraz przed nami.

Dlatego kiedy Altin przyleciał z raportem, że ruiny nie są pilnowane przez straż, tylko przez kilku ochroniarzy wynajętych przez synów Theomy, zaś sklep maga też jest wolny od straży i działa normalnie, Miriel pozwoliła Bumowi, w towarzystwie sokoła Thar’zitta polecieć na zwiad.

Wrócili po godzinie, może nieco później. Bum obejrzał mieszkanie Alvara. Żyje skromnie, wręcz ascetycznie, ma tylko jednego ochroniarza. Posiada przedmiot magiczny, którego Bum nie był w stanie dokładnie zbadać, ale jest przekonany, że ma on pomagać w opanowywaniu się. Zajrzeli także do maga, gdzie nadal znajduje się bransoleta, którą Miriel miała na sobie oraz w ruiny, w których Bum dostrzegł skrzynkę, zawierającą wcześniej dokumenty Szarego, niestety pustą. Na koniec panowie obejrzeli sobie kamienicę, która jest siedzibą Królowej. Kamienicę obłożono zaklęciem, które zniechęca do podchodzenia do niej. Dostrzegli tam dwóch ochroniarzy i wchodzącego niskokręgowego Adepta.

Zaaferowani swoimi odkryciami, wspólnie z Miriel, uradzili po powrocie, że potrzebujemy zdobyć bransoletę, żeby móc nią unieruchomić Ksenomantę, oraz że musimy udać się do ruin i je przeszukać, bo może wyjęli dokumenty i schowali je w innym miejscu domu, dzięki czemu uda nam się je odnaleźć. Miriel skontaktowała się z Findasem a kiedy się zjawił poprosiła go o odkupienie bransolety i użyczenie nam jej do czasu złapania Ksenomanty. Jak sprawa się zakończy obiecała mu ją oddać, na co elf chętnie przystał, gdyż takiego cuda jeszcze nie posiadał w swojej kolekcji.

Findas odszedł a drużyna zaczęła się szykować do wizyty w ruinach. Na szczęście mogłam wcześniej skorzystać z usług jednego ze służących i zamówić sobie nowe ubrania, więc nie musiałam latać po mieście w strojnej, podartej sukni. Uważałam, że wyprawa do ruin nic nam nie da. Kto normalny wyjmuje dokumenty obciążające samego siebie z magicznie zabezpieczonej skrzyni i wkłada je do własnej szafy? I to dokumenty, za które zabił! Odnoszę wrażenie, że gubimy główny cel naszej bytności w Jerris i ganiamy jak pies za własnym ogonem zupełnie bez sensu.

Czas pokaże.

Drużyna zdecydowała, więc nie pozostało mi nic innego jak zostawić Noir w domu wraz z Szafir, gdyż kruk nadal nie może latać a ważka zbyt rzuca się w oczy i pójść wraz z nimi. Jakkolwiek uważam, że popełniamy błąd to jednak nie puszczę ich samych na pewną śmierć, jeszcze gotowi z tych ruin polecieć prosto do Królowej i przypuścić szturm na jej kamienicę…