36 Niespodzianka

Nie minęło osiem godzin gdy z lasu wynurzył się Borgil w towarzystwie Hator i Iliego, wietrzniaka, którego kilka miesięcy temu spotkaliśmy w kaerze w górach Skolskich. Tak ork jak i moja kotka wyglądali już całkiem dobrze, choć kiedy wtuliłam się w jej futro, czułam, że nie jest jeszcze do końca wyleczona. Ili, zapytany przez Buma skąd się tutaj wziął, oznajmił, że w mieście słyszał plotki o drużynie, która robi jakiś bałagan w dżungli, a że na ulicy wypatrzył Borgila, przyleciał żeby zobaczyć co takiego, znowu, wyprawiamy. Przestałam ich słuchać tuż po tym, jak Bum oznajmił, że każde zwierzę w dżungli to konstrukt Horrora.

– Czego tak siedzicie? – zagadnął mnie Borgil.

– Magowie medytują, nie możemy się dostać do korytarza bo blokuje go uwięziony żywiołak ziemi. Chcą go uwolnić ale ich moc jest zbyt słaba.

– Rozwalić?

– Prędzej żywiołak rozwali nas. Poczekajmy.

– Nuda. – ork walnął się pod drzewem i wyciągnął jakby zamierzał spać.

Czas mijał powoli. Salazar pluskał się w rzece, korzystając z okazji, że ma wody pod dostatkiem, wietrzniaki dyskutowały o włamywaniu się przez drzwi, które nie były drzwiami a żywiołakiem, zaś Borgil pochrapywał cicho pod drzewem. Korzystałam z tych chwil spokoju bawiąc się ze zwierzakami. Przez to ostatnie ciągłe poczucie zagrożenia zaniedbałam je trochę.

Po nieskończenie długim czasie magowie wstali, rzucili czary i… nic się nie stało. Westchnęłam zirytowana.

– Wejdźmy przez sufit. – rzuciłam. – Inaczej orkowie się tam pozabijają zanim wam się uda to rozproszyć.

Mistrzowie Żywiołów popatrzyli na siebie zrezygnowani i wreszcie Miriel oznajmiła, że faktycznie nie ma co tracić czasu na próby rozproszenia tak silnej magii, skoro gdzieś niedaleko szykuje się walka z Horrorem.

Ruszyliśmy niezwłocznie z powrotem w kierunku obozu orków. Niestety był to kawał drogi, więc musieliśmy się zatrzymać na noc. Jak się można domyślać, nie była ona spokojna. Obudził mnie Salazar informując, że słyszy tupot wielu końskich kopyt. Poprosiłam Buma, żeby poleciał to sprawdzić zanim postawimy na nogi cały obóz, jednak wietrzniak, jak to wietrzniak, uznał, że jak on nie śpi to reszta też nie musi. Tym sposobem oba wietrzniaki poleciały sprawdzić niepokojące dźwięki a pozostała część drużyny zaczęła zbierać obóz. Raczej było jasne, że już sobie nie pośpimy tej nocy.

Nasi zwiadowcy wypatrzyli oddział orków, było ich około trzydziestu i wyraźnie starali się nie robić hałasu. Nie zaobserwowali na nich żadnego godła, żadnych barw czy choćby symbolu Ligos, na który liczyliśmy, za to nosili znak żałoby, zapewne po zabitym wodzu. Okazali się też być dobrze wyposażeni, na wzór Kawalerzystów, gdyż ich uprząż była w doskonałym stanie, za to broń w dużo gorszym.

Oddział podjechał do obozu orkowego, złożył hołd Sidli i został wpuszczony do środka. Coraz mniej rozumiałam z tej całej sytuacji… Pilnowaliśmy obozu jeszcze przez jakiś czas, oczywiście trzymając się na dystans. Po mniej więcej godzinie wewnątrz zapanował ruch, wszyscy mieszkańcy wyglądali jakby szykowali się do zejścia do kaeru. Zabezpieczali właśnie konie, kiedy z lasu rzuciły się na obóz konstrukty. Początkowo nie wyglądało to dobrze, ale Bum zapewnił, że oddział sobie świetnie radzi, natomiast konstrukty nie do końca. Atak zmienił w postępowaniu orków tylko to, że postanowili zejść w głąb kaeru razem z końmi.

Podjęliśmy decyzję wejścia do wnętrza, mniej więcej w momencie, w którym wejdą tam orkowie. Obliczyliśmy mniej więcej czas, zabezpieczyliśmy wierzchowce nakazując im powrót do Ligos jeśli nie wrócimy przez dwa dni i używając mocy Jaspree przesunęłam drzewo, które już wcześniej dało nam dostęp do kaeru. Bum, jakąś dziwną miksturą, wypalił w kamiennym suficie sporą dziurę, dzięki czemu przedostaliśmy się do korytarza. Ziemia i kamień, które spadły na ubitą podłogę kaeru nagle wchłonęły się w nią, jakby nasz znajomy żywiołak je posprzątał. Zamarliśmy zdezorientowani. Co jak co, ale wściekłego żywiołaka w ciasnych korytarzach nikt nie chce spotkać.

Miriel stała przez chwilę zamyślona, najwyraźniej próbując rozmawiać z duchem, gdyż po chwili oznajmiła, że możemy bezpiecznie iść. Przesunęłam więc drzewa, zakrywając dziurę nad naszymi głowami, i powoli ruszyliśmy korytarzem.

Przez jakiś czas panowała cisza i spokój. Kamienne, surowe ściany, podłoga z ziemi, wystające gdzieniegdzie korzenie. Zaplecze kaeru, zapewne zapomniane nawet przez jego mieszkańców. W pewnej chwili Hator się zaniepokoiła. Zaczęła węszyć. Zapożyczyłam jej zmysł i zaciągnęłam się zapachem.

– Drapieżnik. – ostrzegłam.

Bum ruszył do przodu nieco uważniej. Kawałek dalej dostrzegliśmy pierwszy kopiec. Przypominał kopiec kreta, ale dużo większy. Jakby zrobiony przez zmiennego quwrila.

– Uważaj Bum. Jeśli to quwril to zaatakuje błyskawicznie i z zaskoczenia.

Nie zdążyłam skończyć zdania, gdy spod ziemi wyskoczyło ogromne cielsko i kłapnęło paszczą, zaopatrzoną w ostre zębiska, tuż pod wietrzniakiem, który jedynie dzięki magii swoich talentów zdołał uniknąć pochwycenia. Zwierzę błyskawicznie zniknęło pod ziemią.

– Raven, co to było? – spytała Miriel.

– Quwril. Konstrukt. Ewidentnie konstrukt.

– To ja tupnę, on wyskoczy a wy go zabijecie. – zakomenderował Bum.

– Nie dacie rady. Jest za szybki. – skomentowałam, ale Bum już wykonał plan.

Uderzył w ziemię, konstrukt wyskoczył, drużyna rzuciła się z bronią i prawie się zderzyli ze sobą, bo zwierz błyskawicznie zniknął.

– Stój! – rozkazałam, wyciągając dłoń w kierunku stwora. Poczułam, że posłuchał. – Nie ruszajcie się. – zwróciłam się do drużyny. – Trzymam go. Każę mu wyjść, wtedy bijcie.

– Czekajcie! Czekajcie! – poparł mnie Bum. – Niech go Raven wyprowadzi.

Skupiłam swoją całą magię. Nakazałam stworowi wyjść. Czuł zagrożenie, więc opierał się z całych sił. Musiałam się mocno skoncentrować, ale w końcu się udało. Konstrukt wysunął ogromne cielsko na powierzchnię i chwilę później już nie żył. Obejrzałam go dokładnie. Okazało się, że ma zęby jadowe, z których łatwo da się ściągnąć truciznę i bardzo twardą skórę, która świetnie się będzie nadawać na pancerz. Z pomocą Durgola szybko oskórowałam stworzenie i zebrałam jad. Truchło zostawiliśmy.

Ledwie kilka kroków udało nam się przejść spokojnie gdy zorientowaliśmy się, że ściany się do nas przybliżają.

– Miriel? – Salazar rozejrzał się niespokojnie.

– Ilość esencji gwałtownie wzrosła. Jakby żywiołak manipulował tutaj ścianami. Uciekajcie.

Nie czekając ruszyliśmy biegiem wzdłuż korytarza. Tylko Borgil z Salazarem zostali nieco w tyle pilnując żeby Miriel nic się nie stało. Dobiegliśmy do ściany. Ślepy korytarz? Odwróciłam się. Miriel stała z rozpostartymi rękami. Ściany wokół niej zaczęły się rozsuwać, drżeć, pękać. Szybko obejrzałam ścianę zamykającą nam przejście. Okazała się drzwiami, ale nie umiałam ich otworzyć. Nagle na ścianie zobaczyłam kształtujący się napis „Pomóżcie”.

– Czego potrzebujesz? – zapytałam w przestrzeń. – Co się dzieje?

– Orichalk. Słabnę. – odpisał duch.

– Macie jakiś orichalk? – zwróciłam się do drużyny.

Zdezorientowane spojrzenia moich towarzyszy nie wróżyły dobrze.

– Jakikolwiek. Pomyślcie. – ponaglałam. – Jakiś przedmiot?

– Skrzyneczka na dokumenty tego elfa z Jerris! – wykrzyknął Bum.

– Przy koniu została. – odparł Borgil. – Przecież nie taszczę ze sobą takich rzeczy.

– Węgiel, grudka żelaza, trochę miedzi… – wyliczał Durgol grzebiąc w torbie.

– Ty! – nagle Borgila olśniło. – A ja mam takie coś, toto chyba jest magiczne, może ma orichalk. – wyciągnął z sakwy zdobny diadem.

Chwyciłam go energicznie i przyjrzałam mu się. W błękitnej poświacie naszych kryształów świetlnych błysnął pomarańcz najcenniejszego z metali.

– Jeśli ci pomożemy otworzysz te drzwi? – rzuciłam w powietrze.

– Tak. Pomóż.

Przytknęłam diadem do ściany. Wchłonął się błyskawicznie. Ściany zamarły, z sufitu przestało się sypać, drzwi przed nami skruszyły się w pył.

– Obecność zniknęła. – powiedziała niepewnie Miriel. – Chyba się uwolnił.

– I całe szczęście! – ucieszył się Bum. – Mamy poważniejsze sprawy na głowie niż niańczenie jakiegoś ducha. Ruszajmy!

Przeszliśmy do właściwego kaeru. Solidne, kamienne ściany, kryształy świetlne i ślady bytności wyraźnie uświadomiły nam, że korytarze są używane. Zaczęliśmy natrafiać na szkielety orkowe, dokładnie objedzone i dość młode, czas ich leżenia tutaj Bum określił najwyżej w miesiącach, a także na nietypowe ślady na posadzce. Z lewej strony, z głębi zakręcającego korytarza usłyszeliśmy dziwne plaskanie.

Bum wychylił się ostrożnie. Dostrzegł trzy humanoidalne istoty, ze szponami zamiast palców i płetwami zamiast stóp, o głowach przypominających kłębowisko węży, w dodatku całe ociekające wodą. Żeby było zabawniej (nikt nie zrozumie poczucia humoru wietrzniaków) Bum wyciągnął swój magiczny szkicownik, odrysował dokładnie ową istotę, zmienił się w nią i w takiej postaci nam się  pokazał. On ma, jednak, więcej szczęścia niż rozumu czasami, gdybyśmy byli bardziej porywczy mógłby nie zdążyć powiedzieć, że to on…

Swoją drogą dochodzę do wniosku, że ten cały Konstruktor jest jednym z najbardziej fascynujących Horrorów, o jakich słyszałam. Zdolności przerabiania wzorców stworzeń, które posiada, stanowią ciekawe zagadnienie do badań. Zaczęłam przypuszczać, że może on posiadać jakieś zdolności ksenomanckie, wszak mistrzowie tej dyscypliny także potrafią modyfikować wzorce. Co doprowadza do niepokojących wniosków, że sama ksenomancja może mieć coś wspólnego z mocą Horrorów. Muszę koniecznie porozmawiać o tym z moim mistrzem.

Tymczasem, zamyślona nad istotą mojej, nowej skądinąd, dyscypliny, straciłam fascynującą dyskusję na temat odciągnięcia uwagi stworów, upolowania stworów czy też jakiegokolwiek innego sposobu na ominięcie stworów, ponieważ za ich plecami znajdowała się niedbale sklecona barykada, która zdecydowanie broniła dostępu do celu naszej wędrówki. Wreszcie Buma olśniło, że posiada w swoich zasobach jakąś miksturę usypiającą, którą błyskawicznie zastosował i tym samym pozbył się problemu, usypiając stwory. Przechodząc koło barykady zabrałam jeszcze jedną orkową czaszkę i trochę kości. Będzie na zapas.

Nie mijając już żadnego patrolu dotarliśmy do centrum kaeru. Korytarz wyprowadził nas do ogromnej, okrągłej i wysokiej sali, rodzaju hallu z czterema odnogami, w postaci czterech, niemal identycznych, korytarzy. Niemal, bo tylko jeden z nich, po naszej prawej stronie, był całkowicie ciemny. W sali znajdowało się całe stado konstruktów. Staliśmy ukryci w cieniu korytarza przyglądając się stworom. Dwie jehuthry, trzy toksyczne dajry, cztery porośnięte łuską, przerośnięte dziki i sześć zmodyfikowanych małp. Niezła gromadka.

Szeptem próbowaliśmy wymyślić jakiś sposób odciągnięcia tej bandy w inne miejsce. Oczywistym było, że naszym celem powinien być ciemny korytarz. Jeśli gdzieś ma być Horror to właśnie tam. Rozwiązanie problemu przyszło samo. Daleko po lewej stronie rozległy się odgłosy walki. Zapewne nasi znajomi orkowie tłukli kolejne konstrukty. Grupa przed nami także zorientowała się w tym, co słyszy, i błyskawicznie ruszyła w stronę walki. Korzystając z okazji przekradliśmy się do zaciemnionego korytarza i zagłębiliśmy się w niego ostrożnie.

Powoli przesuwaliśmy się coraz głębiej, gdy ciszę przedarły trzaski błyskawic uderzających w ściany. To Bum aktywował jakąś dziwną pułapkę. Obejrzałam ją w przestrzeni astralnej. Wyglądała jak moc Horrora ale uszkodzona. Zanim zdążyłam zaprotestować Miriel postanowiła ją rozproszyć. Niestety skutek był odwrotny do zamierzonego i kolejna seria wyładowań trafiła Borgila, który zasłonił Miriel, skupiając się na metalowych częściach jego tarczy ale także raniąc samego orka.

– To reaguje na metal. – odezwał się Durgol. – Konstrukty nie noszą broni.

– Możesz to jakoś zablokować? – spytałam.

– Spróbuję.

Krasnolud podszedł do miejsca, które według niego było źródłem pułapki i używając swoich zdolności zablokował je. Z pewną rezerwą Bum wleciał w obszar jej działania, a kiedy nic się nie stało podążyliśmy za nim.

Minęliśmy szereg pomieszczeń mieszkalnych, pustych, z rozwalającymi się sprzętami i wszechobecnym kurzem. Zaglądałam niespiesznie do środka. Takie wnętrza zawsze napawają mnie pewnym smutkiem. Jaka tragedia musiała się wydarzyć w tych ścianach?

Z zamyślenia wyrwała mnie niecodzienna sytuacja. Natrafiliśmy na ścianę, a raczej jej gruzy, które okazały się być ogromną barykadą zrobioną z czego popadnie, w tym także ze zwłok. I w tej barykadzie właśnie Borgil, Bum i Salazar zawzięcie grzebali, rozrzucając na boki stare śmieci i robiąc taki hałas, że jeśli Horror się jeszcze nie zorientował, że tam jesteśmy to właśnie walą do jego drzwi z całych sił oznajmiając naszą obecność.

– Co wy, u licha ciężkiego, robicie? – zapytałam zdumiona.

– Durgol wyczuł w tej stercie magiczną broń. – odpowiedziała mi oparta o ścianę Miriel, chyba równie zniesmaczona tą sytuacją co ja.

– I to jest powód, żeby anonsować się Horrorowi? Poszaleliście? – zwróciłam się do kopiących. – Nie możecie tego później przekopać?

– Nie… – wysapał Bum zrzucając ze sterty jakiś pogięty hełm, który wylądował mi pod stopami. – To jest magiczne. To się może na Horrora przydać.

Wreszcie, z cichym okrzykiem triumfu, Borgil wyciągnął spod rozpadających się zwłok solidny koncerz. Kompletnie nie znam się na broni białej, ale cała czwórka panów uważnie przestudiowała zdobycz stwierdzając, że idealnie nadaje się dla Kawalerzysty. Co więcej, Durgol zbadał broń i oznajmił, że pochodzi z Kara Fahd i została wykonana najprawdopodobniej przez Zbrojmistrza rodziny królewskiej.

– Już? – ponagliłam. – Możemy iść do Horrora zanim wszystkich orków na górze pozabija i zje nas na deser?

– Bum! Bum! Bum! Bum! – zakrzyknął wietrzniak i ruszył za barykadę.

Zaczynam rozumieć mojego obsydiańskiego mistrza, który podziwia mnie za pozostanie w dobrym zdrowiu psychicznym po tak długim czasie przebywania w towarzystwie niektórych członków tej kochanej drużyny.

– No co? – usłyszałam jeszcze głos wietrzniaka zza barykady. – Przecież i tak wie, że tu jesteśmy. – jakby czytał mi w myślach.

Wzruszyłam tylko ramionami podążając za resztą. Za stosem dostrzegliśmy schody w dół. Powoli zeszliśmy piętro niżej, do solidnych, dużych drzwi. To, przed czym staliśmy, przypominało nieco bastion, choć drzwi częściowo się rozpadły i znaczyły je ślady walki. Za drzwiami dostrzegliśmy kwadratowe pomieszczenie a w każdym jego rogu po jednym krojenie, a raczej konstrukcie zrobionym z krojena.

– No pięknie. – szepnął Bum. – Cztery razy Hator tylko z dodatkową siłą i Pasje wiedzą czym jeszcze. Bardzo toto groźne? – spytał z nutką nadziei w głosie.

Zbliżyłam się do otworu w drzwiach i przyjrzałam stworzeniom, odsyłając uprzednio Hator, której wściekłość przeszkadzała mi się skupić. Co prawda Horror próbował je zmodyfikować, ale nie do końca mu się to udało, wyczułam ból, strach, skołowanie.

– Słuchajcie. – szepnęłam odsuwając się od drzwi. – Zrobimy tak. Utkam dwie ciemności, rzucę po jednej na te dwa najdalej, trzeciego przejmę, czwartego atakujcie. Spróbujemy je zdjąć po jednym.

Drużyna potaknęła. Uszykowała się do ataku. Znalazłam dwa kamyki, utkałam dwie ciemności i upewniając się, że wszyscy są gotowi, cisnęłam kamyki pod łapy krojenów, trzeciego natychmiast przejmując zdolnością zawładnięcia nad zwierzęciem.

Nagle kaer się zmienił. Stoję pośrodku tłumu ludzi i elfów. Władczyni Zwierząt próbuje opanować swoje krojeny. Atakują orkowie. Widzę padające ciosy. Czuję krew. Za nimi pojawia się on. Horror. Zaczyna przekształcać. Przejmuje krojeny, ale nie udaje mu się przejąć ich jaźni, chcą umrzeć, cierpią.

Wyrzucona z wizji poczułam niemal fizyczny ból. Przez załzawione oczy zobaczyłam jak trzymany siłą mojej woli krojen rusza powoli w moją stronę. Dobiegł mnie głos Buma, oddalony, zamglony, jakby dochodził z innej płaszczyzny.

– Czekajcie! Coś jest nie tak. Może ona je przejmie i przeciągnie na naszą stronę. Nie atakujcie na razie.

Krojen podszedł do mnie. Położył się na ziemi. Odsłonił brzuch.

– Czy ktoś ma sztylet? – słowa ledwo wydostały mi się z gardła. Wyciągnęłam dłoń w przestrzeń.

Poczułam rękojeść sztyletu. Cichy szum skrzydełek powiedział mi, że to Bum. Klęknęłam przy krojenie.

– Twoje cierpienie dobiegło końca. – szepczę i wbijam broń prosto w serce zwierzęcia.

Kolejne dwa podchodzą po kolei, kładą się w ten sam sposób. W ten sam sposób je uśmiercam. Czwarty, uwolniony spod ciemności, rozpędza się i uderza głową w ścianę.

Zostałam na klęczkach dłuższą chwilę, patrząc na krew na sztylecie. Borgil włożył mi do ręki bukłak odbierając zakrwawiony sztylet. Pociągnęłam spory łyk zachłystując się piekielnie mocnym bimbrem. Poczułam Noir siadającego na ramieniu i usłyszałam kojący głos Jaspree „Jestem z tobą córko.”

– Co się stało? – spytała Miriel z troską, kucając koło mnie.

– Kiedy przejęłam krojena miałam wizję. Widziałam bitwę w tym kaerze. Orkowie atakowali mieszkających tutaj ludzi i elfy. Władczyni zwierząt, do której najpewniej należały te koty, poległa w walce. Ludzie chyba wygrywali. Przynajmniej do momentu, kiedy pojawił się Horror. Wtedy zaczęła się masakra.

– Horror pomagał orkom? – spytał zdziwiony Salazar.

– Chyba tak. Nie jestem pewna. To działo się tak szybko…

Gdzieś w głębi korytarza, po lewej stronie, rozległy się dźwięki.

– Konstrukty idą. – ostrzegł Bum. – Schowajmy się.

Tylko jeden korytarz się do tego nadawał, po prawej stronie od wejścia. Co prawda był krótki i kończył się zawałem, ale miał całe drzwi, dzięki czemu byliśmy całkowicie ukryci przed wzrokiem konstruktów. Przeszły koło nas, nie zaniepokojone, udając się na górę. Niektóre z nich wyglądały na niedokończone, jakby Horror produkował je na bieżąco i w pośpiechu.

– Idziemy. – zakomenderowała Miriel, kiedy ich kroki ucichły. – Dość już czasu zmarnowaliśmy.

Ruszyliśmy w głąb kaeru. Natrafiliśmy na jakieś opuszczone magazyny, w których pełno było pustych kokonów po konstruktach. Jedne drzwi były zamknięte, więc zostawiliśmy je w spokoju gdyż naszą uwagę przykuła dziwna błona przegradzająca przejście dalej. Bum doleciał do niej, obejrzał ją uważnie, wyciągnął sztylet i zaczął ją przekrawać. W pewnej chwili odskoczył jak oparzony. Spytałam co się stało, ale szybko powiedział, że nic i wrócił do cięcia.

Ból, który we mnie uderzył chwilę później, był nie do opisania. Czułam, jak coś mrocznego wyrywa ze mnie energię karmiczną. Osunęłam się na ziemię. Poczułam jak ciepła krew spływa mi z nosa do ust. Widząc co się dzieje Miriel utkała kulę ognia i cisnęła nią w błonę. Niestety czar nie zadziałał tak, jak powinien, wyzwalając tylko niewielki płomień, który ledwie nadpalił brzegi. Zirytowana zaczęła tkać kolejną. Uderzenie płomieni nastąpiło tuż przed szarżą Borgila, który w międzyczasie przywołał ognistego rumaka.

Bum, Salazar i Borgil wpadli do środka przebijając błonę. Naszym oczom ukazało się duże pomieszczenie, wypełnione dziwnym śluzem, śmierdzące. Pośrodku tej mazi stała istota humanoidalna, ponad dwumetrowej wysokości, bez twarzy, z mieczem zamiast prawej ręki i tarczą zamiast lewej.

Zobaczyłam jak miecz Horrora trafia w Buma a błyskawiczny cios Salazara nie przynosi żadnego efektu. Nawet Durgol próbował wbić włócznię w dziwaczne cielsko, ale mu się nie udało go zranić. W końcu Bum zapikował i jego włócznia żywiołów przebiła się przez pancerz Horrora, powodując, że jego uwaga natychmiast skupiła się na wietrzniaku.

Przyjrzałam się kokonom w przestrzeni astralnej, szczęściem okazały się puste, więc próbowałam przeorać bestię pazurami. Niestety stwór był zbyt szybki. Zignorował mnie zupełnie, atakując w zamian Buma. Wietrzniak zripostował cios, lekko naruszając zewnętrzną powłokę Horrora. Podobną skuteczność miał atak Borgila, który minął mnie szarżując i odbił się od skóry stwora. Kolejny cios Salzara przebił się przez parowanie Horrora, dzięki czemu na jego sinej skórze pojawiło się kolejne zadrapanie. Wykorzystał to wietrzniak, by znów zaatakować, ale jego cios okazał się za słaby i dopiero kryształowe pociski, wypuszczone przez Miriel, wyrwały kawał ciała Horrora, dając nam nadzieję na wygranie tej walki.

– KRA! – usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się. Jeśli kiedykolwiek jeszcze wpadnę na pomysł zostawienia za sobą w kaerze nie sprawdzonego pomieszczenia sama osobiście się ukarzę. Za naszymi plecami pojawiły się dwie jehuthry. Hator zareagowała błyskawicznie, rzucając się w ich kierunku, kompletnie ignorując moje polecenie powrotu. Chcąc nie chcąc, zostawiłam towarzyszy i ruszyłam na pomoc kotce. Kątem oka dostrzegłam, że Borgil także odwraca wierzchowca w stronę zbliżających się konstruktów.

Bum, po raz kolejny, przypuścił atak na Horrora, Konstruktor uniknął go sprawnie, odbijając niemal całkowicie także cios Salazara. Durgol odrzucił włócznię i wyciągnął miecz z Iopos licząc, że metoda z przykładaniem jelca i porażeniem błyskawicami, zadziała i w tym wypadku.

Pędzę do jehuthry, widzę jak Hator wbija w nią swoje pazury, wyszarpując kawał ciała.

W tym czasie Bum odlatuje, więc Horror skupia się na Salazarze, jednym ciosem posyłając go na ziemię, wkurzony wietrzniak pikuje, po raz kolejny wbijając się głęboko w cielsko bestii.

Uderzam w jehuthrę tuż obok Hator. Kotka jest lepsza bo moje pazury tylko ślizgają się po chitynowym pancerzu. Pędem mija mnie Borgil, całą siłę swojego ciosu kierując w drugiego konstrukta. Jehuthry są jednak zwinne, więc i ta uniknęła ciosu, odskakując w bok przed rozpędzonym Kawalerzystą. Dodatkowo odwinęła się jednym z odnóży, raniąc orka.

Trzask kryształowych pocisków i cichy syk Horrora powiedziały mi, że Miriel znów odniosła małe zwycięstwo swoim czarem ale krzyk bólu wietrzniaka sprawił, że się instynktownie obejrzałam. Horror najwyraźniej próbował zmienić Buma, bo jego stopy zaczęły się nienaturalnie wykręcać.

Skupiłam się na jehutrze, skoro nie mogłam jej zranić, mogłam ją przestraszyć, co mi się w końcu udało. Przerażony konstrukt rzucił się do ucieczki a Hator za nim, gryząc i drapiąc. Borgilowi kolejny atak też poszedł bardzo dobrze, zauważyłam, że dobija swojego przeciwnika i odwraca się w kierunku Horrora. Upewniwszy się, że Hator poradzi sobie ze swoją jehuthrą, także skupiłam uwagę na walce za moimi plecami.

Odwróciłam się akurat by zobaczyć jak Horror zamierza się na Buma, Salazar próbował zablokować cios idący w wietrzniaka a Miriel wypuściła kolejne kryształowe pociski, wyrywając kolejne fragment pancerza stwora. Niestety Salazarowi nie udało się zasłonić Buma przed ciosem i zobaczyłam jak wietrzniak uderza w podłogę. Horror poprawił, znów omijając kontrę t’skranga, i Bum znieruchomiał.

Bestia odwróciła się w kierunku Miriel. Wyprowadziła cios. Salazar znów rzucił się pod ostrze, tym razem skutecznie osłaniając elfkę i raniąc bestię. W tą kotłowaninę wbił się Durgol, któremu, po kilku próbach, udało się wreszcie trafić Horrora jelcem. Wyładowania, który wstrząsnęły cielskiem dobiły stwora, sprawiając, że rozlał się po podłodze.

Nie dane nam było delektować się zwycięstwem. Nad naszymi głowami brzmiały już odgłosy walki. Najwyraźniej orkowie spychali konstrukty w głąb kaeru. Rozejrzeliśmy się szybko. Za pokrywającą wszystko mazią odkryliśmy dwa przejścia w głąb. Przywiązałam nieprzytomnego Buma do Szafir, zniszczyliśmy kokony, tak na wszelki wypadek, i prześlizgnęliśmy się za śluzem dalej w kaer.

Ku naszemu zdumieniu trafiliśmy na ciężkie, metalowe drzwi, zabarykadowane od środka. Za nimi dostrzegłam, w przestrzeni astralnej, ośmiu orków, w tym dwóch adeptów. Byli uzbrojeni w łuki i proce i wyraźnie pełnili rolę strażników. Zaniepokoiło mnie to, że w ich wzorcach dostrzegłam moc Horrora, a przecież, skoro stwór nie żył, wszelkie znamiona powinny były zniknąć. Dodatkowo przestrzeń w środku była spaczona.

Po krótkiej naradzie i ocuceniu Buma wzięłam szkicownik, przemalowałam się na orkową szamankę i wraz z Borgilem ruszyłam do barykady.

– Halo! – krzyknęłam. – Wy tam, po drugiej stronie, otwierać.

– A wy to kto? – odezwało się po chwili.

– Przysyła nas Sidla, zabiliśmy Horrora.

– Jak to zabiliście? Przecież Horror jest tutaj.

– Tutaj, czyli gdzie? – zapytałam, mocno już podirytowana.

– No… Pod nami.

– Aha. A ten tam na górze to był dla ozdoby czy zmylenia przeciwnika?

– Ten co to zmieniał zwierzaki?

– Ten właśnie. Nie żyje. Wpuścicie nas wreszcie czy mamy powiedzieć Sidli, że nie wykonujecie jego rozkazów?

Po chwili ciszy dowódca oznajmił, że wpuści nas do środka. Czekaliśmy dobre kilkanaście minut zanim usunęli barykadę i wreszcie znaleźliśmy się po drugiej stronie. Ork, który ze mną rozmawiał, przedstawił się jako Zagar, zastępca wodza, Kawalerzysta szóstego kręgu. Zapytany co tu robią oznajmił, że cofali się pod naporem konstruktów, zabarykadowali się i czekają na Tildę, szamana, który ponoć wie, co zrobić z Horrorem, którego pilnują. Zażądałam więc zaprowadzenia do Horrora, tłumacząc, że nie ma czasu do stracenia, bo walki coraz zacieklejsze i w każdej chwili Horror może się uwolnić. Poprowadzono nas więc do sporego pomieszczenia, gdzie pośrodku dostrzegliśmy magiczną barierę w kształcie kopuły, sięgającą około półtora metra nad ziemię i pokrywającą taką samą kopułę z kamienia, całą pokrytą znakami podobnymi do tych na włazach. Spod spodu czuć było dziwną moc.

– Co robimy? – szepnął do mnie Borgil. – Tylko patrzeć jak ten cały szaman się tu zjawi i może być burda.

Zerknęłam na orków, przyglądających nam się z pewnego dystansu.

– Daj mi pomyśleć.

Poczułam się skołowana. Jedno wiedziałam na pewno, trzeba się pozbyć orków i spróbować ustalić co się znajduje pod kopułą. Jakim cudem pod spodem może być drugi Horror? A jeśli nie Horror to co? Jak i dlaczego wpływa na orków. I czemu ściągnął ich tutaj, żeby go zabili?

– O co tu chodzi? – mruknęłam do siebie.

Zerknęłam na Zagara.

– Zostawcie nas na chwilę samych. Ta magia wyrywa się spod zabezpieczeń, muszę ją zapieczętować zanim zjawi się Tilda, inaczej nikt z nas tego nie dożyje. Pilnujcie wejścia i natychmiast sprowadźcie tu Sidlę jak tylko się pojawi. Postaram się utrzymać bestię w zamknięciu do tego czasu.

Nie czekając na spełnienie mojego rozkazu odwróciłam się do kopuły i zaczęłam tkać wątek do ciemności. Jeśli orkowie nie wyjdą to przynajmniej nie będą widzieli co robię. Czas się przekonać, co kryje pod sobą kopuła, a czasu mamy coraz mniej.

Reklamy

35 U wrót kaeru

Drużyna zagłębiła się w dyskusji, której strzępki co jakiś czas do mnie docierały, a ja próbowałam intensywnie myśleć. Tajemnicze włazy w korycie rzeki, zaginiony kaer, charyzmatyczny ork, który zjednoczył plemiona, konstrukty w całej dżungli i Horror, rzekomo, zamknięty w kaerze musiały się jakoś łączyć. Nie wierzyłam w uwięzienie Horrora. Niektóre konstrukty były dość świeże, podobnie jak ich kokony. Żeby je tworzyć musiał wychodzić na powierzchnię. Z drugiej strony, skoro wychodził to czemu sam nie zmiótł obozu z powierzchni ziemi. Jeśli Sidla nie jest naznaczony to kim jest? A jeśli jest naznaczony to co tu robi skoro Horror ma w posiadaniu kaer? Chyba, że nie ma żadnego kaeru… Musiałam się upewnić przynajmniej w tej kwestii.

– (…) Ja też potrafię coś zlepić. – usłyszałam Miriel.

– To zlep te informacje i powiedz nam co tu jest grane. – odparował Bum.

– Jak duży może być kaer? – weszłam im w słowo.

Zamilkli patrząc na mnie z lekką dezorientacją.

– Myślicie, że jak daleko od obozu może sięgać, jeśli w ogóle tam jest? Korytarze w dżungli Serwos, wykorzystywane na kaery, ciągną się kilometrami. Jeśli tutaj jest podobnie, jeśli kaer jest połączony z dziwnymi włazami w rzece, to możemy sprawdzić, czy on faktycznie tam jest. Przynajmniej jedno słowo Sidli potwierdzimy.

– Jak? – spytała Miriel.

– Chodźcie. Musimy się wrócić kawałek.

Skierowaliśmy się znów do obozu. Starałam się znaleźć miejsce na tyle blisko, żeby była szansa, że pod nami jest kaer i jednocześnie na tyle daleko, żeby moje działania nie ściągnęły na nas uwagi jego mieszkańców. Znalazłam ogromne drzewo. Mogłam śmiało założyć, że jego korzenie sięgają daleko w głąb ziemi. Wyciszyłam się, zmówiłam krótką modlitwę do Matki i poprosiłam „odsuń się”. Moc Jaspree przepłynęła. Majestatyczny posąg przyrody z mozołem wyciągnął z ziemi potężne korzenie i przesunął się kilka metrów w bok.

Uśmiechnęłam się widząc zdumione miny towarzyszy.

– Mamy tylko kilka minut zanim będę je musiała odstawić na miejsce, więc chodźmy zbadać lej. Jeśli kaer tam jest może uda nam się go dostrzec w przestrzeni astralnej.

– To ja was będę asekurować. – rzucił Thar’zitt widząc jak Bum przywiązuje linę do jednego z pni i obwiązuje się w pasie.

Skinęłam tylko głową. Także się obwiązałam i ruszyłam ostrożnie w głąb dziury. Szybko otoczył nas zapach wilgotnej ziemi i przyjazny półmrok. Zsunęłam się na sam dół, czując obok siebie obecność Buma i wejrzałam w przestrzeń astralną. Nie było to przyjemne doświadczenie bo przestrzeń była tutaj spaczona. Pasma czerni zasłaniały widok, przepływały wokoło zniekształcając obraz. Mimo to dostrzegłam to, co spodziewałam się tutaj znaleźć, kaer. Sufit budowli był pełen dziur i całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zabezpieczeń magicznych. Wewnątrz dostrzegłam zniszczone wnętrze, którego historię napisano walką. Osmalone ściany, głębokie bruzdy w kamieniu, zaschnięte plamy krwi, walające się wszędzie kości i ślady uszkodzeń murów sprawiły, że widok spacerujących po kaerze konstruktów zdawał się być zupełnie naturalny.

Po dokładnym obejrzeniu wnętrza wróciliśmy z Bumem na górę. Przesunęłam drzewo na miejsce dziękując Jaspree za dar jej mocy. Opowiedzieliśmy Thar’zittowi i Miriel o zwiadzie, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba zbadać rzekę. Wszak, według Sidli, do następnego ataku mamy trochę czasu.

Drugiego dnia spokojnej, niczym nie zakłócanej podróży, nasz zwiad powietrzny w postaci wietrzniaka odkrył niezwykłe miejsce magiczne. Za barierą utkaną z magii dostrzegł wzorzec wielkiego cierpienia. To, co się działo w tym miejscu, sprawiło, że zyskało ono prawdziwy wzorzec. Gdy wyszliśmy spomiędzy drzew dostrzegliśmy spory obszar zniszczeń, popalonej ziemi, zwęglonych drzew. W centrum tego wszystkiego leżał trup, rozerwany od środka, zaś po ziemi, z dużą prędkością, sunęła zdobiona bransoleta, szarżując prosto na Buma, wyciągającego w jej kierunku jedną ze swoich magicznych kuleczek.

– Rzuć w nią tą kulką! – krzyknęłam, oceniając prędkość bransolety na zbyt dużą, żeby zdążył ją bezpiecznie zamknąć gdy się zbliży na wyciągnięcie dłoni.

Bum posłuchał natychmiast. Krzycząc hasło cisnął kulkę w nadlatującą biżuterię. Trafił idealnie. Kulka wessała przedmiot i zamknęła się. Wietrzniak wziął ją ostrożnie w rękę. Zobaczyłam jak kulka szarpie się wściekle, jakby przedmiot próbował się wydostać. Bum wyjął jeszcze dwie pozostałe i powrzucał jedna w drugą. Ruch w końcu zamarł.

– To chyba nasz wieśniak. – Miriel wskazała na zwłoki.

– Co ludzie robią z ciałami po śmierci? – spytał mnie Thar’zitt.

– Grzebią.

– No, to trzeba go pogrzebać. – rzucił Bum i wyciągnąwszy saperkę wziął się do roboty.

Popatrzyłam chwilę na narzędzie w rękach wietrzniaka, które dla mnie mogłoby być zaledwie łyżką.

– Pomóżmy mu. – zaproponowałam. – Inaczej noc nas tu zastanie.

Wspólnymi siłami pogrzebaliśmy zwłoki. Zrobiłam też tabliczkę upamiętniającą nieszczęsnego rybaka.  Po zakończonej pracy ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie minęła godzina, kiedy Bum nagle wyciągnął kulkę z bransoletą.

– Raven, weź no ją obejrzyj w astralu bo coś się ciepła robi.

Wejrzałam w przedmiot.

– To coś topi twoje kulki. Wewnętrzna jest już całkowicie zniszczona i właśnie wzięło się za drugą.

– Jasny pieron! – zaklął t’skrang. – Trzeba się tego pozbyć. Tylko jak?

– Tylko jedno mi przychodzi do głowy. Zakopać. – podeszłam do najbliższego drzewa i poprosiłam je o przesunięcie się. – Wrzucaj. – wskazałam głową na dół.

Bum podleciał, podał hasło do zewnętrznej kulki wyciągając ją nad dół. Środek, mocno już rozgrzany, wypadł, staczając się po zboczach leja głęboko w ziemię. Przesunęłam drzewo na miejsce.

– Myślicie, że to wystarczy? – zapytał wietrzniak patrząc z niepokojem na drzewo.

– Musi. – mruknęłam. – Nic innego nie wymyślimy. Chodźmy stąd.

Zaznaczyliśmy drzewo kryjące przeklęty skarb, wkrótce zostawiając je za plecami. Do rzeki dotarliśmy późnym popołudniem. Miriel dokładnie obejrzała włazy upewniając się, że nic się nie zmieniło od ich ostatniej wizyty po czym pozwoliła Thar’zittowi zanurzyć się pod wodę, żeby je sobie dokładnie obejrzał. Bumowi zaś, w tym krótkim czasie, udało się obrazić Noir, rzucając o Jaspree  „Pozdrów go ode mnie” Uspokoiłam kruka ale odmówił przyjęcia od Buma pojednawczej śliwki, odwracając się do niego ogonem. Wzburzonego Noir jeszcze nie miałam okazji widzieć i muszę przyznać, że widok ten był wielce intrygujący. Jego emocje dało się zauważyć nawet nie będąc Władcą Zwierząt.

– Uwaga! – krzyk Buma wyrwał mnie z zamyślenia. – Mamy towarzystwo.

Obydwie z Miriel odwróciłyśmy się jak na komendę. Z lasu biegły na nas olbrzymie małpy. Zmodyfikowane małpy. Schyliłam się błyskawicznie, chwyciłam z ziemi kamyk i zaczęłam tkać wątek. Miriel też wzięła się za tkanie a Bum ruszył do ataku z powietrza. Zobaczyłam jak Thar’zitt wynurza się na powierzchnię i przygotowuje do odparcia ewentualnego ataku kosturem.

– Rzucaj Miriel. – krzyknęłam, widząc, że skończyła tkanie.

Złożyła dłonie, wyciągnęła je w kierunku dwóch najbliższych małp i wykonała gest jakby chciała oderwać jedną dłoń od drugiej. Małpy skleiły się ze sobą, przewróciły i przekoziołkowały razem jeszcze kilka metrów. Otoczyłam nas aksamitną ciemnością tuż przed tym jak dwie kolejne, najeżone kłami, paszcze rzuciły się w kierunku naszych twarzy. Zdezorientowane zwierzęta opadły na ziemię i zaczęły węszyć.

– Tkaj. – szepnęłam do Miriel. – Jak skończysz zrób krok do tyłu i dwa w lewo, wyjdziesz z ciemności.

Widziałam jak potaknęła. Odsunęłam się nieco, wyciągnęłam dłoń i ściągając energię z przestrzeni astralnej dotknęłam zwierzęcia. Raniący dotyk sprawił, że małpa kwiknęła cicho i natychmiast odwinęła się, żeby mi oddać. Szczęściem na oślep nie wyszło jej to najlepiej.

Tymczasem Bum eliminował kolejnych przeciwników osłaniając także Thar’zitta. Kolejne ciosy i czary sprawiły, że ocalałe dwa konstrukty rzuciły się do ucieczki zostawiając za sobą ciała towarzyszy. Cisnęłam za nimi kamień niosący na sobie kulę mroku, co wyhamowało zwierzęta pozwalając Bumowi dokończyć rzeź.

Rozejrzeliśmy się po polu bitwy.

– Patrzcie jaki zwiad upolowałem. – Bum z dumą pokazał nam leżącego na ziemi jastrzębia z wystającą z piersi strzałką.

Obejrzałam zwierzę dokładnie. Był to konstrukt ale kiedyś miał więź z Dawcą Imion.

– Mogę go śledzić w powietrzu. – zaoferował Bum. – Zobaczymy skąd przyleciał, może nas gdzieś doprowadzi.

– Thar’zitt, skończyłeś już? – zwróciła się Miriel do t’skranga, który nadal siedział w rzece, jakby nie zamierzał jej opuszczać.

– Taaaak… – odparł z wahaniem. – W zasadzie tak.

– Czego się dowiedziałeś?

– Te kamienie we włazie to zakazana magia. Łączy w sobie magię horrorów i orichalk. Miała maskować kaery przed wzrokiem Horrorów. – t’skrang wylazł z rzeki i zaczął się wycierać.

– Cudnie. – skomentowała Miriel. – Prowadź Bum, zobaczmy gdzie nas doprowadzi to ptaszysko.

Ptaszysko doprowadziło nas do miejsca, do którego i tak mieliśmy pójść, a mianowicie do jedynego otwartego włazu, źródła wszelkich zawirowań magicznych w okolicy. Znaleźliśmy tam świeży kokon, którego zawartością był najprawdopodobniej nasz jastrząb oraz dziwne ślady, przypominające orka o idealnie symetrycznym ciele a później zmieniające się w coś bliżej niezidentyfikowanego. Ślady prowadziły do rzeki. Zupełnie jakby Horror z niej wyszedł, wypuścił jastrzębia, i do niej wrócił.

– Można popytać rośliny czy ich duchy coś widziały. – zaproponowałam.

– Baronie. – zwrócił się Thar’zitt do swojej paprotki. – Spróbuj spytać swoich kuzynów czy widzieli tą postać i jak wyglądała.

– Mówią, że podobna do obsydianina bo nie miała twarzy. – odezwał się po chwili Baron.

– No. To mamy swojego Horrora. – rozejrzałam się kontrolnie.

– Wyczuwam dużo esencji żywiołu ziemi. – Thar’zitt przymknął oczy. – Jakby był w pobliżu żywiołak.

– Spróbuj zagadać. Może odpowie. – zaproponowała Miriel.

Po dłuższej chwili dostrzegliśmy jak koryto rzeki drży nieznacznie i osypują się z niego drobne kamyki.

– Thar’zitt? – zapytała Miriel.

– Nic się nie bójcie. – t’skrang niemal się roześmiał. – Tu jest żywiołak ziemi. Zamknięty. Coś go tu trzyma i nawet nie pozwala mu się komunikować ze mną. Stąd ta drobna lawina. Obiecałem, że go uwolnimy. Ale to muszę popłynąć do tej wnęki żeby być bliżej.

– Przedostańmy się na drugą stronę. Mam pomysł jak odsunąć te przeklęte przedmioty nie narażając żadnego z nas na niebezpieczeństwo. – poprosiłam.

Ruszyliśmy więc w górę rzeki. Kilkadziesiąt metrów dalej Miriel rzuciła gołoledź zamrażając nam mostek, po którym mogliśmy się przedostać na drugi brzeg. Przewiązałyśmy się liną, trzymaną przez Buma, i ostrożnie weszłyśmy na lód. Oczywiście zachowanie równowagi na śliskiej powierzchni nie jest moją mocną stroną, więc błyskawicznie wylądowałam na tyłku. Wietrzniak nie omieszkał tego wykorzystać.

– Nie wstawaj bo zrobisz sobie krzywdę. – krzyknął i ruszył przed siebie ciągnąc nas obie za sobą.

Miriel ma smykałkę do bycia łyżwiarką i nawet ta nieoczekiwana jazda sprawiła jej sporą przyjemność, natomiast przed „jazdą” po lodzie na tyłku raczej was ostrzegam. Nie jest to coś, co chciało by się robić codziennie.

Znalazłwszy się wreszcie bezpiecznie po drugiej stronie rzeki wróciliśmy do miejsca, gdzie otworzył się właz. Wyjęłam zapas kości, które tak ochoczo dostarczył mi ostatnio Bum i zaczęłam układać krąg. Moi towarzysze patrzyli z zaciekawieniem jak krąg zaczyna się jarzyć białym światłem i jak kupka kości pośrodku unosi się, wiruje w powietrzu, i wreszcie układa w humanoidalny kształt.

– Chodź ze mną. – poprosiłam istotę. Chybocząc się lekko ruszyła za mną na brzeg rzeki. – Weź właz i odciągnij najdalej jak tylko jesteś w stanie. To samo zrób z pozostałymi dwoma przedmiotami.

Patrzyliśmy zafascynowani jak szkielet zanurza się pod wodę i zaczyna przenosić po dnie wskazane przedmioty.

– Kiedy się tego nauczyłaś? – spytał Bum nie odrywając wzroku od szkieletu.

– To wiedza z trzeciego kręgu Ksenomanty.

– Ładnie to to nie wygląda ale skoro jest pożyteczne to ujdzie. – skomentowała Miriel.

Kiedy duch skończył swoje zadanie wskazałam ręką właz.

– Proszę, Thar’zittcie, możesz badać.

T’skrangowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Chlupnął do wody i skupił się na otworze. Nie zabawił pod wodą długo.

– Ta ściana, która zamyka niszę to nie żadna ściana, to żywiołak, w dodatku zamknięty czarem. Trzeba to rozproszyć. – wyrzucił z siebie jednym tchem.

– Ale to chcemy tak teraz? Tak już? – dopytywał Bum. – Tak żeby nam Horror tutaj wylazł?

– Chcieliśmy do Horrora. – wtrąciłam. – To możemy przecież tylnym wejściem.

– Rozpraszaj. – poprosiła Miriel.

Thar’zitt wyciszył się, na jego pysku widać było powagę i skupienie. W końcu magia przepłynęła zaś powagę zastąpiło rozczarowanie.

– Nie udało się. – jęknął zasmucony.

– Naucz mnie tego czaru. – poprosiła Miriel. – Jakoś musimy się tam dostać.

Rozsiedliśmy się na brzegu. Bum obserwował czujnie otoczenie, ja delektowałam się bliskością cichej przyrody zaś Miriel i Thar’zitt w skupieniu studiowali zwój z formułą czaru rozpraszającego magię. Minęło może pół godziny, może więcej, zanim Miriel podniosła się i, podobnie jak wcześniej t’skrang, posłała w kierunku żywiołaka strumień magii. Brak efektu powiedział nam równie szybko jak jej mina, że i jej się nie powiodło.

– Co teraz? – spytałam

Magowie popatrzyli po sobie niezadowoleni.

– Została nam już chyba tylko medytacja. – odezwał się niechętnie Thar’zitt. – Później możemy spróbować ponownie.

– Osiem godzin medytacji. – mruknęłam wpatrując się w wodę. – Cóż, jeśli nie ma innego wyjścia to medytujcie. Najwyżej sam do nas przyjdzie.

– A wtedy spuścimy mu manto! – entuzjastycznie zakrzyknął Bum.

– Albo on nam. – szepnęłam sama do siebie szukając wygodniejszej pozycji do siedzenia na czas tych ośmiu godzin medytacji naszych magów.

34 Kolejne pytania i żadnych odpowiedzi

Byliśmy już  gotowi do drogi kiedy zorientowałam się, że Bum wraz z Szafir lecą w kierunku drzew. Natychmiast przywołałam Szafir do siebie. Ważka zawahała się ale stanowczość powtórzonej komendy sprawiła, że wróciła grzecznie nad Śnieżkę, skupiona już tylko na mnie.

– Ale ja tylko chciałem zerknąć… – zaczął się tłumaczyć Bum.

– Nie. – skierowałam Śnieżkę ku Ligos. – Borgil i Hator potrzebują medyka. – ponagliłam wierzchowce.

Bum jeszcze coś mruczał pod nosem ale już nie oponował przeciwko powrotowi.

Do miasta dotarliśmy o zmierzchu. Ku naszemu zdumieniu, tuż przed fortecą, wpadliśmy na Thar’zitta, który, jak się okazało, przybył do miasta w jakichś interesach, przy okazji licząc, że trafi na nas gdzieś na szlaku. Szybko pożegnałam t’skranga i skierowałam się do stajni odprowadzana ożywioną rozmową między Thar’zittem i Durgolem. Już na miejscu ułożyłam Borgila i Hator na posłaniach i kazałam stajennemu posłać po medyka. Muszę przyznać, że sprowadził go błyskawicznie. Starszy mężczyzna dobrze znał się na swojej profesji, profesjonalnie opatrzył tak Borgila jak i Hator i zostawiwszy mi instrukcje dotyczące opieki nad nieszczęsną dwójką, pożegnał się znikając w ciemnościach nocy.

Nie zdążyłam się jeszcze ułożyć do snu gdy do stajni wpadł Bum, był wyraźnie wzburzony ale zamaskował to pytając o stan zdrowia naszych towarzyszy i szybko kładąc się spać. Nie miałam głowy do wnikania w powody zdenerwowania wietrzniaka, wtuliłam się w futerko Hator i szybko zasnęłam ukołysana jej kocim mruczeniem, dziękując Jaspree za to, że nadal mogę czuć jej ciepło i delektować się więzią, która nas łączy.

Rankiem czekała mnie niespodzianka. Bum postanowił poprawić sobie humor egzekwując obietnicę, którą mu kiedyś złożyłam, i udał się na nocne latanie na Szafir. Czym nie omieszkał mi się pochwalić jak tylko otworzyłam oczy.

– Fajnie było? – spytałam nieco roztargniona doglądając chorych.

– Fantastycznie! Jak ona lata! A jak szybko! Mogę to kiedyś powtórzyć?

– Może… Co się wczoraj stało? Wydawałeś się zdenerwowany.

– A bo Thar’zitt chciał olać Smoczycę. Wyobrażasz to sobie? Ja mu mówię, że Smoczyca chora, a on mi na to, że może on sobie w ogóle pójdzie. Jak tak można?

– Hm… Może miał jakiś inny powód żeby tak powiedzieć?

– Coś tam marudził, że go Durgol o szpiegostwo podejrzewa, bo się zjawia i znika niespodziewanie. No ale to nie powód, żeby porzucać Smoczycę prawda?

– Ale w końcu został, tak?

– No… Został. – przyznał niechętnie wietrzniak.

– W takim razie myślę, że można mu wybaczyć.

Skupiłam się na chwilę i poprosiłam Thar’zitta, Miriel i Durgola, w mowie powietrza, żeby wzięli śniadanie i przyszli z nim do stajni, trzeba było ustalić co robimy dalej z tym całym bałaganem.

– Raven wiesz co? – zagaił Bum kiedy go poinformowałam, że śniadanie nam przyniosą. – A mógłby mój znajomy też polatać na Szafir?

– Szafir nie służy do wożenia wszystkich wietrzniaków w okolicy Bum.

– Nie wszystkich. Tylko jeszcze jednego. Wiesz, on od dziecka o tym marzył. Mówił mi to.

– Czemu mnie tego nie powie?

– Bo on się ciebie trochę boi.

– Boi? – popatrzyłam na Buma zdziwiona. – Co to za wietrzniak?

– Xarion.

Moje zdumienie jeszcze wzrosło.

– Sugerujesz, że Xarion się mnie boi???

– Pozwól mu polatać. Będzie nam winien oooooooogromną przysługę.

Dostrzegłam naszą drużynę kierującą się w stronę stajni.

– Dobrze, pozwolę, jak mnie o to sam poprosi. Umie chyba mówić?

– Dzięki! – Bum wystrzelił w powietrze natychmiast ruszając na poszukiwanie Xariona.

– Bum! Ty gdzie? – usłyszałam krzyk Thar’zitta. – Rysunki tych znaków z włazów mi miałeś pokazać!

– Są pod skrzynią. – odkrzyknął wietrzniak i zniknął nam z oczu.

Rozłożyliśmy śniadanie i posilając się próbowałam opowiedzieć Thar’zittowi, w miarę sensownie, wszystko czego doświadczyliśmy w dżungli. Dowiedziałam się przy okazji, że w nocy relację zdawał mu Durgol, więc sporo wysiłku musiałam włożyć w wyprostowanie wszelkich teorii spiskowych przedstawionych przez krasnoluda. Thar’zitt obejrzał też szkice, które zrobił Bum, przedstawiające  znaki magiczne zapisane w przestrzeni przy tajemniczych włazach. Kończyłam właśnie relację kiedy nadleciał Bum z Xarionem. Oszczędzę sobie opisywania tego żenującego zachowania jakie zaprezentował Thar’zitt z Xarionem, którzy szybko znaleźli wspólny język. Czasami odnoszę wrażenie, że przebywam w towarzystwie bardzo rozkapryszonych dzieci, które, w dodatku, ciągle się wściekle kłócą….

Zostawiwszy Borgila i Hator w cytadeli ruszyliśmy ponownie w dżunglę. Postanowiliśmy udać się nad rzekę żeby Thar’zitt mógł obejrzeć sobie zawirowania magii żywiołów na żywo, liczyliśmy, że może on na coś wpadnie po analizie tych dziwnych miejsc.

Pierwszej nocy ostatnią wartę zaniepokoiły dobiegające z dżungli odgłosy. Thar’zitt usłyszał padające drzewo, więc poleciał na zwiad jako sokół. Przyleciał dość szybko informując, że orkowy obóz warowny broni się przed falą konstruktów. Miriel postawiła nas na nogi. Szybko się zebraliśmy i ruszyliśmy w kierunku obozu. Bum poleciał sprintem. Po powrocie oznajmił, że orkowie sobie dobrze radzą w walce, używają taktyki i ukształtowania terenu. Jeden z nich walczy na wierzchowcu, porusza się błyskawicznie, posyłając co jakiś czas płonące strzały. Podjęliśmy natychmiast decyzję żeby wspomóc obóz w walce, tym samym zaskarbiając sobie sympatię dowódcy, co pozwoli nam zbliżyć się do niego i zbadać jego wzorzec.

Niestety kiedy podjechaliśmy bliżej okazało się, że obóz już sobie poradził. Konstrukty zniknęły zaś orkowie wzięli się za palenie trupów. Wykorzystaliśmy sytuację i jawnie ruszyliśmy do obozu. Dowódca był czujny, nie wyszliśmy jeszcze spomiędzy drzew a już zabrzmiało donośne „Stój! Kto idzie?” wykrzyczane w orkowym. Odpowiedziałam w tym samym języku. Wódz przedstawił się jako Sidla, Łucznik szóstego kręgu, wódz połączonych plemion. Po krótkiej rozmowie oznajmił nam, że pod obozem jest kaer, do którego wejścia pilnują. Konstrukty próbują się dostać do środka a orkowie starają się do tego nie dopuścić. Co więcej, szykują się do wejścia do kaeru żeby podjąć walkę z zamkniętym tam horrorem. Może nawet zaufałabym Sidli w czystość jego intencji, ale kiedy próbowałam wejrzeć w jego wzorzec zaczęłam odnosić wrażenie, że nie mogę się skupić, jakby coś rozpraszało moje myśli. Spróbowałam ponownie wykorzystując zdolność Noir do widzenia aury ale efekt był identyczny. Zaniepokoiło mnie to mocno. Zwłaszcza, że zaproponowaliśmy orkowi pomoc w walce z horrorem i zejście do kaeru wraz z nim a wolałabym w takiej sytuacji nie mieć wroga za plecami. Ucięłam więc rozmowę oznajmiając orkowi, że i tak musimy udać się najpierw nad rzekę, bo są tam miejsca, które nas niepokoją a mogą mieć powiązanie z horrorem. Sidla nie miał nic przeciwko. Według niego kolejny atak nie nastąpi tak od razu i możemy mieć kilka dni spokoju. Pożegnaliśmy się szybko oddalając się od obozu na tyle, żeby nie być słyszanymi. Dopiero kiedy upewniłam się, że nikt nas nie śledzi ani nie podsłuchuje zatrzymałam drużynę i opowiedziałam im o swoim wrażeniu podczas badania wzorca. Trochę nas to zdezorientowało. Spotkanie z Sidlą dorzuciło kilka pytań do naszej puli niewiadomych a nie dało ani jednej odpowiedzi. Znów trzeba było podjąć decyzję co dalej…

Orichalcum, konwent miłośników Earthdawna

banner-napis

Trochę tu było cicho ostatnio, za co Was przepraszam, ale zaangażowałam się w tworzenie Festiwalu Fantastyki Cytadela, co pochłonęło mnie całkowicie (opowiem Wam o nim wkrótce).

Przede mną kolejne wyzwanie, jakim jest stworzenie własnego konwentu, który w całości będzie poświęcony mojemu ukochanemu systemowi RPG jakim jest Earthdawn. Oczywiście nie robię tego samodzielnie a z pomocą dwóch pasjonatów tego systemu i w imieniu całej naszej trójki chciałabym Was bardzo serdecznie zaprosić do udziału w konwencie.

Co Wam oferujemy?

Orichalcum odbędzie się w Głuchowie (woj. Łódzkie, powiat Rawski) i będzie konwentem plenerowym. Mamy do dyspozycji, położoną na uboczu, w malowniczej okolicy, leśniczówkę ze sporym terenem na namioty i altaną z miejscem na ognisko. Tam odbywała się Toporiada czy też Siekieriada, o której już Wam kiedyś pisałam <tutaj> Klimat tego miejsca jest niesamowity, a kiedy zapada zmrok, teren oświetlają tylko świece a z rozstawionych namiotów sesjowych wydobywają się dźwięki prowadzonych sesji od razu czujemy, że dzieje się coś wyjątkowego.

Dla kogo?

Wiele osób mówi „nie znam tego systemu, ten konwent nie jest dla mnie” – to nie prawda! Przypomnijcie sobie swoje pierwsze kroki w RPG. Przecież kiedy zaczynaliście też nie znaliście systemów. Ba! Nie wiedzieliście nawet czym jest RPG! A jednak zrobiliście pierwszy krok i dalej już poszło. Teraz wielu z Was mistrzuje, poznajecie nowe systemy, idziecie na przód. Dlatego zachęcam Was – zróbcie ten krok w stronę ED. Nie spodoba Wam się? Nic straconego. Wrócicie do swoich ulubionych systemów, ale wrócicie zadowoleni z fantastycznie spędzonego czasu, bo gwarantuję Wam, że spędzicie go miło. A kto wie, może Earthdawn stanie się Waszym ulubionym systemem…

Wstęp

Konwent kładzie nacisk na sesje dla każdego, więc żeby do nas przyjechać trzeba się zapisać. Formularz jest banalny a wypełnienie go zajmie Wam kilka chwil. Klikamy:

http://topory.org/pl,wstep-na-orichalcum,302

Na stronie możecie też zapoznać się ze szczegółami konwentu:

http://topory.org/pl,o-konwencie,310

Ale też zapraszam Was do polubienia wydarzenia na fb, żeby być na bieżąco:

https://www.facebook.com/events/140963089759809/

Zapraszamy

Orichalcum tworzą fantastyczni ludzie z Toporów i dołożymy wszelkich starań żeby każdy się świetnie bawił. Dołączcie do nas. Zapisy trwają tylko do 10 czerwca.

Czekamy właśnie na Ciebie! 🙂

30 Na ratunek Smoczycy – ku Ligos

Minęło południe gdy drużyna była w stanie zebrać się i w miarę jasno myśleć. Przed imprezą udało się Miriel i Durgolowi dowiedzieć, że dawne Lagos to obecne Ligos nad rzeką Lagos. Osada szybko się rozwija a dominującą rasą w niej są orkowie, którzy niegdyś stoczyli tam walkę z Horrorem i jego konstruktami. Dodatkowo udało im się ustalić, że eliksir, którego szukamy, wzmacnia siły witalne, ale także ma duże skutki uboczne. Ponoć mag, który go stworzył użył do niego dziwnych składników spoza Barsawii. Ze swojej wycieczki wrócił bardzo odmieniony i błyskawicznie narobił sobie wrogów. Ukrył artefakty i słuch o nim zaginął.

Zdecydowaliśmy, że trzeba jeszcze popytać o samo miasteczko, więc Borgil i Salazar poszli dowiedzieć się czegoś o Ligos.

Plotek udało im się zdobyć całkiem dużo. Usłyszeli o dwóch katastrofach statków powietrznych, które zbliżały się do miasteczka, o znikających osadach orkowych nomadów, o znalezionym w pobliskich górach orichalku a nawet o atakujących podróżnych orkach, małpach, jehuthrach i innych niebezpiecznych istotach. Nie odnaleziono jednak żadnego kaeru w okolicy, co było nieco niepokojące zważywszy na fakt, że jeśli gdzieś mieliśmy znaleźć jakieś artefakty to właśnie w kaerze.

Salazar znalazł statek, którym mogliśmy się zabrać, więc niezwłocznie wyruszyliśmy do Ligos. Podróż w okolice miasteczka trwała trzy dni. Zajęłam się szkoleniem zwierzaków, zwłaszcza małej Furii, najwyższy czas, żeby zaczęła opanowywać podstawowe komendy.

Podróż mijała spokojnie i leniwie. Panowie nieco pomagali przy obsłudze statku zaś ja i Miriel odpoczywałyśmy. Zbyt wiele się ostatnio działo, żeby na siłę szukać sobie zajęcia. Miałam przeczucie, że wkrótce znów będziemy mieli pełne ręce roboty.

Trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiej wioski rybackiej. Dalej trzeba było iść piechotą przez dżunglę lub przesiąść się do malutkich łodzi, do których zdecydowanie byśmy się nie zmieścili. Borgil postanowił nieco podrążyć temat katastrof statków i znikających wiosek, i zanim się obejrzeliśmy załatwił nam robotę. Okazało się bowiem, że kupcy z Ligos, których statki nie dotarły do miasta, poszukiwali najemników żeby je odnaleźli. Niestety grupa, która przyszła skuszona łatwym zarobkiem chciała zbyt wygórowaną cenę za swoje usługi, więc Borgil ochoczo oznajmił, że zrobimy to za połowę tej ceny… Dobrze, że chociaż nie za darmo. Ustalił także, że dwie osady nomadów, które zniknęły bez śladu, to Czarne Strzały obozujące między lasem a Ligos, jakiś dzień drogi od miasteczka oraz Twardoręcy, których siedziby znajdowały się pomiędzy wzgórzami a lasem, trzy dni drogi od miasta.

Bogatsi o wiedzę i zlecenie na pracę wybraliśmy drogę traktem przez dżunglę. Nie minęła godzina gdy opuściliśmy savannę zagłębiając się pod baldachim drzew barwnej dżungli. Znów poczułam się jak w domu a i zwierzęta wyraźnie się ożywiły. Nawet Furia biegała radośnie pomiędzy mną a Borgilem, węsząc, nasłuchując i przysiadając co chwilę, zaaferowana nowymi zapachami i odgłosami. Borgil wysforował się naprzód wraz z Noir a Salazar latał na lianach w okolicy szlaku.

Po kilku kwadransach podleciał do mnie Noir i oznajmił:

– Raven chodź. Borgil znalazł fuj!

– Co znalazł? – spytałam wskakując na Śnieżkę żeby było szybciej.

– Fuj!

– Bardzo dokładny opis znaleziska. – mruknęłam.

Ruszyłam za Noir. Kilkadziesiąt metrów dalej kruk skręcił między drzewa. Zeskoczyłam z klaczy i weszłam za nim. Borgil stał pod drzewem przyglądając się czemuś na pniu a Furia niuchała wokoło powarkując od czasu do czasu.

– Co to jest fuj? – spytałam przyglądając się okolicy.

– A o! Jakaś maź tam. – wskazał palcem koronę drzewa. – Furia wyczuła. – dodał z dumą.

Nie trudno było tego nie wyczuć, bo dziwny zapach żywicy zmieszanej z odchodami i swądem rozkładającego się ciała wisiał w powietrzu drażniąc nozdrza. Przyjrzałam się wskazanemu przez Borgila miejscu. Bez trudu dostrzegłam dziwną substancję oblepiającą gruby konar. Od razu nasuwało mi się skojarzenie z kokonem. Pobieżna analiza uświadomiła mi, że to faktycznie miało coś wspólnego z kokonem, w środku dojrzewał konstrukt horrora. Na moje oko jakieś pięć, może sześć dni temu stworzenie się wykluło. Postanowiliśmy zostawić znalezisko w spokoju i iść dalej, zwiększając ostrożność. Zwłaszcza, że Miriel obejrzała przestrzeń astralną i nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Wszystkie żywioły kłębiły się w jednym miejscu, jakby ktoś próbował nimi coś zakryć. Źródłem tej magii wydawała się rzeka.

Ruszyliśmy dalej starając się zachowywać cicho. Po mniej więcej godzinie drogi Furia znów coś wyczuła. Gdy dołączyliśmy do Borgila i Buma zastaliśmy ich gapiących się na potężny kokon. Wewnątrz dostrzegliśmy pęcherze powietrza i coś się poruszyło.

– Nie dotykajcie tego przypadkiem. – ostrzegłam widząc zaciekawienie w oczach wietrzniaka.

Nie zbliżając się do kokonu spróbowałam wejrzeć głębiej. To, co odkryłam nie spodobało mi się. Wewnątrz znajdował się dajr. Ale nie zwykłe, łagodne zwierzę tylko dziwnie zmodyfikowana istota. Wielkie zęby, powyginane dziwacznie rogi, wypustki plujące trującym gazem.

– Kreator. – szepnęłam zafascynowana budową istoty.

– Co tam mruczysz pod nosem? – odezwał się Borgil, najwyraźniej zniecierpliwiony bezczynnością.

– Kreator. – powtórzyłam głośniej. – To taki Horror, który przekształca istoty w konstrukty. Zmienia materię ożywioną. Ciekawy okaz. Ma dużo interesujących umiejętności. No i żywi się magią, na przykład taką emitowaną przez artefakty.

– Czyli jednak ta fiolka może gdzieś tutaj być. – wtrąciła Miriel. – Albo przyciągnęła go ta dziwna kopuła z żywiołów.

– Zakładam, że wkrótce się dowiemy. – rozejrzałam się czujnie. – Na moje oko powinniśmy sobie stąd pójść bo to coś może się wykluć lada chwila.

– Zabijmy to! – zaprotestował Borgil. – Lepiej nie zostawiać za plecami.

– A jak chcesz to zabić? – dopytałam zaciekawiona.

– Ogniem? – zaproponował Bum.

– Mamy jedną szansę. – uświadomiłam im. – To jest gotowe do wyjścia. Jeśli atak się nie uda uwolni się a wtedy wszyscy zginiemy w chmurze trującego gazu. Jeszcze, nie daj Pasje, niech się ten gaz zapali to już w ogóle będzie masakra.

– Ja bym spróbował. – wtrącił Salazar. – Może się uda. Sama mówisz, że to konstrukt, nie można pozwolić żeby coś takiego latało po dżungli.

– Owszem, nie można. – zgodziłam się. – Dlatego trzeba znaleźć jego twórcę i go zabić. Wtedy nie będzie latało.

Zapadła krępująca cisza. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że drużyna patrzy na mnie jak na szaleńca.

– Słyszycie to? – przerwała ciszę Miriel.

Przez chwilę nasłuchiwaliśmy. W oddali niósł się, cichy jeszcze, tętent czegoś dużego. Zbliżał się.

– Wycofujemy się. – zaordynowałam i ruszyłam na szlak. – To pewnie jego kumple.

Szybko wyszliśmy na szlak i ruszyliśmy w odwrotną stronę niż narastający hałas. W pewnej chwili coś przyszło mi do głowy.

– Schowajcie się w dżungli. W gęstwinie. Zaraz do Was dołączę. – rzuciłam.

– Nie ma mowy! – zaoponowała Miriel.

– Nic mi nie będzie. Chcę coś sprawdzić. Nie zobaczą mnie.

– Pójdę z nią. – dodał Salazar.

– Ja spadam. – wtrącił się Durgol. – Jak chce się zabijać niech robi to sama.

– Idźcie. – ponagliłam, i ruszyłam z powrotem w kierunku zbliżających się zwierząt czując za plecami Salazara.

Upewniłam się, że drużyna zniknęła w dżungli, zidentyfikowałam miejsce, w którym znaleźliśmy kokon, znalazłam kamyk i utkałam zaklęcie. Otoczyła mnie aksamitna kula ciemności. Zamachnęłam się i posłałam ją, wraz z kamieniem na który ją rzuciłam, daleko przed siebie na drogę.

– Chowamy się. – popchnęłam Salazara w krzaki, skąd obserwowaliśmy otoczenie.

Po kilku minutach na trakcie pojawiło się stado dajrów podobnych do tego z kokonu. Zwierzęta wyraźnie miały przewodnika stada, więc zachowały chociaż tą cechę. Przewodnik zatrzymał się gwałtownie na widok kuli ciemności. Fukając i węsząc zbliżył się do niej. Obwąchał podejrzliwie po czym rozejrzał się po okolicy. Przez chwilę odniosłam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. Potrząsnął łbem, prychnął i otoczyła go chmura gazu. Na nasze szczęście wiatr wiał w inną stronę. Gdyby nas dosięgnęła mogłoby być nieciekawie.

Po zatruciu okolicy przewodnik porzucił dalsze zainteresowanie kulą i ruszył między drzewa. Nie minęło wiele czasu gdy stado znów wyszło na trakt, powiększone o kolejnego osobnika, po czym wróciło tam, skąd przyszło.

– Ech… – westchnęłam. – Czyli ciemnością się nie ukryjemy a każdą podejrzaną rzecz będą traktować gazem niezależnie czy się rusza czy nie. Wracajmy do reszty.

Ustaliliśmy, że przenocujemy w dżungli. Bum odkrył z góry miejsca stratowane przez dajry, ich ścieżki patrolowe. Ukryliśmy się więc niedaleko takiej ścieżki, wystawiliśmy warty i część położyła się spać.

Wartowałam z Salazarem. Postanowiłam obejść obóz żeby się upewnić, że nie weszliśmy na teren jakiegoś zwierzęcia. Powiedziałam Salazarowi, żeby miał się na baczności bo idę na zwiad i ruszyłam w dżunglę.

Nie odeszłam daleko gdy je dostrzegłam. Znajome ślady w miękkim poszyciu. Krojeny. Kątem oka zarejestrowałam ruch. Czarny kształt przesuwał się pomiędzy krzakami. Bez trudu rozpoznałam Hator, która bez wahania podążała za tropem. Ruszyłam za kotką w pewnym oddaleniu. Nie wiem jak daleko odeszłyśmy zanim je wyczułam a później zobaczyłam. Kilka pięknych krojenów dość nieufnie przyjęło moją towarzyszkę. Widziałam jak dominujący samiec zbliża się do niej z pochylonym łbem. Chyba jednak czar Hator zadziałał bo spotkanie przyjęło obrót, którego się spodziewałam od samego początku…

Wróciłyśmy do obozu razem. Dużo, dużo później. Uśmiechałam się z zadowoleniem. Kto wie, może niedługo będę mamą kilku małych krojenków.

– Gdzieś ty była?! – wyrwał mnie z zamyślenia głos Salazara.

– Mówiłam ci, robiłam zwiad.

– Tyle czasu?! Sama w dżungli pełnej konstruktów?!

– Nie sama. Z Hator. – pogładziłam futerko mojej, wyraźnie zadowolonej, kotki.

– Ale… A zresztą… – Salazar machnął ręką zrezygnowany. – Wszystko w porządku? – spytał jeszcze.

– W jak najlepszym.

Rankiem obudził nas Bum, dość gwałtownie. Przez stratowany pas dżungli szły dajry. Poczekaliśmy aż przejdą, niemalże wstrzymując oddech i zaczęliśmy zbierać obóz. Czas naglił. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do miasteczka.

Dawno, dawno temu…

dawno-dawno-temu

„Dawno, dawno temu, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem… Tak, Ty Mistrzu Gry. Czemu tak na mnie patrzysz z niedowierzaniem? Wszak byłeś, prawda? Kwestia dyskusyjna czy było to dawno czy jeszcze dawniej ale być, niewątpliwie, musiałeś.

Wracając do tematu. Dawno, dawno temu, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem miałeś dostęp do wspaniałej krainy zwanej Nierzeczywistością. Krainy, gdzie niemożliwe stawało się możliwe, gdzie zwykły patyk przeradzał się w miecz a potrzebujące ratunku księżniczki tylko czekały na swojego rycerza… No nie śmiej się, bardzo cię proszę. Sprawa jest poważna. Nierzeczywistość istnieje i nie składa się tylko z sielankowych obrazków przedstawiających cukierkowe zamki i piękne jednorożce. W zasadzie jest daleka od tego. Zło zawładnęło krainami Nierzeczywistości. Szaruga rozpanoszyła się tam, gdzie smutek i nuda wdzierają się do życia, Łzawiciel zbiera łzy niewinnych a Pazernica tylko czyha żeby powiększyć swoje wpływy i zagarnąć wszystko co piękne i drogocenne. Dlatego musisz poprowadzić tą grupkę Cudaków w niebezpieczną podróż, od powodzenia której zależą losy Rzeczywistości. Rozsiądź się więc wygodnie a ja Ci opowiem jak odpowiedzialne zadanie na Tobie ciąży.”

Tak zaczyna się scenariusz, który napisałam do 7-go numeru Magii i Miecz. Jest pisany do systemu, do którego mam niesamowity sentyment, a o którym pisałam <tutaj>

Jakby ktoś nie doczytał w stopce to „rysunki” nie są mojego autorstwa 😉

Poprowadzicie? Jeśli tak podzielcie się opiniami 🙂

 

Garlen

garlen-cieniowana

rys. Ajsaf

Podczas Pogromu wszystkie kaery i cytadele błagały Garlen o opiekę, do tej pory jest ona jedną z najbardziej czczonych Pasji w całej Barsawii. Dawcy Imion nazywają ją troskliwą matką a ona traktuje wszystkich jak swoje dzieci. Poprzez swoich Głosicieli pomaga rannym i chorym, daje ukojenie umierającym. W świecie pełnym przemocy opiekuje się tymi, którzy przedkładają spokój domowego zacisza ponad życie pełne przygód, w szczególności dziećmi i rodzinami.

Ideały

Ognisko domowe, leczenie.

Typowy wygląd

Zazwyczaj objawia się w postaci zmysłowej kobiety z rozpostartymi zapraszająco ramionami, czasem wybiera postać łagodnego mężczyzny.

Typowe elementy

Dom, dzieci, kaer, zamknięte pomieszczenia, woda.

Moce

Garlen leczy rannych, pociesza zalęknionych i w mgnieniu oka potrafi przenieść się do dowolnego domu.

Głosiciele

Wielu obywateli i nawet niektórzy Głosiciele innych Pasji błędnie wierzą, że Głosiciele Garlen chronią się w domowym zaciszu i poświęcają leczeniu ponieważ boją się konfliktów. Jednak każdy, kto kiedykolwiek widział jak umiera ukochana osoba, podczas gdy robił absolutnie wszystko żeby temu zapobiec, wie, że taki akt opieki wymaga dużo więcej odwagi i siły niż ten potrzebny do pokonania wroga.

Większość Głosicieli Garlen to kobiety. Niektórzy wierzą, że Pasja sama zachęca kobiety do podążania jej ścieżką ponieważ ukazuje się jako jedna z nich. Inni przypuszczają, że dzieje się tak dlatego, że kobiety, które noszą nowe życie, potrafią lepiej zrozumieć i bardziej docenić wartość życia, co sprawia że wykazują większe współczucie dla wszystkich żyjących istot.

Nawet najsurowsi Głosiciele Garlen nie tracą swojej wyrozumiałości i hojności. Jeżeli ktoś mylnie uzna ich zdolność do współczucia za słabość może się przekonać, że są zdolni do zdecydowanych działań w obronie tych, którzy znajdują się pod ich opieką. Do tej pory znana jest opowieść o piątce Głosicieli Garlen, którzy odwiedzili kiedyś wioskę niedaleko Powietrznej Przystani. Podczas ich pobytu wioska została napadnięta przez łowców niewolników. Najeźdźcy zostali wycięci w pień a ich krew suto zrosiła szaty Głosicieli.

Przykładowe akty wiary

Uleczyć kogoś z fizycznych ran (mały), otoczyć opieką kogoś cierpiącego na poważną chorobę (średni), ochronić dom/mieszkanie przed atakiem (duży), znaleźć lek na śmiertelną chorobę (epicki).

Pomysły na przygody

Pocieszycielka – Garlen to nie tylko Pasja ogniska domowego ale także pocieszycielka przestraszonych czy przerażonych. Do drużyny zgłasza się głosiciel/głosicielka Garlen. Prosi ich o eskortę. Celem jest pewien kaer w głębi dżungli czy gdzieś wśród stepów. Zapytana odpowie “Oni potrzebują pocieszenia”. Droga nie będzie łatwa a teren w miarę oddalania się od cywilizacji jest coraz dzikszy. Brak wiosek, ruiny, dzikie zwierzęta, konstrukty horrorów. W końcu docierają do kaeru który jest zamknięty. Garlen przysłała głosicielkę/głosiciela na samobójczą misję. Pocieszyć dusze tych, którzy zamknięci w kaerze, zostali zabici przez horrora. Czy drużynie uda się dostać do kaeru? Czy ocalą głosicielkę?

Podróż do domu – Grupa natrafia podczas podróży na wycieńczonych podróżnych. Byli w niewoli a teraz wracają do domu. Jak zachowają się gracze gdy dowiedzą się że to Therańczycy którzy zostali uprowadzeni w odwecie za atak łowców niewolników. Pomogą czy nie?

Klejnot cenniejszy niż złoto – Jakiś bogacz, potężna i wpływowa osoba szuka pomocy dla swojego dziecka. Gdzieś żyje podobno głosiciel Garlen który jest w stanie pomóc. Drużyna zostaje wynajęta by sprowadzić go do domu owego bogacza. Jednak głosiciel odmawia: “Przyjdę i uzdrowię dziecko jeśli wasz zleceniodawca wykona to co teraz powiem…” a żądania głosiciela są dziwne. Przekazanie większości majątku, ufundowanie kilku dziwnych przedsięwzięć a nawet przysięga krwi. Czemu głosiciel Garlen stawia takie żądania. Kim są Ci, którym bogacz miałby pomóc i dlaczego zleceniodawca wpadnie w szał gdy usłyszy żądania? Czy graczom uda się rozwikłać zagadkę? Czy uratują dziecko?

Mój dom to moja twierdza – Gracze trafiają do wioski gdzie w jednym z domów mieszka głosiciel/ka Garlen. Osoba ta zachowuje się bardzo dziwnie. Ma obsesję na punkcie zamykania i ryglowania drzwi. Jeśli gracze trafią do niej z prośbą o pomoc zauważą jak dokładnie zamyka i otwiera drzwi. Zapytana odpowie że Garlen każe jej bronić domu bo zło czai się na zewnątrz. Czy mówi prawdę? Z początku wyglądająca jak szalona może okazać się jednak jedyną osobą która wyczuwa niebezpieczeństwo które wisi nad wioską. Horror? Wyznawcy jednej z szalonych Pasji a może ktoś inny? Jak gracze przekonają głosicielkę/głosiciela do pomocy jeśli wcześniej być może żartowali sobie z jej obsesji?

Uzdrowicielka– Po Barsawii krąży głosicielka Garlen. Tajemnicza osoba, która podróżuje i leczy dawców imion. Zawsze pojawia się tam gdzie wydarzyło się jakieś  nieszczęście. Gracze będą mieli okazję usłyszeć o niej wiele plotek, od tego że to sama Pasja krąży po świecie, do oskarżeń że musi być jakoś powiązana z tymi wszystkimi nieszczęściami bo gdy wybuchnie pożar, czy po bitwie pojawia się jako pierwsza na miejscu. Kim jest tajemnicza głosicielka? Czemu wśród Dawców Imion zdania na jej temat są tak bardzo różne?

Wszystkie dzieci nasze są – Pomysł na miejsce. W jednym z miast prowadzony jest sierociniec dla dzieci, którym zajmują się głosiciele/głosicielki Garlen. Pomysłów na wykorzystanie takiego miejsca może być kilka:

  1. Sierociniec jest zagrożony, prowadzące go głosicielki proszą o pomoc drużynę. Do obrony, zabezpieczenia albo do ochrony podczas przenoszenia się w inne miejsce. Jak będą reagować gracze gdy wokół nich będzie pętać się kilkanaścioro lub więcej dzieci które ciągle będą przeszkadzać, pytać, płakać.
  2. Sierociniec prowadzony przez głosicielki jest równocześnie sponsorowany. Nikt nie wie ale to właściwie szkoła dla uzdolnionych dzieci. Nauczycielami są znani adepci wielu dyscyplin. W mieście ludzie szepczą, ale nie za głośno, bo Ci co zadają za dużo pytań znikają. Kto sponsoruje sierociniec? Dlaczego dzieci są tam szkolone? Po co? I czemu całość ogarnia taka tajemnica?

Dziecięcy świat – W okolicy podobno grasują Therańscy łowcy niewolników, napadają na wioski i porywają tylko dzieci. Ludność szuka ich kryjówki i najmie adeptów do znalezienia i odzyskania dzieci. Gdy graczom uda się znaleźć obóz okaże się że jest w nim kilkadziesiąt dzieci i tylko jedna głosicielka. To ona zabiera dzieci. Dlaczego? Czemu Garlen pozwala na takie działania? Głosicielka mówi o niebezpieczeństwie i klątwie przed którym musi uratować dzieci. Czy mówi prawdę? Czy oszalała? Jasne jest że dzieci nie chcą wracać do rodzin.

Zakochaj się w Barsawii: Iopos

Bitwa nad polem Prajora zakończyła się sromotną porażką krasnoludzkiego królestwa. Jednak podczas tej bitwy król Neden I przekonał się, że to nie Theranie ale Denairaści z Iopos byli odpowiedzialni za śmierć jego ojca. Throal długo uważał Denairastów za średnią potęgę ale ujawnienie rzeczywistych winowajców zamachu na króla natychmiastowo uczyniło z nich najgroźniejszego wroga królestwa.

Zobaczyć to miasto to jakby zobaczyć jak wyglądałby świat, gdyby Pogrom nigdy nas nie dotknął. Budynki skrzą się w świetle słońca, ulice są czyste, Dawcy Imion szczęśliwi. Nikt nie wydaje się być chory na jakąkolwiek chorobę i wszyscy wychwalają majestatyczność i piękno Iopos we wszystkich miejscach w Barsawii. Na pierwszy rzut oka Iopos wygląda jakby mieszkały w nim Pasje. Tak jak miłe wydaje się miasto tak ciemność czai się pod jego lśniącą fasadą. Jak wiesz, nie jestem specjalnie podejrzliwy. Więcej niż raz miałem wrażenie, że ktoś porusza się za mną w cieniach, co jest tym dziwniejsze, że nie robiłem nic poza udawaniem bogatego kupca. Żadnym słowem ni czynem nie sprawiałem, że mógłbym wydać się podejrzany. Powiernicy Zaufania – miejskie wojsko, policja i szpiedzy – są wszędzie. Jednego i tego samego dnia widziałem dwóch przyjezdnych kupców aresztowanych, skazanych i straconych na centralnym placu miasta za złamanie prawa, które mówi, że muszą oddać 1% od zarobku Uhlowi Denairastasowi oraz że muszą złożyć ślubowanie: „Uhl jest naszym panem, naszym światłem, naszym wszystkim.” Oddali pieniądze bez sprzeciwu ale odmówili ślubowania i za to ponieśli śmierć. W dodatku wydał ich ich własny pracownik. Ci kupcy pochodzili z Jerris i nigdy wcześniej nie byli w Iopos! Mówię Ci, nie widziałem takiej brutalności ukrytej pod pozorem zachowania porządku od mrocznych czasów rządów therańskich.

Wygląd miasta

Iopos śmiało może rywalizować z Travarem o miano najpiękniejszego z barsawiańskich miast, aczkolwiek nie może się równać dostojeństwu Wielkiej Thery. Szerokie ulice, marmurowe kolumny i wysokie kamienne budynki i wieże cieszą oko. Miasto otacza wysoki mur z jasnego kamienia, wzmocniony grudkami żywiołu ziemi, wspomnienie cytadeli, która ochroniła miasto przed Pogromem. Budynki za murem są z białego i szarego, miejscowego, kamienia, często zabarwionego w różne odcienie różu, błękitu i złota.

Miasto rozwinęło się z wioski, umiejscowionej na szczycie wzgórza, jedynego w całej okolicy. Składa się z czterech pierścieni. Każdy z nich jest drogą tak szeroką, żeby cztery wozy mogły jechać obok siebie nie stykając się. Zewnętrzna droga nazywana jest Letnim Blaskiem, kolejna to Jesienna Poświata, trzecia Zimowe Ukojenie zaś wewnętrzna Wiosenna Obietnica. Granicą każdej z dróg jest wysoki mur, który oddziela dzielnice miasta i stanowi kolejne linie obrony. Każdy mur zawiera wybiegi z parapetów oraz wieże z blankami. Każdy mur wznosi się 50 stóp powyżej gruntu przed nim i wystaje 20 stóp nad ulicę, której chroni. To sprawia, że mur chroniący Wiosenną Obietnicę jest ponad 140 stóp wyżej niż powierzchnia gruntu otaczającego miasto.

Zewnętrzny mur ma cztery bramy. Dwie na północnym-zachodzie i dwie na południowym-wschodzie. Wloty akweduktów i wyloty kanałów są umiejscowione na północnym-wschodzie i południowym-zachodzie. Mury nie tylko stanowią linię obrony miasta ale także transportują wodę, dzięki czemu nie ma konieczności budowy akweduktów w całym mieście oraz odprowadzają nieczystości do specjalnych oczyszczalni.

Wewnętrzne mury mają 20 stóp szerokości. Do bram dociera się po szerokiej rampie. Każdy mur ma osiem bram, po jednej na każdą stronę świata i po jednej pośrodku tych stron.

Wielki Bazar znajduje się w południowo-zachodniej części miasta. To właśnie tutaj zaczyna się, budowany obecnie, wielki kanał, który ma doprowadzać świeżą wodę oraz statki handlowe, co uczyni z Iopos znaczną potęgę handlową. Obecnie cały handel odbywa się w przystani statków powietrznych, która znajduje się w północno-wschodniej części miasta.

Pasje

Mieszkańcy przywiązują szczególną wagę to kultu Pasji. W każdym zakątku miasta czuć miłość do nich. Nawet detale na budynkach oddają im hołd. Każda Pasja ma w mieście wieżę dedykowaną tylko jej, zamieszkaną przez Głosicieli.

Wydarzeniem, które zjednoczyło wszystkich mieszkańców był Upadek Trzech. Kiedy podczas Pogromu trzy Pasje oszalały ich świątynie spotkał straszny los. Budynki oraz posągi powykręcały się makabrycznie a moce dane Głosicielom wypaczyły. Vidar Denairastas w porę zauważył co się dzieje i wydał rozkaz zniszczenia przedstawień Pasji oraz schwytania Głosicieli, którzy natychmiast zostali odizolowani, żeby nie czynili zła. Gdy zło zostało zażegnane Vidar kazał odbudować świątynie takie, jak były przed Pogromem i w rytuale magii krwi nadano im znów przedpogromowe nazwy. Wewnątrz wciąż są wyryte modlitwy do Pasji sprzed tej tragedii ale nie ma w nich Głosicieli. Powiernicy Zaufania dbają o to, by w budynkach nikt nie przebywał. Ioposi wierzą, że kiedy Barsawia przypomni sobie oryginalne przesłania tych Pasji to Pasje odmienią się, odzyskując dawną postać.

Krąg obserwatorów

W wewnętrznym pierścieniu znajdują się budynki rządowe. Nazywany jest on Kręgiem Obserwatorów. Każda publiczna instytucja ma tutaj swoją siedzibę. Tam rozdysponowywane są podatki, tam mają swoje główne siedziby banki, gildie i domy handlowe. Mur nie ma okien wychodzących na zewnątrz, na miasto. Wszystkie okna skierowane są do wewnątrz, na Centralną Iglicę, , gdzie na Malchitowym Tronie zasiada Uhl Denairastas, pan i władca Iopos.

Do Kręgu Obserwatorów prowadzą cztery bramy, z różnych stron świata. Bramy są silnie strzeżony a każdy intruz aresztowany i trzymany do momentu, kiedy ktoś z rodziny Denairastów zechce go przesłuchać.

Centralna Iglica, dom Uhla Denairastas i Malachitowy Tron

Tutaj znajduje się dusza i serce Iopos. To dom Uhla Denairasty i całej rodziny. Kiedy Uhl ma przemówić publicznie, zwykle czyni to właśnie ze szczytu Iglicy. Dziedziniec jest tak zaprojektowany żeby echo niosło słowa przemawiającego daleko w dół, aż do Kręgu Obserwatorów. Dzięki temu Uhl jest świetnie słyszalny w każdym zakątku wewnętrznego pierścienia.

Malachitowy Tron znajduje się w murach Centralnej Iglicy. Co roku kilku obywateli zostaje wybranych do wycieczki po samej Iglicy, żeby mogli opowiedzieć bliskim swoje wrażenia. To zapewnia mieszkańcom relacje z pierwszej ręki, co sprawia, że Uhl wydaje się mieszkańcom bardziej realny i ludzki, jak zwykły obywatel.

Historia miasta i rodziny Denairastas

Klan Denairastas żyje w Iopos od początku pisanej historii miasta i zawsze był to klan uzdolniony magicznie. Legendy Iopos są wypełnione takim czy innym członkiem tej rodziny, już na długo przed Pogromem. Denairaści urośli w siłę niedługo przed Pogromem. Jak każde duże miasto Iopos przysięgło lojalność Imperium Therańskiemu w zamian za Rytuały Przejścia i Ochrony. Mieszkańcy Iopos błagali o budowę ogromnej cytadeli żeby ochronić miasto. Takie przedsięwzięcie wymagało potężnej magii a nikt nie był tak uzdolniony magicznie jak Denairaści. Wielu z nich pomogło ukończyć kopułę, która miała ochronić miasto przed Horrorami, za co zostali uhonorowani przez iopończyków.

W czasie trwania Pogromu Denairaści dawali się poznać jako obrońcy swojego ludu przed wściekłymi Horrorami. Jak większość barsawiańskich cytadel, które nie były chronione przez magię Imperium, cytadela Iopos była kilkakrotnie przełamywana przez potężne Horrory. Za każdym razem Denairaści używali swojej magii żeby odesłać Horrory i załatać rozdarcia w zabezpieczeniach, ratując Iopos przed spaczeniem – w każdym razie tak mówią opowieści.

Przez lata uwięzienia, Ioposi coraz bardziej uzależniali się od swoich magicznych obrońców zaś Denairaści rośli w siłę i przywileje, które szły w ślad za ich pracą na rzecz utrzymania miasta. W końcu osiągnęli pełnię władzy, chociaż pojawiły się plotki, że zawdzięczają ją współpracy z potężnym Horrorem. W końcu Vidar Denairastas został wybrany Pierwszym Ministrem Iopos i w kilka lat objął miasto całkowitą kontrolą.

Vidar miał trzy żony, co jest powszechnym zwyczajem w mieście. Każda urodziła mu dzieci. Zostały one wychowane w kulcie własnej rodziny, z przeświadczeniem, że to właśnie Denairastasi mają doprowadzić Iopos do świetności. Uczono je wszystkiego, co powinny umieć osoby szlachetnie urodzone a wiele z nich posiadło także sztukę magii.

W jesieni życia Vidara w rodzinie nastąpił konflikt, którego prawdziwe przyczyny są nieznane. Plotki głoszą, że jego dzieci toczyły bój o posadę Pierwszego Ministra.

Ostatecznie władzę po ojcu objął jego trzeci syn, Uhl Denairastas, dziecko jego drugiej żony. Oficjalna historia mówi, że podjął się tego obowiązku, gdyż jego rodzeństwo walczyło o władzę zamiast skupić się na obronie miasta. Pierwszym Ministrem został zaledwie kilka dekad przed końcem Pogromu i rządzi po dziś dzień. Opowieści o Iopos mówią, że Uhl jest nieśmiertelny i będzie rządził po wsze czasy. Pewnym jest, że głowa rodu Denairastas szczególnie interesuje się alchemią i magią krwi, możliwe, że to właśnie te dwie rzeczy pozwoliły Uhlowi osiągnąć długowieczność. Inne pogłoski mówią o rytuałach przeprowadzanych podczas Pogromu, a jeszcze inne o pakcie z potężnym Horrorem. Długie życie Uhla kojarzy się także z wiekiem throalskich królów. Wg legendy Król Valurus I otrzymał dar długiego życia od Lodoskrzydłego, być może Denairastas także jest marionetką któregoś z Wielkich Smoków.

Niezależnie od przyczyn długowieczności Uhl ma w mieście władzę absolutną, którą przysięga odbierana na bramie świetnie obrazuje. Zresztą jej słowa zdają się mieć potężną moc.

Uhl nie ma własnych dzieci z żadną z siedmiu żon. Trójka dzieci zmarła w tajemniczych wypadkach, w tym jedno wraz z matką. Sam Pierwszy Minister zdaje się nie przejmować tym stanem rzeczy – po co komu dzieci skoro ma żyć wiecznie. Ale i tutaj pojawiają się różne plotki. Jedne mówią, że nie może mieć dzieci z powodu klątwy a jeszcze inne, że poświęca nowonarodzone w rytuałach krwi, które przedłużają mu życie.

Jak jego poprzednicy Uhl jest adeptem czarodziejem o pokaźnej mocy. Ma dostęp to potężnej wiedzy magicznej, gromadzonej przez pokolenia jego przodków w bibliotece, której ponoć nie dorównuje nawet Wieczna Biblioteka therańska. Jego pałac kryje w sobie także laboratoria alchemiczne gdzie Uhl eksperymentuje z magią, zaklinaniem przedmiotów, alchemią i magią krwi, a także innymi, nieznanymi, rytuałami.

Ambicją Uhla jest rządzić całą Barsawią. Po zabójstwie Valurusa nie cofnie się także przed agresją wobec Imperium Therańskiego jeśli stanie mu ono na drodze do władzy absolutnej, gdyż Uhl pragnie całej potęgi magicznej dla siebie. Nikt nie wie jak bardzo potężny jest Pierwszy Minister Iopos choć mieszkańcy miasta wierzą, że mógłby pokonać Smoka a nawet Pasje.

W Iopos żyje ponad 100 000 Dawców Imion. Flota miasta zawiera trzy galery i sześć drakkarów. Kolejne sześć drakkarów dostarczą na usługi Iopos ich najwięksi partnerzy handlowi.

Smocze Dzieci

W Earthdawnie wyróżniamy trzy gatunki smokopodobnych istot: smocze dzieci, smokowce i smokowate. Smokowate to hydry, vyverny i tym podobne. Smokowce to istoty całkowicie magiczne, nie są Dawcami Imion, do ich stworzenia potrzeba niezwykle silnej magii dlatego Smoki mają ich ograniczoną ilość. Natomiast Smocze Dzieci…

Dobrze strzeżonym sekretem jest fakt, że klan Denairastas z Iopos to jedyna, żyjąca w Barsawii, rodzina Smoczych Dzieci, a może nawet jedyna na świecie. Są dziećmi Wielkiego Smoka o imieniu Denairastas, którego leże znajduje się prawdopodobnie w Górach Skolskich. Na długo przed Pogromem Denairastas złamał smocze zasady , przyjął ludzką postać i spotykał się z ludzką kobietą, którą obdarzył potomstwem. Został za to wygnany przez resztę Smoków i mocno potępiony, zaszył się w Górach Skolskich i jest obecnie najpotężniejszym sojusznikiem rodziny.

Smocze Dzieci odcięte od dopływu smoczej krwi powoli tracą swoją smokowatość stając się, z czasem, zwykłymi Dawcami Imion. Każde Smocze Dziecię ma jakąś deformację ciała, która zdradza jego pochodzenie, a to fragment skóry pokryty łuską, a to smocze źrenice, które maskują czarami, magią iluzyjną czy też przebraniem, makijażem. Dzieci, które urodzą się zbyt zdeformowane są zabijane, chociaż część z nich trafia do laboratoriów Uhla, który prowadzi na nich eksperymenty.

Powiernicy Zaufania

Powiernicy Zaufania swoje powstanie zawdzięczają Vidarowi Denairastas ale to Uhl uczynił z nich potęgę. Związał Powierników z ideą przeznaczenia Iopos i złożył w ich ręce odpowiedzialność za zapewnienie Barsawii, że nic nie powstrzyma Iopos przed „niesieniem pokoju i porządku wszystkim Dawcom Imion w Barsawii.” Dzięki temu zanim cytadela otworzyła się po Pogromie Powiernicy Zaufania kontrolowali już każdy aspekt życia w mieście.

Powiernicy dzisiaj są niemal chodzącą legendą. Każdy jest fanatycznie oddany klanowi i samemu Iopos (które są nierozłączne w ich mniemaniu). Każdy obywatel panicznie boi się Powierników ale też traktuje ich z szacunkiem i czcią, co świetnie obrazuje sposób rekrutacji nowych członków.

Nowi członkowie Powierników są wybierani jako swego rodzaju „dziecięcy podatek” w trakcie wielkiego święta zwanego Selekcją, które odbywa się każdego lata. Selekcja wymaga od każdego rodzica, żeby oferował swoje dziecko Powiernikom w celu trenowania go na nowe pokolenie Powierników. Dzieci w wieku osiem do dwunastu lat biorą udział w szeregu zawodów, podczas których jest sprawdzana ich sprawność, predyspozycje do zostania Adeptem oraz cechy charakteru. W zawodach często dochodzi do urazów ciała, kontuzji, więc potrafią one być dość krwawe. Każdy rodzic marzy, żeby jego dziecko zostało wybrane. To dla nich ogromny prestiż i honor.

Dzięki tym zawodom w Iopos każdy Adept to Powiernik Zaufania dlatego Adepci spoza miasta są traktowani niezwykle podejrzliwie tak przez Powierników jak i przez samych mieszkańców Iopos.

Prócz wyczerpującego treningu Powiernicy Zaufania składają potężną przysięgę krwi, że będą wiernie służyć Uhlowi i Iopos (dokładnie w tej kolejności). Przysięga sprawia, że Powiernicy nie są w stanie zdradzić swojego pana, inaczej przypłacą to potworną śmiercią. Prócz przysięgi krwi Powiernicy mają także wzorzec drużyny stworzony magią krwi.

Powiernicy Zaufania dzielą się na trzy gałęzie Miedzianą, Srebrną i Złotą. Ponad nimi jest jeszcze Orichalkowa. Każda reprezentują jedną z idei Czarodziejstwa.

Gałąź Miedziana

Miedziana Gałąź reprezentuje ideę Lojalności. To najniższa ale i najliczniejsza z gałęzi. Miedziani to oczy i uszy władzy. Po kompleksowym szkoleniu, którego pozazdrościłby im niejeden Adept Szpieg, wracają do codziennego życia, wtapiają się w tłum i szpiegują. Są nie tylko w Iopos. Tak naprawdę każdy wieśniak, czy drobnomieszczanin, którego spotykamy na naszej drodze, może być miedzianym. Najlepszy sposób na przeżycie w Iopos to uznanie, że każdy Dawca Imion to miedziany. Założenie jest o tyle słuszne, że nawet „szary obywatel” chętnie doniesie władzy, że ktoś złamał prawo i zrobi to bez mrugnięcia okiem.

Gałąź Srebrna

Reprezentuje ideę Porządku. To wojsko i milicja Iopos, najlepiej znana mieszkańcom Barsawi, gdyż chodzą w lśniących srebrnych zbrojach, produkowanych z metalu, który istnieje tylko pod Iopos (patrz: legendy). Srebrni podróżują po mieście w grupach zwanych triadami, które są odbiciem ioposkiego zamiłowania do liczby trzy. Najważniejszym członkiem Srebrnych jest Argo Denairastas, bratanek Pierwszego Ministra, ponoć zadowolony ze swojej funcji i nie roszczący sobie pretensji do sukcesji (dlatego wciąż żyje). To niezwykle wprawny wojownik utrzymujący się w świetnej kondycji.

Srebrni traktują swoje obowiązki niezwykle poważnie. Do tego stopnia, że nawet za porysowanie ścian czy chodników są w stanie wychłostać dewastatora.

Gałąź Złota

Reprezentuje ideę Sukcesu i to jej członkowie są kluczem do sukcesu Uhla w przejęciu władzy w Barsawii. Niemalże legendarni wśród mieszkańców, Złoci są elitą szpiegów i agentów Powierników, pracującą poza miastem. Jednym ze Złotych jest sama Jada Denairastas, zabójczyni króla Valurusa III (albo była bo jej los pozostaje nieznany). W odróżnieniu od pozostałych Gałęzi do Złotych przynależy wielu Denairastów. Uhl wierzy, że więzy krwi są potężniejsze niż jakiekolwiek przysięgi, więc powierza ważne stanowiska własnej rodzinie. Niektórzy członkowie Srebrnych, jeśli okażą się wybitnie uzdolnieni, także mogą zostać awansowani do Złotych. Każdy Złoty to Adept. Wielu z nich zajmuje ważne stanowiska w dużych miastach Barsawii. Jerleth Denairastas dostała się na dwór królowej Alachii, co tylko uzmysławia jak daleko sięgają wpływy tej rodziny.

Z pozostałych warto wspomnieć Elom Denairastasa, który przebywa w Urupie, sabotując handel pomiędzy Therą, Domem K’tenshin oraz krainami zza Morza Aras. Jest uzdolnionym Iluzjonistą i Czarodziejem. Gentine, kobieta, sympatyzuje z Rebelią Żywogłazu. Natomiast Sidanna Denairastas żyje w Przyczółku obok Parlainth. Oficjalnie przebywa na wygnaniu ale dziwnym trafem co ciekawsze artefakty znalezione w ruinach zawsze trafiają w ręce Uhla.

Złota Gałąź dba o interesy Iopos w Barsawii konsekwentnie napuszczając na siebie wrogów miasta, tak jak doprowadziła do sytuacji, w której Throal i Thera rzuciły się sobie do gardeł.

Gałąź Orichalkowa

Reprezentuje ideę Ochrony i stanowi personalną, elitarną ochronę samej rodziny. Często nazywa się ich Łuskami, zapewne przez wygląd złotych zbroi, łuskowanych na wzór smoczego herbu klanu.

Każdy członek Orichalkowej Gałęzi bez wahania odbierze, komuś lub sobie, życie na jedno skinienie Uhla. Są to zawsze Adepci, których, już i tak wyjątkowe, zdolności zostały zwiększone magią krwi i krwawymi amuletami. Dla odmiany od Złotych Orichalkowi nigdy nie wywodzą się bezpośrednio z rodziny rządzącej a są rekrutowani z elity Srebrnych.

Fanatyzm poddanych

Tak jak theranie potrafią zamęczyć niewolnika na śmierć tak poddani w Iopos dobrowolnie oddadzą życie za swoich panów. Mieszkańcy często porównują Denairastasów do Pasji, dlatego o cokolwiek rodzina poprosi to od poddanych dostanie. Mężczyźni i kobiety wciąż umierają wydobywając esencje żywiołów w kopalniach a rodzice oddają z ochotą swoje dzieci do magicznych rytuałów.

Karą za zbrodnie może być śmierć czy chłosta ale często także odcięcie części ciała (ręka za kradzież) albo zniewolenie. Każdy niewolnik w Iopos należy do klanu Denairastas i jest oddelegowywany bezpośrednio na ich służbę. Większość trafia później do kopalni grudek żywiołów, na statki górnicze pozyskujące esencję powietrza lub ognia znad Morza Śmierci. Niewolników jest zaledwie kilka setek, ponieważ rzadko kto ma odwagę dopuścić się poważnej zbrodni w strachu przed Powiernikami Zaufania.

Iopos w Throalu

Nie wszyscy iopanie ślepo akceptują rządy Uhla. Grupka uciekinierów z miasta żyje w Throalu. Sprzeciwiają się polityce Denairastasów i chcieliby odbić miasto z rąk zdeprawowanych panów. Twierdzą, że Denairastasi rządzą mieszkańcami za pomocą magii kontrolującej umysły. Sami uważają, że udało im się uciec z miasta tylko dlatego, że byli odporniejsi na magię Uhla.

Dowodzeni przez Chuhka Alabamariana uznają siebie za ioposki rząd na wygnaniu. Wiekowy człowiek uważa się za prawowitego władcę Iopos, powołując się na swoje korzenie jeszcze sprzed Pogromu. Oczywiście władze throalu mają na nich baczenie, podejrzewając, że mogą to być szpiedzy Uhla. Oszczędnie też wyrażają swoje wsparcie dla Chuhka w jego działaniach.

Kontakty handlowe

Dom Ishkarat

Najbliższy partner handlowy i sojusznik Iopos. Dostarczają przyprawy, owoce, ryby i artefakty. Oczywiście handlują też informacjami.

Krwawa Puszcza

Oficjalnie królowa zakazała handlu z Iopos, zwłaszcza po zamachu na Valurusa, z którym niejednokrotnie prowadziła rozmowy o współpracy, handel jest trzymany w ścisłej tajemnicy. Nieoficjalnie krwawe elfy mają na niego zezwolenie.

Z elfami trwa wymiana wiedzy magicznej, ioposi kupują także od nich esencję drewna, meble i pajęcze nici. Ponoć sam twórca Rytuału Cierni potajemnie spotyka się z magami z Iopos w Puszczy w celu poznania sposobu na odczarowanie Serca Lasu.

Jerris

Z Jerris sprowadza się popiół z pustkowi, żelazo oraz niewolników. Samo niewolnictwo jest w Iopos zakazane, więc jest to rodzaj służby, która trwa jeden rok. Po tym roku niewolnik dostaje 100 SR za swoją pracę oraz możliwość zostania pełnoprawnym obywatelem miasta.

Wielu z nich zasiedla później liczne małe wioski otaczające Iopos.

Samo Jerris zostało w końcu zajęte przez Iopos, które rozmieściło tam swoje siły okupacyjne.

Travar

Miasto jest dla Ioposów źródłem pieniędzy. Do Travaru trafia z Iopos guano oraz perfumy. Produkcję tego pierwszego ioposi opanowali do perfekcji tworząc skomplikowany system oczyszczania i przetwarzania ścieków. Nawóz zasila travarskie uprawy w okolicznych wioskach.

Kratas

Ponieważ Garthlik zdecydowanie nie ufa Denairastasom handel odbywa się poza miastem i prowadzi go Vistrosh. Dostarcza do Iopos informacje, artefakty oraz niewolników.

Urupa

Ponieważ stanowi jedyne połączenie z krajami spoza Barsawii Urupa jest „zasiedlona” przez Powierników Zaufania, którzy podróżują w niemal każdej karawanie kupieckiej, mając baczenie na co ciekawsze towary pojawiające się w mieście.

Legendy

Ioposki Wasal

Dawno przed Pogromem Iopos, jak inne miasta Barsawii, płaciło haracz Therze. Podatki zawsze były za wysokie, więc Thera część trybutu odbierała w niewolnikach. W tych czasach znaleziono w dziczy młodą dziewczynę żyjącą z wilkami. Jej oczy miały różny kolor, jedno szaroniebieskie, drugie jak złoty miód i bursztyn. Postawiono ją przed Radą Miasta jako propozycję podarunku, Ci zdecydowali by nie oddawać jej zachłannemu krasnoludzkiemu ambasadorowi z Thery. Każdy członek Rady miał ją gościć, wychowywać i szkolić przez jeden rok. Została nazwana Jan’eesa (Wola Pasji) i spędziła 13 lat ucząc się dowodzenia, cierpliwości i zrozumienia. Dorastała w czasach budowy Cytadeli nad miastem. Therańscy dyplomaci i magowie odwiedzali często Iopos i gdy opuszczali miasto zabierali bogactwa i mieszkańców by zrobić z nich niewolników. Jan’eesa sprzeciwiała się temu, by mieszkańcy jej miasta byli niewoleni.

W piątym roku pobytu przyłączyła się do rodu Denairastasów i wybrała ścieżkę którą będzie chciała podążać. Została Czarodziejką. Jako że była członkinią wszystkich domów Radców Miasta jednocześnie została jej powierzona wyjątkowa rola przy budowie cytadeli. Nadzorowała wykonywanie Rytuałów Ocgrony i Przejścia. Zaproponowała by barierę zaklętego żywiołu powietrza chroniąca miasto była zbudowana jak matrioszki którymi bawiła sie jako dziecko. Legenda Jan’eesy rosła podczas jej pobytu w Iopos. Thera i Throal zabiegały o to by spędziła Pogrom w ich miastach lecz jej uprzejma odmowa nie została dobrze odebrana. Kiedy cytadela została wreszcie zapieczętowana w jej wnętrzu nie było ani jednego przedstawiciela Thery lub Throalu. Jan’eesa poświęciła się by ostatnim zaklęciem zabezpieczyć Iopos umieszczając dwa kryształy na jego południowej bramie. Znajdują się tam do dziś, wmurowane w południową bramę, jeden szaroniebieski a drugi jak złoty miód i bursztyn.

Upadła góra

Ta historia jest starsza niż postanie Iopos. Stała się bardzo popularną bajką dla dzieci w czasie Pogromu.

W czasach przed ludźmi i smokami świat wyglądał jak samotna gwiazda na nocnym niebie, biały i pusty, a w ciemności istniała  wielka i straszna istota zwana Nocnym Łowcą. Uzbrojona w ogłuszający ryk, lśniące kły i pazury walczyła z innymi istotami podobnie jak ona złączonymi z nocą.

Pokonani w tych walkach spadali na nasz biały i gorący świat, zalewając go swoją krwią i chłodząc. Masakra ta trwała całe wieki. A świat rozrastał się, oblekany ciałami pokonanych. Rzeki i oceany krwi oblewały zastygłe ciała upadłych.

Po całym wieku walki Nocny Łowca porzucił rzeź i uciekł pod powierzchnię. Tam stanął na szczycie, z którego rozpościerał się widok na ocean zakrzepłej krwi i ogarnął go smutek. Uronił dziewięć łez. Gdy te spadły na ziemię zmieniły się w dziewięć stworzeń.

Wszechświat zmienił imię Nocnego Łowcy, zwiększając mu równocześnie siłę i moc. Teraz został nazwany Matką. A te dziewięć stworzeń stało się źródłem siły i wytrwałości Matka, która już nie była istotą nocy a istotą oświecenia. Wypaliła ścieżkę w poprzek nieboskłonu dzięki mocy uzyskanej przez nazwanie swych dzieci oraz zrozumienie istoty świata.

Jej dzieci przekuły tą martwą gwiazdę w żyjący świat. Oswoiły dziką naturę upadłej ciemności za pomocą mocy światła i nadawania imion. Wszystkie ciemne miejsca zostały odkryte i oświetlone. Aż w końcu istoty mroku zostały zmuszone do ucieczki w odległe rejony przestrzeni astralnej. Zaś Nocna Łowczyni, zmęczona i wyczerpana, spadła jak góra z nieba na zieloną Ziemię, aż ta zadrżała konwulsyjnie, gdy opadła na rozległej, jałowej równinie.

Ostatnim tchnieniem powtórzyła swojemu ulubionemu synowi: „Wiedz, że stworzyłam Cię i będziesz ochraniać całe swoje rodzeństwo, gdy ciemność nadejdzie. Idź naprzód i zwalczaj ją we wszelkich jej przejawach. Nie nadawaj jej imienia, gdyż moc Prawdziwego Imienia nada jej formę i siłę.”

A kiedy przeminął ostatni oddech jej ciało zamieniło się w kamień, jej kości w kryształy a jej krew stała się wiosną, która przyniosła życie na równinę, na której wylądowała. Od tamtego czasu jej dzieci wypełniły cały świat.

A teraz, drogie dziecko, możesz zasnąć spokojnie wiedząc, że odpoczywasz we wnętrzu góry, która spadła z nieba, zaś duch Nocnej Łowczyni nadal chroni to miejsce i nie masz się czego obawiać.

Ta opowieść dotyczy meteorytu, który spadł w miejsce, gdzie obecnie znajduje się Iopos. To na nim wybudowano wioskę, która później stała się cytadelą. Jest to także jedyne miejsce w Barsawii, z którego wydobywa się niezwykły metal zwany Gwiezdnym Srebrem. Cała broń i zbroje dla Powierników Zaufania są robione właśnie z tego metalu, który jest cięższy i bardziej wytrzymały niż zwykła stal. Nigdy nie robi się z niego broni zasięgowej, ze względu na jego wagę.

Jeśli jakikolwiek Dawca Imion wejdzie w posiadanie takiej broni na pewno doświadczy niechcianej i niespodziewanej wizyty Powierników Zaufania, wizyty, której zapewne nie przeżyje. Większość tej broni jest w jakiś sposób umagiczniona, zaklęta lub wątkowa. Wcieranie grudek żywiołów w Gwiezdne Srebro jest procesem bardzo skomplikowanym, wymagającym niezwykłej precyzji i uwagi. Zawsze robią to jednocześnie dwie osoby.

Przykładowa broń Przykładowa zbroja
Stopień obrażeń Minimalna siła Rozmiar Pancerz fizyczny Pancerz duchowy MI
Miecz 7 12 3 Kółkowa 7 1 2
Sztylet 3 4 1 Płytowa 9 2 3
Topór 9 13 5 Kolczuga 6 1 1

Powstanie Feniksa

Kilka setek lat temu nad Iopos pojawił się statek powietrzny. Z brązowym kadłubem z kasztanowca i pergaminowymi, kolorowymi żaglami ozdobionymi wizerunkiem Feniksa statek stanowił oszałamiające piękno formy połączonej z funkcją.  Mknął przez niebo z gracją sokoła.

Statek zacumował w porcie i wyszedł z niego tylko jeden pasażer, ludzki kapitan Lain. Spędził w Iopos tylko jeden dzień. Podczas nocy w mieście wyraził zainteresowanie córką jednego z baronów handlowych. Gdy rankiem odleciał a ojciec zorientował się, że dziewczyna zniknęła, oczywistym było, że wina spadła na kapitana. Zwłaszcza, że błyskawicznie miasto obiegły plotki o uprowadzeniu dziewczyny.

Baron skrzyknął swoich przyjaciół i wkrótce cztery armady, uzbrojone jak na wojnę, wyruszyły z Iopos w pościg za kapitanem żeby odbić dziewczynę, jeśli została porwana, lub sprowadzić do domu, jeśli okazała się tylko niesubordynowanym dzieckiem.

Nie minęło wiele czasu, gdy na horyzoncie ukazały się kolorowe żagle ściganego statku. Baron posłał na pokład żądanie zatrzymania się, za pomocą długiego strzału wytrawnego Łucznika, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wydał więc rozkaz do ataku. Bitwa jednego statku z czterema była z góry przesądzona. Płonący wrak poszybował ku ziemi ciągnąc za sobą ogon ognia. Jednak gdy przeszukano statek okazało się, że w zgliszczach jest tylko jedno zwęglone ciało, którego nie sposób było rozpoznać. Zrozpaczony ojciec uznał, że zabił swoją własną córkę a kapitanowi udało się uciec.

Kiedy flota wróciła do przystani córka już czekała w porcie. Uciekła z jednym z zalotników i zbyt późno dowiedziała się, że ojciec rusza w pościg za kapitanem. Nie zdążyła go powstrzymać.

Od tamtego czasu pojawiają się raporty o statku z płonącym ptakiem na żaglach, latającym wzdłuż szlaków handlowych Iopos. Te jednak omijają go szerokim łukiem, często nadkładając drogi.

Każdy kto widział ten statek opisuje go nieco inaczej ale jeden szczegół jest zawsze ten sam, płonący Feniks na żaglach. Statek nigdy nie został złapany, nie udało się nawet do niego zbliżyć ale marynarze twierdzą, że jeśli ktokolwiek ujrzy go na swojej drodze ma za plecami jakieś nieszczęście.

23 Pierwsze ostrzeżenie

Wracając do karczmy wraz z Salazarem natrafiliśmy na Buma. Spytany o Miriel odparł tylko, że załatwia swoje sprawy a my mamy działać dalej. Nie uszliśmy daleko, gdy naszym oczom ukazał się Borgil, przeciskający się na swoim wierzchowcu przez tłum na ulicy.

– Borgil! – wrzasnął od razu Bum.

– Bum! Stary draniu! – ork podjechał do nas i zeskoczył na ziemię.

– Witaj Borgil. – uśmiechnęłam się. – Poznaj Salazara. To nasz towarzysz, z którym podróżowaliśmy od początku.

Wymieniwszy zwyczajowe uprzejmości i dowiedziawszy się, że nasz Kawalerzysta awansował w kręgach przyszedł czas na wytłumaczenie mu co robimy w Jerris. W tym celu musieliśmy go jednak zabrać do karczmy a to wymagało pewnych ryzykownych zabiegów.

– Musisz się wykąpać. – oznajmiłam.

– Co?! – ork popatrzył na mnie jakby mnie widział po raz pierwszy. – Przecież dopiero co się kąpałem.

– Czyli kiedy? – pociągnęłam nosem niezadowolona z wyniku oględzin wzrokowych.

– No…. Jak wskoczyłem do wodospadu pod klasztorem.

– Trzeba będzie ten proces powtórzyć. Co masz pod zbroją?

– Boję się sprawdzić.

Westchnęłam. Używając całego swojego sprytu przepchnęłam orka pod najbliższą łaźnię i kategorycznie nakazałam mu się porządnie wymoczyć. W międzyczasie kupiłam mu nowe, porządne ubranie. Bum poleciał w miasto a ja wróciłam do Borgila i Salazara, ten drugi, bez namawiania, także korzystał z uroków łaźni. Kiedy czekałam aż ork się ubierze podszedł do mnie młody krasnolud i przekazał mi wiadomość. Rozwinęłam niewielki pergamin. Równym pismem Szara Dłoń oznaczyła zamtuzy, swoje i swojego konkurenta. Schowałam zwitek. Gdy panowie do mnie dołączyli byłam zdumiona. Wykąpany, uczesany, pachnący i ubrany w nowe rzeczy Borgil wyglądał zupełnie inaczej. Moim skromnym zdaniem dużo korzystniej.

W tym czasie Bum przygląda się sklepikowi Wizgina. Jego zainteresowanie wzbudza pewien mag, który najwyraźniej para się zabezpieczeniami wszelakimi. Znudzony spokojem wraca do karczmy.

Zakwaterowałam się w „Gwiezdnym Krysztale” z Borgilem jako moim ochroniarzem. Szczęściem pokój dostaliśmy od strony stajni, więc mogłam przywołać zwierzęta przez otwarte okno. Ledwie zdołałam to zrobić gdy rozległo się pukanie do drzwi. Wszedł Salazar i oznajmił, że natychmiast musimy coś zobaczyć. Po drodze zabraliśmy Buma, który już zdążył wrócić i udaliśmy się do pokoju Miriel i Salazara. Na szafce nocnej stały przepiękne figurki, wykonane z kamieni półszlachetnych, przedstawiające mnie wraz ze zwierzętami, Miriel, Salazara, Buma i Durgola. O figurki stała oparta kartka. Poprosiłam Buma żeby spojrzał w przestrzeń astralną, czy nie ma w tym magii, a kiedy upewnił mnie, że nie, wzięłam kartkę. Było na niej tylko jedno zdanie, które wywołało mój uśmiech: „Piękne i kruche, jak żywot Dawcy Imion.” Przeczytałam ostrzeżenie na głos. Ktoś nam grozi. Tylko kto?

Wysłałam Salazara na dół, żeby zrobił awanturę, że ktoś wszedł do pokoju. Wrócił po kilkunastu minutach.

– I co? – zapytałam zaciekawiona.

– Twierdzą, że pół godziny temu była tutaj Miriel. Ponoć zapomniała hasła do zamka w pokoju, podali jej, weszła, została tam kilka minut po czym wyszła nie rozmawiając z nikim.

– Hm… – zamyśliłam się. – Dobry Złodziej albo Iluzjonista. Ciekawe, komu się chciało pofatygować do nas.

Tymczasem Bum, który znów nie mógł usiedzieć w miejscu, przekupił elfa zarządzającego w karczmie, podając się za przyjaciela Szarego, i uzyskał dostęp do pokoju martwego, bez żadnego nadzoru. Okazało się, że Szary miał całkiem spory rachunek w karczmie, nie uregulował go i zniknął.

– Raven. – usłyszałam w głowie głos Buma. – Zaraz wchodzę do pokoju Szarego.

– Idę. – odparłam i zwróciłam się do towarzyszy, którzy zajęli się właśnie smakowaniem trunków alkoholowych zostawionych w pokoju przez służbę. – Bum wchodzi do pokoju Szarego. Pójdę mu pomóc go przeszukać.

Skinęli tylko głowami znad pucharków. Chyba t’skrang i ork znaleźli wspólny język…

Dołączyłam do Buma. Weszliśmy do pokoju. Niewielki salonik, sypialnia, łazienka. Szary nie przepadał za porządkiem. Wszędzie leżały ubrania, rzucone niedbale drobiazgi. Metodycznie, kawałek po kawałku, zabraliśmy się za przeszukanie. Znalazłam maleńką kuszę wielostrzałową z kompletem bełtów i pierścionek, którego symbole skojarzyły mi się z ksenomancją. Bum zaś wyciągnął skądś sporych rozmiarów skrzynkę, metalową, obciągniętą skórą, okutą i zamkniętą na dwa solidne zamki. Zabraliśmy te trzy rzeczy i wróciliśmy do Borgila i Salazara.

Zdałam im relację. Salazarowi spodobała się kusza więc ją zatrzymał. Przywołałam Hator i zerknęłam na skrzynkę dzięki jej talentowi dostrzegania przestrzeni astralnej. Wewnątrz znajdowały się papiery. Zapewne jakieś dokumenty. Zamki zostały mocno zabezpieczone magicznie. Mogłam przypuszczać, że najmniejszy błąd podczas próby otworzenia i cała zawartość zostanie spopielona, przypuszczalnie wraz z otwierającym.

Oglądając przedmiot nie zwróciłam uwagi że Bum znów zniknął, za to zwróciłam uwagę, że wrócił – wietrzniak wpadł do pokoju taszcząc sporych rozmiarów linę, do której na coś lepkiego (miód) poprzyklejała się cała masa owadów. Zaczął ją mocować. Patrzyliśmy na to zdumieni. Borgil przesunął palcem pomiędzy owadami, po czym oblizał go mlaskając z zadowoleniem.

– Ej! – zaprotestował Bum. – Zeżarłeś najtłustszą muchę! Zostaw! To dla Szafir.

Ważki nie trzeba było zachęcać. Owady zniknęły w tempie ekspresowym a moja podopieczna krążyła wokół głowy wietrzniaka jakby czekając na kolejną porcję.

– I co z tą skrzynką? – zapytał zadowolony z siebie Bum.

– Wewnątrz są dokumenty ale jak zaczniemy majstrować przy zamku wszystko się sfajczy bo jest zabezpieczona ogniem.

– To trzeba otworzyć pod wodą. – oznajmił Borgil. – Pod wodą się nie spali.

– Ale się rozmoczy i nic z tego nie odczytamy. – odparłam machinalnie.

– No to ja nie wiem. – zasępił się ork.

– Tak się składa, że znam kogoś, kto mógłby to otworzyć. – oświadczył Bum.

– A jest lojalny? – zapytał Salazar.

– Nie wiem. Ale jak się zapłaci odpowiednio to będzie.

– Chcesz to taszczyć po mieście? – spytałam.

– Borgil będzie taszczył.

– No dobrze. – zgodziłam się. – Tylko to jakoś opakujcie.

– Po to kupiłem materiał. – uśmiechnął się Bum i faktycznie dostrzegłam sporą płachtę materiału leżącego przy drzwiach.

Zapakowali skrzynkę i poszli.

– Słuchaj Raven. – odezwał się Salazar. – Tak sobie myślę, że można by popytać na mieście, kto mógł zrobić takie figurki. Wyglądają na małe dzieła sztuki, byle kto tego nie wyrzeźbił. Jakby się udało namierzyć twórcę to będziemy krok bliżej zleceniodawcy.

– Dobry pomysł. Bardzo dobry. – poparłam. – Zajmiesz się tym?

– Z przyjemnością.

Salazar złapał figurkę przedstawiającą jego samego i wyszedł. Wysłałam z nim Noir, żeby miał go na oku a sama zagłębiłam się w notatkach starając się uporządkować sobie dodatkową wiedzę.

 Bum i Borgil poszli do sklep,u widzianego wcześniej przez wietrzniaka, maga. Miły pracownik obejrzał skrzynię.

– Widzę, że będzie musiał się tym zająć sam mistrz. – oznajmił.

– Nie ukrywam, że zależy nam na czasie. Potrzebujemy tego… powiedzmy, że na wczoraj. – odparł Bum. – rozumie pan, ekspresem.

Mężczyzna wyjął jakiś notatnik.

– Mogę panów wpisać na… za dziesięć dni. – uśmiechnął się patrząc wyczekująco.

– Za dziesięć dni to nie jest na wczoraj. – zafrasował się Bum.

– Ale to jest ekspresem. Proszę mi wierzyć. To najwcześniejszy termin.

– Weź mu ten ekspres przyspiesz jakoś finansowo bo mu zaraz przyp…lę! – warknął Borgil.

W końcu został wezwany właściciel zakładu, który po ostrych negocjacjach cenowych zgodził się spróbować otworzyć skrzynkę za dwa dni. Panowie przystali na ten termin, wzięli kwit, uiścili opłatę i wrócili do karczmy.

—-

Salazar podpytał najpierw zarządcy karczmy o jubilera, który mógłby zrobić taką figurkę i uzyskał informacje, że tylko Gildia Jubilerów ma tak wprawnych rzemieślników. Poszedł więc na miasto i zaczął chodzić od sklepu do sklepu. Większość zapytanych twierdziła, że zrobiłaby coś takiego na zamówienie ale żaden nie przyznał się do wykonania tej figurki. Wszyscy patrzyli na figurki z widoczną złością, że coś tak pięknego krąży po Jerris i nie pochodzi spod ich palców. T’skrang zorientował się, że jest śledzony ale chodzący za nim szpieg zauważył, że jego pozycja jest spalona, więc się ostentacyjnie oddalił. Niezadowolony Salazar wrócił do Gwiezdnego Klejnotu.

Jak tylko panowie zdali relację ze swoich poczynań zaczęliśmy się zastanawiać jaki powinien być nasz następny ruch. Optowałam za dostaniem się do Nolana i przesłuchaniem go. Nie miałam szansy tego zrobić po morderstwie bo mi uciekł a wciąż mam wrażenie, że jego wiedza może nam wiele rozjaśnić. Zwłaszcza, że teraz mamy Borgila, o którym nasi wrogowie jeszcze nie wiedzą, więc zwabienie zabójcy w pułapkę powinno być łatwiejsze.

– A nie możemy tak po dobroci, dla odmiany? – zapytał nagle Bum.

– To znaczy jak? Grzecznie go zapytać co wie? – popatrzyłam na wietrzniaka z powątpiewaniem.

– Spróbujmy go podkupić. Przecież obsydianin mówił, że kasa nie gra roli.

– I myślisz, że tak zwyczajnie zdradzi swojego pracodawcę?

– Może Arastos nie jest jego pracodawcą? Może to była jednorazowa misja?

– Nie wydaje mi się. Szara Dłoń mówiła, że Nolan jest jego prawą ręką. Nie sprzeda nam przecież swojego szefa.

– To jak nie sprzeda damy mu miksturkę. – Bum uśmiechnął się szeroko.

– Jaką znowu miksturkę?

– Taką, po której będzie musiał mówić prawdę. Czy on jest therańczykiem? – spytał nagle wietrzniak.

– Nie, nie wiem, ale nie wydaje mi się.

– No to mu nie damy. – zasępił się.

– Czemu? Działa tylko na theran?

– Nie, ale później się umiera.

Zastanowiłam się przez chwilę.

– Wiesz co, może i masz rację. Spróbujmy po dobroci a jak nie zadziała to wtedy damy mu miksturę. W końcu gdybym go wtedy przy tej spelunie dorwała to raczej żywy by z tego nie wyszedł.

Klamka zapadła, więc Buma znów poniosło na miasto a ja usiłowałam Borgilowi wytłumaczyć jego misję. Nolan lubił siedzieć w zamtuzach, więc tam właśnie zamierzaliśmy wysłać orka. Oczywiście z zapewnieniem, że będzie mógł skorzystać z dobrodziejstw tego przybytku. Miał zasugerować Nolanowi, że pracuje dla kogoś bardzo ważnego i bogatego i ten ktoś szuka specjalisty do usunięcia problemu. Oczywiście miał też umówić spotkanie, w „Źródlanej”. Liczyłam, że Borgil zapamięta wszystko i zrobi to profesjonalnie.

Bum poleciał do Wizgina. Jak gdyby nigdy nic wleciał do sklepu i zaczął oglądać towar. W końcu nawiązał kontakt z samym Wizginem, który rozpoznał w nim Buma Złotoskrzydłego i tym chętniej chciał robić z nim interesy. Wietrzniak kupił jakiś dziwny eliksir siły (prototypowy) i dowiedział się, że Nolan będzie w „Szale Zmysłów” bo tam ostatnio najczęściej przebywa. Zadowolony Bum poleciał jeszcze do „Źródlanej” żeby załatwić nam ewentualne wsparcie w postaci Jergo.

Nadszedł wieczór. Bum został w karczmie, Borgil poszedł do „Szału Zmysłów” zaś ja i Salazar poszliśmy jego śladem żeby go pilnować. Zamtuz mieścił się w niepozornej kamienicy. Prosta brama prowadziła do kręconych schodów i dopiero na ich końcu ozdobne wejście informowało klienta gdzie się znajduje. Ork zniknął w środku a my rozpoczęliśmy obserwację. Schowani w ciemności bocznych ulic zastanawialiśmy się z Salazarem jak Miriel wytłumaczy się Altanaelowi z wydatków na zamtuz.

Borgil się zabawił, zlokalizował Nolana i pijąc z nim jakiś podejrzany bimber skusił go sporą sakiewką do przyjęcia propozycji rozmowy ze swoim „pracodawcą”. Nolan na miejsce spotkania wyznaczył „Gwiezdny Kryształ”. Następnego dnia wieczorem ma się tam odbyć występ znanego Trubadura, więc będzie tłum dawców imion, co gwarantuje mu, że nikt nie zrobi nic niewłaściwego. Po ubiciu interesu Borgil poszedł korzystać dalej.

Grubo po północy dostrzegliśmy wreszcie wychodzącego Borgila. Ork rozejrzał się, po czym ruszył w kierunku zupełnie nie wskazującym na „Gwiezdny Kryształ”. Początkowo myślałam, że chce zgubić ewentualny ogon, ale nie zauważyłam żadnego. Dopiero po kilkunastu minutach, gdy na horyzoncie pojawiła się „Źródlana” domyśliłam się jaki jest cel jego podróży.

– Borgil! – odezwałam się w mowie powietrza. – Jeśli zamierzasz tam siedzieć i pić do rana to podnieś obie ręce do góry. Pójdę wtedy spać.

Ork najpierw się wzdrygnął, rozejrzał nerwowo a później uniósł obie ręce, żeby za kilka chwil zniknąć w karczmie. Wraz z Salazarem udaliśmy się więc spać. Nie było sensu tkwić tutaj.

Ciemno jeszcze było kiedy poczułam jak Noir mnie dziobie.

– Raven! – wołał co chwilę. – Raven!

– Czego? – mruknęłam zirytowana. Zaledwie przecież zasnęłam.

– Raven słuchaj. – kruk machnął głową w kierunku okna.

Wytężyłam słuch i zdębiałam. Podbiegłam do okna. Ulicą szła cała wataha trolli, na czele z Jergo i Borgilem, drąc się w niebogłosy „Bum Złotoskrzydły naszym przyjacielem jest! Bum! Bum! Bum!”. Rycząc podeszli pod karczmę i zaczęli się szykować do rozpalenia ogniska. Ochroniarza dostrzegłam nieprzytomnego, jakiś troll właśnie obsikiwał drzwi do „Gwiezdnego Klejnotu” a mały oddział straży miejskiej leciał w noc po posiłki. Zobaczyłam jak Bum wylatuje z okna. Rozmawiał przez chwilę z Jergo i cała grupa ruszyła, nadal drąc mordy w niebogłosy, gdzieś w głąb miasta. Wróciłam do łóżka. Jutro sobie porozmawiam z Borgilem.

Bum przeniósł imprezę na statek należący do Jergo, gdzie cała kompania (prócz wietrzniaka) schlała się do nieprzytomności. Dobrze, że Bum pozostał trzeźwy, gdyż w toku imprezy padł nawet pomysł, żeby oddać salwę z dział ognistych…

Gdy koło południa okazało się, że Borgila nadal nie ma postanowiłam po niego iść. Wyczyściłam jego wierzchowca uznając, że mu się przyda. Napojony odpowiednią ilością alkoholu pozwolił mi się dosiąść, więc podróż do doków była nawet przyjemna. Bum chyba wyczuł, że jeśli zastanę orka nadal nieprzytomnego może się zrobić nieprzyjemnie, więc śmignął czym prędzej i postawił go na nogi zanim dotarłam do statku. Dzięki temu miałam okazję zobaczyć naszego Kawalerzystę jeżdżącego zygzakiem na duchowym wierzchowcu. Całkiem ciekawy widok. A miny przechodniów jeszcze ciekawsze.

Dopiero napojony piwem i usadzony w siodle Borgil był w stanie z nami rozmawiać. Kategorycznie zaprzeczył jakoby to on doprowadził trolle pod naszą karczmę, w ogóle zaprzeczył, że pod nią byli. Dobrze, że w tym alkoholowym amoku nie zapomniał nam przekazać gdzie się umówił z Nolanem. Chociaż przekaz „w jakimś gwieździstym czymś” nie był zbyt precyzyjny.

Po sutym śniadaniu zebraliśmy się znów w jednym pokoju, żeby ustalić plan na wieczór. Po rozważeniu kto się najbardziej nadaje do wcielenia się w pracodawcę Borgila doszliśmy do wniosku, że ja. Nolan mnie nie widział a jeśli nie wezmę ze sobą zwierząt i się inaczej ubiorę prawdopodobnie mnie nie rozpozna nawet, jeśli ma opisy nasz wszystkich. T’skrang byłby zbyt podejrzany a Bum… Cóż, ten wietrzniak nie da rady być anonimowy w Jerris ze swoim wyglądem. Salazar zasugerował żebym założyła coś KOLOROWEGO! Ta myśl mnie przeraziła. Ale po namyśle stwierdziłam, że t’skrang ma rację. Raven w kolorowej sukni nie pozna nawet jej własna drużyna a co dopiero wrogowie.

Poprosiłam ich żeby się zastanowili jak to rozegrać i udałam się na zakupy. Wybór był trudny. Co ja poradzę, że podobają mi się wyłącznie czarne suknie? Kolorowe są zbyt krzykliwe jak dla mnie. Musiałam się jednak na coś zdecydować. Miła sprzedawczyni powiedziała, że najlepiej do mnie pasuje czerwień, więc w końcu wyszłam z tobołkami zawierającymi nową suknię, buty, ozdoby do włosów i pasującą biżuterię. To będzie ciężki wieczór.

– No to jaki mamy plan? – zapytałam rzucając tobołki na łóżko. – Co ja mam mu powiedzieć?

Popatrzyłam po moich towarzyszach. Salazar wpatrzył się w okno, Borgil w pucharek a Bum udawał strasznie zajętego swoim plecakiem. Westchnęłam. Dyplomacja nie jest naszą najmocniejszą stroną.

Mag: Przebudzenie 2 edycja

Jakiś czas temu popełniłam tą recenzję dla portalu: http://gameshrine.pl/ teraz chcę się nią podzielić z Wami.

mag

„Filozofia jest ohydna i skomplikowana,

Prawa i fizyka są dla malutkich umysłów

Boskość jest podstawą trzech

Nieprzyjemności

Przykrości

Pogardy

i rywalizacji

Za to Magia, Magia przyszła oczarowując mnie.”

– Christopher Marlowe, doktor Faustus

Mag: Przebudzenie druga edycja.

Mag jest systemem wydanym w ramach serii Kronik Mroku (Chronicles of Darkness) przed wydawnictwo White Wolf.

Pierwsze wrażenie

Ponieważ nie miałam okazji mieć w łapkach pierwszej edycji przede wszystkim zwróciłam uwagę na piękną okładkę przedstawiającą starą kamienną tablicę zanurzoną pod wodą. Szkliste błękity i stylizowana czcionka pięknie do siebie pasują zaś, stronę dalej, mroczne wnętrze biblioteki, stanowiące tło dla powyższego cytatu, dopełnia tajemniczej całości. Graficznie dalej jest różnie. Kolorowe ilustracje bardzo mi się podobają chociaż jest ich niewiele i te 332 strony są wypełnione głównie tekstem, natomiast schematyczne grafiki, chociażby przy opisach rodzajów magii, nie przypadły mi do gustu. Ogólnie wygląd podręcznika mi się podoba, powtarzający się motyw światła przebłyskującego przez wodę, czytelna (chociaż mała) czcionka bez miejsc z dużym kontrastem (biała czcionka na czarnym tle), ładnie wkomponowane grafiki, tworzą spójną i elegancką całość. Przyznam, że kiedy spojrzałam na podręcznik po raz pierwszy od razu skojarzył mi się z podręcznikiem do Shadowruna (5 edycja).

Po zachęcającej oprawie graficznej przyszedł czas wczytać się w treść. Spis treści jest gigantyczny. Bez problemu znajdziemy tutaj każde interesujące nas zagadnienie. Odniosłam wręcz wrażenie, że każdy nagłówek z podręcznika ma swój odnośnik w spisie treści. Ma to swoje dobre strony – znalezienie poszukiwanego przez nas hasła, na pierwszy rzut oka, nie stanowi problemu. Jedynym minusem jest brak alfabetycznego indeksu.

Świat i fabuła

Intrygujący wstęp, w postaci krótkiej opowieści, od razu wciąga nas w świat. Oto Strażnik przychodzi do uwięzionej kobiety, która jest Magiem. Magiem załamanym, zrezygnowanym, Magiem, który kogoś zabił i zdaje sobie sprawę, że Strażnik przyszedł odebrać jej życie w zamian za życie zabitej. Kobieta przyznaje się do zbrodni. Strażnik musi poznać szczegóły, więc chce odczytać myśli kobiety ale ta błaga go, by tego nie robił, bo nie da rady ponownie przeżywać wydarzeń z przeszłości. Mężczyzna daje jej więc notes i długopis, prosi o spisanie wydarzeń, jako zeznań, i odchodzi.

Mag to gra o sekretnej wiedzy i aroganckiej dumie, o Przebudzonych, którzy odkryli w sobie dar posługiwania się magią i kształtowania rzeczywistości wedle swej woli. Ludziom wydaje się, że świat wokół nich jest jedynym rzeczywistym faktem a jedyną słuszną drogą jest patrzeć przed siebie i żyć „oby do przodu”. Taka postać rzeczy jest jednak kłamstwem i to właśnie ci, którzy są w stanie zauważyć owo kłamstwo Przebudzą się jako Magowie. To gra o próbach udowodnienia, że świat, który znają Śpiący jest tylko iluzją, gra o dążeniu do jak największej potęgi magicznej i ciągłym doskonaleniu się. Gra o podróżach po światach astralnych i o ciągłym zmaganiu się z Egzarchami, którzy usiłują utrzymać ludzkość w nieświadomości prawdziwego oblicza świata. Niestety Magia narusza Kłamstwo, powodując Paradoks co sprawia, że Otchłań zbliża się do Upadającego Świata.

Ponieważ jest to system, w którym gramy tylko i wyłącznie magami, sama magia jest w nim bardzo zróżnicowana. Mamy więc pięć ścieżek nadnaturalnego świata, którymi może podążać nasz mag. To pięć różnych sposobów na przejrzenie Kłamstwa ale także pięć różnych rodzajów magii. W systemie nazewnictwo owych ścieżek jest dość specyficzne, więc będę mieszała nieco nazwy polskie i angielskie.

Acanthus – wiedźmy i zaklinacze na ścieżce do Arkadii, nadnaturalna domena Losu i Czasu oraz siedziba Dobrego Ludu.

Mastigos – czarodzieje i psychonauci (osoba doświadczająca celowo wywołanych zmian świadomości (doświadczeń psychodelicznych), w celu poznania swojego umysłu poprzez bezpośrednie doświadczenie, źródło: wikipedia) na ścieżce do Pandemonium, nadnaturalna domena Umysłu i Kosmosu oraz siedziba Demonów.

Moros – alchemicy i nekromanci na ścieżce do Stygii, nadnaturalna domena Śmierci i Materii oraz siedziba Cieni.

Obrimos – taumaturgowie (taumaturgia «moc czynienia cudów», źródło: wikipedia) i teurgowie (praktykowanie rytuałów o magicznym charakterze, źródło: wikipedia) na ścieżce do Aether, nadnaturalna domena Pierwszeństwa i Siły oraz siedziba Aniołów.

Thyrsus – szamani i ekstatycy (człowiek wpadający w ekstazę, w zachwyt, źródło: słownik wordlist) na ścieżce do Pierwotnej Dziczy, nadnaturalna domena Ducha i Życia oraz siedziba Bestii.

Każda ścieżka jest zdominowana przez symbol dwóch prowadzących Arkan, które kroczący nią Mag doskonale zna i potrafi wyczuć w każdej sytuacji. Wszystkie pięć ścieżek zostało dokładnie opisanych, włącznie z arkanami oraz stosunkiem danej ścieżki do pozostałych. Na ścieżkę można wkroczyć np. we śnie, odwiedzając taki eteryczny świat. Jeśli Śpiący nią podąży może ujrzeć prawdziwe oblicze świata i Przebudzić się stając się Magiem.

Oprócz ścieżek mamy Zakony, które także zrzeszają magów. Wśród nich znajduje się Adamantowa Strzała, Strażnicy Zasłony, Misterium i Srebrna Drabina, które tworzą Diament i są sprzymierzone z piątym Zakonem, Wolną Radą, przeciwko Prorokom Tronu. Ci ostatni to wierni słudzy Egzarchów, którzy trzymają Śpiących (ludzkość) w kłamstwie w zamian za doczesną moc i władzę.

Gdy już zapoznamy się z dostępnymi ścieżkami magii oraz zakonami czas przyjrzeć się bliżej światu, w którym przyjdzie nam żyć. Dostajemy więc opisy Upadającego Świata, spojrzenie na Arkadię czy Pandemonium, które przybliżają nam sposób, w jaki magowie postrzegają zakłamaną rzeczywistość. Następnie podręcznik przybliża nam codzienne życie magów, którzy nie siedzą w przysłowiowych wieżach nad książkami tylko doświadczają świata empirycznie poprzez badanie jego aspektów magicznych oraz próby przejrzenia kłamstwa, w którym żyją Śpiący. Tą część podręcznika kończy leksykon, w którym zebrano i wyjaśniono najważniejsze terminy ze świata Maga.

Tworzenie postaci

Dopiero gdy już poznamy świat, a właściwie światy, i żyjących w nim ludzi oraz inne stworzenia docieramy do budowy naszego bohatera. Tradycyjnie składa się to z kilku etapów. Na początek wymyślić musimy koncepcję ogólną postaci, czyli kim nasz bohater jest i chce być. Co ciekawe już teraz powinniśmy wymyślić trzy aspiracje albo dążenia. Nie muszą to być cele postaci ale mogą to też być pewne wydarzenia czy osiągnięcia które chcielibyśmy zobaczyć na sesji. Na przykład można sobie napisać „utrata przyjaciela”. Nie znaczy to że nasza postać chce stracić bliską osobę ale raczej że my jako gracz chcielibyśmy by taka sytuacja miała miejsce podczas sesji. Co ważne za dążenie do ich spełnienia dostajemy punkty za które możemy potem rozwijać swoją postać.

Następne etapy tworzenia postaci są tradycyjne. Rozdzielamy punkty na atrybuty i umiejętności:

Inteligencja (inteligence), Rozum (wits) i Koncentracja (resolve) powiązane są z umiejętnościami umysłowymi i wiedzą (Mental).

Siła (strenght), Zręczność (dexterity), Wytrzymałość (stamina) powiązane są z umiejętnościami fizycznymi, sprawnościowymi (Physical).

Prezencja (presence), Manipulacja (manipulation) i Opanowanie (composure) zaś z umiejętnościami socjalnymi i interpersonalnymi (Social).

W kolejnym kroku wybieramy stereotyp maga czyli ścieżkę (szaman, wiedźma, itp), przynależność do jednego z Zakonów, Arkana (o których napiszę więcej poniżej), gnozę (mistyczna wiedza o przebudzonym świecie, zrozumienie Magii i jej zasad), Obsesję (działa podobnie jak aspiracje opisane wcześniej ale podążanie za obsesją daje nam punkty na rozwijanie naszych talentów magicznych) i Nimbus (czyli wyczuwalną nawet przez zwykłych ludzi aurę naszej postaci, szczególnie gdy używamy magii). Następnie wybieramy zalety oraz Atuty.

Tworzenie postaci jest proste ale równocześnie pozwala na tworzenie bardzo zróżnicowanych postaci. Rozdział napisany jest jasno i klarownie.

Punkty (beats) potrzebne nam do awansu postaci otrzymujemy za sesję, za spełnienie aspiracji ale także za dramatyczne porażki albo heroiczne czyny. Zwyczajowo można otrzymać tylko jeden punkt w danej kategorii ale mistrz gry może nagrodzić wyjątkowe osiągnięcie większą ilością. Osobno dostajemy punkty za osiągnięcia na polu magii. Są one nazywane “Arcana beats” czyli punkty Arkan.

Mechanika

Mechanika jest bardzo prosta, najczęściej bierzemy tyle kości k10 ile mamy w atrybucie oraz w umiejętności i rzucamy. Każda 8,9 lub 10 to sukces. Dziesiątki przerzucamy. Jeśli chodzi o stopień trudności czy ułatwienia (odpowiednie narzędzia itp) to po prostu odejmujemy lub dodajemy kostki do puli. Chcesz otworzyć zamek gdy strzelają do Was? Odejmij sobie 3 kości z puli. Oczywiście są i testy dłuższe (extended actions), sporne itp. Ale same podstawy są właśnie takie i opierają się na manipulacji wielkością puli którą się rzuca.

Magia i rzucanie zaklęć

Skoro system jest o Magach to mechanika i opisy poświęcone magii i czarowaniu są najdokładniej opisane. A możliwości jest dużo. Jest zdolność widzenia przez Kłamstwo (Mage Sight), która pozwala dostrzec użycie magii a także wykryć jakie Arkana były użyte. Można przyzywać mieszkańców ze światów astralnych (Supernal Worlds) – Widma ze Stygii (Śmierć), Fae z Arkadii (Los), Anioły a właściwie Serafinowie (Siła, Forces), Bestie z Primal Wild (Życie) itp. Oczywiście mamy gotowe zaklęcia ale możemy też tworzyć własne czy zmieniać efekty. Kreatywny gracz będzie się czuł jak ryba w wodzie.

Do rzucania czarów używamy Gnozy i odpowiedniego Arkanum. Możemy rzucić czar na kilka sposobów:

Yantras – to przygotowane wcześniej matryce, przedmioty czy gesty wspomagające czarowanie (dają bonusy do puli).

Praxis – zaklęcia zapisane w myślach albo wyćwiczone (większy bonus ale tylko w jednym czarze).

Roty – zaklęcia które można spisać i przekazać innym magom (można rzucać zaklęcie z Roty), w księdze czarów mogą znajdować się różne roty.

Arkana

Wszystkie Arkana są dokładnie opisane. Ja tylko przybliżę Wam najważniejsze cechy poszczególnych Arkan.

Śmierć (Death) – zakres – ciemność, rozkład, ectoplasma, duchy, świat podziemny, dusze, zimno, nieobecność, niedbalstwo, zakończenia.

Los (Fate) – zakres – błogosławieństwo, klątwy, możliwości, fortuna, przysięgi, intencje, przeznaczenie.

Siły (Forces) – zakres – elektryczność, grawitacja, promieniowanie, dźwięk, światło, ciepło, ogień, pogoda, ruch.

Życie (Life) – zakres – leczenie, choroby, jedzenie, zwierzęta, rośliny, ewolucja, metamorfoza, fizyczność, wigor.

Materia (Matter) – zakres – alchemia, gazy, ciała stałe, ciecze, kształtowanie, rzemiosło, transmutacja, zastój.

Umysł (Mind) – zakres – komunikacja, języki, halucynacje, myśli, pamięć, projekcja astralna, postrzeganie astralne.

Pierwszeństwo (Prime) – zakres – Magia, the Supernal World, Nimbus (aura), prawda, Yantras, Mana, uświęcenie, rezonans, objawienie.

Kosmos (Space) – zakres – odległość, separacja, współczucie, zaklinanie, wróżenie, stróżowanie.

Duch (Spirit) – zakres – esencja, duchy, Cień, Zasłona.

Czas (Time) – zakres – przepowiednia, zmiana, podróże w czasie, kurczenie i dylatacja czasu.

Arkana mają swoje poziomy, w zależności od poziomu dają Magowi różne możliwości. Na kolejnych poziomach prezentuje się to następująco:

  • Initiate ( * )

Compelling – Przekonywanie, delikatne naginanie zasad świata

Knowing – Wiedza, poznanie informacji

Unveiling – Widzenie, słyszenie czy poznanie przekraczające ludzkie zmysły

  • Appprentice ( ** )

Ruling – panowanie nad czymś, czy to rozkazywanie

Shielding – ochrona i protekcja

Veiling – ukrywanie przed czymś, zmienianie

  • Disciple ( *** )

Fraying – osłabianie czegoś

Perfecting – wzmacnianie

Weaving – modyfikowanie

  • Adept ( **** )

Patterning – zmienianie w coś innego

Unravelling – atak danym Arkanum

  • Master ( ***** )

Making – stwarzanie

Unmaking – niszczenie, przeciwieństwo stwarzania

Te poziomy połączone z odpowiednimi Arkanami pozwalają nam na dowolne i kreatywne kształtowanie magii.

Przykład:

Jesteście zamknięci w zawalonym budynku wraz z innymi ludźmi. Wiecie że musicie się wydostać. I tu może Wam pomóc magia. Co prawda w podręczniku jest kilkadziesiąt zaklęć przyporządkowanych do różnych Arkan ale nie musicie czuć się nimi ograniczeni.

Możecie przejść przez płomienie Chroniąc się przed ogniem (Force ** – Shielding) Możecie poszukać tunelu metra biegnącego obok (Mind * – Unveiling), a jak znajdziecie to wtedy skruszyć ścianę (Time *** lub Matter **). Czy Los może pomóc? Oczywiście że tak – na przykład by wiedzieć gdzie iść by się wydostać. Życie? – też, żeby uodpornić ludzi na wyziewy i dym tak by z nimi wyjść.

Oczywiście jak wspomniałam wcześniej każde użycie magii sprawia, że może pojawić się paradoks, zaklęcie może wyjść źle, może zostać skierowane gdzie indziej, może przywołać Byty z Odchłani albo nawet zranić rzucającego zaklęcie. Rzucanie zaklęć nie jest więc bezproblemowe.

Dodatkowo każde Arkana ma przykładowe zaklęcia czy czary które mniej kreatywni gracze mogą spokojnie wykorzystywać.

Osiągnięcia

Za każdą kropkę (Dot) w Arkanum Mag dostaje dostęp do nowych osiągnięć. Na pierwszym poziomie jest to Rozproszenie Magii (właściwej dla danego Arkana), natomiast od drugiego poziomu osiągnięcia są zróżnicowane, w zależności od Arkana. Jeśli jest to Śmierć to dostaniemy Oczy Śmierci, czyli zdolność pozwalającą widzieć duchy i dusze podczas korzystania z Mage Sight (wzroku astralnego) zaś dla Pierwszeństwa (Prime) będzie to Uniwersalne Rozproszenie Magii. Kolejne poziomy dają nam kolejne zdolności.

Dziedzictwa

Dziedzictwa to grupy Magów podążających podobną ścieżką. Gracze mogą stworzyć sami taką grupę ale mogą też należeć do już istniejącej. Przynależność do Dziedzictwa wzmacnia Maga, gracz dostaje za to dodatkową wiedzę, może mieć mentora i dodatkowe obowiązki i korzyści.

Podsumowanie

W moim odczuciu Mag: Przebudzenie nie jest systemem dla kogoś kto, tak jak ja, nigdy wcześniej nie miał w rękach pierwszej edycji (najlepiej po polsku) i nie zna Świata Mroku. Koszmarem dla mnie jest język w tym systemie, wyszukane i udziwnione słownictwo pasuje klimatem a jednocześnie sprawia, że czytanie staje się trudne i często bez szczegółowych opisów danej rzeczy nie można się połapać co oznaczają niektóre zwroty.

Mechanicznie system jest bardzo prosty, tworzenie postaci też nie powinno sprawiać trudności a szczegółowe opisy pomagają zrozumieć świat. Szerokie spectrum stosowania magii pozwala puścić wodze fantazji i stworzyć niesamowite efekty.

Do końca lektury wciąż nasuwały mi się skojarzenia z Shadowrunem – podobny układ graficzny, gigantyczny spis treści, skakanie po podręczniku żeby coś znaleźć, ale też mechanika – tak samo pula kości (tyle że tutaj d10 zamiast d6), tak samo rozliczane sukcesy oraz podobne konsekwencje rzucania czarów.

Gdyby Mag: Przebudzenie wyszedł po polsku zdecydowanie bym się zainteresowała nim bliżej. Jeśli lubicie grać Magami i nie macie dość zabaw z magią w innych systemach ten zdecydowanie przypadnie Wam do gustu.

oryginalną recenzję możecie też przeczytać  —> tutaj <—